Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 28 stycznia 2017

Od Kai'ego "Powrót" cz. 2 (c.d. Sierra)

Wiosna 2018 r.
Podobno nad ranem na tereny watahy przybył jakiś obcy. Wszystkie wilki z Watahy Czarnego Kruka dyskutowały o tym niemalże bez ustanku. Twierdziły, że pod wieczór ma się odbyć egzekucja, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Nie takie zasady przyjęliśmy w Watasze Magicznych Wilków.
- Proszę o spokój! - zarządziłem, siedząc na jednym z kamieni. Zapanowała cisza. Wszyscy wbili we mnie mordercze spojrzenia, jednak udało mi się je wytrzymać. - Mam przeprowadzić lekcję dobroci, a nie podniecania się nieszczęściem innego wilka.
- Chciał nas zaatakować! - rzucił ktoś, a odpowiedział mu pomruk zgodnego tłumu. Westchnąłem.
- Co może zrobić nam jeden wilk? Jest nas przeszło setka. Nie łatwiej by było dowiedzieć się, czego tak właściwie od nas chce, skąd przybył i dlaczego? Wątpię, aby ktokolwiek, sam jeden był w stanie nam stawić czoła. To najzwyklejsze w świecie szaleństwo.
Szemrali między sobą. Pewnie mówili różne niepochlebne rzeczy na mój temat. Moje dyżury na przeprowadzanie z nimi lekcji zawsze były dla mnie nie całkiem miłym przeżyciem. Nie zdarzyło mi się nigdy przychylnie spojrzeć na sąsiadujące z nami stado. Byli strasznie zamknięci na wszelakie nowości. Trochę jakby umieszczono ich w ciasnym pudełku tuż po dołączeniu do ich poprzedniej watahy, a poza nim nie mogli żyć.
- Jeśli jednak okaże się, że wilk ten nie zagraża nam w żaden sposób, będziecie mu winni przeprosiny. Czy to jest jasne?
Wzbudziłem tym poleceniem dość dużą kontrowersję. Jedni się zgadzali, inni nie. Pozwoliłem im samodzielnie podjąć decyzję. W końcu mieli taką samą swobodę, jak ja, czy każdy inny wilk w Watasze Magicznych Wilków.
Odczekałem, aż się nieco uspokoją, a później monotonnym tonem oświadczyłem, że teraz najwyższa pora na przejście do lekcji.
- Dziś nauczycie się, że... nie warto zamykać się na innych i całą resztę świata. Połączcie się w pary.
Rozległy się jęki niezadowolenia.
***
Po południu, wracając z niezwykle męczących zajęć do swojej jaskini, napotkałem Alfę watahy. Stał w taki sposób, jakby na kogoś czekał. Mało tego - zatrzymał się przed wejściem do mojego mieszkania. Niepewnie podszedłem bliżej.
- Fermitate... - zacząłem, nie do końca pewien, czy powinienem się lekko ukłonić. W razie czego to zrobiłem, lecz on zdawał się to całkowicie zignorować. Wyglądał na roztargnionego.
- Rano przyszła do nas jakaś wadera. Nie chciała na nic odpowiadać. Cały czas prosiła o to, byśmy cię do niej przyprowadzili.
Mój puls przyspieszył. Jaka wadera? Achita? Nari? Czy może jeszcze jakaś inna? Przeszły mnie dreszcze. Wszystko mi mówiło, że to nie skończy się dobrze. Skinąłem głową na młodego Alfę, tym samym zezwalając na zaprowadzenie siebie do jego siedziby, gdzie najwidoczniej musiała przebywać owa tajemnicza samica.
Kiedy tylko minąłem próg, zauważyłem wychudzoną, ciemną waderę, naprzeciwko której siedział Dante. Najwidoczniej przydzielono mu pilnowanie jej. Ostrożnie wszedłem do środka, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zacząłem rozpoznawać ostre rysy wadery, stojącej w najgłębszym cieniu. Dużo ostrzejsze, niż zapamiętałem. Fluorescencyjne wzory na jej ciele świeciły dużo słabiej, niż kiedyś. Kiedy tylko mnie rozpoznała, otworzyła szerzej oczy.
- Kai?
Skinąłem głową, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Prawdę mówiąc zrobiło mi się jej trochę żal. Była w moich wspomnieniach wyblakła. W końcu nie byliśmy sobie aż tak bliscy... W jakiś sposób odczułem jej brak, ale nie tak dotkliwie, jak utratę rodziny. Uczestniczyłem w poszukiwaniach, lecz szybko z nich zrezygnowano. Uznano, że członkowie watahy mają inne zajęcia, a ona powinna sama sobie poradzić. Właściwie to czułem się odrobinę współwinny jej zaginięciu. W końcu byłem ostatnią osobą, która ją widziała. Mogłem ją odciągnąć od ucieczki. Niewykluczone, że zrobiła to przeze mnie. Teraz uderzyło mnie poczucie winy silniejsze, niż dotychczas. Nie dość, że jest szansa, że to wszystko wydarzyło się przeze mnie, to jeszcze praktycznie o niej zapomniałem.
Przynajmniej jej imię zapamiętałem.
- Sierra... Minęło tyle czasu... gdzie... - zacząłem drżącym głosem.
- Ty stary durniu, nie wiesz, że to może być moja prywatna sprawa? - odpowiedziała swoim zwykłym, kąśliwym tonem głosu. Przeczucie podpowiadało mi, że jej wnętrze nie zmieniło się aż tak drastycznie.
- Wiem i rozumiem.
- Kim jest dla nas... ta wadera? - zapytał Alfa, burząc nasz nastrój prywatności i tajemnicy skuteczniej, niż Dante, o obecności którego niemalże zapomniałem.
- To Sierra. Nie stanowi zagrożenia. Kilka miesięcy temu należała do watahy. Była moją przyjaciółką.
Pokiwał w zamyśleniu głową, zerkając w kierunku Sierry.
- Zgaduję, że przybyła tutaj, aby ponownie dołączyć.
Tym razem i ja na nią popatrzyłem. Przez chwilę się wahała. Miała spuszczony wzrok. Nawet nie przeszło mi przez myśl, aby nie miała zostać. Przez praktycznie cały czas byłem sam. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak samotny i mało rozrywkowy się stałem. Może to po prostu starość, a moim przeznaczeniem jest skończyć jako dokarmiacz gołębi w parku?
- Tak. Chcę wrócić.
- W takim razie trafiasz na okres próbny. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuć - Fermitate posłał jej pogodny uśmiech, a następnie wymaszerował z jaskini. Tuż za nim podążył Dante, który najwidoczniej stwierdził, że już nic tu po nim.
- Czyżbyś właśnie w ten sposób trafiła pod moje skrzydła na najbliższe kilka tygodni?
- Nie masz skrzydeł.
- Tak się tylko mówi...
- Przecież wiem - prychnęła, wstając. Na jej pysku pojawił się grymas bólu. Wyłoniła się z cienia, więc mogłem zauważyć, jak bardzo wymizerowana i brudna się stała. Było mi jeszcze bardziej przykro. Musiała wiele przez ten czas przeżyć.
- Może... najpierw wybierzemy się nad Wodospad? - zapytałem ostrożnie. Nie odpowiedziała. Chwiejnym krokiem wyszła z jaskini. Nie wyglądała, jakby oczekiwała pomocy, więc po prostu za nią poszedłem, będąc w pełni gotowości do ewentualnego podtrzymania ją na łapach. Wyglądała na zamyśloną. Kiedy już niemalże byliśmy u celu, zapytałem:
- Mam cię pilnować, abyś nie zasłabła i się nie utopiła, czy może czekać trochę dalej?
- Prędzej to ty byś się utopił, próbując mnie ratować. Ewentualnie roztrzaskałabym twój łeb o najbliższe drzewo, w razie jakbyś mnie podglądał.
Na moim pysku pojawił się wredny uśmieszek.
- Podglądał? I tak wszystkie wilki chodzą nago nawet na co dzień, więc jaką to by zrobiło różnicę?
Z jej gardła wydał się dziwny, zduszony dźwięk. Nie wyglądało na to, aby zamierzała mi przyznać rację.
- Stary zboczeniec.
Ku jej zdumieniu, zacząłem się śmiać. Sam nie całkiem wiedziałem, dlaczego. Chyba byłem już naprawdę bardzo zdesperowany.
- No i jesteśmy na miejscu - Stanąłem przy brzegu stawku, do którego wpadała szumiąca woda wodospadu. - To ty wskakuj, dokładnie się wypucuj, a ja w razie czego będę kilkanaście metrów stąd. Jakby co, to krzycz.
Ze skwaszonym wyrazem pyska zbliżyła się do wody, jednak weszła do niej dopiero, kiedy się od niej oddaliłem na odległość kilku warstw gałęzi porośniętych liśćmi. Usiadłem wygodnie i czekałem, odwrócony do kierunku, gdzie był Wodospad, plecami. Mijały minuty, a Sierra wciąż nie wracała. Po jakimś czasie zacząłem się niepokoić, ale z drugiej strony niegrzecznie było tak naruszać jej prywatność.
Nagle zobaczyłem, że coś przebiegło nieopodal mnie. Było duże, silne i dzikie. Natychmiast zerwałem się na równe łapy i rzuciłem biegiem w tym samym kierunku. Pędziło do Wodospadu. Na szczęście miałem dość siły, by dogonić, a może i nawet odrobinę wyprzedzić dziwną istotę. Wyłoniłem się zza krzaków i skoczyłem. Przeleciałem nad wodą i wylądowałem na drugim brzegu stawu. Wykonałem kolejny skok, rozcapierzając szczęki i pazury. Natarłem wprost na łeb przerażającego stwora i wgryzłem się w jego oślizgłe ramię. Z wściekłym wrzaskiem wpadło ze mną do Wodospadu. Dziko młóciło wodę, usiłując wymierzyć mi cios. Udawało mi się robić uniki. Upadłem dopiero, kiedy uderzył mnie ogonem, którego wcześniej nie zauważyłem. Łupnąłem w jeden z głazów. Zakręciło mi się w głowie, ale nic poza tym. Próbował się podnieść. Warcząc, rzuciłem się w jego kierunku. Wgryzłem się w jego szyję, przez co zaczęło krzyczeć i orać pazurami mój bok. Ból powodował, że jeszcze mocniej się wgryzałem. Puściłem go dopiero, kiedy przestał się miotać.
Martwy z pluskiem padł do stawu. Nie licząc ogona bydlę było dwa razy ode mnie większe. Na chwiejących się łapach, tyłem wyszedłem z wody. Stawała się brązowawo-czerwona. Krew potwora miała kolor rdzy. Pozostałe plamy musiały powstać na wskutek moich ran. Bolało. Miałem liczne rozcięcia do kości na boku. Widziałem własne żebra. Kropla krwi spłynęła również tuż obok brwi, w dół policzka. Najwidoczniej rozciąłem sobie również czoło.
- Sierra! - krzyknąłem rozpaczliwie. Nie miałem wątpliwości, że potwór ten obrał sobie właśnie ją za cel. Szczególnie, że była słaba i prawie, że nieszkodliwa.
- Sierra! - powtórzyłem, ale też odpowiedziała mi cisza. Zrozpaczony usiadłem na ziemi. Jak to się działo, że za każdym razem, kiedy ktoś mi towarzyszył, musiały się mieć miejsce takie rzeczy? Robiło mi się zimno. Traciłem krew. Niedobrze.
- Sierra! - krzyknąłem raz jeszcze, tym razem zachrypniętym z osłabienia i bólu głosem. Tym razem zza zarośli wyłoniła się Sierra, która oczami okrągłymi jak spodki, patrzyła na truchło unoszące się na powierzchni wody.
- To dwelling? - zapytała, po czym spojrzała na mnie. Słowa najwidoczniej ugrzęzły jej w gardle. Pospiesznie podeszła.
- Oszalałeś? Żaden zdrowy na umyśle wilk by nie atakował takiego stwora w pojedynkę!
- Nie chciałem, aby stała ci się krzywda...

<Sierra? Mam nadzieję, że nie jesteś zła za tak długi czas oczekiwania na kontynuację xd>

piątek, 20 stycznia 2017

Od Miniru "Pierwsza pogoń" cz. 4 (C.D. Shiryu)

Czerwiec 2018
  Ziewnęłam ospale i przeciągnęłam się. Gdy dotknęłam czegoś miękkiego łapą przestraszyłam się nie na żarty. Odskoczyłam z bok i spojrzałam na ów postać. Był to basior. Po plecach przeszedł mi dreszcz, a ja już chciałam wyjść z tej jaskini. Jednak gdy spojrzałam na niebo, zrozumiałam, że nie ma sensu włóczyć się po nocy. Odeszłam spokojnie w kąt i zwinęłam się w kulkę. Patrzyłam na wilka odwróconego do mnie plecami. W pewnym momencie zaczął się cicho śmiać. Przetoczył się na plecach w moim kierunku.
- Coś ty taka przestraszona? - zapytał w bardzo zabawny sposób, jednak mi nie było do śmiechu. Zawarczałam - Ej, spokojnie! To ja, Shiryu!
- Shiryu? No tak... Zapomniałam... - powiedziałam lekko speszona - Co ja tu robię? I czemu masz skrzydła? Dlaczego leżałam obok ciebie?!
- Wczoraj atakowała nas Mantykora i przyszliśmy, bo tutaj jest bezpiecznie. Skrzydła pojawiły się, gdy ja chciałem zamienić się w ptaka, ale coś nie wyszło... A ja leżałem obok ciebie... - tu się lekko zaczerwienił - aby w razie czego... chr-chronić cię przed... mantykorą...
- Aha... Czyli wczoraj było ciekawie. - powiedziałam wstając z miejsca i zaczęłam krążyć wokół wilka z chytrym uśmieszkiem.
- To ty nie pamiętasz co się stało?
- Jakoś nie bardzo... Hmmm... Ile masz lat? - zapytałam basiora.
- A na ile wyglądam? Miniru, uspokój się trochę... Może cię odprowadzić do twojej jaskini?
- Nie! - stanęłam jak wryta w ziemię i popatrzyłam się poważnie na Shiryu - To zbytnio niebezpieczne! Przepraszam za moje zachowanie... - ułożyłam się ponownie przy ścianie.
- O co chodzi? Boisz się ciemności?
- Nie samej ciemności, tylko co w niej jest... Gdy jestem w nocy na zewnątrz wariuję i mogę nawet zabić...
  Siedzieliśmy tak w milczeniu. Shiryu chciał najwyraźniej nawiązać jakąś ciekawą konserwację, lecz nie wiedział jak się za to zabrać.
- Zrób te latające liście... - mruknął po cichu.
- Nie umiem... To znaczy nie wiem jak to zrobiłam... Idź spać...
- Nie pójdę spać. - powiedział stanowczo. Przez chwilę myślałam, że jestem tutaj z jakimś dzieckiem... Kłóciłam się z nim trochę, aż zdenerwowana opuściłam jaskinię. Poczułam się słabo i nie bardzo kontrolowałam to co robię. Basior wyszedł za mną. Potem pamiętałam tylko urywki... Shiryu coś do mnie mówił... Zaczęłam śpiewać... Coś twardego spadło mi na głowę... Cmoknęłam Shiryu?... Reszty już nie zapamiętałam.
  Obudziłam się nad ranem. Znajdowałam się w jaskini Shiryu, lecz samego basiora nie było. Chodziłam dość sztywno. Moje łapy po prostu odmawiały mi posłuszeństwa. W pewnej chwili do jaskini wszedł nie kto inny jak Shiryu.

<Shiryu?>

Uwagi: Na końcu op. również musisz podawać imię wilka, do którego kierujesz to op. 35 linijek... to trochę mało. Literówki. "Uspokój" piszemy przez "ó".

wtorek, 17 stycznia 2017

Od Valki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 10 (cd. Mizuki)

Najprawdopodobniej marzec 2018 r.
Miru, powtórz raz jeszcze. Czym jesteś? - zapytał wysoki basior, krążąc sztywno wyprostowany dookoła wielkiego, lśniącego głazu.
Wilkiem kryształu filozoficznego - odpowiedziała samica mocno znudzonym głosem. Wyglądała tak, jakby miała już wszystkiego serdecznie dość, a już najbardziej po raz tysięczny powtarzania identycznej regułki.
Po co tutaj jesteś?
By przemierzać niezmierzone krainy tej planety i aby nie doprowadzić do jej zniszczenia.
Bardzo dobrze. Dlaczego to robisz?
Z braku innych zajęć - gdy tylko to powiedziała, spojrzał na nią spode łba. Na jej pysku zakwitł koślawy uśmieszek. Wiedział, że sobie z niego kpiła.
Powtórzę: po co to robisz?
Żeby wszystkie istoty mogły żyć w pokoju - mruknęła, wywracając oczami. Wiedziała, że z nim nie warto dyskutować.
Doskonale. A teraz ustalmy jeszcze jedną rzecz... Kim jesteś i skąd pochodzisz? Jaka jest twoja historia? Jakie są twoje właściwości i umiejętności? Dlaczego różnisz się od innych? 
Na żadne z pytań jednak nie znała odpowiedzi.

Chwilę po tym, mój wuj jak skończył mówić o Awriealu, musiałam stracić przytomność. Z ciemności snu wyłoniłam się dopiero po czasie, którego nie potrafię w żaden sposób zdefiniować. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegłam po przebudzeniu były różowe oczy, poprzecinane zielonkawymi żyłkami, które przechodziły nawet przez tęczówki. Kojarzyły mi się one z dziką różą spowitą liśćmi. Wilk ten miał długie, białe futro z pozostałym cieniem szarości. Była to starzejąca się wadera, która przyglądała mi się surowym spojrzeniem.
- Linda - powiedziała, nim zdążyłam wypowiedzieć choćby słowo. Jej głos wyrażał jedynie chłód i nieustępliwość. Zdecydowanie nie przyjmowała sprzeciwu. Kiedy chciałam wychrypieć swoje imię, ona była pierwsza - Wiem jak się nazywasz. Zdejmij czar zmiany sylwetki, bo niepotrzebnie zużywasz energię.
Patrzyłam na nią jeszcze przez chwilę, nie do końca mogąc pojąc to, co właśnie do mnie powiedziała. Głos w mojej głowie milczał, więc sprawiłam, że znów byłam sobą. Zapanował mrok.
- Kiedy również spałaś, często się zmieniałaś. To u ciebie normalne? - zapytała po chwili. Sądząc po tym, że przestałam odczuwać ciepło bijące od jej ciała, musiała się odsunąć.
- Ch-chyba nie - wykrztusiłam. W moim gardle zalegało coś, co nie całkowicie pozwalało mi mówić. Spróbowałam odkaszlnąć i poczułam w ustach gorzki smak. Zrobiło mi się trochę niedobrze. Zwymiotowałam na podłogę. Poczułam naprawdę odrażający zapach, który nie do końca odpowiadał nawet temu, co zwykle miałam okazję zwracać. Przez ów fetor chciałam po raz kolejny zwymiotować, ale już nie miałam czym. Mój żołądek był pusty. Poczułam po raz kolejny uderzające osłabienie.
- Mogłaś wyjść - oznajmiła bez emocji Linda - Jesteś tu już od około trzech miesięcy, a ten eliksir sprawił, że nie zdechłaś nam z głodu i pragnienia.
- Ile?
- Z trzy miesiące - powtórzyła cierpliwie. Usłyszałam powtarzające się, dość monotonne szuranie, a zapach zaczął stopniowo zanikać. Musiała sprzątać. - Albo i nawet trzy. Albo pięć. Coś koło roku będzie.
Rok. Zapadłam w śpiączkę i leżałam przez ten cały czas w kompletnie nieznanym mi miejscu.
- Dlaczego? - wychrypiałam - Dlaczego się mną zajęliście?
- Nie mogliśmy cię tak zostawić - powiedziała po chwili wahania. Kiedy kontynuowała, jej głos lekko drżał: - Cały czas masz zadanie do spełnienia. Astrid niedawno zaszła w ciążę...
Gwałtownie nabrałam powietrza i zerwałam się z łóżka. Moje łapy były koszmarnie rozdygotane, okropnie wymęczone tak długim wypoczynkiem.
- Ostrożnie, musisz najpierw przejść długie rehabilitacje, aby wrócić do pełni sił... - powiedziała swoim podstarzałym już głosem, jednak ja nie zważając na jej słowa przeszłam kolejną przemianę. Dopiero teraz przypomniałam sobie rozkosz tej czynności. Po tym potrzebowałam raptem chwili, by wrócić do siebie. Obróciłam się jeszcze przez ramię, by dostrzec osłupienie Lindy. Wyszłam z jaskini. Musiałam odnaleźć ich przywódcę i wszystko dokładnie z nim uzgodnić. Myślenie o nim "wuju" zdawało się być nieodpowiednie, szczególnie, że z tego co widziałam w pobliskiej kałuży, byłam przemieniona w waderę, która była przy moim przebudzeniu się.
Znalezienie go wbrew moim oczekiwaniom wcale nie było aż tak trudne. Zupełnie jakby na mnie czekał. Siedział pod dużym, zieleniejącym się dębem. Wyglądało na to, że zbliżała się wiosna. Zadrżałam. Kiedy ostatnio byłam przytomna, była końcówka lata. Wuj odwrócił się w moim kierunku.
- Valka, czyż nie? - zapytał. Słysząc brzmienie jego głosu, od razu przypomniały mi się wydarzenia sprzed utraty przytomności. Teraz już sama nie wiedziałam, po co tutaj przyszłam, ani skąd dokładnie pochodzę. Zrobiło mi się trochę słabo, lecz on zdawał się na to nie zważać. Wstał i zbliżył się do mnie. Nie wiedzieć czemu, moje łapy aż rwały się do ucieczki. Zamknęłam oczy, czując, jak puls mi przyspiesza.
- Wiedziałem, że niebawem się ockniesz. Najwyższa pora na to. - Kiedy otworzyłam oczy, dostrzegłam, że ten zaczął mnie powoli okrążać - Pewnie już Linda zdołała ci przekazać, że Astrid niedawno zaszła w ciążę. Nie chcemy przecież, aby jej dziecko zmarło, prawda? Jesteśmy rodziną, powinniśmy o siebie dbać - Przystanął tuż przed moim pyskiem, uśmiechając się blado. Niepewnie skinęłam głową.
- W takim razie... Proszę za mną. Podaruję ci ten wywar i strzykawkę.
- S-strzykawkę? - wykrztusiłam, ten jednak już ruszył przed siebie. Potruchtałam za nim. Próbowałam sobie przypomnieć jego imię, jednak miałam we łbie kompletną pustkę. Wiedziałam, że tata kilka razy o nim napomniał... Niemożliwe jest, aby mówił o innym wujku, tym bardziej, że innych nie miałam.
- Zgadza się. Tak będzie najłatwiej o wchłanianie - Musiał dojrzeć mój nieco przestraszony wyraz pyska, bo dodał: - Nie martw się, nie taki diabeł straszny, jak go malują.
W końcu zatrzymaliśmy się przy przestrzennej jaskini. Czułam z jej wnętrza wyraziste zapachy lub zwyczajne smrody najróżniejszych chemikaliów, eliksirów i innych wywarów. Wuj kazał mi poczekać na zewnątrz. Jednak nie mogłam się powstrzymać od chociażby wychylenia łba i zerknięcia, co tam trzyma. Już widząc sam próg, o mało oczy nie wyszły mi z orbit. Nie tylko jaskinia była nieziemsko piękna, bo skąpana w najróżniejszych, lśniących kamieniach szlachetnych, ale i również wypełniona na prawie każdej wolnej przestrzeni różnorakimi notatkami, fiolkami, zlewkami, słojami z nieznaną mi zawartością oraz innymi naczyniami, których nawet nie umiałam nazwać. Ponadto wszędzie były książki. Niektóre z nich nawet otwarte, a na ich stronach aż roiło się od ręcznych dopisków ołówkiem. Niektóre kamienie szlachetne były oderwane od ścian i ułożone starannie na skrawkach papieru lub na nich rozgniecione. Tuż obok znajdowały się zapewne dokładne opisy ich właściwości.
Nawet nie zauważyłam, kiedy basior stanął tuż przy moim boku.
- I co ci mówiłem? Miałaś nie zaglądać.
Poczułam się mocno zawstydzona, ale i jednocześnie doznałam olśnienia.
- Masz na imię Nate, prawda? Wuj Nate?
Uśmiechnął się, a surowość ulotniła się z jego pyska.
- Tak. To moje imię. Teraz ruszajmy. Naprowadzę cię we właściwy kierunek, stamtąd powinnaś już sama odnaleźć drogę.
Pokiwałam głową. Kiedy byliśmy już kilka dobrych kilometrów stamtąd, wuj zapytał:
- Zgaduję, że wiesz o moim imieniu od taty. Co o mnie opowiadał?
- Niestety nie pamiętam... - mruknęłam.
- Byliśmy kuzynostwem - powiedział jakby z rozmarzeniem - Spędziliśmy wspólnie raptem część dzieciństwa, później nasze kontakty się zerwały. Na wskutek czystego przypadku na nowo nasze drogi się spotkały... Niestety nie na długo.
Kolejne kilka kilometrów tym razem to ja już nie wytrzymałam presji dręczącego mnie pytania:
- Jesteś alchemikiem?
- W rzeczy samej.
- Nad czym pracujesz?
Uśmiechnął się tajemniczo. Odpowiedzi nie otrzymałam.
Zatrzymaliśmy się w terenach, które rozpoznawałam jako okolice Watahy Magicznych Wilków. Były mi one dziwnie bliskie, ale i za razem odległe...
- Powinnaś się przemienić - oznajmił, ściągając z szyi sakiewkę i przekładając ją na moją - Życzę ci powodzenia.
Uśmiechnęłam się blado, czując kolejne zawroty głowy. To pewnie przez zbyt długie przebywanie w śpiączce.
- Dziękuję - odpowiedziałam. Odpowiedział lekkim uśmiechem i niespiesznie zaczął się oddalać. Przez chwilę jeszcze wodziłam za nim wzrokiem, a później sama się odwróciłam i podążyłam we własnym kierunku. Przynajmniej jeszcze pamiętałam, gdzie powinna być jaskinia Dante i Astrid, którą przydzielono im jeszcze kiedy byli szczeniakami. Zmieniłam sylwetkę na swoją własną i o mało nie upadłam. Przypomniałam sobie uwagę Lindy i w tej samej chwili nabrałam ochoty rzucenia czymś ze złości. Moje łapy były zbyt osłabione, by zmusić je do większego wysiłku, nawet będącego chodzeniem.
Po chwili doszłam do wniosku, że nie pozostaje mi nic, jak tylko zmienić postać na jakąś inną, sprawniejszą. Najwłaściwsza wydała mi się Desari, szczególnie że znała się na ziołach i władała nie każdemu do końca znaną magią. Jak postanowiłam, tak zrobiłam i potruchtałam w stronę jaskiń. Znowu rozbolała mnie głowa i nabrałam chęci na zwrócenie ostatniego posiłku, jednak czując wyłącznie żółć, przypomniałam sobie, że wciąż mam pusty żołądek. Zaczęłam rozważać, dlaczego w takim razie nie czuję głodu i pragnienia. Wątpiłam, aby ten eliksir działał aż do teraz.
Zajrzałam najpierw do jaskini Dante, ta jednak była wypełniona po brzegi różnymi rupieciami, które nijak mi do niego pasowały, więc uznałam, że ktoś inny musiał się wprowadzić na jego miejsce. Poszłam do jaskini Astrid... i zobaczyłam zaczytaną waderę leżącą na posłaniu. Miała dostrzegalnie większy brzuch. Na jej pysku malował się lekki uśmiech. Odchrząknęłam. Dopiero wtedy mnie zaważyła.
- Desari? Co ty tutaj robisz? - wytrzeszczyła oczy - Przecież od kilku miesięcy nie ma cię już we watasze...
- Wróciłam, bo mam ci coś ważnego do przekazania - Mówiąc to, strząsnęłam z szyi sakiewkę i wyciągnęłam z niej strzykawkę, co z wilczymi łapami nie było wcale tak proste.
- Co takiego?
Podniosłam na nią wzrok z całkowitą powagą.
- Twoje dziecko umiera. Jeśli nie wchłonie tego wywaru, zginie.
Astrid wyglądała tak, jakby zaczęła się dusić, bo z trudem łapała powietrze.
- Słucham?
- Wasz szczeniak umrze.
Wzięłam ostrożnie w pysk strzykawkę. Wiedziałam, że jako, że pełniła funkcję lekarki, nie powinna się bać igły. Pomimo to wzdrygnęła się. Nie uciekała. Pozwoliła sobie wbić strzykawkę w bok. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, cicho jęknęła, kiedy zaaplikowałam płyn. Czy tak powinny działać szczepionki?
- Piecze... - wymruczała, po czym wstała i wygrzebała jakiś ręcznik. Z jej bok zaczęła lecieć ciurkiem krew. To ja zrobiłam coś źle? Może pogorszyłam tylko sytuację? Może wda się jakieś zakażenie i zabije samą Astrid?
Nie mogłam ani chwili dłużej znieść tego widoku, więc bezszelestnie, zupełnie jak cień, wybiegłam z jaskini. Uroki bycia w ciele Desari.
Nie uciekłam daleko, bo znowu złapały mnie mdłości i zawroty głowy. Do tego doszły problemy z oddychaniem i wrażenie, jakby ktoś zaciskał dłonie ma mojej szyi. Zatrzymałam się i tracąc siły, wróciłam do swojej prawdziwej postaci. Nie zdążyłam odetchnąć, bo znowu coś mną jakby szarpnęło.
"JAK MOGŁAŚ?!" - moją głowę przeszył obłędny krzyk znajomego mi demona. - "DAŁAŚ SOBIE ODEBRAĆ NASZYJNIK I W DODATKU UŚMIERCIĆ SWÓJ ORGANIZM."
Dopiero wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście medalion zniknął z mojej szyi. Przecież miałam go jeszcze... wtedy, kiedy...
Nie zdołałam dokończyć myśli, bo przez moje ciało przeszedł ból tak okropny, że miałam wrażenie, iż cała zawartość mojego brzucha wywróciła się na moją stronę, a ja mam skręcony kark i połamane wszystkie kończyny.
Wtedy przypomniały mi się słowa taty: "Nate jest kłamcą. Nie możesz mu ufać."...

Krótko po tym Dante zaniepokojony opowieścią partnerki, postanowił wszcząć poszukiwania "zmiennokształtnej istoty", która już wcześniej miała okazję zaatakować jego siostrę. Jednak z marnym skutkiem.
Ciało Valki nigdy nie zostało odnalezione, pomimo tego, że zasnęła na zawsze w krzakach tuż obok ścieżki. Ktoś lub coś musiało je przemieścić w nieznane nikomu miejsce...

<Mizuki? Jeśli chcesz, odpisz by kontynuować własną historię.>

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Od Aokigahary "To coś" cz. 4

Sierpień 2018 r.
- A... Mogłabym Pana o coś prosić? - Zapytałam.
- Em... O co?
- Co tu jest napisane? - Wskazałam na miejsce w którym powinna być tabliczka. Ale jej nie było...
- Dobrze się czujesz? - Zapytał trochę zaniepokojony.
- Ale... Ona tu była, przysięgam! - Czułam się głupio - Jak się położyłam to jeszcze ją widziałam!
- Może zaprowadzić cię do szpitala? - Na to słowo się wzdrygnęłam.
- Tylko nie tam! - Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że wyszłam na psychicznego wilka... - Przepraszam, ale ja za nic tam nie pójdę... - Wstałam i kłusem odeszłam od osobnika. Było mi gorąco, chociaż że słońce już zachodziło. Nie chciałam spać. Szłam byle gdzie.
- Aoki! - Usłyszałam znajomy głos z tyłu mnie. Odwróciłam się i zobaczyłam Hitam. Przecież... On nie istnieje.
- Coś się stało? - Zapytał widząc moją minę - wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha
- To... Ty istniejesz?
- Tak? Co ci się stało? - Czułam się głupio.
- Em... Myślałam, że tylko śniłam... - Popatrzał na mnie jak na idiotkę - Pamiętasz może tą dziwną roślinę na którą wpadłam?
- Jaką roślinę?
- Nie pamiętasz?
- Chyba powinnaś iść do lekarza... Dziwnie się zachowujesz...
- NIE PÓJDĘ TAM!!! - Krzyknęłam. Nagle zobaczyłam waderę mniej więcej w wieku Hitam. Była taka sama jak on.
- Hitam, z kim rozmawiasz? - Zapytała, patrząc na mnie jakby była jakimś bóstwem.
- Em... To koleżanka... - Powiedział trochę speszony.
- Koleżanka? A czy ja zezwoliłam byś spotykał się z nieznajomymi? - Spytała
- Czemu nim tak pomiatasz?! - Jej zachowanie mnie zdenerwowało.
- Nie twoja sprawa! - Powiedziała głośno.
- Zachowuj się jak wilk! - Wyszczerzyłam kły.
- Nie rozkazuj mi, kundlu!
- Jesteś tak denerwująca, jak rzep przylepiony do kity.
- Ale riposta, zabiłaś mnie tym.
- Głupi nie zrozumie - powiedziałam po czym odeszłam od nich. Nie miałam ochoty kłócić się z wredną babą. Poszłam tam gdzie mnie łapy poniosły.
***
Było już dosyć ciemno. Łapy mnie bolały, a jedyne czego chciałam to odpoczynku. Byłam w cichym i spokojnym miejscu. Przede mną widniało przepiękne szkliste jezioro. Wyglądało jak namalowane. W tafli wody odbijał się srebrzysty księżyc. Usiadłam na brzegu i spojrzałam w własne odbicie. Zaczął wiać lekki wiatr. Powieki mi się kleiły więc postanowiłam tutaj zostać. Położyłam się i zamknęłam oczy. Weszłam do krainy snów tak samo szybko jak z niej wyszłam. Obudziło mnie uczucie mokrego podłoża. Podniosłam łeb, a z nim całe ciało. Powinnam wyszukać jakieś suche miejsce... Ale tak mi się nie chce... Rozejrzałam się za jakimś miejscem. W oczy rzuciło mi się małe zagłębienie pod głazem. Powlokłam się i natychmiastowo zasnęłam.

C.D.N

Uwagi: Brak daty. NIE "PISZE", TYLKO "JEST NAPISANE". ...zaprowadzić cię do szpitalu - a może bardziej by pasowało "szpitala"?