Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 15 października 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 2

Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.

Wielokrotnie potykając się o przedmioty leżące na ziemi, a których wcześniej nie dostrzegłam, wybiegłam z budynku, minęłam ogródek i potknąwszy się o niziutki płotek wywróciłam się na żwirową ścieżkę. Zdarłam sobie kolana, łokcie i policzek. Zaczęłam cicho łkać, choć wiedziałam, że rany już się goją. To raczej z nerwów, niż ze strachu. Jeszcze nigdy nie byłam świadkiem czegoś tak okropnego. Cokolwiek się tam działo, z całą pewnością do normalnych nie należało. Powinnam o tym komuś powiedzieć?
Zaczęłam się czołgać, byle dalej od przerażającego domu. Rozpaczliwa chęć ratowania siebie, choć miałam świadomość, że pewnie nikogo tam nawet nie ma. Byłam brudna i zapłakania. Po drodze upuściłam też gdzieś swój plecak. Ot, taka silna i odważna Sohara. Co się ze mną dzieje? Nigdy nie stresowałam się rzeczami tego typu. Może to przez to napięcie i ciężkość wyczuwalną w powietrzu? Nie chodziło tylko o smród ciała będącego już na dość wysokim poziomie rozkładu. Chodziło o coś, czego nawet nie umiałam ubrać w słowa. Możliwe, że czarna magia.
Skuliłam się pod pobliskim drzewem i przycisnęłam kolana do piersi. Zaczęłam się lekko kołysać i szeptać różne rzeczy do samej siebie, byleby się nieco opanować. Raz po raz spoglądałam to na budynek, to na ścieżkę. Miałam wrażenie, że ten dom ma oczy i się we mnie wpatruje. To nie było zdecydowanie przyjemne. Zacisnęłam powieki, próbując przestać płakać i wrócić do trzeźwego myślenia. Zastanawiałam się, czy warto iść po plecak, gdyż było tam wiele bardzo ważnych rzeczy... jednak poczucie, że tym razem spotka mnie tam coś zdecydowanie złego było silniejsze. Roztrzęsiona podniosłam się spod drzewa i nawet nie myśląc o otrzepywaniu ubrań rzuciłam przelotne spojrzenie na dom, po czym szybkim krokiem ruszyłam w kierunku, w którym powinnam natrafić na Watahę Magicznych Wilków.
Będąc w połowie drogi chyba straciłam przytomność, bo zrobiło mi się ciemno przed oczami. Kiedy je otworzyłam, spostrzegłam, że jestem... na balu maskowym. Miałam na sobie piękną, brązowo-czarną suknię z którejś z zeszłych epok, a przede mną wirowały dziesiątki równie wytwornych par w rytm muzyki klasycznej. Czułam się co najmniej dziwnie. Zdenerwowana zaczęłam gładzić materiał sukni, by czymś zająć roztrzęsione ręce. Czy jest tu gdzieś toaleta? Nigdzie nie było okien, tylko lustra, lustra, lustra... Nie wiem nawet, czy mamy dzień, czy noc.
Zaczęłam się uważniej przyglądać sali. Nad nami wisiał wspaniały, kryształowy żyrandol. Podłoga była czysta, niesamowicie lśniąca i beżowa. Może marmurowa? Ściany były pokryte misternie zdobionymi tapetami z motywem kwiatów. Gdzieniegdzie stały również złote świeczniki, w które powkładane były dziesiątki świec. Rzucały one blade światło na tancerzów. Nie słyszałam nigdzie rozmów. Wszyscy się do siebie tylko uśmiechali. Damy w maskach do dżentelmenów w maskach. Wyglądało to cudownie i przerażająco za razem. Chciałam zapytać, gdzie jestem, jednak wszyscy byli tak zajęci sobą i słodką muzyką, że żal było mi to rujnować. Stałam pod ścianą i patrzyłam na to zjawisko tak uważnie, że nie dostrzegłam, kiedy podszedł do mnie wysoki, ciemno ubrany mężczyzna i wyciągnął w moją stronę rękę. Odruchowo mu ją podałam, starając się zamaskować zdumienie pod powłoką stoickiego spokoju. Maska, którą miałam na twarzy musiała mi to również znacznie ułatwiać. Ucałował delikatnie moją dłoń, po czym przemówił:
- Można prosić szanowną panią do tańca?
- Ja... - urwałam - Tak, naturalnie.
Delikatnie pociągnął mnie za trzymaną rękę, następnie chwycił mnie jedną w pasie i zaczęliśmy poruszać się identycznie jak wszyscy inni. Nie znałam tego tańca, więc myliłam kroki, lecz on zdawał się nawet tego nie zauważyć. Popatrzyłam z niedowierzaniem na jego skupioną twarz. Była w dużej mierze przykryta misternie zdobioną czarno-złotą maską, jednak widziałam bardzo wyraźnie jego orzechowe oczy, które śledziły mój każdy ruch. Zawstydzona spuściłam wzrok. Jego spojrzenie nie było tak puste jak pozostałych ludzi. Miało w sobie coś z prawdziwego zafascynowania.
- Przepraszam, my się znamy? - wymamrotałam, obserwując jedną ze swoich rąk, która jak się okazało była idealnie czysta i gładka. Dlaczego? Przecież wpadłam w kilka pajęczyn i czołgałam się po ziemi i trawie. Ktoś mnie umył?
- Ależ skądże - odpowiedział nieznajomy. Spoglądając na niego ukradkiem dostrzegłam, że lekko się uśmiecha. Ogarnęła mnie złość. Spróbowałam mu się wyrwać, jednak nic z tego.
- Przepraszam pana, ale muszę już stąd iść... Muszę wrócić do domu.
- Tutaj nie ma już czegoś takiego jak "dom" - oznajmił ze spokojem, zaciskając nieco mocniej dłoń na mojej. - To jest twoje miejsce.
- Nieprawda! - krzyknęłam, szarpiąc się z mężczyzną, jednak ten chwycił mnie jeszcze mocniej - Ratunku! Niech ktoś mi pomoże!
Wszyscy zdawali się nie słyszeć. Miotałam się jak dzika, próbując wpaść na którąkolwiek z par by wyrwać ich z transu, jednak za każdym razem zgrabnie odsuwali się. Nieważne, ile bym próbowała, i tak kończyło się na niczym.
- Puść mnie... - mruknęłam ze złością, po raz kolejny próbując się od niego odsunąć.
- Moja droga, wiedz, że od więzów krwi nie uciekniesz... Prędzej czy później wszystko skończy się tragicznie.
Puścił mnie, a ja nieprzygotowana na to straciłam równowagę i upadłam.
***
Kiedy otworzyłam oczy, zorientowałam się, że leżę na piasku. Zbolała powoli podniosłam się z ziemi i rozejrzałam dookoła. Byłam w tym samym miejscu, w którym straciłam przytomność po raz pierwszy. Była noc. Wyglądało na to, że bal maskowy był tylko snem... Obejrzałam samą siebie. Znowu byłam brudna, w szarym podkoszulku i dresowych spodniach. Zadrżałam, czując chłodny podmuch wiatru. Otuliłam się rękoma i w zamyśleniu spuściłam wzrok. O co w tym chodzi? Rzadko miewam tak realistyczne sny. Musiał mieć jakieś głębsze przesłanie. I jeszcze ten głos mężczyzny... był tak głęboki i delikatnie zachrypnięty. Byłam niemalże absolutnie pewna, że był mi dziwnie znajomy...
Poczułam na swojej odkrytej skórze zimne krople wody. Spojrzałam do góry, by sprawdzić, czy to nie czasem spadło z drzewa, jednak w tej samej chwili lunął deszcz. Wspaniale. Obejrzałam się po raz kolejny. Wracać do watahy, czy lepiej schronić się w budynku? Nawet jeśli przemienię się w wilka mogę złapać jakieś choróbsko. Wiedziałam, że w tych okolicach nigdzie nie znajdę jaskini. Może przycupnę pod drzewem? Błysk i grzmot pioruna. Nie, to jednak nie będzie dobry pomysł. Wciąż kręciło mi się lekko w głowie. Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku przerażającego domu. Będąc w tym stanie nie byłam gotowa na logiczne myślenie... a ponadto wizja spędzenia tam reszty nocy już nie zapowiadała się tak źle, jak przed upadkiem. Gdy tylko minęłam próg drzwi i poczułam wszechobecny smród, zmieniłam zdanie, jednak teraz już nie było sensu zawracać.
Usiadłam na drewnianej podłodze w werandzie i patrzyłam na deszcz. Nie miałam najmniejszego zamiaru zapuszczać się ponownie w głąb tego budynku. Oparłam się głową o belkę podtrzymującą dach i skuliłam się, starając się zatrzymać jak najwięcej ciepła. Oczy same mi się zamykały, jednak za każdym razem budziłam się, potrząsając głową. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym nie była w pełni gotowości w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa.
Po już którejś godzinie wpatrywania się w pojawiające się kałuże, usłyszałam niepokojące stukanie w domu. Znieruchomiałam i wstrzymałam oddech. Zaczęłam nasłuchiwać. Znowu usłyszałam pukanie. Odruchowo sięgnęłam do plecaka po jakiegoś gnata, ale zapomniałam, że już go nie posiadam. Przeklęłam w duchu i obróciłam za siebie. W środku było ciemno. Znowu pukanie, jednak teraz zaczęło brzmieć trochę jak wchodzenie bądź schodzenie po schodach. Zamarłam. Co jeśli te zwłoki, które znalazłam w piwnicy w jakiś sposób ożyły? Powoli wstałam, napinając wszystkie mięśnie. Próbowałam cokolwiek zobaczyć, ale to wszystko na nic. Mimo doskonałego wilczego wzroku widziałam wyłącznie nieprzeniknioną ciemność. Znowu pukanie. Już chwilę potem zobaczyłam zarys ludzkiej sylwetki wyłaniający się z piwnicy. Była owinięta płachtą ciemnego materiału. Zatrzymała się, stojąc w cieniu tak, że wciąż nie widziałam jej twarzy.
- Czego dziewczę tu szuka? - wychrypiała. Brzmiała jak zwykła staruszka... Od razu na myśl przyszła mi ta naga kobieta w piwnicy. Nie wyglądała na tak starą... ale jednak istniał cień szansy, że była to właśnie ona.
- Ja... - urwałam - ...chciałam przeczekać deszcz.
- A dzieweczka wie, że tutaj nikt nie może wchodzić? - jej głos przybrał groźniejszy ton. Zamarłam. Mogłam się tego spodziewać. Po co w ogóle tutaj przychodziłam?
- N-nie...
- Więc niech dziewczyna się wynosi! - krzycząc to, trzasnęła o kruchą podłogę laską, której do tej pory w ogóle nie widziałam. Wtedy wychyliła swoją głowę za cienia i ujrzałam jej trupio bladą twarz pokrytą przebarwieniami oraz jej całkowicie czarne oczy, a raczej coś, czym zostały wcześniej zastąpione. Włosy zdawały się być tak delikatne, że kruszyły się przy jej każdym ruchu. Pod materiałem dostrzegłam jej nagą pierś oraz ciało pokryte cienkimi przecięciami, przez które musiała mieć spuszczoną krew. Z mojego gardła wydobył się przeraźliwy wrzask, a ja pędem rzuciłam się w ulewę.
Przez pierwszy kilometr szaleńczej ucieczki sądziłam, że martwa kobieta mnie goni, jednak po jakimś czasie doszłam do wniosku, że jej nigdzie nie widzę i że musiała zostać w budynku. Z łomoczącym sercem ze zdenerwowania i zmęczenia usiadłam na kamieniu. Ciężkie krople deszczu uderzały o moją głowę, jednak ja nic sobie z tego nie robiłam. Było mi zimno, ale mówi się trudno - najwyżej będę chora. Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
Spróbowałam uspokoić oddech, zwieszając głowę i odgarniając przemoczone włosy do tyłu. Po drodze zgubiłam gdzieś również okulary, więc gorzej widziałam. Będę musiała iść do Miasta i zakupić nowe... Pora wracać w końcu do watahy. Wstałam na równe nogi, zmieniłam się w wilka i ruszyłam w kierunku, gdzie powinnam natrafić na stado.
Nie mogłam się jednak pozbyć wrażenia, że ktoś mnie śledzi i był znacznie bardziej ludzki od wcześniej zobaczonych zwłok. Może to była zwykła iluzja, a ja dałam się nastraszyć? Co się stało z dawną nieustraszoną Soharą? Co jeśli to moja prawdziwa twarz, a ja w rzeczywistości jestem strachliwą dziewczyną, która tylko zgrywa twardziela?

<C.D.N.> 

Uwagi: Kilka literówek.

piątek, 14 października 2016

Od Moone "Czarna historia" cz. 1 (cd. Suzanna)

Krewni Moone tworzyli watahę, która posiadała wilki wyłącznie z jednej rodziny. Po prostu tworzyli rodzinną watahę. Jej rodzina nie posiadała żadnych mocy, wszyscy mieli skrzydła. Alfą tej "watahy" był pradziadek Moone. Nosił od imię Sago. Jego syn, Sagope, był zazdrosny o władzę i żeby zdobyć moc zjadł najbardziej jadowitego węża w tamtejszych terenach. Wąż nie został pogryziony, dlatego ukąsił Sagopea w serce. Nagle przemienił się w czarny posąg a kolejno zaczął pękać. Z powstałych szpar wydostawały się kłębki dymu i falującego czarnego światła. Nagle wszystko się rozprysło. Huk był okropnie wielki i przez to w tamtym terenie zrobił się krater. Dziadek Moone stał się demonem. Zaczął pożerać swoje dzieci, ale jedna młoda wadera oddaliła się na tyle, że przy eksplozji poczuła lekki podmuch wiatru. Dzięki temu uniknęła zginięciu. Gdy już zabił swoje potomstwo, zabrał się za resztę swojej rodziny. Swoimi neonowoczerwonymi oczami oślepiał wszystkie organizmy żywe, nawet rośliny, co wydawało się niemożliwe. Na ogonie miał grube kolce, co przy szarpnięciu przecięłoby wszystko. Po dwóch latach, kiedy ocalona wadera przyszła ze swoim partnerem do rodziny, zastała wielki, zalany wyschniętą krwią krater. W nim były kości jej bliskich. Zrozpaczona Manui, tak miała na imię, wraz z Tero, partnerem Manui, poszli do jaskini, która nie została uszkodzona. Zamieszkali tam aż do porodu Moone i jej rodzeństwa. Wtedy Sagope dowiedział się o rozszerzeniu swojej rodziny i chciał ich zabić. Ale już tak prosto nie miał. Tero był wilkiem posiadającym magiczne moce, ale za to nie miał skrzydeł. Założył więc magiczną osłonkę naokoło jaskini. Demon próbując dostać się do nich rzucał kamieniami, pluł jadem, ale to nic nie dało. Męczył ich tak przez parę dni, aż odfrunął. Manui weszła wraz z wilczkami w głąb jaskini, a Treo wyszedł poszukać czegoś do jedzenia, bo młode były bliskie wyczerpania, były śmiertelnie głodne. Tata Moone nie wracał przez dwie godziny, co zmartwiło mamę Moone. Podeszła bliżej wyjścia z jaskini i zobaczyła martwego partnera. Chciała się cofnąć o kilka kroków, ale nagle coś za nią wyskoczyło. To był on. Otworzył szerzej oczy, jego tęczówki się zwęziły do prawie grubości iły, krew lała mu się z pyska, rozłożył swe ogromne, nietoperzowe skrzydła i rzucił się na Manui. Szczeniaki obudziły się słysząc krzyki ich mamy. Pobiegły, a raczej próbowały pobiec do niej. Moone, wraz z braćmi zobaczyła umierającą mamę, ale nic nie mogły zrobić. Demon podszedł do nich.
- Ochhhh... Małe słodkie szczeniaczki! Jakże słodko by wyglądały umorusane krwią swoją od zewnątrz. Ale kto pierwszy? Och, przecież! Bym zapomniał! Przecież wadery mają pierwszeństwo!
Już się zamachał do pożarcia Moone, gdy jeden z jej braci ugryzł go w tylną łapę. Wtedy wilczyca nie poczuła bólu kieł krewnego, lecz jego pazurów. Przeciął on jej udo, tam, gdzie w okresie dorosłości będzie miała znaczek księżyca. Jej krew nie była czerwona, lecz czarna. Upadła. Wtedy zdenerwowany Sagope zabił jej braci. Moone obudziła się kolejnej nocy. Nie miała dużo sił. Wstała i kulejąc wyszła na dwór. Znowu upadła. Nagle usłyszała szuranie liści. Przerażona udawała umarłą. Ale z krzaków wyszły dwa lisy. Usnęła obudziła się po kilku godzinach. Zorientowała się, że jeden z lisów niesie ją do nieznanego miejsca. Była już jesień, więc tym bardziej nie szło zauważyć gdzie się jest. W oddali zobaczyła wilki. Lisy odstawiły ją i kazały iść do przedstawicieli jej gatunku. Moone wstała i poszła powoli. Szukała Alfy. Umiała się zorientować, który z wilków jest przywódcą. W końcu natrafiła na Suzannę.
- Mogłybyście mnie przygarnąć? - poprosiła smutnie Moone.

<Suzanno, mogłabyś dokończyć? Pozdrawiam>

Uwagi: Mnóstwo literówek. "Zrozpaczona", a nie "zrospaczona". "Zwęziły", a nie "zwęrzyły". "Och" piszemy przez "ch". "Przecież" piszemy przez "ż". Na przyszłość prosiłabym o pisanie w 1 os., no chyba, że bardzo ci zależy na 3 os. Wtedy prosiłabym o napisanie mi o tym. Poza tym wiesz, że niemożliwe jest, aby połknięty wąż przegryzł serce, które nie łączy się z przewodem pokarmowym? Jeśli to była tylko taka legenda, a prawda nie jest do końca znana, powinnaś o tym gdzieś wspomnieć.

czwartek, 6 października 2016

Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 4

Ostatnio moje dni są całkiem normalne. Zero dziwnych snów. Zero nagłych napadów psychicznych basiorów. No i las jako tako odżył od ostatniego czasu jak tam byłem, czyli... Tydzień temu? Wow, dość szybko mu idzie, bo pierwsze małe siewki już pną się w górę i konkurują o dostęp do światła. Po tym jak Malachit zniknął, zaszyłem się w norze i spałem. Chyba musiałem odreagować te nieprzespane noce, bo przyznaję. Bałem się, że znów nawiedzi mnie jakaś nienormalna wizja i unikałem snu jak ognia. Teraz czuję się znacznie lepiej. I chyba w końcu ruszę te leniwe kości, żeby jakoś przeczołgały się do miejskiej biblioteki, bo jeśli dalej będę przedłużaj moje "wakacje", to w końcu jakiś Rubin, czy Topaz przyjdzie i skróci mnie o łeb.
Zmieniłem się w człowieka i przekroczyłem granicę miasta. To już drugi raz w tym miesiącu kiedy odwiedzam bibliotekę. Lubię to miejsce. Jest tam sporo rzeczy, których normalnie w internecie się nie znajdzie. A już widzę strony jakie by mi wyskoczyły jakbym wpisał "Kamienie Szlachetne - tajna organizacja wilków".
Stanąłem na schodach, wziąłem głęboki wdech i otworzyłem skrzypiące drzwi. Nie wiem czemu, ale ta atmosfera w bibliotece zawsze wprawia mnie w jakieś takie dziwne uczucie. Jakbym był obserwowany przez te tysiące ksiąg. Trochę nieprzyjemne, ale idzie się przyzwyczaić. Ruszyłem w kierunku regałów z rzadziej odwiedzanymi egzemplarzami. Kątem oka wychwyciłem "Ezoterykę", a potem wziąłem jeszcze "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem". Cóż za tytuł. Nie dało się krócej? No nie ważne. Usiadłem na hebanowym krześle i zacząłem kartkować te opasłe tomiszcza. Po dwóch godzinach zmagań z morzącym snem, w końcu zacząłem mu się poddawać i lekko przysypiać nad "Ezoteryką". Jak nie widać efektów, to od razu traci się zapał. Wyszedłem bardziej niż zawiedziony.
Nie dowiedziałem się niczego nowego. No może prócz tego, że na południu watahy lubiły dzielić się na komanda, a te nie zawsze były "prawe" i "dobroduszne".
A nie. Nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy. Nie wszystko jest takie proste, że wystarczy odwiedzenie miejskiego magazynu starych papierów żeby to rozwiązać. Będę musiał ruszyć trochę głową. Echh... Jakie to upierdliwe.
Nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Jedyna droga jaka wydaje mi się słuszna to wyruszenie na południe. Mogę jeszcze czekać aż ktoś przyjdzie do mnie, ale chyba wybiorę element zaskoczenia. Już nieraz słyszałem o tym jak odmieniał losy całych wojen.
Zmieniłem się w wilka i wróciłem do swojej jaskini. Po drodze uśmiechnąłem się do Alfy i jakiejś innej wadery, która jej towarzyszyła - to już coś. Przynajmniej ich nie zignorowałem, a mam tendencję do nakładania maski z marmuru jak kogoś widzę. Taki swoisty bitch-face.
Rozejrzałem się po moim "mieszkaniu". No niewiele tu jest. Złapałem jakieś suszone mięso i owoce, wrzuciłem je do torby i przewiązałem ją sobie przez ramię, tak, że wisiała mi na łopatce. No dobra. Nie ma na co czekać.

Uwagi: "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem" - nie stawiasz tych dwóch Spacji między myślnikiem a tekstem. Postaraj się następnym razem napisać trochę dłuższe op.

wtorek, 4 października 2016

Od Sarah "Zmiana" cz.1 (C.D. chętny)

Słońce grzało mi futro. Wybudziłam się ze snu i lekko uchyliłam powieki. Przewróciłam się na drugi bok i walnęłam nosem o kamień. Jęknęłam i szybko wstałam, klnąc pod nosem. Ewidentnie słaby początek dnia. Do tego byłam głodna. Pobiegłam do Zielonego Lasu. Gdy tam dotarłam zauważyłam jednak, że przestawał być zielony, a zaczynał nabierać jesiennych barw. Przewróciłam oczami widząc szczeniaka oglądającego kasztany i poszłam dalej. Świtało, więc zwierzęta powinny już wychodzić. Z oddali zobaczyłam sarnę, więc skryłam się w cieniu i zbliżyłam się do niej. Aby ułatwić sobie robotę, przywołałam lód i zamroziłam jej nogi. Skoczyłam na nią i zębami zgniotłam jej czaszkę. Kiwnęłam łapą i dotychczas unieruchomiona zdobycz padła na ziemię. Zjadłam tyle, ile mogłam a resztki zostawiłam na ziemi. Po sytym posiłku zaczęłam odczuwać pragnienie, więc czym prędzej pognałam do Wodopoju. Napiłam się czystej wody i spojrzałam na swoje odbicie. Zmieniłam się. Sierść mi urosła, najbardziej na grzywce. I nadal miałam te dziwnie położone runy na szyi. Za to oczy stały się dużo jaśniejsze, nie wiadomo dlaczego... Zanurzyłam łapę w wodzie. Poczułam coś w stylu ulgi, mieszanej ze spokojem. Po chwili zanurzyłam się cała i zanurkowałam. Przyjemny dotyk wody odprężał moje mięśnie. Oddychałam niczym przez skrzela, dzięki mocy. Podpłynęłam na płytsze rejony i wynurzyłam się. Machnęłam łapą, a woda uniosła się, tworząc spiralę. Potem fale i jeszcze fontannę. Bawiłam się swoim żywiołem, o którym prawie zapomniałam. Przestałam się koncentrować i ciesz wróciła do swojego pierwotnego stanu. Wyszłam z wody i otrzepałam się. Spojrzałam na Wodopój.
- Nie powiem, ładnie ci wyszło - usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się.

<chętny?>

Uwagi: Jak sama pisałaś - trochę krótkie to op... Aż za krótkie. Przypominam, że akurat ty, jako stały członek WMW powinnaś pisać nie min. 20 linijek, a 30. Wyłącznie przez moje przeoczenie to op. pojawiło się na stronie. Następnym razem nie uznam.