Kolejny dzień. Słońce grzeje niemiłosiernie. Chyba już południe.
Wcześnie. Musiałem dłużej spać. Obejrzałem się wokół siebie i pomyślałem
przez chwilę co działo się wczoraj. Ach... No tak. Już pamiętam. Byłem
głodny. Szukałem czegoś do jedzenia, ale jak coś jest potrzebne to
zwykle tego nie ma. Więc szedłem przed siebie, nie wiedząc nawet w jakim
kierunku. Po jakiś siedmiu godzinach marszu byłem tak wygłodniały, że zjadłem
jakieś jagody, które rosły na przypadkowym krzaku. Wcześniej skubały go
ptaki, więc pomyślałem, że nie mogą być trujące. Cóż... Bynajmniej nie
były to trujaki, ale to co działo się potem...
Po zjedzeniu dość sporej ilości obraz zaczynał mi się zamazywać. Drzewa
falowały, moje serce biło zaskakująco głośno - wystarczająco abym nie
słyszał własnych myśli. Potem zrobiło mi się gorąco, na tyle, że
pobiegłem co sił do sadzawki i żłopałem tak, że o mało nie
zwymiotowałem. Potem... eee... Potem już nie pamiętam. Ale nie pamiętam
też żebym widział w tej sadzawce wodospad.
Wbiłem wzrok w kaskadę wody spadającą do niewielkiego jeziorka.
Kaskada... Do mojej głowy od razu wepchały się nieprzyjemne wspomnienia.
Odgoniłem je czym prędzej.
Gdzie ja jestem? A w sumie. Czy to ważne? Po prostu pójdę dalej przed
siebie. Z zapałem ruszyłem naprzód. Szedłem tak z dwadzieścia minut, ale krajobraz
wciąż się nie zmieniał. Miałem wrażenie, że chodzę w kółko. O matko... Ja
chodzę w kółko ! Usiadłem kiedy ujrzałem ponownie wodospad.
Te dziwne jagody chyba jeszcze działają... Zwiesiłem uszy.
- Kim jesteś? - usłyszałem zza krzaków
Podskoczyłem przerażony i od razu skierowałem wzrok w stronę, z której dochodził głos. Niczego tam nie było.
- Kim jestem? Pyta się o to osoba, chowająca się w krzakach. Jesteś głupcem jeśli myślisz, że ci odpowiem - odburknąłem
- Nie chowam się w krzakach. - usłyszałem tym razem od strony wodospadu
Szybko się odwróciłem. Przede mną stała wadera. I to chyba nie
przeciętna samica, która odłączyła się od swojej watahy. W ogóle jej nie
wyczułem. Nawet nie wiem jak zjawiła się za moimi plecami. Postanowiłem
nie tracić pewności siebie, ale jakaś część mojej podświadomości kazała
mi powstrzymać sarkastyczny ton.
- W takim razie zwracam honor - wykrzywiłem twarz w czymś co miało być uśmiechem
Wadera tylko zmarszczyła podejrzliwie brwi.
- Jesteś na terenie MOJEJ watahy - rzuciła ostrzegawczo
Och, a więc jest Alfą. To wszystko wyjaśnia.
- Spokojnie... Nie jestem żadnym szpiegiem ani nic. Przechodziłem tylko.
- Żaden szpieg nie mówi na prawo i lewo, że jest szpiegiem
- No cóż, to prawda. No dobrze. Nazywam się Renethrain. Możesz mi mówić
Rene. Przyszedłem ee... Chyba z południa... Albo z północy... -
Powiedziałem spoglądając na słońce - W każdym razie. To skąd pochodzę
już dawno nie istnieje, więc nie ma sensu się nad tym zastanawiać.
- Jesteś samotnikiem?
- Ta. Chyba tak.
- Aha...
Jakoś dziwnie się czuję rozmawiając z innym wilkiem po dwumiesięcznym
milczeniu. A na dodatek ta wadera wyjątkowo mnie peszy. Nie mogę się
zebrać żeby podnieść moje uszy. Kurde, nawet nie zauważyłem, że je
płożyłem!
Przecież to nie moja Alfa. Zaraz... A co jeśliby nią była? Nie mam
dokąd pójść, a mając watahę będę mógł nareszcie myśleć o zemście, a nie o
tym jak przeczyć kolejny dzień. Już dawno nie natknąłem się na żadnego
wilka. Poczułem nagły przypływ siły.
- Mógłbym dołączyć do twojej watahy? - walnąłem prosto z mostu
Wadera chyba się tego nie spodziewała, bo nie zdołała ukryć chwilowego
zmieszania. Zaraz jednak spojrzała się jeszcze bardziej nieufnie.
- Nie. Dopiero co zobaczyłam cię na oczy. Myślisz, że pozwolę jakiemuś
pierwszemu lepszemu wilkowi wejść na teren mojego domu!? - podniosła
ton - Odejdź stąd. I nie wracaj.
Ugh, nie mogę znieść tej gęstej atmosfery. Czemu wadery są takie trudne w
rozmowie? Tak jakbym mógł napaść samodzielnie na całą watahę. Byłbym
głupcem. Ale nie mam wyjścia. Nie mogę odpuścić. To moja szansa na
bezpieczne schronienie i planowanie.
- W takim razie daj mi okres próbny - ciągnąłem - nie wiem. Jak będziesz
chciała możesz mnie nawet na pewien czas przydzielić kogoś do
obserwacji.
- Nie.
- No to nie wiem. Zwiąż i wprowadź jako więźnia?
- Czemu ci tak zależy?
- Po prostu mam dość rozmawiania z drzewami.
I na ten krótki moment na naszych pyskach jednocześnie pojawił się
nikły uśmiech, który trwał zaledwie ułamek sekundy, ale wystarczył, by
nieco rozluźnić atmosferę.
- To jak... ? - spytałem.
Wadera westchnęła.
- Możesz mówić na mnie Pestka lub Ishi.
- Dzięki, Pestka.
- Ale jak tylko zrobisz coś co będzie chodź trochę podejrzane...
- To każesz mnie zabić, tak, tak, zrozumiałem - przewróciłem oczami.
Przydzielono mi jaskinię. Dostałem stanowisko. Dużą kolację. Już od
dłuższego czasu nie czułem tego uczucia...Takiego... Miłego uczucia
spokoju i bezpieczeństwa. Mimo, że przez większość czasu unikałem innych
członków.
Uwagi: Do tytułu op. dawaj pełne imię postaci. "Ach" i "och" piszemy przez "ch". Jeśli chcesz zrobić trzykropek - licz, ile ich postawiłaś. Przed znakiem zapytania oraz wykrzyknikiem (tak jak przed innymi znakami interpunkcyjnymi) nie stawiaj Spacji! Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Rozwijaj skróty (np. min. = minut). "Alfa" jako tytuł na WMW zapisywane jest z wielkiej litery. Przed "więc" stawiaj przecinek. "Dwumiesięcznym" piszemy razem. Wilki nie mają twarzy. Zapominasz o kropkach na końcu zdań (szczególnie wypowiedzi lub zakończeń narracji).
Zacieśnianie więzi
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Ciekawostka #30
ZKWMW to wataha jednocząca strony tego pokroju. Jednak nie każdy wie, w jakich okolicznościach dokładnie powstało. Otóż w drugim kwartale 2015 r. została skopiowana od A do Z (włącznie z postaciami) wataha zaprzyjaźniona z WMW. Nie chciałam tego tak zostawić (właścicielka upierała się przy zbiegu okoliczności), więc stworzyłam zasady "gry w wojnę". Chodziło w niej o to, że watahy z ZKWMW wystąpiły przeciwko watasze kopiarskiej. Sprawa była prosta - należy napisać łącznie 50 op. o bitwie. Która ze stron stworzy ich więcej, wygrywa. Jeśli ZKWMW przegra, zostawia sprawę w spokoju, kiedy z kolei przegra, druga ze stron musi usunąć wszystkie skopiowane elementy (czyli właściwie wszystko).
Jako, że było nas ponad 100, wygraliśmy i w ten sposób druga zmuszona była zrobiona zrobić, to co kazaliśmy.
Jako, że było nas ponad 100, wygraliśmy i w ten sposób druga zmuszona była zrobiona zrobić, to co kazaliśmy.
niedziela, 28 sierpnia 2016
Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 1
Uwaga! Opowiadanie zawiera sceny drastyczne.
Wracając z dyżuru w WhyPaw'ie, postanowiłam iść kompletnie inną drogą. Nie spieszyło mi się jakoś szczególnie do watahy - miałam w końcu dzień wolny. Poczułam silny impuls sięgnięcia po jedną z fajek w pudełku otrzymanym przez Jaysona, ale zrezygnowałam z tego. Już wystarczyło, że paliłam podczas dyżurów. Nie czułabym się dobrze z myślą, że byłoby je czuć jeszcze w watasze. Nie chciałabym zatruwać płuc szczeniakom, którymi się opiekuję. Palę od stosunkowo niedawna. Żyję w coraz większym stresie, a to była dla mnie idealna forma odstresowania się. Jayson wciągnął się w to już jako nastolatek, więc chyba nie było ze mną aż tak źle. Sam twierdził, że w WhyPaw'ie to już tradycja - każdy prędzej czy później się w to wkręca. Żyjemy w brudnym świecie pełnym przestępczości, więc to był chyba najmniejszy problem, jaki mieliśmy. Możliwe, że swoje dzieci (o ile takowe kiedyś sobie sprawię) niegdyś też będę zmuszona do tego wciągnąć... Jak na chwilę obecną zdaje się, że zostanę starą panną. Jakoś szczerze mówiąc mi to nie przeszkadza. Już starczy, że ja mam zepsute życie przez to wszystko, co zwykłam przeżywać na co dzień.
O ile byłam skupiona na ścieżce, którą podążałam, tak w końcu zdecydowałam się podnieść głowę. Zmarszczyłam brwi, widząc zarys ciemnego budynku. Nie wiedziałam, że ktokolwiek tutaj mieszka. W duchu cieszyłam się, że nie uległam przemianie w wilka, gdyż wtedy to mogłoby się skończyć nieprzyjemnie. O ile oczywiście ktoś tam mieszka.
Z każdym krokiem znajdowałam się coraz bliżej. Kiedy w końcu przystanęłam naprzeciwko zarośniętej ścieżki prowadzącej do drewnianego, sypiącego się domu, dostrzegłam, że drzwi zostały wystawione i leżały gdzieś w trawie. Mogłabym pomyśleć, że to sprawa rabusiów, ale dlaczego rzucone zostały na grządkę kwiatów? Zaintrygowało mnie to nieco. Skoro dom zapewne był opuszczony, ja nie bałam się przygód, a z każdego ryzyka wychodziłam w jednym kawałku, nic nie stoi na przeszkodzie eksploracji. Ochoczo ruszyłam naprzód.
Zauważyłam, że od starych, spękanych drzwi odchodziła już farba, a na surowym drewnie były... jakieś napisy. Z wrażenia aż stanęłam w miejscu i spróbowałam je odczytać. Pismo niestety było nieczytelne, a słowa pochodziły z innego języku, którego niestety nie znałam. Wzruszyłam ramionami i zaciskając palce na szelkach plecaka wypełnionego scyzorykami, linami czy po prostu butelkami z wodą, ruszyłam dalej.
Minęłam zniszczoną ramę wejściową i stanęłam w pomieszczeniu, które musiało być salonem. Nie znajdowało się tam nic prócz powycieranego fotela i starego telewizora z pękniętym ekranem. Po podejściu bliżej zauważyłam, że ktoś wyjął całe wnętrze urządzenia i na jego miejsce włożył... no właśnie - co? Latały nad tym muchy i przypominało brzydką, zniekształconą papkę. Zmarszczyłam nos, czując niesamowity smród. To pewnie wyjątkowo zgniłe jedzenie. Zaintrygowana takim postępowaniem obróciłam się w stronę kolejnego, sypiącego się przejścia, w którym dostrzegłam meble kuchenne. Powoli stąpając po skrzypiącej podłodze weszłam do środka. Resztki dachu porozrzucane były po całym pomieszczeniu. Jedyne, co się tutaj trzymało było podłogą i ścianami. Nie licząc podrapanych blatów. Bardzo podrapanych blatów. Zupełnie, jakby ktoś wielokrotnie przejechał po nich nożem lub położył na nie wielkiego, wściekłego kota. Tapeta z zżółkłymi kwiatami również była cała podziurawiona. Przejechałam po niej ręką. Zniszczenia były naprawdę głębokie. Na ścianie były ślady po zapewne linii wody. Ten budynek kiedyś był zalany. Gdyby deszczówka wciąż tutaj stała, sięgałaby mi do kolan. Otworzyłam lodówkę, której drzwiczki były również umazane dziwnymi słowami. W środku znalazłam mnóstwo pleśni, robali i równo poustawianych butów - za równo męskich, damskich, jak i dziecięcych.
Osobliwe miejsce - pomyślałam, kierując się ponownie do salonu, w którym znalazłam schody prowadzące na górę. Nie były w najlepszym stanie, ale raczej mój ciężar wytrzymają. Ostrożnie weszłam na górę. Pół piętra było zarwane, zachował się tylko mały pokoik nad salonem, a w nim zniszczony, oblany wieloma substancjami dywanik i stolik. Obróciłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu. Było równie zaniedbane jak pozostałe. Budynek ten musiał być porzucony przez właścicieli naprawdę dawno temu.
Kiedy kątem oka dostrzegłam ruch, automatycznie wyjęłam zza paska nóż i skierowałam w tamtym kierunku. Już po chwili zorientowałam się, że wystraszyłam się samej siebie. Na stoliku stało małe zwierciadełko z ruchomą częścią z lustrem. Dało je się obrócić w dwie strony. Podeszłam bliżej. Było bardzo brudne, w równie startej złotej oprawie. Dziwne, że nikt nie zdecydował się go złupić. Uśmiechnęłam się lekko do własnego odbicia i delikatnie ruszyłam palcem część ruchomą. Lusterko się przechyliło w taki sposób, że dostrzegłam za nim kulę wielkości piłki do tenisa stołowego. Wygrzebałam ją i zważyłam w ręce. Była zimna, zupełnie jakby wykonana została z metalu i lśniła niczym perła. Była całkiem czarna. Przyjrzałam się jej raz jeszcze i odłożyłam na miejsce. Zaraz obok leżała kostka Rubika pozbawiona kolorów i rozłożona na części. Nie wyglądało mi na to, aby stało się to samoczynnie. Ktoś musiał ją rozłożyć i tak zostawić... Kula, kostka i zwierciadełko zdawały się być jak na razie najnowszymi elementami znajdującymi się w budynku.
Powoli zeszłam na dół. Jedna z desek zapadła się pod moją nogą, ale na szczęście w porę chwyciłam się poręczy. Teraz zamierzałam przyjrzeć się piwnicy, do której wejście najprawdopodobniej widziałam w kuchni. Przeszłam do tego właśnie pomieszczenia i uniosłam zniszczoną, równie drewnianą klapę, a następnie z hukiem upuściłam na podłogę.
Popatrzyłam w dół schodów. W piwnicy panował półmrok. Stałam tak przez dłuższą chwilę i zastanawiałam się, cóż począć. Czy w ogóle jest sens schodzenia tam? Co jeśli zarwą się schody, mój ostatni środek powrotu? Haro, przecież już nie w takich sytuacjach się znajdowałaś - powtarzałam sobie w duchu - dasz radę i tym razem. Dodając sobie otuchy zacisnęłam lewą dłoń na szelce plecaka, z kolei prawą wyciągnęłam do zardzewiałej poręczy. Już w chwili dotknięcia jej przekonałam się, że jest ubrudzona jakąś substancją na wzór smoły. A może to rzeczywiście była smoła? Jeśli była to prawda, to nie widziałam większego sensu tego jakże dziwacznego poczynania. Ponadto owa substancja była wciąż lekko lepka, choć we większości stwardniała, dlatego też logiczne zdawało się być to, że ktoś usmarował nią poręcz wcale nie aż tak dawno. Zamiast dotykać poręczy oparłam się o brudną ścianę. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że moja dłoń powinna już dorównywać czystością niejednemu australopitekowi, który nie uznawał kąpieli. Obróciłam ją przodem do twarzy i spoglądając na nią przez ułamek sekundy, zaczęłam pocierać opuszkami palców o kciuk. Zmarszczyłam nos. Pierwszą rzeczą po powrocie będzie umycie się. Kurz osiadły na moich włosach również pewnie nie wyglądał dobrze. Zachowując wszelkie środki ostrożności, jakim było dryfowanie na rozchwianych szczeblach, zeszłam na dół. Już w połowie schodów uderzył mnie odrażający smród, dużo gorszy i wyraźniejszy od tego, który był wszechobecny w całym budynku.
Stanęłam na betonowej podłodze i rozejrzałam się z zaciekawieniem. Jako, że na dworze wciąż było jasno, nawet tu na dole było w miarę widno. Dziurawa podłoga i wybrakowane ściany w górnej części budynku zrobiły swoje i właśnie to im wielce zawdzięczam. Pod ścianą ustawiony był masywny stół przykryty jakimś materiałem. Na to wszystko narzucona była jeszcze gruba folia ochronna. Właściciel stołu musiał się obawiać więc deszczu lub jakichkolwiek innych przypadków zagrażających jego sprzętowi. Nie zaprzątając sobie tym bardziej głowy przeniosłam wzrok na stary, wytarty fotel ustawiony w kącie. Z jego siedzenia wystawały sprężyny. Doprawdy dziwni musieli być mieszkańcy tego domu, skoro urządzili sobie w piwnicy warsztat, do którego wtoczyli jeden stary fotel i... pianino? To już naprawdę traciło jakikolwiek sens. Popatrzyłam na drugi koniec pomieszczenia i doznałam szoku. Stało tam krzesło, a na krześle człowiek. Miał ręce wykręcone w dziwny sposób tak, że zginał je w łokciu, spuszczając całą resztę do akwariów, w których najprawdopodobniej znajdowała się woda, gdyż rysa będąca kamieniem wskazywała poziom, na którym to postać miałaby zanurzone zaledwie czubki palców. Z bijącym sercem podeszłam nieco bliżej, jakby z obawą, że postać zaraz podniesie się i podejdzie do mnie.
- Przepraszam? - spróbowałam zagadać drżącym głosem. Zupełnie wyschło mi w ustach. Postać nie poruszyła się, tylko dalej siedziała, nieco zsunięta z krzesła. Dopiero wtedy zorientowałam się, że była to zupełnie naga kobieta między czterdziestym a pięćdziesiątym rokiem życia. Choć jej twarz w momencie śmierci zapewne nie wyrażała żadnych szczególnych uczuć, to teraz była częściowo zgniła, tak samo jak zdecydowana większość jej skóry. Ciemne, już sypiące się włosy splecione w luźny, niedbały warkocz ułożone były na jej ramieniu. Jedno oko miała całkiem zamknięte, a drugie tylko częściowo. Ku swojemu przerażeniu było ono całkiem czarne. Dopiero po chwili zrozumiałam, że mogło to być nie nic innego, jak druga kula, którą znalazłam na górze... wepchnięta na miejsce oka. Zebrało mi się na nudności. Co jej się stało? Czym są te akwaria? Dlatego jest naga? Co z jej oczami? I co najważniejsze - dlaczego nie żyje? Ponownie popatrzyłam na jej ręce. Teraz zauważyłam, że żeby jej łokcie wciąż były zgięte, jej skóra była przyszpilona widelcami do desek wkręconych niczym pionowe półki do krzesła. W momencie śmierci nie krwawiła. Przekłute ciało nie miało żadnych czerwonych smug. Nie było nawet po tym śladu. Za to pozostały jej niedbale zszyte blizny po długich cięciach nożem. Ktoś jej najpierw spuścił krew. W momencie tej chorej operacji już była martwa.
Zaczęłam się wycofywać do tyłu. To miejsce zdecydowanie nie należało do normalnych. Serce biło mi jak oszalałe. Działy się tutaj jakieś chore operacje. Może wzywali demony? Wsysali życiową energię tej kobiety? Czym był ten język? Co oznaczały te zdania? Może to jakieś modlitwy lub czary? A co jeśli ktoś tutaj nadal jest?
C.D.N.
Od Mizuki "Upadłe bóstwo, czy po prostu demon?" cz. 7 (Cd. Valka)
Spędziłam długie godziny na szukaniu Valki. Wszystko na nic, jej zapach
zmieszał się z dwoma innymi wilkami i straciłam jedyny trop. Stałam
właśnie na plaży i rozmyślałam jak znaleźć Valkę. Słońce znikało powoli w
głębi morza. Jeszcze ciepły piasek delikatnie parzył moje poduszki w
łapach. Gdy słońce zniknęło całkowicie, usłyszałam głośne wycia wilków.
- Musisz się pośpieszyć i się stąd zmyć, inaczej Cię złapią - powiedziała Emilia
- Nawet jak mnie znajdą, nic to nie zmieni. Dzięki twojej mocy mogę rozwalić wszystko.
Podniosłam swoje cztery litery z piasku i ruszyłam do miejsca gdzie urwał się trop Valki. Wyczułam zapach mojego celu i... jeden, który rozchodził się w trzy strony.
"Że też wcześniej na to nie wpadłam! Jeśli myślisz, że zmyli mnie taką maskaradą, to grubo się mylisz!" - Pomyślałam.
Biegiem ruszyłam w trzecią stronę zapachu. Nagle usłyszałam rozmowę dwóch wilków. Natychmiast się zatrzymałam i schowałam w krzakach.
- Słyszałeś? Podobno Desari była widziana w dwóch miejscach jednocześnie! - Powiedział jeden z głosów.
- Przecież to niemożliwe! - Natychmiast zaprzeczył drugi głos.
- Sam widziałem jak druga Des opuszcza tereny watahy! A już po chwili spotkałem ją przy wodopoju! - Przyłączył się do rozmowy kolejny osobnik.
"Mam już to czego szukałam" - Pomyślałam i powoli się wycofałam.
- Nawet jeśli wiesz, że jest w skórze Desari to jak masz zamiar ją dogonić? Jest co najmniej dzień dalej od ciebie. - Powiedziała poirytowana tym wszystkim Emilia.
Nie miałam czasu o tym myśleć. Wilki które chwilę wcześniej rozmawiały, wyczuły mój zapach i już siedzieli mi na ogonie. Jednak nie mieli oni dla mnie znaczenia. Zostało już tylko kilka metrów by przekroczyć granicę watahy. Pewna siebie że ucieknę biegłam na ślepo przed siebie. W duszy drwiłam z wilków które mnie goniły. Ostatni metr i... nagle wpadłam na niewidzialną przeszkodę.
"Bariera..." - Było to pierwsze o czym pomyślałam.
- Naprawdę myślałaś, że pozwolimy ci tak uciec? - Zaśmiał się jeden z nich.
Pozostała mi tylko jedna możliwość... zniszczyć barierę. Ale żeby to zrobić musiałam coś poświęcić. Wiedziałam, że jeśli to zrobię możliwe, że stracę kontrolę nad własnym ciałem. Jednak nie miałam wyboru. Ugryzłam się w łapę. Po chwili zaczęła ciec z niej krew.
- W imię kontraktu związującym Ciebie ze mną, rozkazuje Ci użyczyć mnie twojej mocy! - Wykrzyknęłam, a z krwi powstał przeklęty znak.
Czas się zatrzymał. Przed moim pyskiem stanęła Emilia.
- Jesteś pewna tego, co chcesz zrobić? Poprzednim razem użyłaś tylko części mojej mocy, a skończyłaś w śpiączce.
- Nie drażnij mnie! Jesteś demonem na moje zachcianki! Czyżbyś zapomniała warunki kontraktu!? Masz spełnić każdą moją zasraną zachciankę! - Wykrzyknęłam.
- Skoro jesteś tego pewna, nie mogę zaprzeczyć. - Powiedziała, pstryknęła palcami, a czas znowu ruszył. Z pentagramu zaczęło wypływać dziwna czarna ciecz. Zaczęła wpływać na moje ciało. Aż całość zniknęła we wnętrzu mojego ciała. Pentagram zniknął. Moja rana na łapie zagoiła się w błyskawicznym tempie. Wilki, które mnie goniły skuliły pod siebie ogony i zaczęły się cofać. Odwróciłam łeb w ich kierunku. Uśmiechnęłam się i uderzyłam łapą w ziemię. W jednej chwili wytworzyła się fala, która powaliła wszystkich trzech na ziemię. Wytworzyłam lód. Który przymroził ich do ziemi. Spojrzałam na płytę lodu i... zobaczyłam że wyglądam zupełnie inaczej. Moje futro było nieskazitelnie białe, moje oczy były czarne, a co lepsze moje ciało było w połowie duchem!
- No dobrze, to została bariera. - Wypowiedziałam na głos.
- Nie uda Ci się jej zdjąć! Sama Alfa ją postawiła!
Odwróciłam się przodem do bariery. Wyciągnęłam łapę przed siebie i rozkazałam:
- Zniknij! - Wykrzyknęłam, a bariera rozsypała się w drobny mak. Nigdy nie miałam takiej mocy. Coraz bardziej mi się "to" podobało. Nie miało to dla mnie znaczenia, że jeśli za długo pozostanę w tej formię zmienię się w ducha, który będzie mścił się na wszystkich. Wtedy myślałam tylko o tym by dopaść Valkę. Spojrzałam w niebo. Usypane było miliardem gwiazd świecących tak jasno. Mimo że wydaję się, że jest ich tak wiele tak naprawdę każda z nich jest oddalona od siebie o wiele milionów lat świetlnych. Tym samym skazane zostały na samotność. Gdy postawiłam pierwszy krok z ziemi wzbiły się w powietrze świetliki. Zamknęłam oczy i w mojej głowie pojawił się obraz. Panowała w nim ciemna noc. Patrzyłam na księżyc. Obok mnie siedział jakiś basior. Dookoła nas latały właśnie one... świetliki. Basior mówił coś do mnie z poważnym wyrazem pyska. Jednak nie pamiętałam co właśnie mówił. Wizja zniknęła, a mi nasuwało się tylko jedno pytanie: Kto to był?
( Valka? )
Uwagi: "Stąd" piszemy razem, przez "s" i "ą". Zdarzało Ci się kończyć zdania pytające kropką. "Tępię"? Miałaś chyba na myśli "tempo". Myliłaś osoby (np. Wilki, które mnie goniły (...) zaczęli się cofać.). Przed "a" powinnaś stawiać przecinek. Tytuł "Alfa", "Beta" itd. w WMW zapisujemy z wielkiej litery.
- Musisz się pośpieszyć i się stąd zmyć, inaczej Cię złapią - powiedziała Emilia
- Nawet jak mnie znajdą, nic to nie zmieni. Dzięki twojej mocy mogę rozwalić wszystko.
Podniosłam swoje cztery litery z piasku i ruszyłam do miejsca gdzie urwał się trop Valki. Wyczułam zapach mojego celu i... jeden, który rozchodził się w trzy strony.
"Że też wcześniej na to nie wpadłam! Jeśli myślisz, że zmyli mnie taką maskaradą, to grubo się mylisz!" - Pomyślałam.
Biegiem ruszyłam w trzecią stronę zapachu. Nagle usłyszałam rozmowę dwóch wilków. Natychmiast się zatrzymałam i schowałam w krzakach.
- Słyszałeś? Podobno Desari była widziana w dwóch miejscach jednocześnie! - Powiedział jeden z głosów.
- Przecież to niemożliwe! - Natychmiast zaprzeczył drugi głos.
- Sam widziałem jak druga Des opuszcza tereny watahy! A już po chwili spotkałem ją przy wodopoju! - Przyłączył się do rozmowy kolejny osobnik.
"Mam już to czego szukałam" - Pomyślałam i powoli się wycofałam.
- Nawet jeśli wiesz, że jest w skórze Desari to jak masz zamiar ją dogonić? Jest co najmniej dzień dalej od ciebie. - Powiedziała poirytowana tym wszystkim Emilia.
Nie miałam czasu o tym myśleć. Wilki które chwilę wcześniej rozmawiały, wyczuły mój zapach i już siedzieli mi na ogonie. Jednak nie mieli oni dla mnie znaczenia. Zostało już tylko kilka metrów by przekroczyć granicę watahy. Pewna siebie że ucieknę biegłam na ślepo przed siebie. W duszy drwiłam z wilków które mnie goniły. Ostatni metr i... nagle wpadłam na niewidzialną przeszkodę.
"Bariera..." - Było to pierwsze o czym pomyślałam.
- Naprawdę myślałaś, że pozwolimy ci tak uciec? - Zaśmiał się jeden z nich.
Pozostała mi tylko jedna możliwość... zniszczyć barierę. Ale żeby to zrobić musiałam coś poświęcić. Wiedziałam, że jeśli to zrobię możliwe, że stracę kontrolę nad własnym ciałem. Jednak nie miałam wyboru. Ugryzłam się w łapę. Po chwili zaczęła ciec z niej krew.
- W imię kontraktu związującym Ciebie ze mną, rozkazuje Ci użyczyć mnie twojej mocy! - Wykrzyknęłam, a z krwi powstał przeklęty znak.
Czas się zatrzymał. Przed moim pyskiem stanęła Emilia.
- Jesteś pewna tego, co chcesz zrobić? Poprzednim razem użyłaś tylko części mojej mocy, a skończyłaś w śpiączce.
- Nie drażnij mnie! Jesteś demonem na moje zachcianki! Czyżbyś zapomniała warunki kontraktu!? Masz spełnić każdą moją zasraną zachciankę! - Wykrzyknęłam.
- Skoro jesteś tego pewna, nie mogę zaprzeczyć. - Powiedziała, pstryknęła palcami, a czas znowu ruszył. Z pentagramu zaczęło wypływać dziwna czarna ciecz. Zaczęła wpływać na moje ciało. Aż całość zniknęła we wnętrzu mojego ciała. Pentagram zniknął. Moja rana na łapie zagoiła się w błyskawicznym tempie. Wilki, które mnie goniły skuliły pod siebie ogony i zaczęły się cofać. Odwróciłam łeb w ich kierunku. Uśmiechnęłam się i uderzyłam łapą w ziemię. W jednej chwili wytworzyła się fala, która powaliła wszystkich trzech na ziemię. Wytworzyłam lód. Który przymroził ich do ziemi. Spojrzałam na płytę lodu i... zobaczyłam że wyglądam zupełnie inaczej. Moje futro było nieskazitelnie białe, moje oczy były czarne, a co lepsze moje ciało było w połowie duchem!
- No dobrze, to została bariera. - Wypowiedziałam na głos.
- Nie uda Ci się jej zdjąć! Sama Alfa ją postawiła!
Odwróciłam się przodem do bariery. Wyciągnęłam łapę przed siebie i rozkazałam:
- Zniknij! - Wykrzyknęłam, a bariera rozsypała się w drobny mak. Nigdy nie miałam takiej mocy. Coraz bardziej mi się "to" podobało. Nie miało to dla mnie znaczenia, że jeśli za długo pozostanę w tej formię zmienię się w ducha, który będzie mścił się na wszystkich. Wtedy myślałam tylko o tym by dopaść Valkę. Spojrzałam w niebo. Usypane było miliardem gwiazd świecących tak jasno. Mimo że wydaję się, że jest ich tak wiele tak naprawdę każda z nich jest oddalona od siebie o wiele milionów lat świetlnych. Tym samym skazane zostały na samotność. Gdy postawiłam pierwszy krok z ziemi wzbiły się w powietrze świetliki. Zamknęłam oczy i w mojej głowie pojawił się obraz. Panowała w nim ciemna noc. Patrzyłam na księżyc. Obok mnie siedział jakiś basior. Dookoła nas latały właśnie one... świetliki. Basior mówił coś do mnie z poważnym wyrazem pyska. Jednak nie pamiętałam co właśnie mówił. Wizja zniknęła, a mi nasuwało się tylko jedno pytanie: Kto to był?
( Valka? )
Uwagi: "Stąd" piszemy razem, przez "s" i "ą". Zdarzało Ci się kończyć zdania pytające kropką. "Tępię"? Miałaś chyba na myśli "tempo". Myliłaś osoby (np. Wilki, które mnie goniły (...) zaczęli się cofać.). Przed "a" powinnaś stawiać przecinek. Tytuł "Alfa", "Beta" itd. w WMW zapisujemy z wielkiej litery.
Subskrybuj:
Posty (Atom)