Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 25 marca 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 5 (C.D. Cess)

Sierpień 2022 r.
Bezzwłocznie wyruszyliśmy na poszukiwanie schronienia. Dreptałem niepewnie tuż przy ścianie, za Cess, co jakiś czas przystając, by się otrzepać, ale nawet pomimo to moje futro stopniowo nasiąkało wodą. Ściana deszczu gęstniała coraz bardziej. Jednak szczęście uśmiechnęło się do nas tym razem – dość szybko znaleźliśmy odpowiednio duże wgłębienie w skale. 
W końcu mogłem porządnie osuszyć futro. Westchnąłem z ulgą, powoli przyzwyczajając wzrok do zmiany oświetlenia. Odwróciłem się, by rozejrzeć się po naszej tymczasowej kryjówce.
Z początku wszystko było na swoim miejscu. Ciemność pozostawała ciemnością, cztery kąty jaskini tkwiły cierpliwie na swoich miejscach. Jednak już po chwili z mroku wyłonił się długi, wilczy pysk, szaro-zielone oczy i szeroka, pokryta krótkim, złotorudym futrem pierś. Długie, potężne łapy napięły się z jakiegoś powodu, lewa cofnęła się z cichym szurnięciem. Podniosłem wzrok na ten dziwny pysk, rozciągający się w bardzo niezręcznym uśmiechu. Elementy układanki powoli składały się w spójną całość, obraz który miałem przed sobą wypełniał się realizmem. Przez chwilę wpatrywałem się w rozszerzone źrenice basiora, powoli zagarniając rozumem rzeczywistość.
Obaj jednocześnie wrzasnęliśmy.
Cess akurat spokojnie otrzepywała się z wody. Gwałtownie odwróciła łeb i również zaczęła krzyczeć. Panicznie zebrała wodę z niewielkich kałuży, powstałych na posadzce jaskini i przybrała obronną postawę.
– Kim jesteś?! – ryknęła.
Nie zabrzmiało to jak miłe podziękowanie.
Odskoczyłem i niezdarnie się cofnąłem, wlepiając paniczne spojrzenie w obcego. Rudy próbował nawiać, ale potknął się o własne łapy i upadł jak długi.
– Nikim! Jestem nikim! – wykrzyknął, usiłując wstać. – Do zobaczenia kiedy nigdziej!
Na wszystkie świętości, ten głos...
Cess skoczyła ku wyjściu i zagrodziła je długością całego swojego ciała, co, biorąc pod uwagę jej ogon i niski strop, zupełnie uniemożliwiło rudemu ucieczkę.
– Nigdzie nie idziesz! – warknęła na niego, szczerząc kły.
Basior przerastał Cess co najmniej dwukrotnie. Gdyby chciał, po prostu by ją odsunął, ale unosząca się po jej prawicy struga wody chyba go zniechęciła. Cofnął się z głupawym uśmiechem.
– Teraz ładnie się wytłumacz, ze wszystkiego! – wadera spojrzała na rudego pewnie, z tryumfem siadając u wylotu jaskini.
– To znaczy z czego? Eee, ja tylko przejazdem. Wypuść mnie, a już nigdy się nie zobaczymy! – odparł wilk. 
– Zacznijmy może od gryfa, chcę wiedzieć co między wami zaszło i czemu nas zaatakował – Cess zmierzyła go wzrokiem.
Myśli kłębiły się w mojej głowie tak gęsto i chaotycznie, że nie byłem w stanie uchwycić ani jednej. Rozgrywająca się przede mną scena zdawała się toczyć w innym, odległym świecie, który ja, bezcielesny duch, tylko obserwowałem.
Dopadły mnie straszne zawroty głowy, ledwo utrzymałem się na łapach. Starając się opanować narastające mdłości, podświadomie skupiłem się na najoczywistszych rzeczach w swoim otoczeniu i nakazie, myśli wypisanej neonowymi literami w moim umyśle, że muszę opanować to nowe, nieznane uczucie. Albo zaraz wpadnę w panikę.
– Jakiego gryfa?
– Nie wkurzaj mnie! – syknęła groźnie. – To, że jesteś ode mnie większy nie oznacza, że nie będę śmiała cię zaatakować!
Przez dłuższą chwilę basior milczał.
– Okej – wyrzucił przez zaciśnięte w uśmiechu zęby.
– Więc jak będzie? – zniecierpliwiona patrzyła mu prosto w ślepia. – Masz zamiar współpracować?
Basior znowu zrobił przerwę, jeszcze bardziej wykrzywiając pysk.
– Nie.
– Dlaczego? – warknęła Cess przez zęby, chyba powoli tracąc cierpliwość – Magnus, powiedz mu coś no... – spojrzała na mnie błagalnie.
W mojej głowie nagle zapanowała cisza.
– Coś?
– Jesteście beznadziejni – mruknęła – Kolega – wskazała na mnie łapą – stwierdził po twoim akcencie, że jesteś z północy. Co w takim razie robisz tutaj?
Basior zdębiał. Niepewnie przerzucał wzrok to na mnie, to na Cess.
– Pracuję?
– Gdzie? Nad czym? Dla kogo? – wadera zbliżyła się do rudego.
– Jestem szpiegiem! – wyrzucił ewidentnie przerażony wilk, cofając łeb.
Cess zmrużyła oczy i jeszcze bardziej zmniejszyła dystans pomiędzy nimi.
– Doprawdy? A czego tu szukasz?
– Odsuń się – rudy nagle spoważniał.
– Nie. – odparła równie pewnie, patrząc na niego prowokująco.
– Proszę?
– Jakbyś przypadkiem nie usłyszał, to z chęcią powtórzę. Nie.
Sam się odsunął, ale wilczyca nie dała za wygraną.
– Mogę tak cały czas – uśmiechnęła się kpiąco.
– Ja też – ponownie się cofnął.
– Wolałabym, abyś zaczął mówić – wadera zbliżyła się.
– A ja nie.
O sekundę za późno zorientowałem się jak blisko znajduje się basior. Praktycznie na mnie wpadł. Odskoczyłem z cichym piskiem.
Wilczyca parsknęła cicho i rzuciła mi szybkie, pełne politowania spojrzenie.
– Jak ci na imię, rudy basiorze?
Dosłownie przyparła go do muru.
– Nikt! – wykrzyknął nagle. – Miło było poznać, urodziwa nieznajoma!
W dwóch ogromnych susach wyminął Cess i skoczył ku wyjściu. Wadera prawie się wywróciła. Spojrzała za basiorem zaskoczona.
– Naprawdę radzę przeczekać ulewę! – zawołała, nim ten zdążył wybiec. – Woda zgasi twój zapał, oblepi zmoczone futro niebieskim nalotem i nie wiadomo, czy przypadkiem cię nie zmutuje!
Stanął w miejscu, jeżąc sierść. Wszystko jakby zwolniło, wilk zgarbił się, tuląc uszy do łba. Gdzieś w głębi duszy czułem, że jeszcze możemy tego pożałować. 
I nie myliłem się. Powoli się odwrócił, jednocześnie stając w płomieniach.
– No dobrze – rzekł powoli. – W takim razie pogadamy inaczej.
W co my się wpakowaliśmy?
– Co masz na myśli? – Cess uniosła dumnie głowę.
– Nie mam pojęcia po co za mną leźliście i chyba nie chcę tego wiedzieć, ale to nie ty tu stawiasz warunki.
Już się nie uśmiechał. Bił od niego taki gorąc, że ciężko było patrzeć w jego stronę dłużej niż kilka sekund.
– W tym stanie nie wyjdziesz na deszcz, a ja z wodą problemu nie mam – wilczyca zachowała pewność siebie. – Jednakże proszę, przedstaw swoje warunki! – prychnęła lekceważąco.
Rudy wyzywająco podsycił płomienie.
– Ty dasz mi spokój, a jak deszcz przeminie, to rozejdziemy się w swoje strony w pokoju. W przeciwnym razie... A nie wiem, jeszcze się zastanowię... W każdym razie, lepiej nie podskakuj starszym! – zakończył, z godnością unosząc łeb.
Zupełnie przestał zwracać na mnie uwagę. W sumie mu się nie dziwiłem, byłem nawet wdzięczny. Miałem wielką ochotę rozpłynąć się w powietrzu.
– Nie widzę tutaj żadnych korzyści dla mnie... – powiedziała Cess. – Nie dam ci spokoju, bo jestem wilkiem dość... upartym...
– Twoją korzyścią będzie wyjście bez uszczerbku na zdrowiu z tej sytuacji – wilk próbował brzmieć groźnie, ale zdradziło go to, że prawie zachichotał.
Wadera zaśmiała się głośno.
– Nadal chcę jednak dowiedzieć się paru rzeczy. Narażam się, aby tu być, panie starszy – podkreśliła ostatnie słowo.
Rudy nie odpowiedział. Wyglądał na niezbyt zadowolonego.
Z pewnością też jest uparty.
– Powiedz chociaż o co chodziło z gryfem – wilczyca położyła się na ziemi.
Obcy zastanowił się dłuższą chwilę. W końcu musiał stwierdzić, że panuje nad sytuacją czy coś w tym rodzaju i cofnął samozapłon.
– Po prostu go zdenerwowałem – odparł leniwie.
– Po co? Przecież to tylko przerośnięte ptactwo. – westchnęła, niespodziewanie przerzucając wzrok na mnie. – A ty co tak milczysz?
Nerwowo wzruszyłem ramionami.
– No przecież niespecjalnie! – wtrącił szybko rudy.
– Można spodziewać się wszystkiego. – posłała mi lekki uśmiech i z powrotem skupiła uwagę na rudzielcu. – Imię za imię?
– Eee... Pani pierwsza – uśmiechnął się nerwowo.
– Kas Ceres II – rzekła ze śmiertelnie poważną miną. – Znana także jako Córka Diabła. A pan?
Wilk zaśmiał się niezręcznie.
– Ja to ten... Em... hm...
– Znasz tego pana? – znowu zwróciła się do mnie.
Zmroziło mnie.
Tak, znam go, Cess. 
Ale ważniejsze jest to, że on zna mnie lepiej.

<Cess?>

Uwagi: brak

sobota, 23 marca 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 2

Czerwiec 2023 r.
Dopiero po przejściu do większych hali zaczynało robić się gorąco. Nadal nie było nigdzie widać smoków, ale gdzieniegdzie wystające obgryzione trawy wskazywały na to, że ktoś od czasu do czasu tam zaglądał. Kiedy mijałyśmy coś w rodzaju ogrodu, Taria użyła na mnie zaklęcie odporności na wysokie temperatury. Ulżyło mi, choć nie ukrywałam, że lubiłam ciepło.
Dalsza wędrówka była schodzeniem w dół zbocza. Dość szybko moim oczom ukazały się pierwsze zarysy sylwetek smoków, które albo latały po monstrualnej hali, albo leżały na jakichś kamieniach i ucinały sobie drzemkę. Coś, co początkowo wzięłam za rzeki kryształowej wody, szybko okazały się być niebieską lawą. Ilość gigantycznych smoków napawała mnie niemałym lękiem. Szczególnie, że najlepszy negocjator, jakim był Hitam, został w połowie drogi, a ja byłam zmuszona załatwić wszystko w pojedynkę.
Nadal powoli posuwałyśmy się w dół, kiedy kilka smoków wykonało gwałtowny zwrot w powietrzu i skierowało się do nas. Jeden wylądował nad nami, drugi pod nami. Czułam, jak ziemia się zatrzęsła. Z trudem powstrzymałam krzyk. W ostatniej chwili chwyciłam się pazurami jakiegoś występu skalnego. Taria ześlizgnęła się, ale na szczęście przed śmiercią ocalił ją większy wystający kamień, który miała niecały metr pod sobą.
- Czego tutaj szukacie? - ryknął złocisty smok.
- Pomocy. Na naszych terenach nie dzieje się dobrze - powiedziałam szybko. Bałam się, że zaraz kamień pod moimi łapami wypadnie, a ja zjadę na sam dół. Mogłam tego nie przeżyć. Wątpiłam, aby smoki zechciały mi pomóc.
- Pomocy? - Zaśmiał się złoty smok, ale zaraz srebrna smoczyca go uciszyła cichym sykiem.
- Wasza wataha już kilka razy nam pomagała, za co jesteśmy wdzięczni. Porozmawiamy z Nobilium i jeśli tylko będziemy w stanie spełnić wasze żądanie, uzyskacie od nas niezbędne wsparcie.
- Podróż. Chcemy zmienić tereny - wydukałam, starając się podciągnąć na kamieniu. Nie miałam gruntu pod tylnymi łapami. Dopiero wtedy podleciał jakiś brązowawy mały smok, który za pomocą głowy podsunął mnie pod pobliską skałę. Nie miał najwyraźniej zamiaru wcinać się w rozmowę, więc zaraz potem odleciał.
- Fulgur, zapytaj Nobilium o pomoc naszym przyjaciołom wilkom! - krzyknęła za nim srebrna smoczyca. Złoty smok syknął niezbyt zachwycony.
- Mamy pomagać tym małym ssakom?
Srebrna smoczyca puściła tę uwagę mimo uszu. Wygodniej ulokowałam się na skale i zerkałam na Tarię. Bacznie obserwowała złotego smoka i wszystkie inne gady, które szybowały nieopodal. Wyglądała tak, jakby była gotowa do ewentualnej obrony, mimo że napastnicy byli kilka lub kilkanaście razy więksi od niej samej.
- Od dawien dawna nie byłam na powierzchni... Powiedz mi, proszę, co się teraz dzieje? - dopytała srebrna samica z zaciekawieniem. Przełknęłam ślinę. Zerknęłam na złotego smoka, a dopiero później na nią.
- Ulewy. Niepokojące. Na ziemi zostaje niebieski lśniący nalot, a zwierzęta mutują. Nie wiemy jakie będą dalsze skutki takiego stanu.
Smoczyca wydała się zmartwiona, a samiec wciąż niewzruszony.
- Nie chcę cię martwić, Argento, ale ona pewnie kłamie.
- Skoro chce przeprowadzki, to jednocześnie chce nas wyciągnąć na powierzchnię. Wtedy zobaczymy kto miał rację... - zaczęła, ale ten znowu jej przerwał:
- To na pewno pułapka.
- Po co mielibyśmy zabijać smoki? Nie oddziałujecie na naszą watahę w negatywny sposób - wtrąciłam nieco rozzłoszczona. Nie chciałam, żeby jakiś arogancki i zrzędliwy smok miał zaważyć o losach naszego stada tylko dlatego, że sobie coś ubzdurał. Już chciał coś dopowiedzieć, ale zaraz potem nadleciały dwa smoki o łososiowych łuskach. Nim zdążyłam zaprotestować, poderwały i mnie, i Tarię na swoje grzbiety. Kurczowo chwyciłam się ciała swojego wierzchowca. Miałam lęk wysokości. Dość mocny. Zacisnęłam powieki. Miałam ochotę sprawdzić co się dzieje, ale zbyt bardzo się obawiałam, że jednocześnie się ześlizgnę. Pozostawało mi się jedynie domyślać, że Nobilium nas wezwał do siebie.
Najgorsze było lądowanie. Smok zanurkował w powietrzu, a ja w duchu tylko błagałam o to, żeby nic mi się nie stało. Czułam, jak ślizgam się po jego łuskach i jeszcze chwila i zwyczajnie spadnę głową w dół. Było mi niedobrze.
Na szczęście ostatecznie nic takiego się nie stało, a ja po tym koszmarnym locie bezpiecznie wróciłam na ziemię. Nazwałabym to raczej ześlizgnięciem się i upadkiem prosto na grzbiet z powodu zdrętwiałych ze strachu łap, ale prócz ubrudzenia futra nie odczułam żadnych gorszych konsekwencji. Taria zgrabnie zeskoczyła ze swojego smoka i podbiegła do mnie, aby zapytać czy wszystko w porządku. Zamruczałam coś i dopiero po chwili postanowiłam się podnieść oraz otrzepać. Ze wstydem zorientowałam się, że tego wszystkiego dokonałam na oczach naprawdę gigantycznego białego smoka, który wbijał we mnie wzrok swoich złotych ślepi. To pewnie ten ich przywódca - pomyślałam i grzecznościowo się ukłoniłam.
- Witaj, Nobilium - oznajmiłam, starając się przestać myśleć o nie najlepszym początku.
- Witam, Suzanno - odparł ze spokojem - Słyszałem, że chcecie nas prosić o pomoc. Mogłabyś mnie zaszczyć większą ilością detali?
- Oczywiście. Chcielibyśmy przemieścić nasze tereny w zupełnie inne miejsce... A raczej przemieścić nasze stado. Obecna pogoda wróży wyłącznie kłopoty i chcielibyśmy uniknąć ewentualnych tragicznych skutków pozostania tutaj. Nie wiemy, co będzie nas czekać za kilka lat, czy może i nawet dni. Obawiamy się, że możemy nawet zginąć. Tutaj jest moja prośba: szanowny Nobilium, czy mógłby pan użyczyć nam kilku swoich podwładnych do takiej przeprowadzki? - powiedziałam, patrząc na niego z nadzieją w oczach. Mój tryb grzecznościowy jak zwykle wypadał wyjątkowo niezgrabnie, a dodatkowy stres nie polepszał sytuacji. Rzadko kiedy miałam okazję rozmawiać z kimś na równym stanowisku z moim, lub może i nawet wyższym.
Nobilium patrzył na mnie w zadumie.
- Zgoda, lecz pod jednym warunkiem: znajdziecie nowy dom również i dla naszego stada. Wówczas użyczę wam moich wszystkich podwładnych.
- Dziękujemy z całego serca! - wypaliłam, czując nagłą falę szczęścia. Poszło zaskakująco gładko. Mogłabym przysiąc, że Nobilium się nawet uśmiechał.

<C.D.N.>

piątek, 22 marca 2019

Od Suzanny "Czas wielkich zmian" cz. 1

Czerwiec 2023 r.
Sytuacja zaczynała się robić bardzo niebezpieczna. Już dawno pojawił się pomysł przeprowadzki, ale odkładaliśmy ją najbardziej jak się tylko dało z głupią nadzieją, że zacznie się poprawiać. Ostatnimi czasy jednak odnajdowaliśmy coraz więcej zmutowanych zwierząt, co nie wróżyło nic dobrego. Wilki, którym zakazaliśmy wychodzenia, zaczynały się buntować. Rosło niezadowolenie, zawitał głód. Wyglądało na to, że przestawaliśmy mieć jakieś inne wyjście. Początkowo planowaliśmy pieszą wędrówkę, ale po tak długim zwlekaniu obawialiśmy się, że to na nic ze względu na osiąganą niewielką prędkość: chmury i tak nas dopadną, deszcz nas zaleje i sami obrośniemy tymi grzybkami. Może nawet umrzemy.
Nie dało się zbadać źródła takich anomalii pogodowych. Nawet gdy Pabalu próbował coś wywróżyć, na niewiele to się ostatecznie zdawało. Podobnie sytuacja się miała z Kai'm. Nic nie widzieli. Tak jakby przyszłość watahy czy nawet tych terenów kompletnie nie istniała na linii czasu. Zupełnie jakby te chmury dodatkowo zaburzały zdolność jasnowidzenia. Najgorsze było uczucie, że jednocześnie nie mogliśmy przekazać tej informacji stadu jako powód braku szczegółów co do dalszego planowania naszych losów, bo byłoby tylko gorzej. Mogłaby powstać panika, że wszyscy niebawem zginiemy, skoro nie ma nas na linii czas, choć w rzeczywistości to mogą być zwykłe zakłócenia magiczne. Kilka wilków zgłosiło mi trudności z używaniem czarów. To musiało coś oznaczać.
Przełomowy był moment, kiedy przypomniałam sobie o tym, że kiedyś mama powiedziała mi o przysłudze, jaką nam są winne smoki. Odblokowaliśmy też ich podziemia w trakcie powodzi, co tym bardziej upewniało mnie w przekonaniu, że warto spróbować sił z ustaleniem czegoś z nimi. Smoki mają to do siebie, że dotrzymują danych obietnic. Po krótkiej naradzie z Hitamem postanowiliśmy, aby jednak o to zapytać. Wystarczyło poczekać na mniej wietrzny dzień i udać się do Smoczych Podziemi. Istniała dość duża szansa, że pomogą nam w przemieszczeniu się w jakieś bezpieczniejsze miejsce.
Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Wraz z obstawą aż trzech obrońców udaliśmy się na negocjacje. Hitam był znacznie spokojniejszy ode mnie. Kilka razy wspominał, że dla wilków urodzonych na terenach Watahy Czarnego Kruka normalnym niegdyś było codzienne obcowanie mniej lub więcej z jakimiś mistycznymi zwierzętami, nierzadko również i groźnymi. Ja jeszcze nie miałam okazji przeżyć czegoś podobnego i sama nie wiedziałam czego się mam spodziewać.
Ostatecznie to ja odnalazłam wejście do Tajemniczych Podziemi, o czym natychmiast dałam znać całej reszcie kompanii. Jako pierwszy wskoczył do środka Dante, przebadał grunt, po czym dał znak pozostałym, aby również skoczyli. Dół był głęboki na niecałe dwa metry metry. Można było albo tam wylądować jednym susem, albo ześlizgnąć się po pochyłej ziemi. Ja wybrałam tę drugą opcję. Bałam się od zawsze takiego skakania.
Jak się okazało woda miała znacznie wyższy poziom, niż kiedy byłam tam ostatnio. Nadal panowały tam ciemności, a jedyne źródło światła stanowiły kryształowe kwiaty (co dawało dość imponujący efekt), ale zalana do ponad połowy sala nie wróżyła niczego dobrego. Szczególnie że nawet w trakcie powodzi nie wyglądało to aż tak tragicznie. Wtedy przynajmniej ta woda gdzieś uciekała. Teraz całkowicie stała. Przed zatopieniem uratowała nas wyłącznie moc Dante, który zatrzymał falę. Nie dało się przejść wąskimi skalnymi chodnikami, jak to było wcześniej, bo wszystko zostało zalane. Zerknęłam nieco zmartwiona i zdezorientowana za razem na Hitama, który bywał kiedyś na kontrolach w Tajemniczych Podziemiach. Jego pysk jednak nie wyrażał większych emocji. W milczeniu oglądał salę. Krystaliczna woda, którą zatrzymał Dante, sięgała nam aż po czubki uszu. Mogliśmy przez nią przejrzeć i zobaczyć to, co zostało zalane oraz to, co znajdowało się na samym dnie, czy też raczej "niższym dnie". Jak się okazywało Tajemnicze Podziemia miały również więcej pięter, które mogliśmy ujrzeć dopiero wtedy. Wysłalibyśmy wilki z żywiołem wody na zwiady gdybyśmy tylko lepiej się orientowali we właściwościach tej substancji... Choć na dobrą sprawę tak naprawdę nigdy nikt nie wpadł na zamiar przebadania tego dokładniej.
W pewnym momencie moją uwagę przykuł jakiś błyszczący zarys w środku wody. Nawet po wytężeniu wzroku nie mogłam określić co do dokładniej mogłoby być. Wyglądało jak jakiś większy kamień. Był tam od zawsze, czy dopiero się pojawił? Nie umiałam na to odpowiedzieć. Zbyt rzadko tam bywałam.
- Co o tym sądzisz? - zapytałam cicho Hitama, mając na myśli całą tę podziemną jaskinię.
- Zastanawiam się, czy nasze tajemnicze ulewy nie są cięższe od zwyczajnych i dlatego spływają na niższe poziomy - odparł powoli. Z chłodnym zaciekawieniem wodził wzrokiem po hali. Najwyraźniej też uważał to za dość nietypowe zjawisko.
- Jezioro nam nie wylało, podobnie jak nie zalało nam plaż - dodał za chwilę. Pokiwałam głową. Miał rację. Z relacji członków watahy jasno wynikało, że woda wsiąkała, czy też wyparowywała, bardzo szybko. Nawet z kamieni. Oddziaływała co prawda na podłoże, ale kałuże powstawały z dość dużym trudem.
- Ta woda ma zdolności lecznicze. Tak mówiła Kiiyuko - dorzucił Dante, który nadal szedł przodem i utrzymywał wodę tak, aby nas nie zalała. Poruszał się jednak wolno...
- Dan, powiedz mi... Masz trudności z utrzymaniem tego zaklęcia? - zapytałam nagle. Obrócił w moją stronę głowę, ale szybko wrócił do patrzenia przed siebie.
- Trochę tak... - odpowiedział cicho. Dostrzegłam kątem oka wzrastający niepokój Tarii. Chyba pomyślała, że zapytałam dlatego, że czuję, iż zaraz zaklęcie padnie.
- A wy? Macie ostatnimi czasy z tym kłopoty? - zwróciłam się do pozostałych. Po chwili wahania odpowiedzieli twierdząco. Westchnęłam cichutko. Moje obawy się potwierdzały. Cokolwiek było w tym deszczu, utrudniało nam korzystanie z żywiołów.
- Tutaj jest jeszcze gorzej - dodał Dante nieśmiało.
- Dasz radę dojść do końca korytarza? - zapytał nagle Hitam.
- Tak, jasne... Ale gdyby był wyższy poziom to raczej bym nie podołał wyzwaniu - Zaśmiał się nerwowo. Sytuacja wyglądała niewesoło. Kątem oka dostrzegłam zmartwienie na pysku Hitama, ale nie skomentował tego.
Resztę trasy przebyliśmy w milczeniu. Grunt stopniowo się wznosił, a korytarz zwężał. W końcu woda nas już na reszcie nie otaczała, ale za to musieliśmy się przepychać między szczelinami w skałach. Dante był z nas najwyższy i najszerszy, dlatego miał największy problem. Hitam za to musiał się nieźle nagimnastykować, aby zmieścić skrzydła. Właściwie na niewiele się to zdało. W pewnym momencie Dante zarządził odwrót, bo - jak sam twierdził - jeszcze jeden krok i się zaklinuje, a jego zaklęcie mogłoby sprawić zawalenie się skały nad nami. Zawróciliśmy. Dopiero gdy znaleźliśmy się znowu na takiej przestrzeni, żeby się obrócić, postanowiliśmy co dalej. Byłam z nich wszystkich najdrobniejsza. Zaraz po mnie była Taria. Zdecydowali o tym, abyśmy poszły we dwie. Miała moc ognia, więc mogła utrzymać na mnie zaklęcie odporności na wysokie temperatury, jakie czekały nas na końcu korytarza. Ruszyłyśmy ponownie w trasę. Na dobrą sprawę nie miałam z tym większego kłopotu - mieściłam się we wszystkich szczelinach, a otarłam jedynie raz prawy bok. Nie wymagał opatrywania. Nie osiągałam co prawda zabójczych prędkości, ale lepsze to niż nic. Od czasu do czasu porozumiewałyśmy się z Tarią oraz krzyczałyśmy ustalone hasło, żeby oczekujące na nas basiory miały pewność, że nic nam nie jest. Echo niosło się na tyle, że słyszeli wszystko doskonale i mogli nam odpowiadać.

<C.D.N.>

czwartek, 21 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 4 (c.d. Magnus)

Sierpień 2022
Skrzeczący gryf zaatakował nas znienacka. Osaczony ze wszystkich stron, nie wiedział nawet co robić. Jego posunięcie nie miało żadnego sensu, lecz ze względu na sytuację w jakiej się znajdował, brnął w to dalej. Kręcił się we wszystkie strony, starając się strącić kogokolwiek z urwiska. Ledwo co sama uchyliłam się przed jego wielkim skrzydłem. Wyglądało to jak jakaś zabawa w ciuciubabkę. Oszołomione stworzenie nie panowało bowiem nad sobą. Było wystraszone i zagubione. Podpalone pióra i ślady oparzeń dawały znać, że coś jest na rzeczy. Szukałam wzrokiem Magnusa i sprawdzałam, czy jeszcze się trzyma. Basior radził sobie dobrze, będąc tak samo zdezorientowany jak ja. 
Przyjęłam pozycję obronną i zaczęłam warczeć, gdy hybryda zamachnęła się po raz kolejny. Z pobliskich kałuż zebrałam wystarczająco wody, aby uformować z niej pociski. Zazwyczaj w takich sytuacjach potrafię skupić się jeszcze bardziej, niż zwykle. Tak też było i tym razem. Za każdym razem, gdy bestia zbliżała się do mnie, dostała prysznic błękitną wodą, która sprawiała ból, wchodząc w rany po oparzeniach. 
Gdy gryf wycofał się nieznacznie, ktoś z naszej grupy rzucił bardzo idiotyczne pytanie: „Co to było?”. Wkurzona i zirytowana warknęłam niezbyt przyjemnie: 
- Hm, no nie wiem… Może wściekły gryf na przykład? - kiedy wypowiedziałam te słowa, stworzenie zaskrzeczało jeszcze głośniej, strącając na bok mnie oraz jakiegoś wilka z Watahy Czarnego Kruka. Powalona na ziemię, syknęłam głośno, a po mojej czaszce przeszła fala bólu. Walnęłam łbem prawdopodobnie o kamień.
Nie wiem ile dokładnie leżałam. Może minęło kilka sekund, chwil, a nawet minut. Możliwe też jest to, że straciłam przytomność. Jakbym na chwilę straciła panowanie nad sobą i bezczynnie czekała na dalszy rozwój sytuacji. Szumiało mi w uszach i nie mogłam się skupić. Gdy otworzyłam oczy cały świat wirował, a obrazy się zlewały wzajemnie. Wyraźnie nie widziałam, a wszystko otaczał półmrok. Jakieś przytłumione dźwięki dochodziły z zewnątrz, lecz nie byłam w stanie zrozumieć, ani jednego słowa, rozpoznać wilka, do którego należał głos. Znów zamknęłam oczy, ponieważ piekły mnie, gdy były otwarte. 
- Cess? - słyszę niewyraźnie, gdzieś w oddali. Niski, przytłumiony głos, należał prawdopodobnie do jakiegoś basiora. Po moim ciele przeszły ciarki, a ja zwinęłam się w kłębek.
- Tata? Ja nie chciałam ugryźć brata... - majaczę pod nosem, wzdychając co chwilę. Było mi zimno. 
- Cess, pobudka. Już po wszystkim. - usłyszałam, a następnie poczułam lekkie uderzenie. Gdy dostałam po głowie, przestraszyłam się trochę i oprzytomniałam. Zerwałam się gwałtownie, w wyniku czego zderzyłam się łbami z pochylonym nade mną basiorem, w wyniku czego podskoczył. 
- Magnus? Co się dzieje? - spytałam przerażona. Wilki z zaciekawieniem wpatrywały się na nas. Obracałam się nerwowo, obserwując wszystkich dookoła. Zaskoczona byłam faktem, że nikt nie ma zamiaru walczyć z gryfem. Go też nigdzie nie mogłam dopatrzeć. - Gdzie bestia? 
- Już po wszystkim. Nie żyje. Wszystko w porządku? - Zachował w miarę neutralny wyraz pyska, zmartwienie zdradziły tylko zmarszczone brwi. Podniosłam się do siadu, odzyskując równowagę. Spojrzałam się na Magnusa.
- Jak to nie żyje? Kto go załatwił? - Dopytywałam się zainteresowana oraz nieco zdziwiona. Basior wyglądał na trochę zagubionego albo zmartwionego. Trudno określić o co może chodzić.
- Ten rudy. 
- Co? - Rozejrzałam się po wszystkich wilkach, lecz nie dostrzegłam nikogo o sierści w tym odcieniu. - Nikt z nas nie jest rudy.
- Ten co ściągnął na nas to ptaszysko - powiedział Dante - Nawiał.
- Nie znamy go, chyba trafił tu przez przypadek - dodał Magnus, trochę niepewnie. - Pobiegł tamtą ścieżką, dalej w góry. Raczej już go nie zobaczymy.
Możliwe, że miałam luki w pamięci lub w ogóle nie zwróciłam uwagi na owego basiora. Spojrzałam w stronę ścieżki i z trudem wstałam. Otrzepałam się z kurzu i zaczęłam iść w tamtą stronę. 
- Zaraz zacznie padać - obwieściłam nie zatrzymując się - Lepiej wracajcie, jeśli nie chcecie zmoknąć! - Zniknęłam za zakrętem. Szłam w zupełnie innym kierunku. Aby dojść do jaskiń musiałabym iść w drugą stronę. Zerknęła kątem oka na Magnusa, który po pewnym czasie postanowił za mną ruszyć. Nie zatrzymałam się jednak. Szłam dalej. - Nie wrócę się.
- Alfy nie będą zachwycone. - unikał kontaktu wzrokowego, gdy spojrzałam się na niego. 
- Dlaczego niby? - ominęłam dużą kałużę. - Mają być złe za to, że będę poza jaskinią w trakcie deszczu, czy może za to, że chcę odnaleźć tego basiora?
- Oddalasz się od grupy bez uzyskania zgody. - z gracją godną krowy potknął się i prawie wpadł do kałuży - Za to pierwsze może też. Zatrzymałam się i popatrzyłam basiorowi prosto w oczy w oczy. 
- Znajdę rudego i wrócę... Trzeba mu podziękować. Zapewne nie ma też jak schronić się przed deszczem! Może potrzebuje pomocy! - burknęłam smętnie, idąc twardym krokiem. 
- Skąd taka stanowczość? - mruknął nieprzekonany. - Ile wilków, tyle hierarchii wartości. Pomógł, bo sprowadził to na nas przez przypadek. Podziękowania są teraz ostatnią rzeczą jakiej mógłby chcieć.
- Może nie była to jego wina? - Obserwując go, mrużę oczy - Coś ukrywasz? - Stwierdzam, zauważając, że unika kontaktu wzrokowego. Ten jedynie nerwowo pokręcił głową. - Na pewno nie jest, aż taki niebezpieczny jak zapewne sądzisz. 
- Był bardzo wygadany. - padła zdawkowa odpowiedź.
- Rozmawiałeś z nim? - zbliżyłam się, nadal patrząc mu w oczy.
- Nie.
- A kto z nim rozmawiał? Trzeba dowiedzieć się o nim więcej! -popchnęłam go lekko, aby zaczął iść w stronę grupy. Możliwe, że tam dostałabym wiele przydatnych informacji. Odsunął się nieznacznie.
- Nikt z nim nie rozmawiał. To on mówił.
- Mogłabym się dowiedzieć o czym mówił? - warknęłam zdenerwowana na niego. Nie chciał ze mną najwyraźniej współpracować. Po co więc po mnie lazł? 
- Że przeprasza. I że zaraz to naprawi. - odruchowo spuścił wzrok. 
- Miło z jego strony! Możemy mu podziękować! Już dawno znaleźlibyśmy go! - ruszyłam powoli, czekając na Magnusa. Teraz już nic mnie nie zatrzyma, aby dowiedzieć się więcej o rudym. 
- Grzeczny chłopiec! - powiedziałam, idąc przed siebie, kiedy wilk postanowił w końcu ulec i zacząć iść za mną. Postanowiłam na wszelki wypadek zgromadzić wodę, którą kierowałam za sobą w postaci wiru wodnego. Tym razem pilnowałam, aby nie stał się zbyt wielki.
- Jak myślisz skąd jest ten wilk? - mówię, śmiejąc się przy okazji z jego miny. Wyglądał na co najmniej niezadowolonego.
- Znam ten akcent. - przez chwilę milczał, wahając się udzielenia odpowiedzi, która mnie zadowoli. - Północ. 
- Znasz kogoś z północy? - spytałam zaciekawiona, skupiając się nadal na ścieżce. Miałam nadzieję, że szybko znajdziemy tego basiora.
- Ja… jestem z północy. - mruczy cicho pod nosem, mając spuszczony łeb. Otworzyłam szerzej oczy.
- Naprawdę? Jak tam jest?
- Skandynawia raczej nic ci nie powie... No... Tam jest… zimno. - skrzywił się lekko. 
- Czyli jesteś... Skandywianek? - zachwyciłam się jak dziecko nową zabawką. - Ale super! - zakręciłam się wokół własnej osi. - No może z tym, że zimno to nie super... Dlaczego już tam nie mieszkasz?
- Norwegiem - poprawił mnie. Tak czy siak będzie dla mnie już zawsze Skandywiankiem. - I, em... Pracowałem... Za granicą... znaczy tutaj... Nie do końca tutaj, w Mieście...- totalnie się zaplątał. Parsknęłam głośno, widząc zakłopotanie na jego pysku.
- Jak to w Mieście? Tam gdzie te dziwne istoty bez sierści, chodzące na dwóch łapach? - skrzywiłam się jeszcze bardziej niż on. Nic nie podobało mi się w tych stworzeniach. Wydawali się głupsi od… od nas.
- Tak - wziął głębszy wdech. - A może ty powiesz coś o sobie? Skąd jesteś?
- Z daleka, tak sądzę. Szłam w stronę zachodzącego słońca, gdy nie miałam gdzie pójść. - popatrzyłam w niebo. - Mojego domu już nie ma, tam gdzie był kilka lat temu… - ogarnął mnie chwilowy smutek, starałam się więc ciągnąć temat dalej, aby nie skupiać się zbytnio na sensie wypowiadanych przeze mnie słów. - Wiedziałeś, że ruina może stać się ruiną po raz drugi?
- Aha - odpowiedział mądrze, starając się zrozumieć o co mi chodzi. 
- Gdybym znała się na kierunkach, powiedziałabym ci skąd dokładnie przybyłam. Jest to jednak dla mnie zagadką tak samo dziwną, jak mój wygląd. - powiedziałam już ciszej - Nie zdziwił cię on?
- Zobaczyłem przez ostatnie trzy lata tyle, że do końca życia chyba nic mnie już nie zdziwi - ściszył ton głosu.
- Jeszcze byś się zdziwił - mruknęłam, czując jak nasza rozmowa nie klei się od dłuższego czasu. 
Nagle coś mignęło mi w oddali. Była to ruda kita. Szturchnęłam Magnusa, nic nie mówiąc. Ruszyłam biegiem za wilkiem. Starałam się nie potknąć i gnać tak szybko, jak tylko zdołam.
Biegnąc wzdłuż urwiska, zobaczyłam jak krople powoli zaczynają spadać na ziemię. Nie zniechęciło mnie to jednak i dalej ścigałam basiora. Miałam nadzieję, że daleko nie ucieknie. 
- Cess! - zawołał wilk przerażony. Gdy usłyszałam Magnusa, stanęłam gwałtownie, zderzając się ze skalną ścianą. Zerknęłam jeszcze w stronę znikającego w oddali rudego basiora i wydusiłam z siebie jedynie głośne: „zaczekaj!” Skierowane w jego stronę. - No pięknie... - mruknęłam niezadowolona.
Wkurzona wstałam i wróciłam z powrotem do kolegi. Odwołałam moje tornado i zajęłam się mokrym i brudnym od toksyn futrem Magnusa. Nie zajęło mi długo, by sprawić, że znów był suchy. 
- Dlaczego do cholery uciekał? - warknęłam nieprzyjemnie stojąc na deszczu.
- Bo goniła go wadera z obcego stada, z którą zapewne nie chce mieć nic wspólnego? - wzdrygnął się gwałtownie poddenerwowany. 
- Przecież nie miałam złych zamiarów! Nie warczałam ani nic! - spuściłam swój łeb. - Może jeszcze zawróci…
- Wątpię. - z narastającym niepokojem patrzył na deszcz. 
- Znajdźmy jakąś jaskinie... - mruknęłam, ruszając dalej. - Muszę się sama wysuszyć.

<Magnus?>

Uwagi: Zmieniasz czas z przeszłego na teraźniejszy i z powrotem.