Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 13 marca 2019

Od Cess "Rogate korzenie" cz. 1

Marzec 2023
Nigdy nie byłam typem melancholika. Głębokie przemyślenia, siedzenie godzinami w miejscu, oglądanie zachodu słońca, cała ta nostalgia - nienawidziłam tego. Nie było mi to po prostu na rękę, nie dawało żadnych korzyści i przyjemności. O wiele lepsze było sprawdzanie siebie, ćwiczenie umiejętności, ruch i emocje. W moim przypadku w większości te negatywne. Zgryźliwość i oschłość jest wystarczającym powodem trzymania się innych ode mnie na dystans. Dość spory należy wspomnieć. Sam dystans jest u mnie czymś niezbyt często spotykanym. Komentarze na temat mojego wyglądu są dla mnie, jak pociski przeszywające mnie na wylot. Każdy boli bardziej od poprzedniego, a rany po nich zostają na lata. Dlatego staram się przykryć pod zasłoną wrednej i opryskliwej wadery. 
Są jednak dni, w których nachodzą mnie refleksje. Sprawiają one, że przez długi czas towarzyszy mi uczucie pustki i goryczy. Czasem są one tak silne, że w takich momentach najbardziej chciałabym nie czuć zupełnie nic. Zakłopotanie piszczy mi w głowie, a ja nie mogę nic zrobić. Kompletnie nic. 
Tak było też i tego dnia. Lało niemiłosiernie. Ciężka smuga deszczu, przez którą nic nie było widać, szumiała jeszcze głośniej niż zwykle. Uwięziona byłam w swojej jaskini. Ciasnej, pustej i niewygodnej. Nie znajdowało się w niej nic prócz mnie, dosłownie nic. Nie potrafiłam czytać - więc książki były mi zbędne. Nie umiałam rysować, śpiewać, konstruować. Niczym konkretnym się nie interesowałam. Nie posiadałam przydatnych przedmiotów, prywatnych i osobistych rzeczy. Nawet posłanie już dawno zostało zmiecione przez wiatr na zewnątrz. Łzy same cisnęły mi się na oczy. Nie miałam nic. Nie miałam historii, przyjaciół, rodziny. To wszystko zniknęło wraz z nadejściem burzy i zawaleniem się ruin zamku. Ile razy starałam się to odbudować, naprawić swoje błędy, naprawić siebie. Jednak to wszystko szło na marne. Zataczałam błędne, niekończące się koło pełne porażek. Tak pewnie będzie i tym razem, choć naprawdę mam nadzieję, że sprawy potoczą się inaczej. 
Spojrzałam na ową smugę deszczu. Podeszłam bliżej wyjścia z jaskini. Mogłabym rzec, że widziałam w niej swoje odbicie. Tak, to byłam ja. Zniekształcona kreatura pokroju wilka. Wielkie czerwone oczy i rogi zaprzeczały naturze wilka. Odstające długie uszy i naprawdę długi ogon, były kolejnym powodem, dla którego w ogóle nie przypominałam swoich towarzyszy w watasze. Znaki na mojej łapie i ogonie - nie znaczyły kompletnie nic. Kolczyki w uchu były kompletną głupotą. Warknęłam na siebie ze złości, gdy swój wzrok przeniosłam znów na rogi, a konkretnie na ten prawy - ten złamany w pół. Nawet nie pamiętałam w jakich okolicznościach go straciłam… A nie, jednak pamiętam. Było to tak dawno. Czemu ja miałam rogi? Czemu los tak mnie skrzywdził? Nie byłam nawet pierworodną, a co dopiero basiorem! Rogi posiadały właśnie pierworodne basiory! Z tej właśnie przyczyny wilki starsze ode mnie, pozbyły się jednego rogu. Na dowód mojej przypadłości. Dlatego, że nie byłam pierworodnym basiorem… Za to, że byłam kimś innym… 
Moja cierpliwość sięgała zenitu. Im dłużej wpatrywałam się w niewyraźny obraz mojej sylwetki i mojego wyglądu, tym bardziej działało mi to na nerwy. Nie mogłam wytrzymać. Byłam jakimś potworem. Istotą bez korzeni. Odmieńcem wśród innych, odmieńcem wśród odmieńców… Wściekła ruszyłam z impetem w stronę mojego odbicia w smudze ulewy. Nie myślałam dużo.
Zapomniałam, że z jaskiń wychodzić nie wolno. Nie przejmowałam się tym jednak i wyskoczyłam na zewnątrz. Niewiele myśląc ruszyłam w stronę jaskiń, w których akurat znajdowały się inne wilki. 
Weszłam do pierwszej napotkanej na swojej drodze jamy. Zupełnie bez uprzedzenia, przekroczyłam próg wejścia. Siedziały w niej trzy wilki - dwie wadery i jeden basior. Spoglądali na mnie zdziwieni, a ja kompletnie nie rozumiałam o co im chodzi. Odważnie i praktycznie bez zająknięcia się spytałam: 
- Co widzicie, gdy na mnie patrzycie? - ich wybałuszone oczy, wpatrywały się teraz we mnie ze zdziwieniem. Sama moja obecność była dla nich zaskoczeniem, a co dopiero nietypowe pytanie. 
- Demon z głębin… - mruknął basior o cynamonowym futrze. Mrużąc oczy, dokładnie zmierzył moją sylwetkę. - Ale nie najbrzydszy! - podniósł brew, wyraźnie oczekując mojej reakcji. Ruda wadera siedząca obok, spojrzała na niego z wymalowanym na twarzy grymasem. Mordercze spojrzenie przeszywało go na wylot, a ona doprawiła do tego szturchnięcie samca. Najwyraźniej nie spodobał jej się komentarz w moją stronę. Skierowała wzrok na mnie.
- Ciekawe pytanie… - zaczęła, oglądając mnie. - Jesteś chyba w porządku. Wybacz, nigdy się nie zastanawiałam. Jakby nie było, nie znamy się zbyt dobrze. - mruknęła ledwo wyraźnie i wysiliła się na niemrawy uśmiech. 
Zakręciłam się w miejscu zdenerwowana. Potwór z głębin? Skąd takie przypuszczenie? Może mam ogon i płetwę, ostre zęby i czerwone ślepia, rogi… Prawdę mówiąc, basior miał rację. Jednak czy mówił to szczerze? „Ale nie najbrzydszy”? Może widział gorsze… 
- Nigdy cię nie widziałam… - rzekł ktoś. Zlękłam się wadery, o której obecności zapomniałam. Słaba samica mrużyła oczy podejrzliwie. Czułam się głupio, bardzo głupio. Uśmiechnęłam się lekko do nich. 
- Przepraszam za najście… - burknęłam, patrząc na swoje łapy. - Jeśli wiecie lub jeszcze nie, jestem Cess. Jeszcze raz przepraszam… - powiedziałam wychodząc z ich jaskini. Nie obchodziły mnie zbytnio jak się nazywali lub kim byli. Nie byłoby to z mojej strony w porządku. Nadal osłupieni przyglądali mi się, gdy wyszłam z jamy. Nie do końca wiedziałam o co im konkretnie chodzi. Zignorowałam to i ruszyłam w stronę kolejnych wilków. 
- Mogę zadać pytanie? - zwróciłam się do rudawego basiora, idącego wzdłuż wejść jaskiń, tak aby uniknąć mocniejszego przemoczenia się. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi ślepiami i kiwnął głową. - Co zobaczyłeś, gdy zwróciłeś na mnie teraz uwagę? 
- Widzę waderę, trochę inną, ale pełną wyjątkowego uroku, jeśli mogę być szczery. - uśmiechnął się, sprawiając, że zgłupiałam. Uniosłam brew. 
- Widok rogów, czerwonych oczu, czy nawet długiego ogona nie wzbudza w tobie odrazy? Czy nie przerażają cię te ostre zęby? - w tym momencie wyszczerzyłam się, pokazując kły. 
- Uwierz mi, niektórzy z Watahy Czarnego Kruka mają większe kły. - zaśmiał się nie złośliwie.
- Ale co z resztą? Nie wyglądam jak normalny wilk.
- To tylko drobne detale. Też masz cztery łapy, masz pysk, masz uszy - ciągnął dalej. - Temu nie możesz zaprzeczyć - dodał. Ja jednak nie chciałam dać za wygraną. 
- Dwumetrowy ogon nie jest drobnym detalem. - zmrużyłam oczy. Basior wyciągnął nieznacznie szyję, żeby spojrzeć na ogon.
- Nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi. Sharp też ma rybi ogon, trzy razy większy. - stwierdził, a potem przeniósł wzrok z powrotem na mnie.
- Czyli nie jest ze mną, aż tak źle? - skrzywiłam się znacznie, oczekując odpowiedzi, najlepiej pozytywnej. 
- Nie powiedziałbym. - poprawił szalik. Odetchnęłam z pewnego rodzaju ulgą i zwróciła się do niego: 
- Jestem Cess, a ty?
- Crane. Pamiętam jak miałaś na imię. - mrugnął okiem, a ja odwróciłam na chwilę wzrok, starając się zachować powagę. 
- Skąd znasz moje imię? - przeraziłam się trochę.
- No... Długo już jesteś w watasze, co nie? - odpowiedział naturalnym głosem.
- W zasadzie to tak, ale wątpię, żeby było o mnie głośno. - ściszyłam głos, jakbym obawiała się, że ktoś nas usłyszy. 
- Głośno bywa ostatnio o tym, że prawie zalałaś umyślnie watahę.
- Ach no tak... To tornado... - zawstydziłam się i gdybym nie miała futra, byłoby widać soczyste rumieńce. 
- Według mnie wyglądało całkiem ciekawie. - powiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Podobało mu się? Myślałam, że każdy pragnął za to mnie zakopać żywcem. 
- Tak, było... - przyznałam - Woda jest moją mocną stroną, chyba jedyną. A twoja?
- Sam chciałbym znać swoje mocne strony - westchnął. 
- Posiadasz jakieś moce, czy ich też nie znasz? - powiedziała już w lepszym humorze.
- Coś niby mi się rysuje, ale nie wiem o nich dużo - pokręcił głową. 
- Gdybym wiedziała jak, to chętnie bym tobie pomogła odkryć to i owo. - przekręciłam głowę. Chciałabym mu pomóc. 
- Nie, szkoda twojej fatygi…
- Naprawdę, nie byłoby problemu! W końcu jakoś byśmy doszli co w tobie drzemie. - zaśmiała się mimowolnie.
- Nie chcę nawet myśleć ile by to zajęło. - śmieje się.
- Mi opanowanie poruszania wodą zajęło kilka miesięcy. - zamyśliłam się - Najczęściej zawozili nas nad jezioro i zostawiali przez kilka dni na jego środku na tratwie. Albo użyjesz mocy, albo zostaniesz póki nikt ci nie pomoże. - prychnęłam, przypominając sobie tamte momenty. 
- Hm... wymuszanie nauki ... Dobrze, że mój ojciec na to nie wpadł…
- Naprawdę skuteczny sposób! 
- Chwila, jakim cudem, ty nie jesteś w ogóle mokra? - skrzywił się i zmierzył mnie. 
- Słucham? - zdziwiłam się i nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. - Przecież pada!
- Masz absolutnie suche futro.. - spojrzał na moją sierść, obchodząc mnie dookoła. Obejrzałam się na siebie i zrozumiałam, że basior miał rację. 
- A to ciekawe... Pierwszy raz zdarza mi się „rozstąpić deszcz” - pokręciłam się kilka razy wokół. Byłam zdumiona. - To pewnie wina emocji, grają one ważną rolę przy odkrywaniu swoich zdolności. - nadal jakby nakłaniałam go do podjęcia wyzwania w odkryciu jego mocy.
- Emocji? Ja zwykle staram się panować nad sobą - wzdycha ciężko.
- Mi to zbytnio nie wychodzi, ulegam presji... Tak samo było dzisiaj, gdy wściekła wyskoczyłam z jaskini.
- Ktoś cię sprowokował? - uniósł brew. 
- Moje odbicie... - przyznałam cicho.
- U... - patrzył na mnie ze współczuciem. - Teraz rozumiem skąd te nagłe pytanie od wejścia. 
- W przeszłości miałam dość dużo nieprzyjemności i jakoś zraziłam się do siebie. - mruknęłam niechętnie.
- Tak? - podszedł mnie bliżej. - Przykro to słyszeć...
- Córka Diabła na mnie wołano. - spojrzałam na niego - Zaszczytny tytuł to to nie jest...
- No nie... ale prędzej pomyślałbym, że odnosi się do czyjegoś charakteru, niż do wyglądu. Brzmi raczej jak taki typ obelgi. - wykrzywił się jeszcze bardziej. Wyglądał trochę komicznie. 
- Charakter też mam dość ciężki i paskudny. - westchnęłam - Cała jestem taka nie taka…
- E tam, każdy ma swoje za uszami! - uśmiechnął się pokrzepiająco.
- A ty co tam za swoimi masz? - spojrzałam prowokująco wprost w jego oczy. 
- Nie chcesz wiedzieć - przybrał niby groźny ton, oczywiste, że w żartach.
- A co jeśli chcę? - uśmiechnęłam się.
- Nie wiesz o co prosisz. - nie odpuszczał i tym razem.
- Właśnie chcę się tego dowiedzieć - zbliżam się do niego - Nie daj się prosić!
- Strzegę swoich sekretów bardzo zazdrośnie! - udaje, że zaczyna krążyć jak do ataku.
- A ja tajemnic, jak matka młode! - naśladuje go, krążąc w ten sam sposób.
- Skąd mogę mieć pewność? - nie zatrzymuje się ani na chwilę.
- Nie mam w zwyczaju kłamać. - warknęłam cicho i się zaśmiałam.
- A ja nie ufam waderom, którym tego samego dnia podałem imię. 
- Ja za to jestem bardzo ufna, bo podałam tobie imię pierwsza! - zakrzyknęłam oburzona.
- Może to był twój błąd? - zmarszczył brwi, warcząc.
- A może jednak nie? - zmniejszyłam odstęp między nami, nadal krążąc.
- Chcesz się przekonać? - odsłonił swoje kły.
- Ząbki mam większe i ostrzejsze - chwalę się swoim uzębieniem - więc uważaj! - Wycofał się nieznacznie, uważnie obserwując moje ruchy. - Zatem zdradź swój sekret, jeśli życie tobie miłe - zażartowałam.
- Wybacz, ale zmuszony jestem odmówić.. - zrozumiałam, że z nim nie wygram. Drugi raz już to zrobił, nie dał mi dopiąć swego. Stanęłam w miejscu.
- Nie nalegam, więc już więcej, chyba, że mamy się pogryźć. - uniosłam długie uszy ku górze - Szanuje twoją decyzję. - kłaniam się lekko. Robi to samo. 
- Jestem niezmiernie wdzięczny. - nie ukrywał, że podobały mu się te żarty. Sama nie mogłam temu zaprzeczyć.
- Więc rezygnujesz też z odkrywania swych mocy? - chciałam się upewnić jeszcze raz. 
- Samo przyjdzie, kiedy ma przyjść! - skwitował.
- Jeśli jednak zechcesz pomocy, to chętnie wyślę cię na środek jeziora - puściłam mu oczko
- Ja zaś podziękuję! - przełknął ślinę na moje słowa. Zaśmiałam się głośno i szczerze.
- Wybacz mi, lecz powinnam udać się dalej i więcej nie marnować twego czasu! - popatrzyłam na swoje łapy, a następnie znów na niego. 
- Jak chcesz. Do zobaczenia! - powiedział, a ja ruszyłam dalej. Chcę usłyszeć zdanie innych, choć mi to już w zupełności nie przeszkadza co myślą. Zrobię to dla czystej ciekawości. Crane poprawił mi humor, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna...

<C.D.N.>

Uwagi: Brak daty. Zdarza ci się zmieniać czas z przeszłego i teraźniejszy. 

wtorek, 12 marca 2019

Od Asgrima "Jak zostać człowiekiem? - poradnik dla początkujących"

Marzec 2023
Toksyczny deszcz szumiał za wejściem od jaskini. Krople miarowo uderzały o ziemię, nierzadko wpadając do nienaturalnie błękitnych kałuż. Od czasu do czasu tę pozorną ciszę przerywał huk pioruna. Wszechobecny półmrok panujący na dworze był rozpraszany przez fioletowawe błyskawice.
Wszystko wyglądało dziwacznie i dość przerażająco, ale po tak długim czasie, nawet nie zwracałem uwagę na burzowe odgłosy.
Siedziałem oparty o ścianę jaskini i czytałem w słabym świetle jeden z romansów, które z takim zapałem czytała moja partnerka. Nigdy nie sądziłem, że zniżę się do tego poziomu, ale gdy w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że znałem na pamięć te kilka powieści, które szczęśliwie wypożyczyłem z biblioteki przed tym całym szaleństwem, to zdesperowany zdecydowałem się sięgnąć po elfickie romanse. Były nudne, przewidywalne i mocno naciągane, ale z radością przyjmowałem każde nieznane mi wcześniej zdanie.
Już dawno porzuciłem wilczą postać, na rzecz wygodnych do przewracania kartek ludzkich dłoni. Z jakiegoś powodu potrafiłem przyjmować tę formę, więc żal byłoby nie korzystać z tej niezwykle przydatnej umiejętności. Co prawda ubrania nie były tak ciepłe jak nadal zimowa sierść, jednak z ulgą przyjmowałem, że zbliżała się wiosna i nawet burza nie mogła zapobiec temu, że robiło się coraz cieplej. Przynajmniej, kiedy nie było się na zewnątrz, a w ciepłej i suchej jaskini.
Kilka razy czułem na sobie spojrzenie mojej partnerki, jednak za każdym razem, gdy podnosiłem na nią wzrok, ta go odwracała. Nie rozumiałem, o co chodziło i jakoś nie miałem ochoty pytać. Tak wyjątkowo.
Nagle ciszę przerwał zamyślony głos Torance.
- Skoro Vestar potrafiła przyjąć formę człowieka, to ja też powinnam umieć, prawda?
Zmrużyłem oczy i odłożywszy książkę na bok, podniosłem na nią wzrok. Wilczyca przyglądała się mojemu ciału, jednocześnie jakby go nie widząc. Było to krępujące, nawet ze świadomością, że tylko myślała. A może to właśnie to sprawiało, że sytuacja była jeszcze bardziej niezręczna?
- Niewykluczone - odpowiedziałem. - Pamiętaj jednak, że nie wiadomo nic o twoim ojcu. Nawet nie wiemy, jaki miał żywioł, nie wspominając o mocach. Mogłaś nie odziedziczyć po Vestar tej zdolności ze względu na niego.
- Wiem, wiem - mruknęła, podnosząc wzroku ku stropowi jaskini. - Ale możemy spróbować? Proszę...
Skinąłem głową i powoli wstałem, by usiąść naprzeciwko niej.
- Co się stało, że postanowiłaś się tego nauczyć? - spytałem.
Tori wyglądała na zmieszaną, jednak próbowała szybko zebrać się w garść i odpowiedzieć coś pewnym tonem. Wspominałem kiedyś, jak marna była z niej aktorka?
- Po prostu - stwierdziła, prostując się.
Parsknąłem cichym śmiechem, narażając się tym samym na zniecierpliwione spojrzenie partnerki.
- Co mam zrobić?
Przymknąłem oczy, zastanawiając się. Przemiana w człowieka stała się dla mnie czymś naturalnym, zwykłą mocą, przy której nawet nie musiałem się dłużej skupiać. Teraz próbowałem sobie przypomnieć moje pierwsze próby nauczenia się tej umiejętności, najlepiej lekcje w Zakonie - bo co jak co, ale uczyć potrafili nieźle. W końcu odnalazłem odpowiednie wspomnienie.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że twoje łapy się wydłużają, a sierść znika - poleciłem.
Mała posłusznie zacisnęła powieki, próbując się odpowiednio skupić. Gdy po dłuższym czasie, nic się nie wydarzyło, gwałtownie otworzyła oczy wyraźnie niezadowolona. Burknęła kilka razy coś pod nosem, aż w końcu postanowiła wlepić we mnie spojrzenie bladoniebieskich oczu.
- Nie wychodzi mi - oświadczyła wyraźnie zawiedziona.
- Spróbuj jeszcze raz. Nawet mi nie wyszło od razu.
Wilczyca chciała ponownie zacisnąć powieki, gdy postanowiłem jeszcze coś jej poradzić.
- Musisz się rozluźnić, Młoda. Jesteś zbyt spięta. Nie jesteśmy może pełnoprawnymi wilkołakami, ale też mamy w sobie coś z człowieka. Nie próbuj wyobrażać sobie tego na siłę. Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś.
- Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś... - powtórzyła, niespecjalnie zadowolona moją radą.
Skinąłem łbem i złapałem jej łapę w swoją dłoń. Wadera westchnęła i powoli przymknęła oczy. Tym razem wyglądała raczej na spokojną, niż zniecierpliwioną i skupioną na siłę. Choć wolałem jej wesoły uśmiech, to było też coś ujmującego w tym poważnym wyrazie pyska.
Nagle ruda sierść zaczęła znikać, a kończyny rosnąć. Z zafascynowaniem przyglądałem się, jak futro ustępuje miejsca jasnej, upstrzonej w kilku miejscach piegami skórze. Łapa, którą trzymałem, zmieniła się w szczupłą i kobiecą dłoń, znacznie mniejszą od mojej.
Niepewnie podniosłem wzrok na twarz siedzącej naprzeciw wade... Kobiety. Tori miała ładną, całkiem symetryczną twarz w kształcie zwężającego się ku dole trójkąta. Zadarty nosek i policzki były pokryte piegami, co moim zdaniem jedynie dodawało jej uroku. Oczy pozostały duże, jasnoniebieskie i błyszczące. Natomiast usta przypominały jasnoróżowe serce.
Jej twarz była otoczona przez równie niepokorne co w formie wilczej włosy. Z tą różnicą, że były pozbawione grzywki, znacznie dłuższe - na oko sięgały jej pępka - i poskręcane w loczki. Zachowały jednak swoją ognistorudą barwę.
Wyglądała jak dorosła, choć nadal bardzo młoda kobieta. Choć gustowałem raczej w wilczycach, nie mogłem powstrzymać wrażenia, że była piękna.
Jak w transie pochyliłem się w jej stronę, chcąc zrobić coś, co widziałem wielokrotnie w Mieście. Nadal zszokowana dziewczyna, podniosła na mnie wzrok. Spojrzałem na swoje odbicie w jej jasnych oczach i niepewnie przytknąłem wargi do jej warg, co zdawało się jeszcze bardziej ją zdziwić. Po krótkiej chwili - równie niepewnie - oddała pocałunek.
Uczucie było niesamowite. Proste i piękne, w niczym nie przypominało tego, co znałem z formy wilka. Ludzkie usta były bardziej wrażliwe, co jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. Niemal od razu zrozumiałem, dlaczego ludzkie pary tak lubiły się całować. Było to zwyczajnie - i jednocześnie nadzwyczajnie - przyjemne.
Nagle coś się zmieniło. Zdezorientowany odsunąłem się i otworzyłem oczy. Przede mną siedziała Tori w postaci wilka. Uśmiechnąłem się, widząc, że na jej pysku widnieje lekkie rozmarzenie.
- Pierwsza przemiana czasem kończy się... Nagle - powiedziałem.
Wilczyca niemal automatycznie skinęła głową i przyjrzała mi się, mrużąc delikatnie oczy.
- Co to było?
- Co? - spytałem z szerokim uśmiechem, udając idiotę. Bardzo dobrze wiedziałem, co miała na myśli.
- To jak ty... Dotknąłeś mojego pyska swoim - odpowiedziała niepewnie.
- Ludzie nazywają to pocałunkiem.
Tori uśmiechnęła się wesoło i jednocześnie z lekkim - i całkiem uroczym - zawstydzeniem.
- Podobało mi się. Tylko to zakończenie nie było zachwycające - stwierdziła.
Następnie przymknęła oczy i ponownie przybrała formę człowieka. Tym razem nie była zszokowana - na jej twarzy widniało raczej zadowolenie i duma.
- Co powiesz na to, by spróbować jeszcze raz?
- Powiem, że bardzo mi się podoba ten pomysł - wyszeptałem, gdy ponownie się do niej zbliżyłem.
Kobieta odpowiedziała uśmiechem i dotknąwszy dłonią mojego policzka, diametralnie zmniejszyła dystans. Gdy tylko poczułem jej usta na swoich, instynktownie wplotłem dłoń w jej gęste włosy i pogłębiłem pocałunek. Tak jak tamten był czuły, delikatny i niepewny, tak z tego biła namiętność i większe zdecydowanie. Był... Nie do opisania.
Tym razem żadna niekontrolowana zmiana nam nie przerwała.

poniedziałek, 11 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 8

Sierpień 2022 r.
Podrapałem się po głowie. Co miałem jej odpowiedzieć? Naprawdę chciała jeszcze spędzić czas w Mieście? W dodatku ze mną? Cały czas byłem święcie przekonany, że za mną nie przepada. Ba, sądziłem że mnie nie cierpi.
- Powinniśmy... A czy musimy... - zacząłem, ale ona z szerokim uśmiechem wymalowanym na twarzy postanowiła mi przerwać w pół zdania:
- Czyli nie musimy. Zostajemy.
- Mamy swoje obowiązki w stadzie...
- Zasady są po to by je łamać - Znowu mi przerwała - Poradzą sobie. Raz na jakiś czas trochę luzu się nam przyda, czyż nie? Takie małe wakacje.
Jej propozycja brzmiała bardzo zachęcająco. Ja też bym sobie trochę odpoczął, szczególnie od tej uciążliwej pogody. Patrzyła na mnie wyczekująco, a ja nadal jakoś nie czułem się przekonany. Możemy ponieść za to niezbyt przyjemne konsekwencje... Yuki dostrzegając wahanie na mojej twarzy wywróciła oczami i skierowała się do kuchni.
- Daj spokój. Coś takiego jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziło. To tylko kilka dni. Posiedzimy tutaj i wrócimy.
Potarłem brodę, która zdążyła ostatnimi czasy zarosnąć bardziej niż zazwyczaj, a po chwili z cichym westchnięciem podążyłem w ślad za nią.
- Co chciałabyś zjeść? - zapytałem - Z góry mówię, że nie jestem żadnym wybitnym kucharzem.
- A co proponujesz? - zadała pytanie, siadając na krześle w miejscu gdzie akurat na stole stał już zaschnięty garnek. Postanowiłem zajrzeć do lodówki i wtedy o czymś sobie przypomniałem: większość jedzenia, które tam zostawiłem była już niezjadliwa. Ostatni raz zawitałem w tym mieszkaniu dobre kilka miesięcy temu... Nawet jeśli coś się nie przeterminowało, nadal istniało dość spore prawdopodobieństwo, że okrutny zapach gnijącego jedzenia przeszedł również na nie i nie czułbym się dobrze starając się to spożyć. Nadal się krzywiąc zamknąłem drzwiczki lodówki.
- Co jest? - zapytała Yuki.
- Nic. Muszę iść na zakupy. Nie mam nic jadalnego. Przeterminowało się... - wytłumaczyłem niechętnie. Znowu zerknąłem przez okno. Lało jak z cebra. Powoli zbliżyłem się do stołu, zabrałem naczynia z zaschniętym jedzeniem i włożyłem do zlewu. Zalałem to wodą, żeby trochę się namoczyło... Może wtedy domywanie tego nie będzie aż takim koszmarem.
- Mam do ciebie prośbę. Ja pójdę na zakupy, a ty wyrzucisz całą zawartość lodówki do śmietnika - mówiąc to, wskazałem jej kosz - Następnie wyniesiesz do takiego dużego kontenera za budynkiem. Kolor zgniłozielony. Musisz to tam wrzucić. Zamrażalnik możesz zostawić jak jest, bo tam raczej jeszcze cokolwiek jest zdatnego do jedzenia...
Spojrzałem na nią. Kiwała w zadumie głową w taki sposób, że stojące, skołtunione włosy stały jak jakiś pióropusz i kiwały się razem z jej głową. Miała tak zsunięty t-shirt, że odkrywał jej całe ramię, a spodenki były kompletnie pogniecione. Zdecydowanie nie wyglądała jak modelki rzekomo tuż po w wstaniu, które promują zdrowy styl życia. Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy ziewnęła.
- Tylko najpierw się ubierz. Wybierz sobie coś z mojej garderoby, co tylko ci wpadnie w oko. Raczej wiesz gdzie mam szafę z ubraniami.
Skinęła głową.
- Skoro masz tutaj zostać na dłużej to później możemy się przejść po jakichś lumpeksach w poszukiwaniu bardziej babskich ubrań dla ciebie... I przede wszystkim bielizny. Niestety, ale nie posiadam żadnego stanika.
- Stanika? - zapytała, marszcząc brwi.
- No... wiesz. Takie coś, co podtrzymuje piersi - Mówiąc to, chwyciłem się dłoniami w miejscu, gdzie powinien się znajdować biustonosz - Jest wygodniej i nie podskakują. Tak przynajmniej tłumaczyły mi to koleżanki.
- Rozumiem - Znowu pokiwała głową - Trzęsą się jak galareta.
Próbowałem się nie śmiać, ale średnio mi to wyszło.
- Ciekawe porównanie.
- Taka prawda - Wzruszyła ramionami - Sporo bym dała za ten... stanik.
- To sobie znajdziesz jakiś niedrogi i kupimy nieużywany. Właściwie to zostało mi niewiele pieniędzy... - skrzywiłem się. Dopiero wtedy sobie to uświadomiłem. Nie wiedziałem, czy w ogóle starczy mi na rachunek... Niby mógłbym poprosić wujostwo o pomoc, ale... Może sprzedam to mieszkanie i na stałe przeprowadzę się do watahy...? Mógłbym tylko od czasu do czasu do kogoś wpadać, żeby przypomnieć sobie jak to jest być człowiekiem...
- A nie możesz pożyczyć od jakiejś swojej... koleżanki? - zapytała, podkreślając mocniej ostatnie słowo. Zupełnie jakby była zazdrosna.
- Raczej nie da rady - mruknąłem - Wydaje mi się, że żadna się na to nie zgodzi. Nie wspominając już o tym, że poniekąd zerwaliśmy kontakt...
- Dlaczego?
- Zniknąłem, nie odzywałem się dość długo... Część wyjechała, a część została, lecz nie utrzymujemy żadnego większego kontaktu. Jedynie od czasu do czasu dzwonię do tych kumpli, o których już ci wspominałem wcześniej... - objaśniłem. Yuki cicho odetchnęła, jakby z ulgą. Uniosłem brwi.
- Cieszysz się?
- Co? Nie. Niby z czego? - powiedziała szybko, siadając noga na nogę i krzyżując ramiona na piersi. Widziałem, że jej policzki robią się czerwone. Uśmiechnąłem się złośliwie.
- Nie masz obiektu zazdrości, bo sam wykluczyłem całą konkurencję.
- Nie dorabiaj sobie już jakiejś durnej ideologii - Prychnęła, robiąc się jeszcze bardziej czerwona na twarzy.
- Czyżby? - zapytałem, zbliżając się do niej.
- Taka prawda. Ubzdurałeś sobie coś i... - nie dokończyła, bo zacząłem ją łaskotać, a ona krzyknęła, a później zaczęła się głośno śmiać. O mały włos nie spadła z krzesła, lecz ją przytrzymałem i kontynuowałem tę torturę. Próbowała mnie odpychać, ale na niewiele się jej to zdało. Właściwie nie robiła tego z taką siłą, z jaką mogła. Wiedziałem już mniej więcej na co ją stać...
- Przestań! - krzyczała, nadal się śmiejąc i usiłując obronić.
- Nie ma mowy! To za groźby wyrywania serca! - odparłem, dalej napastując łaskotkami jej brzuch.
- Dobrze, przepraszam!
Dopiero wtedy przestałem. Potrzebowała chwilki na uspokojenie się. Oddychała nieco ciężej. Nadal opierałem się rękami o krawędź siedzenia krzesła, które zajmowała, i obserwowałem dziewczynę z satysfakcją. Udało mi się odegrać i w dodatku przeprosiła! Ten dzień nie może być już chyba piękniejszy. Zaczynałem powoli wierzyć w to, że Yuki wcale nie była taka jak mi się do tej pory zdarzało i mamy szansę na jakąś przyjaźń, czy coś w ten deseń...
Wtedy podniosła na mnie wzrok. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Niemal stykaliśmy się nosami, a ja wciąż uśmiechałem się złośliwie. Zaczynałem się zastanawiać, czy zaraz mnie spoliczkuje.
- Jesteś idiotą, wiesz? - zapytała groźnie, a nim zdołałem odpowiedzieć... pocałowała mnie. Wytrzeszczyłem oczy. To zdecydowanie była ostatnia rzecz, której się w tamtym momencie spodziewałem. Nie było to jednak nic nieprzyjemnego. Wręcz przeciwnie... Delikatnie objąłem dłonią jej policzek, a kiedy skończyła nadal z niedowierzaniem patrzyłem w jej oczy. Naprawdę to zrobiła.
- Nie patrz tak na mnie. Miałeś iść na zakupy - mruknęła z charakterystycznym dla siebie niezadowoleniem. Uśmiechnąłem się czarująco i odsunąłem od niej.
- Zatem... kochanie, idę się ubrać, a później wychodzę. Ty zajmij się tą lodówką.
- Pewnie... - odpowiedziała, wywracając oczami. Spojrzałem na nią jeszcze przez tę ostatnią chwilkę, myśląc o tym, że teraz wydawała mi się jeszcze piękniejsza niż wcześniej.
Wyszedłem z kuchni.

<C.D.N.>

niedziela, 10 marca 2019

Od Asgrima "Spotkań nadszedł czas" cz. 6

Początek czerwca 2022
To niesamowite ile może się wydarzyć w tak krótkim czasie. Kiedy wyruszałem w podróż w raz z moją partnerką, spodziewałem się, że dowiem się wielu... Szokujących rzeczy. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na pojawienie się Edel i jej wyznania. Bardzo dokładnie pamiętałem, jak wyglądały nasze relacje, gdy byłem szczęśliwym członkiem Zakonu i dziwnie było wiedzieć, że wilczyca widziała je całkiem inaczej. Owszem, byłem przystojny, charyzmatyczny i wspaniały, ale zawsze mi się wydawało, że przyjaciółka jest raczej zainteresowana Ióanem, a nie mną.
Na domiar złego nie mogłem na nią patrzeć bez roznoszącego się gdzieś w sercu bólu. Choć wilczyca utrzymywała, że nic jej nie jest, wiedziałem, że kłamie. Wystarczyło jedno spojrzenie na jej drżące od wysiłku łapy, zmęczone oczy i ślady wymiotów, które za sobą zostawiała, by zauważyć, że nic nie było w porządku. Obawiałem się, że ta podróż ją wykończy równie skutecznie co okrutne rytuały.
Pomimo tego wszystkiego Edel zdawała się znacznie radośniejsza. Z każdym powolnym krokiem wracała moja dawna przyjaciółka, choć nie mogłem powstrzymać wrażenia, że trzymała nas - czy raczej mnie - na dystans. Rozmawiała, śmiała się i marudziła, gdy próbowaliśmy jej w czymś pomóc, jednocześnie nie czując się do końca komfortowo. Próbowałem wyobrazić sobie, jak zachowywałbym się na jej miejscu, ale moja zwykle bardzo bogata wyobraźnia, w tym temacie całkiem nie dawała sobie rady.
Ogółem odniosłem wrażenie, że z naszej małej grupki najlepiej odnajdywała się Tori. Jej okres milczenia i zdenerwowania minął od rozmowy z Vestar i choć nadal nie była tak gadatliwa, jak zwykle, to... Wróciła. Spotkanie z matką oraz dawną przyjaciółką zdawało się pomóc jej uporządkować myśli. Szkoda, że kosztem mojego spokoju ducha.
Zauważyłem także, że z każdym dniem moje towarzyszki dogadywały się coraz lepiej. Nierzadko można było spotkać je pogrążone w rozmowie i czasem byłem aż lekko zazdrosny. Było to głupie chociażby z tego powodu, że obie były samicami, jednak przywykłem do tego, że Tori nie miała zbyt wielu przyjaciół. Brzmi to strasznie egoistycznie, ale... Uczucia często nie mają sensu, prawda?
Właściwie jedynym, co nie zmieniało się niezależnie od mijanego czasu była pogoda. Każdego dnia towarzyszyły nam ciemne chmury i silny wiatr. Od miesięcy nie widziałem gwiazd, księżyca i słońca i chyba zdążyłem się już do tego przyzwyczaić. Nie oznacza to oczywiście tego, że nie brakowało mi ich świetlistej obecności, a jedynie, że ich nagłe pojawienie się zdziwiłoby mnie bardziej od kolejnego dnia z niebem pokrytym czarnymi chmurami.
Im bliżej znajdowaliśmy się terenów Watahy Magicznych Wilków, tym pogoda ulegała coraz większemu pogorszeniu. Miałem wrażenie, że nasza sfora znajdowała się w centrum tych wszystkich wydarzeń. Ta myśl z kolei wywoływała nieprzyjemny ucisk w żołądku i jeszcze większy niepokój. Nawet tak odważny wilk jak ja nie mógł powstrzymać zajmującego powoli umysł strachu przed nieznanym.
Zastanawiało mnie, czy któregoś dnia zbierająca się od miesięcy burza, nie uderzy z całą siłą w ziemię, doprowadzając ją do ruiny. Czy odporną na magię katastrofę zdołałby ktoś przeżyć? Nie, nie powinienem o tym myśleć. Z pewnością, któregoś dnia chmury znikną, a nasze życie wróci do normy lub przynajmniej czegoś przypominającego normalność.
Zerknąłem na błękitnego motyla, którego skrzydła zdawały się wydawać o wiele słabsze światło. Był identyczny co ten, który na samym początku wiosny wyleciał z mojej Lampki. Jedyną różnicą było to, że słuchał wyłącznie Tori ze względu na to, że to ona "powołała go do życia". Nikt inny nie mógł zarządzić przerwy czy też jej koniec.
Właściwie wskazujące nam drogę stworzenie nie było nam potrzebne - już wczorajszego wieczoru dotarliśmy na tereny, w które zapuszczali się niektórzy strażnicy czy też patrol. Od początku naszej podróży nie spotkaliśmy nikogo. Cały czas byliśmy tylko my - ja, Tor, Edel i zaczarowany motyl.
Wiedziałem, że taki stan rzeczy nie mógł trwać zbyt długo. Zbliżaliśmy się w pobliże jaskiń zajmowanych przez wilki z Watahy Czarnego Kruka i w każdej chwili mogliśmy trafić na patrol.
Jak na zawołanie z oddali zauważyłem odcinającą się od nieba sylwetkę wilczycy. Białe futro mocno kontrastowała z niemal czarnymi chmurami. Natomiast kolorowe plamki wystające spomiędzy jej długiej sierści musiały być piórami charakteryzującymi moją dawną koleżankę. Spojrzenie wadery znalazło się na naszej grupce, przez co ta szybko zapikowała w dół. Zaledwie chwilę później stała przed nami i przyglądała się spod roztarganej grzywki.
- Cześć, Lind - wypaliłem, uśmiechając się szeroko.
Samica przyjrzała mi się spod zmarszczonych brwi, jednak po chwili odwzajemniła uśmiech.
- Hej - przywitała się. Następnie, gdy jej wzrok spoczął na sylwetce Edel, spytała: - Kim jesteś?
- Widzisz, z tej naszej cudownej podróży przywieźliśmy nawet jeńców. Ona chyba akurat nazywa się Edel... - wtrąciłem, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Starałem się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej poważnie i przekonująco, ale uśmiech drgający mi na pysku oraz zgodne szturchnięcia od moich towarzyszek drogi chyba mnie zdradziły.
- Ach tak? Rozumiem, że prowadzicie ją do Alf...?
Skinąłem głową nadal z - prawie - idealną powagą.
- To zostawiam ją pod waszą opieką. Tak w ogóle jestem Lind - powiedziała jeszcze do byłej kapłanki.
- Edel - odpowiedziała, posyłając mi szybkie i dość wymowne spojrzenie.
Ledwo powstrzymałem się przed wystawieniem języka na znak, jak bardzo mnie nie przeraziła.
Lind uśmiechnęła się jeszcze i nie czekając dłużej wzbiła się powietrze. Zwróciłem uwagę na to, że pomimo nieustającej wichury, szło jej całkiem nieźle. Co prawda czasem chwiała się na wietrze, lecz nie było to nic, z czym by sobie nie radziła.
Ciekawe jakie to uczucie tak szybować wśród chmur, czuć na sobie ich dotyk. Być w powietrzu... - pomyślałem.
- To była jedna z członkiń waszej watahy, prawda? - spytała Edel.
Tor krótko przytaknęła.
- Pachniała jak wy - stwierdziła młodsza z samic. Następnie zmierzyła mnie spojrzeniem, na co zmarszczyłem brwi. - Mam na myśli ten zapach watahy, nie twój osobisty smród.
Prychnąłem urażony, jednak nie odwróciłem wzroku. Starałem się wyglądać pewnie, gdy tak unosiłem jedną brew i przyglądałem się wilczycy. Po dłuższej chwili ta odwróciła wzrok zawstydzona. Sukces.

Gdy weszliśmy do Jaskini Alf, Edel wyprzedziła nas i gdy tylko zobaczyła sylwetki naszych Alf, ukłoniła się. Podobnie jak wtedy, gdy ją zobaczyliśmy u Vestar, tak i teraz się zachwiała. Z pewnością nie była to wina braku gracji czy braku umiejętności ładnego oddawania szacunku - takich rzeczy uczyli nas jeszcze przed przystąpieniem do pełnoprawnej nauki. Sądziłem, że wilczyca zwyczajnie nie ufała swoim łapom, co zabierało jej ukłonowi całą grację.
Po wymienieniu uprzejmości, Edel mniej-więcej streściła swoją historię oraz naszą podróż. Wyjaśniła, że zna już większość zasad panujących w watasze (Suzanna posłała nam w tym momencie mało przyjazne spojrzenie, jednak ja i Tor staraliśmy się wyglądać jak najbardziej niewinnie) i uprzejmie prosi o możliwość zamieszkania tutaj.
Gdy Alfa się zgodziła, postanowiłem, że to odpowiedni moment, by się wtrącić.
- Suzanno, Edel pominęła jedną ważną kwestię. - powiedziałem, co wywołało zarówno mordercze spojrzenie niebieskich oczu, jak i lekko zaintrygowane czarnych. - Edel jest chora i z tego właśnie powodu ja i Tori chcieliśmy prosić o możliwość ulokowania jej w starej jaskini Valkoinena. Mieszkał niedaleko naszej groty, a to umożliwiłoby nam zajęcie się Edel.
- Nie potrzebuję pomocy - mruknęła wilczyca, ale nie byłem pewny, czy ktokolwiek to usłyszał oprócz mnie. Jakby nie było siedziałem najbliżej.
- Oczywiście, kiedy będziemy pomagać naszej przyjaciółce, nie zaniedbamy naszych stałych obowiązków. Nie próbujemy się wymigać z ich wykonywania - dodała moja partnerka, za co byłem jej niezmiernie wdzięczny.
- Nie ma problemu. Możecie ją tam odprowadzić - powiedziała Suzanna.
Skinęliśmy łbami i wyszliśmy razem z jaskini.
- Nie chcę waszej litości - stwierdziła, w którymś momencie E.
Wymieniłem spojrzenia z Tori i skinąłem jej łbem, by to ona odpowiedziała. Miała lepszą łapę do załatwiania takich spraw, między innymi dlatego, że nie musiała się skupiać, by wyczuć nastrój innych. Odbierała wszystko czystym przypadkiem, bez jakiegokolwiek namysłu...
- Edel, to nie jest litość. Chcemy ci pomóc, chociażby ze względu na to, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi.
- Właśnie, kiedyś - mruknęła nadal zirytowana.
Gdy tylko dotarł do niej sens jej słów, Edel szybko podniosła na nas zmartwione i chyba trochę spanikowane spojrzenie. Zmusiłem się do uśmiechu, próbując tym samym nie pokazać, że to odrobinkę mnie zabolało.
- Możemy znowu być - stwierdziła Tori.
Wadera nie odpowiedziała od razu. Między nami zaległa cisza, o ile można było tak powiedzieć, gdy wokół świszczał wiatr, a gałęzie trzeszczały, niemal dotykając ziemi.
Po dłuższej chwili, Edel odezwała się. Jej głos był niepewny i zawstydzony. Pamiętałem, jak bardzo nienawidziła dziękować, przepraszać czy prosić.
- Tak... Ja... Dziękuję.
Krzywy uśmiech został zastąpiony całkowicie szczerym.
- Nie ma za co.