Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 6 marca 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 5

Sierpień 2022 r.
Yuki ostrożnie weszła do środka. Mieszkanie było pogrążone w ciemności. Dla ludzkich oczu rysowały się tylko kształty mebli i walających się gdzieniegdzie rupieci. Nie było duże. Ot, przeciętne mieszkanko w kamienicy, które prawdopodobnie niegdyś stanowiło tylko fragment jednego piętra dość okazałego budynku będącego własnością zaledwie jednej rodziny. Poziom na którym mieszkałem zostało niegdyś podzielone na dwie kwatery...
Yuki zatrzymała się kilka kroków od wejścia. Patrzyła na lustro wywieszone centralnie przed nią. Patrzyła na samą siebie, może i również kątem oka obserwowała lustrzanego mnie, który w tym czasie za jej plecami zamykał drzwi. Usłyszałem jak wiatr znowu postanowił szaleć na zewnątrz. Objawiło się to znajomym szumem otaczającym mury kamienicy. Dopiero wtedy Yuki się obejrzała, tym razem skupiając swój wzrok na komodzie, na której miałem postawioną porcelanową żabę i jakieś bliżej nieokreślone zgniecione kartki. Może w szale tworzenia je tam kiedyś zostawiłem...?
- To wszystko jest twoje? - zapytała nagle.
- Hm, tak. Z nikim nie dzielę tego mieszkania - odpowiedziałem, pospiesznie kierując się do swojej sypialni. Stojąc w progu zorientowałem się, że nawet nie było aż tak źle. Później powędrowałem do kuchni. Tam wyglądało to nieco gorzej. Zostawiłem kilka kubków i zaschnięty garnek. Syknąłem pod nosem. Dlaczego zawsze jestem tak roztargniony, że zapominam o tak istotnych rzeczach?
- Co robisz? - zapytała kobieta, która najwyraźniej musiała stanąć tuż za mną. Trochę się wystraszyłem, choć z drugiej strony przecież to Yuki. Ona lubiła się skradać i straszyć...
- Ach, nic. Przepraszam za bałagan - mruknąłem, zerkając na nią zawstydzony. Wychyliła się do kuchni i ze spokojem przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu.
- Nie jest źle - skomentowała.
- Mhm, powiedzmy - odpowiedziałem, a później wróciłem do swojej sypialni. Zacząłem przeczesywać szuflady jednej z szaf. Tam zawsze chowałem swoje piosenki... Problem w tym, że tego również nigdy nie segregowałem. Wziąłem kilka teczek, zapaliłem światło w pokoju i zacząłem je gorączkowo przeszukiwać. Yuki już zaraz potem się pojawiła i obserwowała mnie z ramionami skrzyżowanymi na piersi.
- Pomóc...?
- Nie. Możesz usiąść. Poradzę sobie - mówiąc to, wskazałem na swoje łóżko. Wzruszyła ramionami i zrobiła to, o co prosiłem.
- Miękkie. Co to jest? - zapytała.
- Łóżko - odparłem, obracając do niej głowę. Lekko podskakiwała, badając miękkość materaca. Zaraz potem się położyła.
- Śpi się na tym?
- Zgadłaś - odrzekłem, wracając do poszukiwań wcześniej wspomnianego utworu - Tylko mi tam nie zaśnij!
- Nie mogę?
- Nie. Nie myłaś się. I... chcesz zostać na noc? - dopytałem ostrożnie. Jakoś tak duża ufność nie pasowała mi do niej. Zdecydowanie w formie ludzkiej zachowywała się jak kompletnie inna osoba... Może coś było w tym kompocie?
- Po co się myć? - zapytała smętnie.
- Żeby być czystym. Ludzie myją się codziennie. Mam łazienkę, wiesz? I prysznic. Wiesz czym jest prysznic?
- Czym?
- Pokażę ci jak skończymy, okej? - Uśmiechnąłem się pod nosem. Jej zagubienie było całkiem... urocze. Chyba by się na mnie obraziła gdybym powiedział to na głos.
- Okej - mruknęła już nieco zaspanym głosem.
- Tylko nie śpij!
- Nie śpię - znowu zamruczała, tym razem turlając się na bok. Zacmokałem z dezaprobatą, dokładnie studiując kolejną kartę papieru. Jakiś pokreślony... Aha, to mój rachunek za prąd sprzed roku. Zrobiłem na nim jakieś notatki. Chyba listę zakupów. Odłożyłem go na inną stertę o nazwie "nie mam pojęcia po co to trzymam, pora to wyrzucić". Wtedy w końcu trafiłem na tekst piosenki, którą napisałem po moim pierwszym spotkaniu z Yuki. Wstałem z triumfalnym uśmiechem i zgarnąłem ze stojaka gitarę. Zrobiłem to tak gwałtownie, że dziewczyna raptownie podniosła się do siadu. Najwyraźniej myślała, że coś się stało. Wyglądała na zaaferowaną.
- Spokojnie. To tylko gitara - oznajmiłem, a następnie pomachałem nieco pomiętą kartką papieru - Znalazłem tekst.
Odchrząknęła, przez moment spojrzała w bok, a później znowu na mnie. Zestresowała się? Zirytowałem ją? A może się zawstydziła? Trudno mi było na to odpowiedzieć.
- To dobrze - odpowiedziała cicho - Możesz grać.
Usiadłem na łóżku nieopodal niej i zabrałem się za strojenie instrumentu, co w ciszy obserwowała. Pomrukiwałem sobie pod nosem poszczególne dźwięki. Nigdy nie zapomnę ich właściwego brzmienia. Nie potrzebowałem żadnego innego punktu odniesienia. Na coś jednak przydały mi się te studia muzyczne.
Dopiero gdy upewniłem się, że wszystko jest w porządku, po raz kolejny musnąłem palcami wszystkie struny i zacząłem grać wedle zanotowanych już wcześniej chwytów. Nie musiałem nawet patrzeć na notatki. Ta melodia wyjątkowo bardzo zapadła mi w pamięć. Może zabrzmi to snobistycznie, ale była ładna. Niedługo potem zacząłem też śpiewać. Lubiłem bawić się barwą głosu i emocjami, więc tak stało się i tym razem. Występowanie przed kimś nigdy mnie nie przerażało. Czułem się w pełni rozluźniony... Może i nawet bardziej, niż gdy jestem sam i gram dla siebie. Łatwiej mi było się wczuć. Brzmiało inaczej niż do tej pory. Rzekłbym, że nawet lepiej, co było dość zaskakujące jak na tak długą przerwę...
Nie wiem jaką minę miała Yuki, gdy grałem i śpiewałem. Przez znaczną część utworu miałem zamknięte oczy. Dzięki temu mogłem całkowicie zająć myśli tym, jak brzmię, jak brzmi moja muzyka... Dopiero gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki gitary otworzyłem oczy. Yuki patrzyła z lekkim rumieńcem na twarzy. Przez ten jeden upiorny moment miałem wrażenie, że mnie spoliczkuje, bo z jakiegoś powodu poczuła się urażona. Trochę bałem się odezwać. Ona również milczała.
- Więc... - zapytałem po dłuższej chwili - Jak ci się podoba...?
- Ujdzie. Gdzie jest ta łazienka?
Westchnąłem cicho i odłożyłem na łóżko gitary. Czego ja się właściwie spodziewałem? Kwiecistej mowy na temat cudowności mojego tworu? Yuki nie była od chwalenia. Mogłem się spodziewać, że... chwila, nie skarciła mnie? Znieruchomiałem.
- Nie powiedziałaś, że jest paskudne - skomentowałem, jakby oczekując, żeby się miała zacząć tłumaczyć.
- Gdzie jest łazienka? - dopytała z uporem.
- Ale przyznaj, podobało ci się - powiedziałem, uśmiechając się złośliwie.
- Naprawdę chcesz wymusić ode mnie słowa, że bym to raczej uznała za skrzeczenie duszonej wrony niż śpiew, a grę za jakieś...? Sama nie wiem. Gnój.
Uniosłem brew.
- Gnój? Skończyły ci się riposty?
- Zamknij się i po prostu pokaż mi prysznic. Chcę zobaczyć ten dziwaczny ludzki wynalazek - mruknęła poirytowana i wstała z łóżka. Wywróciłem oczami odrobinę rozbawiony i zaprowadziłem ją do naprawdę małej skromnej łazienki. Tam przynajmniej było czysto. Wskazałem na kabinę w rogu.
- To jest prysznic. To obok to sedes, a w drugim rogu umywalka.
Zmrużyła oczy w konsternacji, dokładnie analizując wzrokiem każdy z poszczególnych obiektów.
- We wszystkim można się myć?
- Nie, nie... Sedes służy do załatwiania się. Możesz spłukać wodę tym przyciskiem - Wskazałem jej spłuczkę i pokazałem jak musi nadusić, aby się udało. Później przeniosłem się do prysznica. Otworzyłem drzwi kabiny, nachyliłem się do środka i zdjąłem wąż z uchwytu. Spróbowałem puścić wodę, ale niestety zawory były zakręcone. Kazałem jej chwilkę poczekać, a gdy wróciłem w końcu się udało. Pokazałem jej orientacyjnie w czym rzecz i co musi zrobić, żeby zakręcić lub odkręcić. Pokazałem jej też żel do mycia ciała, dałem szczoteczkę do zębów, objaśniłem mniej więcej jak się nią posługiwać...
- Nie możemy się po prostu umyć razem? - zapytała marszcząc nos, gdy wróciłem z czystym ręcznikiem dla niej i kolejną, tym razem zupełnie czystą, koszulką oraz spodenkami, które miały jej robić za piżamę. Momentalnie poczułem jak się robię czerwony.
- Pamiętasz naszą rozmowę o tym, że ludzie wstydzą się swojej nagości?
- Ach, tak - stwierdziła nieco zrezygnowana. Znowu spojrzała na prysznic. Nie wyglądała na przekonaną, mimo że jej wiele razy powtarzałem, że to przyjemniejsze niż kąpiel w gorących źródłach Watahy Magicznych Wilków.
- Poradzisz sobie?
- Mhm... - mruknęła, biorąc ode mnie ręcznik - Możesz wyjść.
- Mogę wyjść - powtórzyłem, a następnie wycofałem się z łazienki. Zamknąłem za nią drzwi, po czym wróciłem do sypialni. To wszystko było szalone. Yuki? W moim domu? W dodatku nie aż taka wredna jak na co dzień? Pytała nawet o wspólny prysznic. Objąłem się rękami na tę myśl, wciąż stojąc nad łóżkiem i patrząc dość pustym wzrokiem przed siebie. Dziwne uczucie. Chyba mimowolnie sobie wyobraziłem tę scenę...
Nie chcąc się zastanawiać nad tym dłużej w końcu dorwałem się do jakiejś kartki papieru i do gitary. Znowu wróciła do mojej głowy melodia, którą przyrzekłem sobie zanotować dla potomnych. Pisanie zawsze pomagało mi uporządkować myśli i sprawić, że tekst piosenki brzmiał nieco lepiej, niż jak by to mogło wypaść podczas improwizacji. Rymowanie okno-zalotno nigdy nie było dobrym pomysłem. O ile w ogóle istnieje słowo "zalotno"...

<C.D.N.>

wtorek, 5 marca 2019

Od Edel "Spotkań nadszedł czas" cz. 4

Kwiecień 2022
Nasilający się z każdą chwilą wiatr uderzał wzgórza i przechodził dolinami, wydając przy tym nieprzyjemne świsty. Na początku wzdrygałam się wraz z każdym głośniejszym dźwiękiem, jednak teraz, po kilku miesiącach nieustającej wichury, przyzwyczaiłam się. Nauczyłam się spokojnie spać, nawet wykorzystywać czasem wiatr na swoją korzyść. Jednak zaledwie przed kilkoma dniami dowiedziałam się czegoś, co ponownie odebrało mi zdolność snu.
Nie chcieli mi tego powiedzieć. Wiatr przywiódł ich rozmowę do moich nieprzeznaczonych do słuchania tego uszu. Główny medyk opowiadał jednemu z wyższych kapłanów, że objawy, z którymi mierzyłam się od połowy zimy, wskazują na raka - nieuleczalną chorobę, która prowadziła do śmierci. Nie dawał mi szans na dożycie kolejnej wiosny.
Czułam się wtedy, jakbym już teraz umierała. Wiecznie bolący brzuch ponownie zapłonął ogniem, jednak tym razem spowodowanym nerwami. Szok zabrał mi zdolność mowy i ruchu. Mogłam tylko stać niedaleko od wejścia do Jaskini Medyków i przysłuchiwać się kolejnym słowom.
- Wobec tego muszę przekazać Wielkiemu Mistrzowi, by zwiększyć liczbę jej rytuałów.
- Rytuały ją wymęczą. Edel potrzebuje odpoczynku - zaoponował medyk.
- Zdąży wydać na świat szczeniaki?
- Może umrzeć podczas porodu.
- Dobrze.
Poczułam, jak łapy się pode mną uginają. Krótka rozmowa, pozbawiona jakichkolwiek emocji właśnie zabrała mi wszystko. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem wyższych kapłanów umrę późnym latem. Jeśli nie, mam niewiele więcej czasu.
Tamtego dnia wróciłam do jaskini całkiem otępiała. Już wcześniej odwołałam zajęcia z moim uczniem, wiedząc, że w tym stanie dam rady wciskać mu propagandy o wspaniałości Zakonu. Wiedziałam, że oni będą źli, ale nie obchodziło mnie to. W końcu co mogli mi teraz zrobić? Przydzielić więcej rytuałów? Och, moment. Już chcieli to zrobić. To może zabić? Cóż, straciliby szansę na uzyskanie kolejnych szczeniąt. Nie, musieli zostawić mnie przy życiu najdłużej, jak się da.
Od tego czasu myśl o śmierci prześladowała mnie w każdej chwili. Bałam się, tak bardzo się bałam. Nie chciałam umierać. Byłam przecież jeszcze młoda. To musiała być pomyłka. Może się przesłyszałam i mówili o tej nowej kapłance, Ouler? Jej imię było przecież całkiem podobne w brzmieniu...
Jednak gdy wymioty wstrząsały moim ciałem, traciłam i tę złudną nadzieję. Umierałam. Choroba wykańczała mnie powoli i zabójczo skutecznie.
Pomimo przewlekłego zmęczenia, nie mogłam spać. Noce spędzałam na przechadzaniu się po terenach Zakonu. Wiatr uderzał w moje ciało, nieraz doprowadzając do upadku. Leżałam wówczas, próbując dojrzeć gwiazdy lub księżyc za ciemnymi chmurami. Nadaremnie.
Podczas jednego z takich spacerów natknęłam się na jednego z doradców Wielkiego Mistrza. Gruby - żeby nie powiedzieć spasiony - wilk wyglądał na bardzo przejętego i niezwykle zmęczonego. Pewnie próbował biec.
- Przekaż Mistrzyni, że... Wielki Mistrz ją wzywa... Pilne... Bardzo - zdołał wydyszeć. 
Skinęłam głową szczęśliwa, że mam czym zająć myśli i pobiegłam w stronę prywatnej jaskini wilczycy. Spodziewałam się, że skoro samicy nie ma przy Nevrze, to z pewnością jest tam. W końcu odkąd awansowała nie miała nawet żadnego ucznia.
W połowie drogi ból stał się nie do zniesienia. Zostałam zmuszona do zatrzymania się. Łapy się pode mną ugięły. Leżałam chwilę, próbując zapomnieć o chorobie. Skoro stary Fet próbował biec, to sprawa była wielkiej wagi. Musiałam szybko znaleźć Vestar.
Zacisnęłam powieki i powoli się podniosłam. Moje łapy się trzęsły, jednak nie zważałam na to. Ruszyłam dalej. Pierwszy raz od kilku dni miałam prawdziwy cel.
Nie byłam w stanie biec, jednak mój chód był stosunkowo szybki. Z przymrużeniem oka można byłoby go uznać za trucht. Pomimo tego, weszłam do jaskini, dysząc, jakbym przebiegła kilkakrotnie całe terytorium Zakonu.
- Mistrzyni... Wielki... Mistrz... Nagłe... Wezwanie...
Ledwo zdołałam wypowiedzieć te słowa, gdy moim ciałem wstrząsnęło nagłe drżenie. Pochyliłam się, nie kłopocząc się zejściem na bok i zwymiotowałam. Przez chwilę patrzyłam na resztki mojego obiadu i wdychałam drażniący zapach. Nienawidziłam tego.
- Już idę.
Wilczyca ostentacyjnie wyminęła mnie i coś, co niegdyś było jedzeniem. Nie zwróciłam na to najmniejszej uwagi. Przyzwyczaiłam się do nieprzychylnych spojrzeń innych kapłanów.
Chciałam już wychodzić, gdy nagle usłyszałam głos, którego spodziewałam się nie usłyszeć już nigdy. Moje serce chyba zgubiło kilka uderzeń.
- Edel?
Podniosłam wzrok i zauważyłam dwie sylwetki po drugiej stronie jaskini. Niepewnie wstałam i podeszłam w ich stronę. Od razu rozpoznałam postać Asgrima, jednak odgadnięcie kim była jego towarzyszka, zajęło mi więcej czasu. W końcu przypomniałam sobie małą wilczycę, moją dawną przyjaciółkę, której w dzieciństwie tak usilnie szukał cynamonowy basior. Widocznie mu się udało.
- As? Tori? Co wy tutaj robicie? Myślałam, że... - zaczęłam. Mój głos delikatnie się załamał, co samiec wykorzystał, by mi przerwać.
- Edel, to naprawdę ty?
Ukłoniłam się, licząc, że nie zaliczę przy tym jakiejś pięknej wywrotki. Na szczęście skończyło się na nieznacznym zachwianiu. Czułam na sobie ich zdumione i jednocześnie zmartwione spojrzenia.
- Co ci się stało? Ty zawsze...
- Najpierw wy opowiecie mi swoją historię - tym razem ja mu przerwałam. - Nie rozumiem, co się właśnie dzieję, a nie lubię żyć w niewiedzy
Usiadłam tuż przed nimi i spojrzałam wyczekująco. Moi dawni przyjaciele wymienili spojrzenia, jakby naradzając się bez słów, które ma zacząć opowieść. Ten widok wywołał u mnie małe ukłucie zazdrości. No może trochę większe niż "małe".
W końcu odezwała się Tori i zaczęła powoli opowiadać wszystko, czego dowiedziała się tuż przed moim przybyciem. Następnie przeszła do tego, co spotkało ją po odejściu z Zakonu. Kilka razy spoglądała na Asa, który kiwał głową i uśmiechał się pokrzepiająco. Nie musiałam być mistrzem dedukcji, by zauważyć, że ta dwójka była blisko. Na tyle blisko, bym poczuła się jak kretynka.
Jak mogłam sądzić, że mógłby mnie pokochać? Wiedziałam o tym, jak ważna dla niego była. A jednak, gdy przestał mówić o poszukiwaniach, poddałam się nadziei. Myślałam, że mam szansę, ale byłam przegrana już na starcie, bo nie jestem nią. Jestem tylko sobą - niewyobrażalnie głupią Edel.
Nagle Tori przerwała i przyjrzała mi się ze zmartwieniem.
- Coś nie tak? - spytałam, siląc się na spokojny ton. W końcu to nie jej wina, że As wybrał ją, a nie mnie.
- Wiesz... Zakon wyrzucił mnie niesłusznie. Mam moc związaną w pewien sposób z umysłem. Wyczuwam emocję, umiem je też wywoływać. Czuję, że... - przyjrzała mi się, jakby szukając w moich oczach odpowiedzi na pytanie, którego nie zadała. Powoli skinęłam głową, nakazując jej kontynuować - Jesteś zazdrosna, smutna, może trochę zła. A pod tym wszystkim jest gdzieś strach i wielki żal. Uczucia, które zdają ci się towarzyszyć cały czas.
Nie zareagowałam na to w żaden sposób.
- Moment. Zazdrość, smutek, złość, strach i żal. Edel, co to oznacza? - wtrącił się As. Podniosłam na niego wzrok, jednak gdy nasze spojrzenia się spotkały, szybko odwróciłam łeb.
W jaskini zapadła cisza, podczas której dwójka wilków przyglądała mi się w zdumieniu. W końcu Tori się odezwała, a ja już po pierwszym słowie wiedziałam, że ona wie.
- Ty... Losie, Edel, wiem, że nie widziałyśmy się od bardzo dawna. Z pewnością ciężko nazwać nas wobec tego przyjaciółkami i nie wiem, czy powinnam o to pytać, ale...
As zdawał się za nami nie nadążać.
- Pytać o co?
- Odpowiedź brzmi: tak - niepewnie podniosłam wzrok na Tori, która z pewnością czuła się strasznie głupio. Widziałam jednak w jej oczach, że w tym wszystkim przeważał żal. Było jej mnie szkoda.
- Jejku... Przepraszam cię, Edel. Nie chciałabym nigdy... Nie sądziłam... - plątała się.
- Jasne. Rozumiem. To nie twoja wina. Nie mam ci tego za złe. I wybacz, ale muszę to powiedzieć: a nie mówiłam?
Tori zaśmiała się cicho.
- Mówiłaś... - przyznała.
- Halo, ja tu jestem! Ktoś może mi z łaski swojej wytłumaczyć, co się właśnie dzieje? Proszę!
Zerknęłyśmy na Asa, który siedział, przebierając łapami i machając ze zirytowaniem ogonem. Następnie ponownie spojrzałyśmy na siebie i roześmiałyśmy się cicho. Był to śmiech dość niezręczny, może odrobinę wymuszony, ale jednocześnie było w nim coś pocieszającego.
- Tor! Edel!
- Sprawa się toczy o to... - zaczęłam po chwili, jednak nie dałam rady skończyć. Słowa, które próbowałam wypowiedzieć od bardzo dawna, kręciły mi się w głowie. Próbowałam schwytać kilka z nich, jednak nadaremnie. Tyle razy wyobrażałam sobie ten moment, jednak nie w ten sposób.
- Kocham cię, As - wydusiłam z siebie w końcu, łamiącym się głosem. Z moich oczu chyba leciały łzy. Tori pocieszająco przykryła moją łapę swoją.
Wilk spojrzał na mnie w czystym szoku.
- Ty CO?
- Nie każ mi tego powtarzać - mruknęłam.
- Tak... Dobra. Ale... Edel, ja...
- Wiem, wolisz Tori. Zawsze tak było.
W mój głos wkradła się odrobina jadu.
- Nie wiedziałem... Edel, tak mi przykro... Cholera...
Machnęłam zdecydowanie ogonem.
- Przestań - nakazałam. - Nie chcę tego słuchać. Rozumiem i nie kwestionuję. Daj temu spokój.
As nie wyglądał, jakby miał zamiar dać spokój.
- Ale...
- As... - wtrąciła ostrzegawczo Tori.
As westchnął dalej zszokowany.
- Jasne. Dobra. To...
- Kontynuujcie - poleciłam, owijając ogon wokół łap.
Tori skinęła łbem i powróciła do opowieści. As wpatrywał się we mnie tępym wzrokiem, podczas gdy ja usilnie unikałam jego spojrzenia i próbowałam skupić się na spokojnym głosie dawnej przyjaciółki. Nie szło mi tak źle - powiedziałabym raczej, że całkiem dobrze. Historia Torance bardzo dobrze odwracała moją uwagę od choroby lub pewnego samca, który ciągle się na mnie gapił.

C.D.N.

poniedziałek, 4 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 2 (C.D. Magnus)

Sierpień 2022 r.
– To wszyscy? – wadera spojrzała na nas przenikliwym spojrzeniem, oczekując naszej odpowiedzi.
Każdy z nas coś niechętnie mruknął pod nosem, a ja nie mając większego prawa głosu, zgodziłam się z nimi.
– W takim razie ruszamy, zanim znowu zacznie padać. –  westchnęła, czekając aż łaskawie się ruszymy. Nadal nie rozumiałam o co chodzi.

***

Kilka godzin wcześniej obudziłam się, gdy jeszcze wokół panował tajemniczy mrok. Księżyca nigdzie nie było widać, a niemrawy blask słońca dopiero wychodził zza drzew. Wszędzie wokół panowała dziwna aura, która sprawiała, że czułam się naprawdę nieswojo. Wiatr szarpał korony owych drzew, był szczególnie silny i nieprzewidywalny. Od kilku dni coś niedobrego wisiało w powietrzu, bardzo rzadkim należy wspomnieć. Nagle w oddali dostrzegłam dziwne, fioletowe błyskawice i przeraziłam się wtedy nie na żarty. Nie wiedziałam czy pójść poszukać kogoś, czy jednak zostać w norze do przejaśnienia się nieba, choć sama nie byłam pewna czy takowe nastąpi. Burknęłam kpiąco, turlając się po swojej jaskini. Jej ściany były wilgotne, co świadczyło o bardzo zimnej nocy. Zebrałam wszystkie krople i stworzyłam małego rozmiaru kałużę przy wejściu. Przyjrzałam jej się bardzo dokładnie, mając wątpliwości do jej czystości. Jeśli coś wisiało w powietrzu, to może znajdowało się też w wodzie. Tak spoglądając na kałużę, postanowiłam nie pić jej, lecz pobawić się nią. Stworzyłam małe tornado wodne, które posłusznie krążyło wokół mojej sylwetki. Było wielkości małej wiewiórki.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jakie to jest fajne. Ostatni raz robiłam to, jak byłam szczeniakiem. Wybiegłam z jaskini, ciągnąc za sobą moje małe, wodne tornado. Po drodze wciągało ono w siebie krople z wilgotnej trawy i nieznacznie rosło. Dopiero w tamtym momencie zauważyłam jego niebieski odcień i w duchu podziękowałam sobie, że nie wypiłam z tej kałuży. Weszłam na wrzosową polanę i stanęłam na jej środku. Popatrzyłam na mój twór (który był już większy - wielkości dorodnego zająca) i skupiłam się maksymalnie na tym, aby zebrać całą wilgoć z łąki, tak aby urósł on do wielkich rozmiarów. Przed oczyma mrugał mi co chwilę coraz większy, niebieski kształt. Masa wodna, która szybko mnie okrążała, była ode mnie dwa lub nawet trzy razy większa, a ja czułam, że nie przestanie rosnąć, bo po ulewach wody jest bardzo dużo. Zatrzymałam ją w miejscu, gdy była większa od drzew, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Być może znalazłabym w końcu jakiś sposób, aby dokładnie pozbyć się z niej toksyn, czy czegokolwiek co znalazło się w tej wodzie. Wielkie tornado wirowało w miejscu, i co jakiś czas lśniło w skutek coraz częstszego pojawiania się błysków na niebie.
- Czy ty kompletnie zgłupiałaś?! - ktoś wrzasnął zza moich pleców i prawie straciłam panowanie nad tornadem. - Masz zamiar nas wszystkich podtopić, czy jak?! Ty zdajesz sobie sprawę, jakie może to mieć konsekwencje?! - wilk nadal darł się na mnie, a ja w milczeniu patrzyłam w dół. Nie chciałam się napotkać wzrokiem z nim, bo czułam, że jest gotowy rozszarpać mnie samym spojrzeniem. Nie do końca rozumiałam jeszcze co złego zrobiłam.
- Przepraszam... - powiedziałam po chwili, po cichu. Cofnęłam się kilka kroków i uniosłam wzrok. Przede mną stała Yuki. Wzdrygnęłam się i czułam się głupio, czekałam teraz tylko na dalsze ochrzanianie mnie za bodajże tornado...
- Co ty tu w ogóle robisz? W każdym momencie może zacząć lać, a wtedy nie możemy być poza jaskiniami! Ty wiesz co się dzieje? - nie dawała dojść mi do głosu, zarzucając mi kolejne rzeczy i coraz bardziej obarczając mnie winą. Wskazała na wirującą wodę. - Co to ma niby być? Zachciało ci się bawić mocą? Woda, tak? Pozbądź się tego jak najszybciej, bo będzie z tobą źle! - burknęła i odwróciła się ode mnie. - Zaraz zacznie padać, a gdy przestanie, masz się stawić na polowaniu. - odeszła.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam do góry. Faktycznie zapowiadał się niezły deszcz, jak nie burza. Przeniosłam spojrzenie na wodne tornado, przez które miałam kłopoty.
- Mogłam zostać w jaskini... - mruknęłam do siebie i zaczęłam iść w stronę wodospadu. Postanowiłam, że tam „wyleje” wodę z tornada. Chciałam zrobić to nim zacznie lać. Bawiłam się świetnie, lecz chyba czas dorosnąć...

***

Lało niemiłosiernie przez dobre kilka godzin. Znudzona leżałam w jaskini, starając się zasnąć - bezskutecznie. Deszcz powoli cichł, czego nie można powiedzieć o burzy. Bolała mnie głowa, a pioruny i grzmoty nie dawały mi spokoju. Czułam się słabo i zrobiłam się głodna, bardzo głodna. Z niecierpliwością czekałam na koniec ulewy. Chciałam mieć polowanie za sobą. Bardziej od tego chciałam, aby znów wróciła normalna pogoda. Nawet lata mi brakowało. Najbardziej brakowało mi słońca i błękitnego nieba. Dawno nie słyszałam śpiewu ptaków, ani nie widziałam motyli. Jakby na złość właśnie w tym momencie, niedaleko jaskiń uderzył fioletowy piorun. Przestraszyłam się, odskakując lekko w bok.
- Jakbym chciała kontrolować pogodę… - powiedziałam.
Przestało padać. Więc postanowiłam udać się na to nieszczęsne polowanie. Mam nadzieję, że nikt nie będzie wspominał o tornadzie. Nawet jeśli Yuki uważa, że mogłam zalać watahę, to się myliła. Przecież całkowicie panowałam nad nim. Doskonale umiem sobie radzić sama, bez niczyjej pomocy. Z resztą może mogłabym im pomóc, ale nie! Musiałam pozbyć się tornada, a brakowało kilku chwil do oddzielenia wody od toksyn!
Wyszłam z jaskini i w biegu ruszyłam w stronę miejsca spotkania. Nie rozglądałam się, chciałam znaleźć się wśród innych polujących tak szybko, jak tylko się da. W końcu jeśli teraz piorun we mnie trafi, to kto mnie znajdzie? Przy okazji zrobiłam sobie niezłą rozgrzewkę. "Nie zawsze ma się okazje uciekać przed wiatrem..." - pomyślałam kpiąco, omijając duże kałuże.
Dotarłam na miejsce zdyszana, lecz gotowa do działania. Wilki patrzyły na mnie sceptycznie, jakby wiedziały już dokładnie wszystko to, czego w zasadzie nie powinny. Skuliłam ogon i stanęłam z tyłu grupy. Znajdowali się tutaj nie tylko polujący. Jak widać, odbędzie się bardzo duże polowanie. Miałam jednak złe przeczucia. Stęknęłam, widząc jak duża jest teraz nasza grupa. Czułam się nieswojo i ciągnęła się za resztą grupy. Zanim wytropią jakieś zwierzę, minie dużo czasu, a ja jestem zabijającą. Wykonuje zadanie jako ostatnia. Nie tylko ja ciągnęła się za nimi przybita. Spojrzałam na basiora, idącego kilka metrów przede mną. Jako, że dawno nie rozmawiałam z kimś (bo darcie się na mnie, nie można zaliczyć do interesującej rozmowy), postanowiłam zagadać go. Potruchtałam przed siebie, aby znaleźć się koło niego. Najwyraźniej wilk nie zauważył, że zbliżyłam się do niego, a zapewne w ogóle nie zwrócił uwagi, że ktoś jeszcze idzie na samym końcu. Chrząknęłam znacząco, nie do końca wiedząc, jak rozpocząć konwersacje. Basior wystraszył się mnie i odskoczył w bok, wlepiając we mnie pytające spojrzenie. Uśmiechnęłam się jak idiotka, pokazując swoje białe, ostre i lśniące kły. Zmarszczył brwi, a ja poczułam się głupio. Położyłam uszy wzdłuż łba.
- Cześć… - powiedziałam niepewnie. Nagle przyszły mi do głowy wszystkie możliwe scenariusze tej zapowiadającej się niezręcznej rozmowy. Pobladłam znacząco i zakręciło mi się w głowie. Nigdy nie byłam najlepsza w poznawaniu nowych osób. Już miałam zrezygnować i się wycofać. Pech chciał, że prawie wpadłam w wielką, niebieską kałużę, przed którą obroniłam się dzięki ogonowi na który przez przypadek stanął basior. - Aua… - mruknęłam, pochylona nad wodą. Byłam mu wdzięczna. On jednak nadal się nie odzywał, a ja zmartwiłam się, że zrobiłam coś nie tak.
- Mogłaś po prostu nie zachodzić mi drogi. - oprzytomniał po chwili i zszedł mi z ogona. Otworzyłam oczy szeroko oraz odsunęłam się od niego metr w bok. Pomiędzy nami znajdowała się już większa przerwa. Spuściłam łeb i ugryzłam się w język - nie dosłownie, bo to mogłoby bardzo boleć.
- Mi też miło. - burknęłam, postanawiając przyłączyć się do reszty grupy. Czułam, że to był zły pomysł oraz, że zrobiłam z siebie kompletnego głupka. Mój uśmiech znikł, a na jego miejsce pojawił się grymas niezadowolenia. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji był fakt, że basior nie zwrócił uwagi na rogi, czerwone oczy albo chociażby płetwę na ogonie (którą praktycznie prawie zdeptał). Bez słowa oddaliłam się od niego. Nie potrwało jednak to zbyt długo, bowiem od razu, gdy zobaczyłam Yuki wśród innych wilków, wróciłam do grafitowego basiora, chowając się praktycznie za nim.
- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? - zmarszczył brwi i zatrzymał się, sprawiając, że weszłam w niego. Spojrzał na mnie z góry oczekując odpowiedzi. Jego szare oczy wierciły we mnie dziurę, a ja skulona mruczałam coś cicho pod nosem. - Jeśli nie usłyszałaś, zadałem pytanie. A na pytania zazwyczaj się odpowiada, prawda? - zdenerwowany, uniósł lekko głos.
- Ciszej… - powiedziałam, spoglądając co chwilę na grupę wilków. - Chowam się, nie widzisz? - syknęłam, popychając go lekko do przodu. - Jak nie zauważyłeś, zostaliśmy w tyle. Powinniśmy ich dogonić, ale ty musisz iść pierwszy.
- Nie. - powiedział krótko, nie zamierzając ruszyć się z miejsca. Zrozumiałam, że bardzo go zirytowałam i oczekiwał wyjaśnień. Nawet nie byłam pewna, czy uwierzy. Nawet mnie nie zna, a pewnie pomyśli nie wiadomo co.
- Chowam się przed Yuki… - odpowiedziałam, nie owijając w bawełnę. - Czy możesz się już ruszyć? Jesteś moją tarczą obronną, jak z resztą widzisz! - zaśmiałam się mimowolnie. Wilk zdawał się być nadal nieprzekonany. Westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam się mu w oczy. Ten od razu odwrócił wzrok, jakby nie chciał utrzymać kontaktu wzrokowego. Uśmiechnęłam się szerzej i postanowiłam się przedstawić. - Jestem Cess, a ty?
- Miło mi. - rzekł ruszając przed siebie, zostawiając mnie w tyle z osłupieniem. Teraz to serio zadział mi na nerwy. Starałam się być miła. Wydałam z siebie jęk niezadowolenia i pobiegłam za nim.

Dogoniłam go, gdy znajdował się już wśród innych wilków. Wszyscy byli bardzo poruszeni i zawiedzeni. Wadera, która zebrała nas na polowanie, stanęła przed nami.
- To już kolejna zmutowana sarna… - spojrzała na nas smutnym wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłam stojącą w oddali dużą i dziwnie wyglądającą sarnę. Wyglądała przerażająco. Przestraszyłam się jej. Pierwszy raz takową widziałam na oczy. - Musimy powiadomić Alfę, ale teraz chodźmy dalej! - zarządziła, odwracając się od nas i idąc prosto. Wszyscy poszliśmy za nią. Byłam pewna, że inne wilki wiedziały o tornadzie. Czułam ich wzrok na sobie. Choć może tak tylko mi się wydawało? Nadal unikałam Yuki, ale nie trzymałam się na końcu. Jakoś czułam, że ten basior niezbyt bardzo mnie polubił. Nawet się nie przedstawił…
- Jestem Magnus. - mruknął ktoś zza moich pleców. Dziś mam dzień zawałowy… Wzdrygnęłam się i zwróciłam ku niemu. - Tak w ogóle to cześć…

<Magnus?>

Uwagi: Tak, jak sama zauważyłaś, kilka razy zjadłaś końcówki. Poza tym nieliczne powtórzenia lub brak przecinków. Gdy piszemy w nawiasie, spację przed i po tekście są zbędne (w sensie zapisujemy to w ten sposób, a nie ( tak )).

niedziela, 3 marca 2019

Od Leah "Wędrowiec" cz. 3

Wrzesień 2022 r.
Arkan burknął pod nosem coś, co brzmiało jak wyjątkowo ładne w brzmieniu przekleństwo, podreptał ku wejściu jaskini i legł u mojego boku. W ciszy obserwował leśną panoramę z ciemnymi chmurami w tle. Szarpane podmuchami wiatru drzewa uginały się jak długa, falująca sierści monstrualnej istoty, skrytej w trzewiach ziemi. Fiołkowe błyskawice od czasu do czasu rozświetlały czarne niebo, ukazując zarysy chmur, zaś powietrze było dziwnie słodkie, do zdążyłam się już przyzwyczaić. Ostatnio ciężko o dzień, w którym pachniałoby zupełnie normalnie.
Spojrzałam ukradkiem na swojego towarzysza. Może mi się zdawało, ale odniosłam wrażenie, że jasna łuska na bokach wyverna jeszcze bardziej pobladła. Niemal chorobliwie. Dodatkowo wyraźnie schudł. Sprawiał wrażenie wymizerowanego smoczęcia (a przynajmniej bardziej niż zwykle) i tylko szlachetne rysy masywnego łba budziły pewne wątpliwości. No, może jeszcze skrzydła. Pozostały równie irytująco wielkie.
Sama chyba też nie wyglądałam najlepiej. Brak słońca i uziemienie w, jakby nie patrzeć, małej przestrzeni na tak długi czas nikomu nie zrobi dobrze. Moje futro zmatowiało, miewałam chwile w których było mi tak słabo, że nie mogłam się podnieść. Tęskniłam za samotnymi polowaniami, nieraz też ubolewałam nad swoją umierającą kondycją. A raczej nie zapowiadało się na to, że nagle przejaśnieje. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze okropna nuda. Czas urozmaicałam sobie głównie czytaniem i ćwiczeniem swoich umiejętności magicznych, Arkan ignorowaniem wszystkiego i wszystkich, czasem wymykaniem się na zewnątrz, by polatać. Przestałam go upominać, gdy przy ostrej wymianie zdań przyznał, że stara się pomóc w polowaniach.
Westchnęłam cicho, pozwalając swojej głowie opaść bezwładnie na łapy. Nie miałam ochoty po raz kolejny spoglądać na okładkę „Dziesięciu” czy „Zaginionego świata” ani po raz enty do perfekcji dopracowywać manipulację przedmiotami za pomocą wiatru. Pozostało mi tylko przenieść się bliżej wylotu nory i próbować przyłapać błyski na niebie, w międzyczasie oddając się rozmyślaniom. Mogłam się spodziewać jak to się skończy.
Nigdy nie dowiem się, czy Ronan naprawdę znał mojego ojca. Z czasem zaczęłam mieć wątpliwości, czy dobrze postąpiłam nie dając mu wtedy szansy. A może tak było lepiej?
Muszę przestać to rozpamiętywać. Powinniśmy skupić się na tym, co nas czeka.

Kwiecień 2021 r.
Na język cisnęło mi się mnóstwo pytań, ale nie zadałam żadnego. Nie podobało mi się to wszystko. Oczy wilka były zbyt przenikliwe, jego postawa zbyt pewna, nawet futro falowało w sposób tak dziwny, że miałam ochotę odwrócić wzrok. Zakręciło mi się w głowie.
Nie. Kłamca. Ojca tu nie ma. I nigdy nie będzie.
- Jeśli można spytać, Ronanie. – zaczął Arkan, uprzedzając mnie w przejęciu kontroli nad sytuacją.
- Słucham – zachęcił basior.
- Jaki jest twój żywioł?
Po pysku intruza przemknęło zaskoczenie. Strzał w dziesiątkę. Dlaczego o tym nie pomyślałam? Może to rzeczywiście szpieg, tylko… pod magiczną przykrywką? Iluzja? Umysł? A może materia?
- Dusze – odparł ostrożnie, po krótkim wahaniu.
Zdaje mi się, czy jego oczy zupełnie poczerniały? To istotne?
- Co potrafisz? – dopytywał wyvern.
- Rozmawiam ze zmarłymi i duchami miejsc – Ronan zachował kamienną maskę, ale zdradziło go nerwowe machnięcie ogonem.
- Tylko tyle? Żadnych umiejętności obronnych, szamanie? 
Wilk milczał.
- Co potrafisz? – smok ponowił pytanie, tym razem z większym naciskiem.
- Użyczają mi swoich zdolności – padła niechętna odpowiedź.
- Duchy?
- Tak…
- A jakiej użyczyły ci teraz?
Basior poderwał się gwałtownie. Wyraźnie się zezłościł, tym samym dając nam pewność, że coś zdecydowanie jest nie tak. Dał upust swojej frustracji kłapnięciem zębów na uśmiechającego się tryumfalnie Arkana. Prosty i raczej bezcelowy gest, ale myślę, że na jego miejscu zachowałabym się podobnie. Wpadł. I już się nie wywinie.
- Jak widać kłamstwo ma krótkie nogi – mruknęłam. – A teraz za mną. I nie próbuj żadnych numerów.
Westchnął z taką rezygnacją, że niemal zrobiło mi się go żal.

***

Wycieczka do jaskini Alf i wypędzenie niemającego siły się stawiać intruza potrwały praktycznie do świtu. Razem ze swoim towarzyszem wróciłam tam, gdzie schowałam zające. Gryzonie były praktycznie nienaruszone, poza jednym, który wyglądał jakby dopadła go łasica. Przypuszczenie potwierdził niknący za drzewem cień małego łowcy.
Nie spieszyło nam się. Razem z trzema zającami, resztkami czwartego i upolowanym po drodze jeleniem, ruszyliśmy z powrotem.
- Co o tym myślisz? – spytał Arkan, przerzucając na grzbiet trzymaną jak dotąd w pysku łanię.
- Co myślę o czym? – akurat siłowałam się z zamknięciem przepełnionej torby, zabranej po drodze z jaskini. Chyba nabyłam ją kiedyś w Mieście, ale niezdarne wykonanie raczej temu przeczy.
- O tym Ronanie i nie-Mathirze – sprecyzował. – Twój ojciec nazywa się Canon, prawda? 
- Tak – odparłam. – Ale wątpię, by chodziło mu akurat o niego. I… To było dziwne.
- Bardzo – zgodził się. – Ale, zakładając, że miał na myśli właśnie jego, to skąd mógł znać jego imię?
- Raczej rzadko się zdarza, by ktoś odchodził ze stada mojego taty. Ale to bardzo duża wataha, znacznie większa od naszej. Żyłam tam dość krótko, a kojarzę co najmniej dwa takie przypadki… W każdym razie, może kogoś spotkał, a on mu powiedział, bo…? – wbiłam wzrok w swoje łapy. - Ech… W mojej głowie to brzmiało mniej absurdalnie. Pewnie po prostu zwariował. Słyszałam, że niektóre wilki popadają w obłęd przez samotność – mruknęłam speszona.
Arkan tylko pokiwał głową w zamyśleniu.
- Zastanawia mnie jeszcze, czemu tak chętnie odpowiadał? 
Spojrzałam na niego pytająco.
- To nie brzmiało jakby zmyślił wszystko od góry do dołu. A na koniec był taki… - zastanowił się.
- Zdenerwowany? – podsunęłam.
- Właśnie. Zdenerwowany. – smok potrząsnął łbem, fukając z niedowierzaniem. – Wyglądał, jakby nie był stanie skłamać!
- Nie wiem. Jakoś mnie to nie przekonuje.
- Szkoda, że musiał odejść – westchnął. – Żałuję, że nie mogłem dłużej z nim porozmawiać.
Zaskoczył mnie tym. Ronan zaintrygował go tym, że zachowywał się jak pod wpływem Naszyjnika Prawdy? Dlaczego?
Tknęła mnie dziwna myśl.
- Arkan?
- Tak?
- Ten, em… Ronan nazwał cię "hybrydą"… O co mu chodziło? – spytałam.
- Och, rzeczywiście – ożywił się smok. – Widocznie ma niezłe oko. Nie jestem czystej krwi.
- Naprawdę?
- Pochodzę od… - zastanowił się chwilę. – smoków hiacyntu, oczywiście tylko po części. Odmiana smoków latających, chyba tu nie występują, a przynajmniej niezbyt licznie. Mówi się, że niektóre potrafią czarować, ale osobiście uważam, że to bujda. O, i część z nich jest mojego wzrostu!
- A spotkałeś kiedyś jakiegoś? – uśmiechnęłam się.
- Tak, dokładnie trójkę. Chyba kiedyś mieszkali w Podziemiach.
Horyzont zaróżowiła jutrzenka, delikatne światło nieśmiało przezierało zza poszarpanych chmur. Półmrok w budzącym się do życia lesie powoli znikał, ustępując miejsca białemu światłu. Cichy śpiew porannych ptaków, przyrównany kiedyś do głosu nadziei przez wilka, którego imienia nie pamiętam, płynął spokojnie w niczym innym niezmąconej ciszy.
Arkan, wyraźnie zamyślony, nie dodał już nic.
A ja starałam się nie myśleć.

Uwagi: brak