Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 26 sierpnia 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 1

(Tori w op. nie wymawia "sz", ani "cz". Jeśli uda jej się to wypowiedzieć, będzie to błąd :D)

Wrzesień 2018r.
Wilczyca odsunęła się w sposób bardzo stanowczy.
- Wystarczy – zarządziła.
Pisnąłem zdezorientowany. Vif zawsze kończyła karmienie o wiele zbyt wcześnie. Według niej i innych karmicielek czas ten był odpowiedni względem mojej płci i wieku, ale jak na mój gust wszyscy dostawaliśmy zdecydowanie zbyt mało mleka. Zamiast tego kazali nam jeść zwykłe mięso, a ono nie było aż tak smaczne. Chociaż jakbym miał się zastanowić, to gryzienie go za każdym razem było przyjemniejsze...
Słysząc mój pisk, samica zmrużyła oczy.
- Nie piszcz tak. Jesteś już dużym wilkiem – powiedziała, odwracając się. Już miała odejść, gdy coś się jej przypomniało – Kiedy będziesz iść na zajęcia, zajdź do drugiej jaskini szczeniaków. Torance rozpocznie dziś naukę, a ty jej pomożesz.
- To... To-ręce? - powtórzyłem po niej, marszcząc brwi – Dziwne imię.
- Torance – poprawiła mnie samica, a ja kiwnąłem szybko łbem i powtórzyłem po niej. Gdy udało mi się wypowiedzieć imię nieznanej mi samicy, byłem z siebie bardzo dumny – Dobrze. Będziesz pamiętać?
- Aha.
Vif wyglądała jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zamiast tego pokręciło krótko łbem i poszła w swoją stronę. Obstawiałem, że miała zamiar odprawić jakieś obrzędy, o których ostatnio zaczęliśmy się uczyć. Jak każdy dorosły była kapłanką – dość niską stanowiskiem, ale jednak była tutaj, więc musiała być dość potężna.
Choć nie skończyłem jeszcze roku, to zdążyłem zauważyć, że wszyscy tutaj byli uzdolnieni magicznie. Starsze szczeniaki mówiły, że słabych wywalano, ale nikt im nie wierzył. Za bardzo lubili nas straszyć, żebyśmy mieli im uwierzyć w takiej sprawie.
Rozejrzałem się po jaskini. Była ona wypełniona różnymi, zapewne nudnymi książkami i walającymi się wszędzie kartkami. Pod jedną ze ścian dostrzegłem torbę, należącą do Skjalf. Widocznie dzisiaj nie miała żadnych zajęć z pisania, czytania i innych tego typu mało interesujących rzeczy.
Uśmiechnąłem się na wspomnienie wysokiej wilczycy o jasnej, wpadającej lekko w błękit sierści i złotych oczach. Skjalf była najstarsza z naszej jaskini, bo już pełnoletnia. Uczyła się jak zostać pełnoprawną kapłanką oraz dorosłą, jednak nie uzyskała jeszcze tytułu kapłanki. Najpierw musiała nauczyć zmieniać się w człowieka, tę dziwną, dwunożną istotę.
Nie wiedziałem, czy chodziło o młody wiek, czy coś całkiem innego, ale samica nie była jak reszta dorosłych. Dało się z nią porozmawiać, pożartować, wszystko. Owszem, kiedy mówiła do mnie i do reszty młodszych od niej szczeniaków, jej głos był zmęczony, ale brakowało w nim tego poczucia wyższości. Była zwykłą wilczycą o ładnej sierści i jeszcze ładniejszych oczach. W sumie cała była ładna...
- H... Hej – moje rozmyślania przerwało czyjeś dyszenie. Podniosłem trochę zamroczony wzrok na szczeniaka, który przed chwilą wpadł do jaskini.
- Cześć, Ióan – powiedziałem, gdy rozpoznałem chudą sylwetkę prawie dorosłego wilka – Co się stało?
Basior wykonał jakiś dziwny gest ogonem i rozejrzał się nerwowo.
- Widziałeś gdzieś...?
- Co?
Ióan nie odpowiedział, tylko pochwycił jedną z ksiąg porozrzucanych po jaskini i wziął ją do pyska.
- Dzięki. Zielony się wkurzy, jeśli nie przyniosę mu tego... - wyjaśniał przez zaciśnięte zęby. W pewnej chwili znieruchomiał i dodał nerwowym tonem – teraz. Muszę iść. Cześć!
Samiec należał do najszybszych ze szczeniaków, więc w jednym momencie stał, a w następnym został po nim jedynie opadający pył. Też chciałem być tak szybki...
Wychyliłem nos z jaskini i zerknąłem na słońce. O ile nie pomyliłem się w szybkich obliczeniach, powinienem już wychodzić, jeśli miałem zajść po tą nową... Jak ona miała? Torance, tak? Rany, jakie to było dziwaczne imię. Tak bardzo nie pasowało do imion szczeniaków urodzonych w Zakonie, że chyba nikogo nie zdziwi, że wyobrażałem sobie jej posiadaczkę o wyglądzie podobnie nienormalnym.
Ciekawe, czy ma na przykład kilka łap. A może nie ma ogona? - myślałem, wychodząc z groty.
Przez całą drogę wyobrażałem sobie najdziwniejsze kombinacje różnych stworzeń i wilków. Kilka razy roześmiałem się, a mijający mnie uczniowie i kapłani, patrzyli to z zainteresowaniem, irytacją lub obojętnością. Tak, pod tym względem był to całkiem normalny dzień.
W końcu wlazłem do jaskini niemal identycznej do tej, w której zamieszkiwałem. Znaczy, miały inny kształt, ale bałagan panujący w niej był taki sam, jak w naszej.
O tej porze w grocie było jedynie kilka młodszych ode mnie szczeniaków – takich, co jeszcze były zbyt młode, by rozpocząć naukę. Na ten widok poczułem coś w rodzaju żalu; w naszej jaskini, to ja byłem tym najmłodszym...
- Ceść! - usłyszałem dziewczęcy głosik. Zamrugałem, widząc, jak mała kulka rudej sierści biegnie w moim kierunku i zatrzymuje się na odległość wróbla od moich przednich łap – To ty mnie zaprowadzis na zajęcia?
- C-co? - spytałem jeszcze bardziej zdezorientowany, przyglądając się niewielkiej waderze. Była ona ode mnie o całą głowę niższa i wyglądała na szczeniaka, który niedawno nauczył się dobrze chodzić. W większości miała rudą sierść, jednak od brody po czubek ogona stawała się ona biała. Natomiast na szyi miała czarną obwódkę. Spod rozwichrzonej grzywki spoglądały na mnie jasnoniebieskie, błyszczące oczy.
Wilczyca zastrzygła uszami i uśmiechnęła się.
- Olvyn mówiła, że jakiś uceń mnie zaprowadzi mnie na lekcje. To ty?
- Em... Tak. Chyba... Jak masz na imię? - nie wiedzieć czemu, od słów samicy zakręciło mi się w głowie. Mój mózg pracował na zwolnionych obrotach i przesyłał mi teraz jedynie kilka pytań: To ona? Nie jest zbyt mała? Co się dzieję? Czemu ja?
- Tori.
Słysząc dumę w jej głosie, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. No i bądźmy szczerzy, poczułem ulgę, że ta nadpobudliwa samica nie jest tą, której szukałem.
- Fajnie... Ja szukam samicy o imieniu... - zawahałem się, próbując wygrzebać z pamięci imię i nie popełnić błędu – Torance. Możesz ją zawołać?
Jasnoniebieskie oczy wilczycy otworzyły się szerzej. Otworzyła pysk, by po chwili go zamknąć. Gdy tylko to zrobiła, na jej pysk wstąpił wesoły uśmiech.
- Hmm... Nie. A tak w ogóle powinieneś się przedstawić – powiedziała po chwili.
- Czemu? - spytałem, marszcząc brwi. Postanowiłem olać jej upomnienie. Ten mały szczeniak coś sobie ubzdurał z zajęciami, a teraz jeszcze mnie poucza. Dobre sobie.
- Bo to ja! - zawołała, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
- Nie jesteś zbyt... młoda? - spytałem, stłumiwszy jęknięcie.
Spojrzenie, którym zmierzyła mnie wilczyca mogłoby uchodzić za groźne, gdyby nie jej niezwykle dziecięca aparycja. I tak, mówi to szczeniak, który nie skończył nawet roku.
- Nie. Jestem po prostu niska, a ty jesteś bardzo niedobry.
- Ja?
- Tak! Dalej nie powiedziałeś, jak mas na imię. I zaraz się spóźnię przez ciebie na pierwse zajęcia.
Otworzyłem szerzej oczy ze zdziwienia. No nie! Czemu ta piszcząca kulka musi być bardziej ogarnięta ode mnie?!
- Idziemy cy nie?
- Idziemy – westchnąłem i ruszyłem do wyjścia z jaskini, a po moim łbie kołatała się jedna myśl: Za co?
Nie oddaliliśmy się nawet za bardzo od jaskini, gdy młoda samica przerwała ciszę.
- A więc, panie stywny bez imienia...
- Nie jestem „stywny”! Sztywny tym bardziej nie! – przerwałem jej, parskając z niezadowoleniem. Rany, jaka ona była irytująca...
- Jesteś – stwierdziła z uporem – No więc... Cego się ucymy na lekcjach?
- Różnych rzeczy – odparłem wymijająco. Nie chciało mi się jej wszystkiego tłumaczyć i objaśniać. Nie byłem przecież nauczycielem!
- To znacy jakich? - Młoda widocznie nie miała zamiaru dawać za wygraną. Przykro mi, bo ja także.
- Młoda, ile ty właściwie masz miesięcy? Cztery?
- Chciałbyś! Osiem! - zawołała z oburzeniem. Słysząc jej słowa, nie mogłem powstrzymać się od wybuchu śmiechu.
- Że ty?
- Tak. Mówiłam ci, że tylko wyglądam na młodsą! - w jej głosie pobrzmiewała irytacja i coś innego... Zmierzyłem ją rozbawionym spojrzeniem i dostrzegłem łzy zbierające się w jej oczach.
Idiota – wyzwałem siebie w myślach – Nawet jeśli mówi prawdę, to nadal jest mała. Powinienem być dla niej miły...
- Ejejej! Mała, nie płacz! Oczywiście, że tylko wyglądasz. A ja sam dopiero miesiąc temu rozpocząłem naukę.
- Poważnie? - siorbnęła nosem ruda, a ja pokiwałem gorliwie łbem – Nie wyglądas.
- Wiem, wyglądam na starszego i jestem taki... dojczały? - ostatnie słowo zabrzmiało nieco jak pytanie. Nie byłem pewny, czy dobrze zapamiętałem to słowo.
- Doj-co?
Na pysk Małej wkradł się lekki uśmiech.
W odpowiedzi pokręciłem łbem. W razie pomyłki wolałem się nie pogrążać...
- Nieważne.
- Dobrze... W takim razie chciałam powiedzieć, że wyglądas na młodsego.
Jak zauważyłem, łzy zniknęły i oczy wilczycy na powrót błyszczały z rozbawieniem. Czyżby ona znowu...?
- Ja?!
- Ty – potwierdziła samica. Już chciałem coś powiedzieć, ale ta mnie uprzedziła – To tutaj? O, ale fajnie!
I zamieniła się w szybką kulkę rudej sierści, pędzącą w dół góry, ku małej dolinie, gdzie odbywały się lekcje młodszej grupy. Nawet nie zauważyłem, że znaleźliśmy się już tak blisko niej.
Od dzisiaj to będą bardzo ciekawe zajęcia... - pomyślałem, ruszając za młodszą koleżanką.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

sobota, 25 sierpnia 2018

1900 postów

Świętujemy! Mamy 1900 postów!!!
Każdy wilk otrzyma po bonusowe 19 pkt. (jak będzie 2000 postów - 20 pkt., 2100 postów - 21 pkt. itd., więc naprawdę watro)!

Od Valkoinen "Poranne wróble" cz. 2 (CD. Cess)

Lipiec 2021 r.
Mała wilczyca stała przede mną, a ja wesoło spoglądałem na nią. Musiałem przyznać, że jej wygląd lekko mnie rozbawiał. Była drobna, ale to wcale nie oznaczało, że była niegroźna. W takim małym ciele tkwił diabeł. Chyba nawet coś w tym było, miała dwa rogi. Co prawda tylko ten z lewej strony ciała zachował się nienaruszony. Drugi wyglądał jakby ktoś go urwał. Jej wygląd trochę przypominał smoka.
Wskoczyła do wody i spojrzała wymownym wzrokiem. Jak już wcześniej wspomniałem o diable w tej małej istocie, cóż, przekonałem się, że to nie tylko diablica z wyglądu.
- Widzę, że ty też lubisz pływać – powiedziałem spoglądając na nią wesoło.
- Zaraz dowiemy się, jak bardzo TY lubisz pływać – powiedziała uśmiechając się w moją stronę. Spojrzałem pytająco, a ona odpłaciła mi się gromkim śmiechem. Coś w nim było, nie dało się nie śmiać, słysząc go. Pociągnęła mnie za łapę, a ja niespodziewanie wpadłem do wody. Towarzyszył ku temu ogromny hałas, jakby ktoś wrzucił co najmniej jakiś ciężki kamień do wody. Kiedy wynurzyłem się z wody, mój śmiech dołączył do jej i podpłynąłem w stronę Cess. Musiałem jej przyznać, była bardzo szybka.
- Zaraz się policzymy – rzuciłem w jej stronę z lisim uśmieszkiem. Lisy, okropne stworzenia, zawsze, jak chciało się od nich coś kupić, musiały cię oszukać. Zasada pierwsza: nigdy nie kupować nic od lisów.
- Chciałabym to zobaczyć – powiedziała to jeszcze cwaniej ode mnie.
W pewnym momencie zanurkowałem chcąc ją chwycić za tylne łapy i przyciągnąć do siebie. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że ich nie ma. Szybko wypłynąłem na powierzchnie.
- Gdzieś ty zgubiła te łapy, no i ten ogon. - Była to rzecz naprawdę zdumiewająca. Pomyślałem, że to czary, ale nigdy nie słyszałem o czymś takim. Wadera lekko piskliwie zaśmiała się na moje słowa.
- Każdy ma jakieś talenty, no nie? - Miałem totalnie osłupiałą minę, na co wilczyca, (może jednak diablica) ponownie się zaśmiała. - No dobrze, mam żywioł wody – uśmiechnąłem się, w końcu zaczynałem coś z tego łapać.
- Dlatego tak świetnie pływasz! - Kiwnęła głową na znak potwierdzenia. - Potrafisz coś jeszcze?
- Tak, całkiem sporo rzeczy – spojrzałem na nią ponaglająco. Bardzo chciałem to zobaczyć. No błagam, nie baw się mną! - Nie! - krzyknęła śmiejąc się dalej – Kto wie, czy kiedyś nie będziemy czasem wrogami? - Co za diabeł!
Posłała w moją stronę dumny uśmiech, czy diabły potrafią czytać w myślach? Słońce zaczęło ukrywać się za chmurami. Nie było szansy, aby szybko się wyłoniło. Dzisiejszy dzień był bardzo pochmurny. Od razu stało się zimniej, a ja poczułem ochotę wyjścia na brzeg. Cess ujrzała moją kwaskowatą minę. Jej chyba też było zimno. Im dłużej siedzieliśmy w wodzie, tym bardziej stawało się paskudnie. Będzie trudniej wyschnąć, powiedziałem w mojej głowie.
- Wychodzimy już? - Energicznie przytaknęła głową, przynajmniej znowu mnie nie pociągnie do wody.
Obydwoje prawie rzuciliśmy się na brzeg. Każde z nas wytrzepywało z sierści wodę. Wymieniliśmy spojrzenia.
- Wyglądasz jak niewylizany kot – powiedziała hamując śmiech. Krótko jej się to udawało. Już po momencie położyła się na przednie łapy i ukryła pysk w łapach tłumiąc śmiech.
- Zaraz cię wrzucę do tej wody – powiedziałem zbliżając się do niej. Nic sobie z tego nie zrobiła, więc stanąłem krok przed nią spoglądając w oczy. Powoli się uspokajała.
Pokiwałem głową na boki, jednocześnie wzdychając. Zostawię to bez komentarza.
- Chodź, idziemy – powiedziałem i ruszyłem szybkim tempem przed siebie.
- Idziemy? Gdzie? - Zerwała się i już po momencie dumnie kroczyła przy moim boku. Dało się dostrzec w jej oczach błysk zaintrygowania. Przez moment wpatrywała się we mnie z zaciekawieniem.
- Na festyn – powiedziałem uśmiechnięty. Całkiem miło spędzało mi się z nią czas. Przypominała mi moją młodszą siostrę. Chyba nie dało jej się ujrzeć smutnej. Była bardzo zaintrygowana światem.
- Pracujesz na festynie, prawda? - Kiwnąłem łbem. - Tak właśnie myślałam! Chyba coś takiego mi się zdawało. Kim tak właściwie jesteś?
- Występuję jako mim.
- Ty? Jako mim? Dałabym uciąć łapę, że nie umiesz siedzieć cicho!
- Chyba już nie miałabyś tej łapy – powiedziałem wskazując na jej szarą kończynę. Młoda zapatrzyła się na nią, tymczasem ja popchnąłem ją w krzaki i zacząłem uciekać. Korzystając z chwili przewagi ukryłem się za szerokim drzewem i nasłuchiwałem. Prawie wypuściłem moją drugą postać.
- Myślałeś, że tak łatwo się mnie pozbyć? - powiedziała wskakując na mój kark. Po momencie obydwoje leżeliśmy przewróceni na ziemi.
- Nie siostrzy... Cess – zakończyłem ostro. Podniosła się i spojrzała na mnie z niepohamowanym zdziwieniem – Przepraszam.
- Ty miałeś siostrę? - Spojrzała się na mnie. Zdawało mi się, że Cess też się coś przypomniało. - Chyba nie powinnam się pytać, wybacz.
- Nie, jest w porządku – powiedziałem, dało się dosłyszeć w tym ogromny smutek, którego nie zawsze można pohamować. Dopiero po momencie przypomniało mi się jej pytanie – Tak, miałem dwie siostry. Jedna była całkiem podobna do ciebie.
Szliśmy w totalnej ciszy. Proszę, masz tą swoją, upragnioną ciszę.
- Valk, popatrz tam – powiedziała wskazując pysk na jakąś wilczycę. Nie rozumiałem jednak, co takiego miałem tam dostrzec. - Chodź, szybko. - Puściła się w bieg, a ja totalnie nie wiedząc, o co chodzi, wyruszyłem moment po niej.
Stanęliśmy pyskiem w pysk z niejaką Navri. Nie miałem pojęcia skąd znałem jej imię. Musiałem ją wcześniej gdzieś widzieć, jednak to nie było możliwe. Jej futro było takiej samej barwy jak moje. Jedynie miała coś dziwnego szarawego na sobie. Zdawało mi się, że ledwie wyrosła z bycia szczeniakiem. Przyszliśmy na konkurencję związanych łap.
- Cześć – rozpoczęła Cess (czasem w myślach mówiłem na nią Cessdamer).
- Hej – odpowiedziała samiczka. Od razu spodziewała się, że nie przyszliśmy tutaj dla niej. - Przyszliście na konkurencję związanych łap?
- Tak – odpowiedziałem za naszą dwójkę.
- W takim razie będziecie musieli pokonać tor przeszkód ze związanymi łapami. - Kiwneliśmy potakująco głowami – Twoje prawe – powiedziała wskazując na mnie – a jej lewe.
Wzięła dwa sznury o podobnej długości i przywiązała najpierw nasze tylne kończyny, a następnie przednie. Mieliśmy sprawdzić, czy jest, aby na pewno dobrze zawiązane. Każde z nas ciągnęło łapy w swoim kierunku. Obydwoje uznaliśmy, że wszystko jest tak, jak powinno.
- To jak? - Spojrzałem, układając dynamiczniej łeb.
- Gotowa – powiedziała z zadziornym uśmiechem. - Zaczynamy od związanych, jasne?
- Może być – powiedziałem, ruszając niespodziewanie. Wadera wydała z siebie odgłos zdumienia, po czym jej pysk obił się o jedną z moich wystających kości.
- Mogłeś mnie ostrzec – powiedziała jeszcze się plącząc o swoje łapy.
- Przecież byłaś gotowa – westchnęła, podłożyła przypadkowo łapę pod moją.
Obydwoje straciliśmy równowagę i polecieliśmy w przód. Nasze podbródki przejechały co najmniej metr po ziemi, zanim się zatrzymaliśmy. Na szczęście podłoże tutaj nie było twarde. Obydwoje jęknęliśmy. Podnieśliśmy się i głośno wciągnęliśmy powietrze.
- Teraz tego nie schrzańmy – odezwała się Cess. Mała miała rację.
Ruszyliśmy nawet równym tempem. Na samym początku jedynie znajdywałem się trochę z tyłu, jednak już po momencie biegliśmy równo ramię w ramię. Byłem z nas dumny, nie licząc momentów, w których jedno z nas traciło równowagę. Najgorzej było z błotem, nie dało się chyba wymyślić nic gorszego. Było głębokie na pół łapy i trudno się w nim biegło, szczególnie w sznurze. Jednak była to ostatnia z przeszkód. Wcześniej sprawnie minęliśmy rozłożone drzewo oraz ciemny tunel, w którym tylko otarłem się o ścianę. Reszta przeszkód była bardzo prosta. Na mecie Navri rozwiązała nam łapy. Cali śmierdzący stwierdziliśmy, że trzeba będzie znowu wskoczyć do wody. Zleciało nam już prawie całe popołudnie

<Cess?>

Wygrane karty: brązowe: Jelenie, Nauczyciel, Medalion Rosnącej Potęgi, Złoty Pył; srebrne: Elektryczność, Omega; złote: Hitam.

Uwagi: Pomylony tytuł! Brak daty! Nie można "przykiwnąć", a co jedynie "kiwnąć". Wciąż masz problem z oddzielaniem myśli od narracji i narracji od wypowiedzi. Komentując wypowiedź musisz odnosić się do osoby mówiącej, a nie tej drugiej.

piątek, 24 sierpnia 2018

Od Crane'a "Więcej kart" cz. 2

Lipiec 2021
Oddałem Lind znaleziony przez nią Naszyjnik Prawdy. Skłamałem, iż nie mam pojęcia, co to jest. Liczyłem, że wilczyca nie znając jego wartości, nie poczuje potrzeby zatrzymania go. Chętnie dołączyłbym ten wisiorek do mojej kolekcji rzadkich przedmiotów... Niestety, zawiodłem się. Wadera o kolorowych piórach przypomniała sobie epizod, w którym widziała taki naszyjnik u Leah. Poznała wtedy też jego nazwę. Słysząc to, niepostrzeżenie cofnąłem się o krok. Oby tylko nie zamierzała wypróbować nowo zdobytego przedmiotu na mnie. Raz w życiu miałem na szyi podobny i nie potrafiłem wtedy zamknąć pyska, chociaż bardzo chciałem. Dobrze, że wówczas nie miałem tak wiele do ukrycia, jak obecnie.
- Jeszcze później upewnię się co do tego - mruknęła Lind, chowając swoje znalezisko do torby.
Oczywiście miała na myśli sprawdzenie działania w praktyce. Na szczęście użyła słowa "później". Szybko zmyłem z pyska powagę, która i tak pojawiła się tam bez mojej zgody.
- To jak, idziemy? - zapytała biała wilczyca. Mieliśmy znaleźć Dantego, żeby zapisać się na jedną z festynowych konkurencji.
- Idziemy - przytaknąłem.
Zanim jednak ruszyłem z miejsca, strzepnąłem łapą kurz z grzbietu wadery. Dopiero teraz dostrzegłem, że sporo go zebrała, lądując przypadkiem w Tajemniczych Podziemiach. Chciałem, żeby Lind zwróciła uwagę na miły gest z mojej strony. Nawet zareagowała uśmiechem.
Skierowaliśmy się na południe; w stronę Wrzosowej Łąki. Tam ostatnio widziałem Dantego. Wilczyca zaczęła truchtać, niedługo potem biec. Miało to na celu zaoszczędzenie czasu. Chwilę dotrzymywałem jej kroku, jednak szybko dopadła mnie udawana zadyszka. Tak, jak zakładałem, moja towarzyszka dostrzegła, że mam problem i zwolniła. Po chwili uspokajania oddechu, wytłumaczyłem się brakiem kondycji. Łatwiej odegrać taką prostą komedyjkę, niż później źle określić odległość drzewa, zderzyć się z nim i zdradzić w ten sposób całemu otoczeniu swoją połowiczną ślepotę. Lepiej nie ryzykować. Wystarczy mi, że kilka członków Watahy Czarnego Kruka wie o tym.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już prawie południe. Coraz więcej wilków zbierało się wokół postawionej na Łące sceny. Pośród nich był także Danny. Siedział na jednej z ławek i rozmawiał z Asgrimem oraz Joelem. Lind natychmiast podeszła do nich i zapytała, czy nic się nie stało i czy nie jest potrzebna jej pomoc. Oczywiste, że miała na myśli zadania techników. Zarówno ona, jak i trójka basiorów odpowiadają za ład i porządek na festynie. Jo wyjaśnił, iż dzisiaj nie było dużo do roboty; jedynie jeden reflektor został zniszczony. Z ich dalszej rozmowy dowiedziałem się, że As nie pomagał w naprawie i na Wrzosową Łąkę przyszedł dopiero niedawno.
Już myślałem, że zaraz Lind przejdzie do sedna sprawy, jednak wtem muzyk poczuł potrzebę pochwalenia się przed towarzystwem swoim osiągnięciem: prawie skończył spisywać tekst nowej piosenki. Wadera wyraziła głośno swój podziw i zainteresowanie, jak będzie brzmieć efekt końcowy. No i tak beztroska rozmowa techników potoczyła się dalej. Białej wilczycy zupełnie wyleciało z głowy, dlaczego tutaj przyszliśmy. Postanowiłem jej głośno nie przypominać, przynajmniej na razie. Niech się nacieszy spotkaniem z kumplami z pracy.
Nagle poczułem, że ktoś w pobliżu przestraszył się czegoś. Podniosłem uszy i odwróciłem głowę. Dostrzegłem młodą Fallith stojącą obok przedostatniego rzędu ławek. Byłem pewien, że to właśnie ta skrzydlata uczennica odczuła strach, ale przez chwilę nie bardzo wiedziałem, gdzie szukać powodu. W pobliżu nie widziałem nikogo, ani niczego groźnego. Dopiero po upływie minuty zrozumiałem, że przeraził ją widok pająka pod siedziskiem. Dzięki moim zdolnościom związanym z "żywiołem", zauważyłem, że dla tej uczennicy ośmionogie stworzonko było czymś gorszym niż wrath, czy choćby rozszalały wyvern.
Nie mogłem jednak długo przyglądać się reakcjom Fallith. Mała, skrzydlata wilczyca otrzepała się i odeszła szybkim krokiem od miejsca, gdzie znalazła wspomnianego stawonoga. Czemu ktokolwiek w ogóle boi się tego typu rzeczy...? Co w nich takiego jest? Zacząłem się nad tym zastanawiać, jednak wtedy zawołała mnie Lind.
- Hej, Crane! Dan mówi, że możemy zacząć konkurencję już teraz.
- Hę? - odwróciłem się w stronę grupki techników. - A, tak. Świetnie. Szybciej zdobędziemy karty.
- To zapraszam na tor przeszkód - oznajmił Dan, odchodząc wraz z waderą od ławek. Dołączyłem do nich i razem skierowaliśmy się z powrotem do Zielonego Lasu.
- Mam nadzieję, że nie gniewasz się na mnie, Crane - mruknęła Lind. - Bez słowa zostawiłam cię z boku i zagadałam się... - wadera jak zwykle miała problem z użyciem zwykłego słowa "przepraszam".
- Nie, skądże - odparłem. - Miałem czas, żeby się zamyślić - zaśmiałem się pod nosem. Naprawdę cieszyłem się, że nie zaciągała mnie na siłę do tej rozmowy. Ostatnio pogawędki z losowymi osobami bardzo mnie męczą.
Wkrótce zatrzymaliśmy się przed torem przeszkód. Stąd trochę trudno było powiedzieć, czy będzie trudno go pokonać. Podszedłem do Lind i zapytałem:
- Które łapy wolisz mieć wolne?
- Um... - wadera spojrzała na swoje nogi. - Chyba prawe.
Dante znalazł kawałek sznurka i kazał nam stanąć jeszcze bliżej siebie. Związał nam najpierw przednie łapy, później tylne. Teraz już nie mogłem odsunąć się od białej wilczycy. Dobrze, że nie miała obecnie powodów, żeby próbować mnie zabić. Gdyby w tym momencie zaatakowała, prawdopodobnie nie zdołałbym się skutecznie obronić.
Animator przypomniał nam bez zbędnych przedłużeń zasady konkurencji, w której bierzemy udział. Skończywszy swoją wypowiedź, szedł nam z drogi i dał do zrozumienia, że możemy ruszać. Razem z Lind powoli postawiliśmy pierwszy krok. Postanowiłem zsynchronizować swoje ruchy z ruchami wadery. Ona, mając już pewną wprawę, nie chwiała się zbytnio. Ze mną było nieco inaczej. Sprawy nie ułatwiał fakt, że Dan prawie odciął mi tym sznurem dopływ krwi do łap.
Tor przeszkód rozpoczynało kilka płotków. Na pierwszym z nich narysowano kawałkiem węgla strzałkę skierowaną w dół. Nie mając problemu ze zrozumieniem przekazu takiego oznakowania, przykucnęliśmy, opuściliśmy głowy i przeszliśmy pod poprzeczką. Na kolejnym, odrobinę niższym płotku strzałka wskazywała górę. Ten trzeba było przeskoczyć. Lind stwierdziła, że musimy odbić się jednocześnie, żeby jakkolwiek nam to wyszło. Po części podołaliśmy zadaniu; wyskoczyliśmy w tym samym momencie. Niestety, ja musiałem się poślizgnąć i nie poszybowaliśmy dostatecznie wysoko. Co gorsza, trzymałem głowę niżej niż biała wilczyca i uderzyłem pyskiem w poprzeczkę. Płotek przewrócił się, a my o mało nie poszliśmy w jego ślady.
- Moja wina - przyznałem głośno, ledwo łapiąc równowagę. Wilczyca machnęła wolną łapą na znak, że mam się nie przejmować.
Dalej na trasie czekały nas jeszcze dwie takie same przeszkody. Sytuacja się mniej więcej powtórzyła; pod poprzeczką przeszliśmy bez najmniejszego problemu, a kolejny płotek, nad którym mieliśmy przeskoczyć, przewrócił się z mojej winy. Chociaż tyle, że tym razem zahaczyłem łapami, nie głową. Dante mruknął coś w stylu "przynajmniej próbowaliście" i dodał, iż mamy skupić się na dalszej części toru przeszkód.
Teraz przeskakiwanie z jednego kanciastego głazu na drugi. W porównaniu z płotkami, to wyszło nam sto razy lepiej. Skały nie były nawet bardzo oddalone od siebie. Nie licząc wejścia na pierwszą z nich, wystarczyło ledwo oderwać się od ziemi.
Dalej napotkaliśmy... trzy..? Chyba t r z y długie deski ułożone równolegle do siebie, wzdłuż kierunku naszej trasy. Dan podpowiedział, że mamy po nich przejść, stawiając wolne łapy na zewnętrznych, a wszystkie związane, na tej po środku. Żeby było "zabawniej", kawałków drewna nie ułożono bezpośrednio na ziemi. Wsparte były tylko w kilku miejscach, więc z każdym naszym ruchem, drżały jak gałęzie na wietrze. To było wyzwanie na utrzymanie równowagi. Poruszaliśmy się po deskach bardzo powoli i ostrożnie, co jakiś czas przystając. O dziwo, dotarliśmy za pierwszym razem do ich końca i zeszliśmy z ulgą na pewny grunt.
Westchnąłem. Zaczynam mieć dosyć tej "zabawy". Mam nadzieję, że jesteśmy już blisko mety.

<CDN>

Wygrane karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Nauczyciel, 2x Tęczowe Winogrono; srebrne: Alfa, Jednorożec; złote: Suzanna i Fermitate.

Uwagi: Brak.