Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

Od Torance "Szczenię" cz. 4

listopad 2019r
Weszłam do sporej jaskini, którą zajmowałam wraz z innymi szczeniakami. W środku była jedynie Moone, która zmierzyła mnie ponurym spojrzeniem. „Czego tu chcesz?” - zdawała się mówić. W odpowiedzi przewróciłam oczami i rozejrzałam się w poszukiwaniu Sohary.
Jasna samica leżała w kącie i chyba drzemała. Kiedy do niej podeszłam, otworzyła oczy i rozejrzała się nagle zaniepokojona. Gdy zauważyła, że to tylko ja, cicho odetchnęła.
- Cześć, Soharo – powiedziałam, uśmiechając się.
- Hej, Tori. Gdzie byłaś?
Nie odpowiedziałam od razu. Zamiast tego położyłam się obok niej i wtuliłam w jej jasną sierść. Zapach, który wokół niej się roztaczał, kojarzył mi się z polnymi kwiatami i otwartą przestrzenią. Wilczyca spięła się na chwile zaskoczona, by następnie opatulić mnie delikatnie łapą. Lubiłam Soharę, ale to jednak nie było to, o czym marzyłam.
Zaczęłam cicho opowiadać, żeby Moone nic nie usłyszała. Nie chciałam, żeby ona i Aokigahara miały kolejny pretekst do dokuczania mi. Odkąd ruda samica wylądowała w Wilczym Szpitalu, sytuacja była dość napięta. Moone niemal codziennie ją odwiedzała i po spojrzeniach, które mi posyłała, wiedziałam, że mnie obgadują. Ach, no i Aoki, gdy ją odwiedzałam, była jeszcze bardziej wredna niż wcześniej.
Zdałam sobie sprawę, że myśląc o moich byłych koleżankach, zamilkłam. Czym prędzej wróciłam do opowieści, w której wyjaśniałam opiekunce ostatnią sytuację z Yuko i jak ta zaproponowała, żeby przejęła nade mną opiekę. Sohara była dobrą słuchaczką – nie przerywała mi, a jedynie uśmiechnęła się od czasu do czasu, żeby dodać mi odwagi.
Kiedy skończyłam, miałam łzy w oczach.
- Soharo... Ja naprawdę cię lubię. Miło jest mieszkać z Shenem i w ogóle, ale...
Nie dałam rady dokończyć. Łzy spłynęły, gardło się zacisnęło.
- Wiem, mała... W razie, gdybyś zmieniła zdanie, przyjmiemy cię z powrotem. Nie martw się – wilczyca przytuliła mnie – No i masz nas odwiedzać, dobrze?
- Dobrze – chlipnęłam, wtulając się w ciepłą sierść samicy. Już wiedziałam, że będzie mi jej brakować...

W pysku trzymałam swój różowy kamień, który znalazłam podczas mojej pierwszej kąpieli nad Wodospadem. Z uśmiechem przypomniałam sobie, jak błyszczał się na słońcu, gdy go wydobyłam. Owszem, teraz również połyskiwał, jednak w niczym to się miało do tego, gdy był mokry...
Miałam za sobą pożegnanie z Soharą. Nie obyło się bez łez z mojej strony i bez jej pokrzepiających uśmiechów. Chciałam powiadomić jeszcze Shena o mojej wyprowadzce, ale ten gdzieś się zawieruszył, a nasza – teraz jego i innych szczeniaków... - opiekunka odchodziła z tego powodu ze zmysłów. W razie, gdybym go spotkała, miałabym mu przekazać, że ma się szybko udać do wspólnej jaskini.
Westchnęłam cicho i weszłam do jaskini, którą od dzisiaj miałam dzielić z Yuko.
- Co tak długo? - usłyszałam jej zrzędliwy głos, gdy tylko postawiłam łapę w grocie.
Spojrzałam na nią wymownie i zrobiłam zeza, żeby zwrócić uwagę na kamień, który trzymałam w pysku. Wilczyca wskazała łapą na jakiś kąt, do którego się czym prędzej udałam. Odłożyłam tam mój kamień i odwróciłam w stronę mojej nowej opiekunki...
- Musiałam pożegnać się z Soharą – wyjaśniłam krótko. Nachmurzone – zresztą jak zwykle – spojrzenie samicy złagodniało. Między nami zaległa cisza, którą postanowiłam przerwać - Yuko?
- Znowu się zaczyna... - westchnęła wyraźnie niezadowolona wadera. Jednak kiedy odezwała się ponownie, jej głos nie brzmiał tak nieprzyjemnie jak zwykle – Czego chcesz?
- Możesz jeszcze mnie czegoś nauczyć? - poprosiłam cicho.
Yuki w odpowiedzi zmrużyła oczy i wydała z siebie jakiś dziwny, nieartykułowany odgłos, który skojarzył mi się odrobinę z burczeniem w brzuchu.
- Liczenia, dokładniej – powiedziałam szybko, zanim wilczyca zruga mnie za zbyt małą precyzję.
Przyjrzałam się mojej opiekunce. Czarna wyprostowała się i zmierzyła mnie spojrzeniem od łap po czubek uszu. Jej jaskrawozielone oczy błysnęły w sposób, który nie wiedziałam do końca jak zinterpretować. Cała ta wilczyca to była jedna wielka i trochę niebezpieczna zagadka.
W końcu skinęła delikatnie głową i wskazała mi łapą, żebym podeszła bliżej. Zrobiłam to najszybciej, jak umiałam.
- Dwa plus dwa.
- Co? - zamrugałam oczami całkiem zdezorientowana – Plus...?
- Coś na wzór „i”.
- Nie można tego w ten sposób mówić? - mruknęłam.
Yuko westchnęła przeciągle i przewróciła oczami.
- Nie. Łatwiej będzie, gdy od razu nauczysz się takich nazw. Można mówić jeszcze „dodać”. To, co teraz będziemy przerabiać, nazywa się „dodawaniem” - wilczyca zamilkła na chwilę – Pytałam cię o coś.
- Och, faktycznie. To będzie cztery, prawda? Wspominałaś o tym, gdy przerabiałyśmy tę liczbę.
Yuko skinęła z aprobatą głową. Widząc, to czułam, jak wypełnia mnie duma. Udało mi się!
- Skoro tyle pamiętasz, przejdźmy do czegoś trudniejszego... Dwanaście dodać dziewięć.
Uśmiech, który wcześniej wkradł się na mój pysk, zamarł. Czemu była tak okrutna i zadawała od razu tak trudne pytania?
Bo to Yuki – mruknęła jakaś część mojej osobowości.
Główkowałam naprawdę długo i widziałam, jak Yuki zaczyna się niecierpliwić. W końcu postanowiłam powiedzieć cokolwiek.
- Dziewiętnaście?
Czarna samica spojrzała na mnie w taki sposób, że skuliłam się całkiem wystraszona i pisnęłam. Yuko słysząc to, roześmiała się, a w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie i irytacja. Nawet nie chciałam wiedzieć, co ją tak rozbawiło...
- Zastanów się jeszcze raz – poradziła, kiedy się uspokoiła.
Wyprostowałam się i zerknęłam na wszystkie swoje pazury.
- Czternaście... Piętnaście... Szesnaście... - liczyłam cicho, przenosząc wzrok z jednej łapy na drugą, gdy brakowało mi na jednej pazurków. Po jakimś czasie podniosłam wzrok i wyszczerzyłam zęby w uśmiechu – Dwadzieścia jeden.
- Jesteś pewna? - spytała chłodnym tonem wilczyca.
Otworzyłam oczy ze zdziwienia. Liczyłam przecież bardzo dokładnie... Postanowiłam jednak policzyć to jeszcze raz, a gdy ponownie wyszedł mi ten sam wynik, zmarszczyłam brwi.
- Tak – zaryzykowałam i serce omal nie zamarło mi w piersi, gdy Yuki zmierzyła mnie kolejnych chłodnym spojrzeniem, a następnie uśmiechnęła. Tego się nie spodziewałam.
- Dwadzieścia trzy dodać siedemnaście.
Ponownie zerknęłam na swoje pazury, jednak szło mi o wiele szybciej, niż poprzednim razem.
- Czterdzieści – powiedziałam, gdy po raz drugi przejrzałam wszystkie pazurki.
Yuki skinęła głową z aprobatą i zaczęła mnie przepytywać. Każde kolejne działanie, było coraz trudniejsze. Co jakiś czas dawała mi podobne liczby do dodania. Zanim zrobiło się późno, umiałam już dodawać w pamięci bez konieczności zerkania na pazurki. Było to bardzo przydatne przy takich sześćdziesięciu, na przykład.
- Teraz zajmiemy się odejmowaniem. Jest to przeciwieństwo dodawania. Znak, który się pisze między działaniami to minus – niespodziewanie Yuki zaczęła tłumaczyć. Byłam przygotowana na kolejną dawkę dodawania, więc gdy ta nie podała mi kolejnego działania, otworzyłam pysk ze zdziwienia – Teraz jesteśmy tutaj dwie, ale gdyby jedna z nas wyszła, w jaskini zostałaby jedna osoba.
Zamknęłam pysk i zaczęłam przetwarzać, co powiedziała moje opiekunka. Musiałam przyznać, że nie było to takie głupie.
- W takim razie, gdybym obcięła ci trzy łapy, ile łap by ci zostało?
Wyobraziłam sobie Yuki, która rzuca się na mnie i odgryza mi trzy kończyny. Wzdrygnęłam się. To byłoby coś okrutnego i bardzo, bardzo bolesnego. Postanowiłam więc wyobrazić sobie, że moje trzy łapy znikają. To również nie było zbyt przyjemne, ale w każdym razie lepsze od pierwszej wizji.
- Jedna.

Uczyłyśmy się tak do późnego wieczora. Na koniec łeb bolał mnie tak mocno, jakby coś się tam przegrzało. Gdy powiedziałam to Yuko, ta stwierdziła, że to przez to, że zbyt rzadko używam swojego mózgu. Trochę mnie to przeraziło, ale gdy dostrzegłam błysk w oczach opiekunki, odetchnęłam z ulgą. Znowu próbowała mnie nabrać.
- Na jutro nazbieraj patyków. Będą nam potrzebne – powiedziała Yuki, niedługo po tym, jak zarządziła koniec na dziś i rozkazała mi iść spać.
W odpowiedzi kiwnęłam łbem.
- Jasne – mruknęłam, ziewając. Byłam wykończona – Dobranoc i dziękuję, że mnie przygarnęłaś. I za lekcje.
Odeszłam do swojego kąta i zwinęłam się w nim w kłębek.
- Nie ma za co – usłyszałam, zanim zasnęłam. Ton czarnej samicy był łagodny i kojący.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Od Lind "Sześć łap" cz. 1 (cd. Asgrim)

Maj 2021
- Coś chcesz zamówić? - usłyszałam głos Yuki.
Otworzyłam oczy i natychmiast poderwałam głowę z łap położonych na stoliku. Zamrugałam, obserwując jak zamglone kształty układają się w sylwetkę stojącej nade mną wadery. Kelnerka spoglądała na mnie, oczekując odpowiedzi. Potarłam pysk łapą i wyprostowałam się.
- Kubek mocnej kawy. I jakieś mięso, na które nie trzeba długo czekać - powiedziałam, powstrzymując ziewanie. - Płacę Kamieniem Bonusowym - dodałam.
- Okej - odparła krótko ciemnoszara wilczyca i poszła do kuchni.
Tymczasem ja przeciągnęłam się i westchnęłam. Ostatnie dni ganiania za sprawunkami festynowymi wykończyły mnie. Cały czas gdzieś potrzebna była pomoc technika. A to szwankujący sprzęt przy scenie, innym razem załamane deski, później zniszczony bar, potłuczone szkło, zabłąkany wrath, całonocny pościg za złodziejem asortymentu ze sklepu, pożar kuchni... Dosłownie padałam na pysk po tym wszystkim. Teraz marzyłam już tylko o ciepłym posiłku, kawie i powrocie do jaskini.
Spojrzałam przed siebie. Po drugiej stronie zajmowanego przeze mnie stolika siedział Ting. W ciszy bawił się własnoręcznie złożonym "piekło niebo". Odkąd zaczęłam przygotowywać origami potrzebne mi do występu na scenie, papierowe zabawki okazały się być jego nowym obiektem szczególnego zainteresowania. Przynajmniej miał zajęcie na wieczory takie jak dzisiejszy: z zachmurzonym niebem, pozbawionym gwiazd. Uśmiechnęłam się pod nosem. "Chyba mam chwilę wolnego od jego głupiego gadania", pomyślałam.
Yuki wróciła, niosąc w pysku tackę z kubkiem parującego napoju i smażonym stekiem. Postawiła to przede mną i natychmiast odwróciła się, żeby odebrać zamówienie od innego wilka. Pociągnęłam łyk gorącej kawy, po czym zatopiłam zęby w pysznym kawałku mięsa. Wreszcie mogłam zaspokoić dokuczający mi od dobrych paru godzin głód.
Nagle usłyszałam siorbanie. Podniosłam wzrok, żeby dostrzec Tinga wypijającego niezdarnie moją kawę. Złapałam go wiatrem za pióra i odciągnęłam od kubka.
- Mówiłam, że jeśli coś chcesz, masz mówić - rzuciłam. - I tak mamy wszystko tu za darmo.
- Nie wiedziałem, że to takie dobre - Ting oblizał kły.
Wypuściłam głośno powietrze, podkreślając swoje niezadowolenie.
- Co to jest tak właściwie? - Odmieniec znów dorwał się do napoju.
- Kawa... - odparłam, rezygnując z dalszej walki. Po prostu zamówię kolejną. - Przygotowana, jak należy.
Odgrzebałam mimowolnie z pamięci wędrówkę przez góry i Tinga wyjadającego surowe ziarna kawy. Wreszcie poznał jej prawdziwy smak.
Wtem usłyszałam znajomy głos. Należał do Leah. Nieco ożywiona, szybko wypatrzyłam ją w pobliżu i zawołałam, żeby zwrócić jej uwagę.
- Cześć, Lind - Moja przyjaciółka podeszła do nas. - Witaj, Ting.
Strażnik Wichury dopił kawę i skinął głową.
- Witaj, Srebrzysta.
Wadera posłała mi niepewne spojrzenie. Chyba nie wiedziała, czy to użyte przez Odmieńca określenie jest czymś normalnym.
- Dawno cię nie widziałam, Leah - zaczęłam rozmowę, dając jej do zrozumienia, że ma nie zwracać uwagi na tamto.
- Prawda, trochę minęło od naszego ostatniego spotkania - przyznała wilczyca, kiwając ogonem. - Nie spodziewałam się was w restauracji.
- Zabrakło mi czasu na polowanie, a skoro mam Kamień Bonusowy postanowiłam coś przekąsić tutaj - wyjaśniłam, a mój towarzysz w międzyczasie złapał mrówkę biegającą po naszym stoliku.
- Dużo pracy mieliście ostatnio, co nie? - zapytała Leah. - Mogę się dosiąść?
- Pewnie - skinęłam na jeden z wolnych pieńków. - Za dużo, nawet jak dla mnie. Mam za sobą dzień, noc i prawie cały kolejny dzień roboty bez przerwy - streściłam, kręcąc głową i znów ugryzłam mięso.
- Noc też? Co się stało? - zainteresowała się puszysta wilczyca.
- Sprawa ze złodziejem przedmiotów dostępnych tylko podczas festynu - odparłam, nie powstrzymując ziewnięcia.
- A więc dlatego miałam wczoraj wolne... - mruknęła jakby do siebie Leah. No tak, jest tymczasowo sprzedawcą. - I dlatego masz takie wory pod oczami - Wadera pozwoliła sobie zaznaczyć to głośniej.
- Aż tak je widać? - westchnęłam, pocierając pysk.
- Mówiłem ci - wtrącił Ting, wpatrzony znów w swoją papierową zabawkę.
Dokończyłam ostatnie kawałki steku.
- Zamówić ci coś, Leah? - zapytałam przełykając.
- Nie, dziękuję - odparła. - Już jestem po kolacji.
- Nawet nie chciałabyś czegoś do... - urwałam, słysząc nagle swoje imię. Rozpoznałam głos, należał do Joela. Odwróciłam się i dostrzegłam po kilku sekundach tego właśnie basiora. Biegł w naszą stronę zdyszany. Zatrzymał się koło stolika i ledwo łapiąc oddech wymamrotał:
- Lind... Wreszcie cię znalazłem - Wyglądał, jakby miał zaraz wypluć płuca.
- Błagam, nie mów, że znów coś się pali - opuściłam nieznacznie uszy na myśl o dalszej pracy.
- Co? Nie, nie! - wydusił. - Chodzi o Punkt Szósty.
- Jaki "Puknt Szósty"? - zmieszałam się.
- Chyba mowa o konkurencji festynowej - oznajmiła Leah.
- Właśnie! - wykrzyknął Jo. - To ta o związanych łapach, do której się zapisałaś, Lind. Mamy drugiego uczestnika!
- O, świetna wiadomość - uśmiechnęłam się.
- Asgrim zgłosił się do mnie dzisiaj w tej sprawie - Joel uspokoił nieco oddech. - Tak więc... Jutro w południe przyjdź na polanę przy dwóch dębach.
- W porządku - skinęłam głową.
Po przekazaniu tych informacji, basior o jasnym futrze opadł na czwarte miejsce do siedzenia przy naszym stoliku.
- Macie może coś do picia? Gardło mi wyschło na wiór.
- Obecnie nie - spojrzałam ukradkiem na przewrócony kubek po kawie. - Ale mogę coś ci zamówić, Jo.
- Super - ucieszył się basior. - Proszę coś zimnego. Najlepiej sok.
- A ty, Leah? - zwróciłam się do przyjaciółki. - Też byś coś chciała?
- Skoro nalegasz... - mruknęła w odpowiedzi. - Zdecyduję się na mrożoną herbatę.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem i wypatrzyłam nadchodzącą Yuki. "Sok, mrożona herbata i dwie kawy", powtórzyłam sobie w myślach, co zamówię.

***Następnego dnia***
Dotarłam na polanę przy dwóch dębach w samo południe. Okazało się, że zarówno Joel, jak i Asgrim, już tam byli. Drugi wilk wyglądał na szczególnie zniecierpliwionego. Jednakże to aninator zauważył mnie pierwszy i powiadomił drugiego uczestnika konkurencji o moim przybyciu.
- Cześć Jo, cześć As - przywitałam się.
- Cześć. Możemy wreszcie zaczynać? - zapytał animatora Asgrim, podrywając się z miejsca.
- Chyba tak - odparł Joel. - Jak tam, Lind, gotowa?
- Powiedzmy - zaśmiałam się lekko.
Właściciel futra w kolorze "budyniu" skinął głową i zmienił się w człowieka. Kazał nam stanąć obok siebie za sznurem leżącym na ziemi. Z tego miejsca mieliśmy wystartować. Wykonaliśmy jego polecenie. Znalazłam się po prawej stronie Asa. Nie przykuwałam szczególnej uwagi do tego, jak się ustawimy, chociaż miało to zaważyć które łapy będę mieć uwięzione.
- Zasady takie, jak zawsze. Żadnego używania magicznych mocy i tak dalej... - Joel nie ukrywał, że już znudziło mu się powtarzanie tych reguł wszystkim wilkom biorącym udział w konkurencjach. - Nie wolno wam także wychodzić za te grube sznury po bokach. To granice toru przeszkód - dodał.
- Jasne - powiedziałam. Też w sumie chciałam już przejść do rzeczy.
Mężczyzna kucnął koło nas na tych swoich tyczkowatych nogach i zaczął związywać nam łapy.
- Pokonacie cały tor przeszkód i karty są wasze.
Sprawnie przebierał zwinnymi, ludzkimi palcami i zanim zdążyłam mrugnąć okiem, skończył ostatni supeł. Spojrzałam na swoje lewe kończyny. Średniej grubości sznurek, którego użył animator, nie uciskał, ale był zaciśnięty na tyle mocno, by się nie przesuwał. Spróbowałam podnieść uwięzioną, przednią łapę. Prawa kończyna basiora o cynamonowym futrze poszła w jej ślady.
- Nie powinno się rozwiązać - oznajmił Jo. - Możecie zaczynać. Powodzenia - klasnął w ręce.
Niestety, żadnemu z nas nawet nie przemknęło przez głowę, żeby ustalić jak zaczniemy, ani jak się zorganizujemy.
As wystartował pierwszy, a na domiar złego, zaczął od kończyn, które były przywiązane do moich. Zupełnie nie byłam na to przygotowana (intuicja kazała mi zaczynać od wolnych łap), więc stało się to, co się stać musiało: natychmiast straciłam równowagę. Prawie przytuliłam pyskiem leśną roślinność.
- Ej, Lind - odezwał się basior, zatrzymany w miejscu. - Idziesz? - odwrócił głowę w moją stronę.
- Chciałabym - odparłam. - Tylko... - stanęłam znów stabilnie na czterech nogach. - ...zapomniałeś, że masz chwilowo więcej łap na głowie - mruknęłam.
- Heh. Wybacz, Lind - Asgrim zaśmiał się, żeby odwrócić uwagę od tego błędu. - Może zaczniemy od prawej strony, co? - zaproponował od razu rozwiązanie problemu.
- Okej - skinęłam głową z myślą, że teraz już sobie poradzimy.
Zapomniałam jednak, iż nie mamy związanych łap po tych samych stronach. Sytuacja się powtórzyła.
- Zamiast o "prawej stronie" trzeba było mówić o "związanej stronie" - stwierdziłam.
Tym razem As w porę zareagował i podtrzymał mnie, żebym znów nie straciła równowagi.
- Dobra... To po prostu naśladuj moje ruchy - powiedział basior. - Lustrzane odbicie, wiesz.
- Czemu akurat j a mam naśladować c i e b i e? - zgarnęłam grzywkę sprzed oczu.
- Tak nam pójdzie najlepiej - odparł pewny swoich słów.
- Nie wydaje mi się, stawiasz strasznie długie kroki - popatrzyłam na jego łapy.
- Poważnie? - zrobił to samo.
Podniosłam wzrok i spojrzałam przed siebie. Nawet nie zbliżyliśmy się do pierwszej przeszkody, którą był gruby pień, po którym mieliśmy przejść dalej. Wciągnęłam głośno powietrze.
- Wystarczyłoby próbować iść w miarę równo i nie szarpać drugiej osoby - oznajmiłam. - Jesteś w stanie to zrobić?
- Naturalnie. A co myślałaś?
- No to... Najpierw związane - zarządziłam.
Powoli wykonaliśmy pierwszy, normalny krok.
- I teraz wolne - jakoś udało się z następnym.
Krok za krokiem zbliżyliśmy się do pnia. Zdołaliśmy wdrapać się na niego i zaczęliśmy powoli przesuwać ku drugiemu końcowi. Ja miałam nieco problemu z poruszaniem się na śliskim, wilgotnym mchu, ale dzięki Asowi nie spadliśmy ani razu.
Za pniem znajdowały się trzy "płotki", które trzeba było przeskoczyć. Nie ulegało wątpliwości, że z tym może być znacznie trudniej.
- Skacz, kiedy powiem "już" - nakazał basior.
Nie miałam żadnej lepszej koncepcji, więc tylko skinęłam głową. Rozpędziliśmy się na tyle, na ile mogliśmy. Zgodnie z ustaleniem, wilk krzyknął w odpowiednim momencie:
- Już!
Odbiliśmy się od ziemi jednocześnie. Poszybowaliśmy nad pierwszą przeszkodą i nie zwalniając dotarliśmy do kolejnej. Udało nam się ją przeskoczyć tak samo, jak poprzednią. Jednakże przy okazji ostatniego płotka, z jakiegoś powodu nie skoczyliśmy już tak wysoko. Zahaczyliśmy nieznacznie tylnymi łapami o poprzeczkę i przewróciliśmy go. Popatrzyłam na Joela. Animator będący nadal w postaci ludzkiej, gestem poinformował nas, że mamy się nie wracać.
Liczyłam, że teraz będzie już tylko lepiej, jeśli chodzi o pokonywanie trasy ze związanymi łapami, jednak następny element toru przeszkód miał nas na nowo spowolnić. Stanęliśmy przed gałęziami zawieszonymi nad suchą ziemią. Nietrudno było się domyślić, że mamy się pod nimi przeczołgać.
Samo zbliżenie tułowia do podłoża nie było dla nas specjalnym problemem. Znacznie trudniej było nauczyć się na nowo w miarę sprawnie poruszać. Szczególnie dał nam się we znaki fakt, że As ma dłuższe łapy niż ja. Powolne przesuwanie się pod gałęziami w niewygodnej pozycji trwało stanowczo za długo. Nigdy dotąd nie czołgałam się tyle czasu, więc siłą rzeczy spięte mięśnie zaczęły mnie boleć.
Wreszcie wydostaliśmy się spod konarów i wyprostowaliśmy. Wyciągnęłam szyję, żeby zobaczyć ile jeszcze nam zostało. Zmrużyłam oczy. Chyba byliśmy już w połowie drogi.

<Asgrim?>

Uwagi: Literówki.

Wygrane karty: brązowe: Ryby, Medalion Rosnącej Potęgi, Eliksir Młodości, Róża Hery; srebrne: 2x Świat Mroku; złote: Xander

niedziela, 5 sierpnia 2018

Od Asgrima "Powrót do młodości" cz. 3

Lipiec 2021r
Znajdowałem się niedaleko jeziora i gdy tylko dostrzegłem jej niebieskozieloną taflę wśród drzew, ruszyłem do niej biegiem. Wbiegłem na średniej wielkości kamień i na wpół skoczyłem, na wpół ześlizgnąłem się z niego i wpadłem do wody. Masa ciekłej substancji schłodziła moje nagrzane ciało i zmyła z niego pot. Stłumiłem westchnięcie zadowolenia i powoli otworzyłem oczy. Jezioro nie należało do najczystszych, ale i tak mogłem z łatwością dostrzec spłoszone ryby, które uciekały jak najdalej ode mnie. Kamienie wyścielające dno były na wpół pokryte mułem.
Mógłbym jakiegoś zabrać – pomyślałem, uśmiechając się lekko. Już miałem popłynąć do nich, gdy poczułem, że zaczyna brakować mi powietrza – Ale najpierw do góry.
Skierowałem się w stronę letniego słońca, które prześwitywało najpierw przez rozłożyste drzewa, a teraz na dodatek przez wodę.
Po chwili mój pysk wynurzył się z wody. Zrobiłem dziwny ruch pyskiem, by pozbyć się choć odrobiny kropel, które spływały mi teraz do oczu. Moje płuca mnie nie paliły, tak jak było to podczas mojej pierwszej kąpieli w tej watasze. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, przypominając sobie, jak przez Tori omal nie zabrakło mi powietrza. Nie mogłem uwierzyć, że od tego czasu minęło już tyle czasu...
Rozejrzałem się wokół jeziora. Niedaleko od brzegu dostrzegłem wiele lian, z których mieli korzystać chętni do skorzystania z konkurencji. A gdyby tak...
Zacząłem płynąć do brzegu i już kilka chwil później, wyszedłem z wody. Nagle powietrze stwierdziło, że fajnie będzie, gdy zacznie dodatkowo ochładzać moją mokrą sierść i ciało. Powstrzymując się, żeby nie zacząć trząść się z zimna, podszedłem do najbliższej liany i złapałem ją w pysk. Odszedłem kawałek i dodatkowo podskoczyłem. Złapałem pęd na tyle wysoko, że gdy zwisałem, moje łapy znalazły się w powietrzu. Było to bardzo dziwne, ale ekscytujące uczucie.
Już miałem zacząć się huśtać, gdy usłyszałem trzask. Ziemia znalazła się odrobinę bliżej.
O nie... - pomyślałem, słysząc kolejny trzask. I nagle upadłem na ziemię. Nie był to zbyt spektakularny upadek – na pewno zaliczyłem już nie raz piękniejszy – jednak grzbiet, na który upadłem, chwilę pobolał. Postanowiłem się na tym nie skupiać i już po chwili wstałem, otrzepując się.
- Dasz radę, As. Musisz odnaleźć tylko jakąś mocniejszą – mruknąłem, przyglądając się innym lianom.
Po jakimś czasie wypatrzyłem taką, która wydawała się stosunkowo mocna. Podszedłem do niej zdecydowanym krokiem i złapałem ją zębami. Następnie na próbę pociągnąłem ją w dół. Nic się niepokojącego się nie wydarzyło, więc wyciągnąłem usta w uśmiechu i wykonałem podobne ruchy, co poprzednim razem.
Zawisłem nad ziemią i zacząłem się huśtać. Gdy usłyszałem cichy trzask, zamarłem. Czekałem chwilę przygotowując się do kolejnego cudownego upadku. Gdy nic takiego się nie wydarzyło, westchnąłem z ulgą i wróciłem do huśtania się.
Po jakimś czasie zaczęły boleć mnie zęby. Postanowiłem spróbować owinąć sobie lianę wokół łap. Było to trudne, bo cały czas się poruszałem, jednak niemal w ostatniej chwili, udało mi się. Zacząłem się jeszcze bardziej huśtać i gdy miałem wrażenie, że odpadną mi łapy, puściłem ją.
Leciałem niczym ptak! Byłem najlepszym lotnikiem wszech czasów! Mogłem dostać się wszędzie, gdzie tylko chciałem. Z pewnością byłem posiadaczem jakiegoś żywiołu związanego z powietrzem, nie było innej opcji.
Ach, a ten upadek wprost w krzaki był całkowicie zaplanowany.
Otrzepałem się z liści, pajęczyn i tylko Eydis wie czego, na co wpadłem w tych krzakach. Wszystko mnie bolało, ale nie zamierzałem się poddawać. Miałem zamiar się wyćwiczyć i pokazać Navri, jak jestem uzdolniony.

Wynurzyłem pysk z wody zadowolony. Przesiedziałem nad jeziorem cały dzień. Łapy bolały mnie od ściskania liany, a reszta ciało od niezliczonej ilości upadków. Byłem wykończony, a przede mną był jeszcze wieczorny patrol. Nie ma szans, żebym jeszcze dzisiaj zrobił coś oprócz niego, zjedzenia czegoś i położenia się spać. Byłem jednak przygotowany na jutrzejszy poranek, podczas którego miałem zamiar spróbować swoich sił w tej durnej konkurencji. Kto wymyślił, żebyśmy mieli coś takiego robić?
Już miałem płynąć do brzegu, gdy coś mi się przypomniało. Chciałem zabrać jakiś kamień. Westchnąłem cicho i zanurkowałem. Słońce – choć dalej obecne – nie oświetlało już tak dobrze dna, więc nie mogłem wybrać żadnego wspaniałego. Bez namysłu złapałem najbliższy i czym prędzej popłynąłem do góry.
Gdy wyszedłem z wody, odłożyłem swoje znalezisko. Natrafiłem na w gruncie rzeczy ładny, niebieskawy kamień o nieregularnym kształcie. Był podłużny i jakby ucięty w wielu różnych miejscach. Wyglądało to całkiem interesująco.
- Czas iść – powiedziałem cicho, biorąc do pyska moją zdobycz. Idąc w stronę Szczenięcej Polany, minąłem skupisko lian. Widząc je, uśmiechnąłem się delikatnie – Do jutra, moje kochane.

- Navri, cześć! - zawołałem, biegnąc do białej wilczycy. Wadera zwróciła w moją stronę pysk. Jej spojrzenie było równie obojętne, co zwykle. Powoli skinęła łbem na przywitanie – Przyszedłem wziąć udział w drugiej konkurencji.
Navri ponownie skinęła łbem i wskazała ruchem ogona, żebym podążył za nią. Zrobiłem to z uśmiechem na pysku.
- Należysz do naszej części watahy, prawda? - spytałem po chwili. Wilczyca krótko przytaknęła. Była strasznie małomówna... - Czym się zajmujesz?
- Jestem jeszcze uczennicą – wyjaśniła krótko.
Słysząc jej słowa, otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia. Była tak dojrzała i wcale nie wyglądała aż tak młodo. Może właśnie kończyła szkołę?
Navri zmierzyła mnie chłodnym krokiem i przytaknęła. Czyżbym powiedział to na głos?
As, ty debilu – zrugałem się w myślach.
Szliśmy przez dłuższy czas w ciszy. Gdy mijaliśmy, usłyszałem szczenięce głosy na polanie. Wiedziałem, że to tam odbywają się lekcje, więc trochę mnie to zmyliło.
- Nie powinnaś się... uczyć?
Wadera pokręciła łbem i posłała mi chłodne spojrzenie. Westchnąłem. Widocznie samica nie miała ochoty na bliższe zapoznanie się. A szkoda. Mogłaby być ciekawą znajomą. Na partnerkę była moim zdaniem zdecydowanie zbyt sztywna. Wilczyca ogółem była zimna niczym śnieg... Uśmiechnąłem się krzywo, zdając sobie sprawę z ciekawego porównania, które mogło odnosić się również do jej białej sierści.
Nawiasem mówiąc, ta część watahy to był jeden wielki zbiór wilków o jasnej sierści. Valky, Lind, Navri i może ktoś jeszcze, ale w tej chwili nie potrafiłem sobie przypomnieć kto.
Navri odezwała się, dopiero gdy doszliśmy nad Jezioro. Wyjaśniła mi, że powinienem się rozbujać z pomocą liany i spróbować wskoczyć do jeziora. Kiwałem głową, udając czyste zafascynowanie. Wiedziałem, że pójdzie mi dobrze. W końcu ćwiczyłem tak wiele!
Z nonszalancją złapałem jedną z lian i odszedłem kawałek. W końcu owinąłem ją wokół swoich łap i podskoczyłem, łapiąc dodatkowy skrawek w pysk. Następnie odepchnąłem się z pomocą tylnych łap i zacząłem huśtać. Szło mi idealnie. Oczami wyobraźni widziałem, jak wpadam pięknie do wody, a Navri krzyczy zdumiona.
No i gdy tylko o tym pomyślałem, wszystko zaczęło się sypać. Liana zatrzeszczała, a ja całkiem wystraszony zacisnąłem mocno zęby. Udało mi się ją mocno podgryźć i już po chwili rozerwała się w moim pysku. Zszokowany, wypuściłem ją, co okazało się kolejnym błędem. Liana została podzielona na dwie części. Na szczęście od zawsze byłem bardzo uzdolniony i upadłem idealnie... na białej samicy, która pisnęła zaskoczona.
- Przepraszam! – zawołałem, odskakując – Nie wiem, jak to się stało!
Navri prychnęła cicho i machnęła łapą. Następnie wskazała na inną lianę. Przekaz był prosty. „Próbujesz jeszcze raz?”.
Nie odpowiedziałem, tylko podszedłem do innej. Wybrałem na tyle mocną, by mogłaby ona utrzymać nawet szanownego Valky'ego. Uważnie wykonałem te same ruchy, co wcześniej. Tym razem jednak udało się bez przygód i już kilka chwil później wpadłem do wody. Wynurzyłem się z szerokim uśmiechem na pysku.
- Kto jest najlepszy?! - zawołałem ze śmiechem.
Navri spojrzała na mnie obojętnie, co spowodowało u mnie jeszcze większy napad wesołości. Sam nie wiedziałem dlaczego. Czułem się świetnie. Udało mi się pokonać tę siłę nieczystą zwaną konkurencją. Wygrałem karty.
No i czeka cię jeszcze dzisiaj smaczna kolacja – powiedziałem do siebie w myślach, przypominając sobie o spotkaniu z moją przyjaciółką. Nie mogłem się już doczekać – Ale najpierw karty...
Byłem ciekawy, jakie tym razem udało mi się zdobyć. Miałem nadzieję na coś z kompletów, z których udało mi się wygrać coś wcześniej. Bardzo chciałem cokolwiek wygrać.

C.D.N.

Wygrane karty: brązowe: Sarny, Jelenie; srebrne: Smok, Kirin.

Uwagi: Przez taki upadek na innego wilka mógł mu zrobić poważną krzywdę. Nie wiem jednak jaka dokładnie była to wysokość, więc nie jest to stricte błąd.

sobota, 4 sierpnia 2018

Od Valkoinen "Mów mi mistrzuniu" cz. 1

Wrzesień 2021
Waliłem się głową o ścianę. Już nie wiedziałem, czy donośne łupanie było słychać tylko w mojej głowie, czy również poza nią. Ty ułomie, gamoniu, matole. Zawarczałem na siebie. Musisz się uspokoić - pomyślałem. Zapomniałem miesiąc temu pójść na zajęcia z liczenia! I co najgorsze w całej tej sytuacji – miałem luki w pamięci i nie pamiętałem wszystkiego. Nie pamiętałem liczby nic! Chyba wypadałoby upomnieć się o te lekcje dzisiaj, tak to byłoby dobre, przecież jestem matołem i nic nie umiem!
Oderwałem się od walenia w ścianę i spojrzałem na miejsce, które zostało pobite. Nie różniło się niczym od wcześniejszego stanu. To dobrze, przydałoby się jednak zachować to pomieszczenie w dobrym stanie. Co jak co to była moja grota, a o to, co moje muszę dbać. Odsapnąłem moment i spojrzałem na ścianę, ale teraz już z innego punktu widzenia. Naprawdę nic się jej nie stało. Napawało mnie to ogromnym zdziwieniem. Stanąłem po przeciwnej stronie i nadal nic. Zadowolony ruszyłem z groty. Wyszczerz wszedł mi na pysk. Pora było się udać na zajęcia z liczenia.
W trakcie drogi w poszukiwaniu Alfy humor mi szybko zlazł. Przypomniałem sobie to i owo z zajęć. Szczególnie trud liczenia. Jedynie mocniej zacisnąłem zęby i szedłem dalej. Trudno było przywrócić uśmiech. Zahaczyłem o Wrzosową Łąkę. Nadal trwał festyn, na który raz przychodziłem, a raz zapominałem. Chyba mogę sobie dzisiaj odpuścić lekcję z liczenia, prawda? Przecież nic się nie stanie. Poza tym i tak musiałbym wcześniej wrócić, po obiedzie mam występy w amfiteatrze, a wieczorem mam polowanie i jeszcze trening wojska. Cieszyłem się jak dzieciak, dawno nie polowałem.
Jednak czekało mnie coś jeszcze, chciałem zdobyć kilka tych kart, co prawda nadal ten festyn był dla mnie dziwną sprawą i wszystkiego nie ogarniałem. Jednak chcę zobaczyć co to takiego te całe karty. W szczególności, że niektóre wilki szaleją z tym zbieraniem kart i cieszą się jak nienormalne. Też muszę się w końcu zabawić jak dziecko, nie mogę wiecznie udawać starca. Wiedziałem, że muszę znajdywać poszczególne wilki, które zajmują się jakąś konkurencją i wykonać to, co będę miał od nich zadane. Tylko nie chcę znowu śmierdzieć. Dopiero od niedawna udało powstrzymać mi się ten straszny smród. Jakbym znowu miał śmierdzieć, to bym się chyba zakopał pod ziemię.
Zauważyłem basiora, który zdawało mi się, że sprawował jakieś stanowisko. Jak na mój gust wyglądał dziwacznie i śmiesznie. Nie, żeby coś, wolę wadery, a w szczególności taką jedną. Kimkolwiek on nie był spojrzał się na mnie, a ja udawałem, że nie wiem, o co mu chodzi i szybko uciekłem wzrokiem. Chyba nawet nie musiałem udawać. Przypuszczenie miałem. Stał nad wodą i zapraszał mnie do jakieś konkurencji. Jeżeli jest pływanie, to nawet mogę pójść. Niech zna moją łaskę. Podchodziłem coraz bliżej, przyglądając się jemu dokładniej. Grzywę miał mocno okląpniętą na jedno oko, przez co bez wątpienia był piratem. Widać było po nim, że zasłania mu widok. Jego sierść była dziwnego koloru i to bardzo, a że na kolorach się nie znam, to nie powiem jakiego. Nie był to ani żółty, ani pomarańczowy, ot coś pomiędzy. Był trochę, jakby to nazwać... naprawdę energiczny. W mojej pierwszej myśli nie brzmiało to aż tak milusio. To były jedyne dziwne rzeczy, które zauważyłem, reszta wydawała się normalna. Wzrost jak każdy, a przynajmniej zdecydowana większość, i co tu więcej mówić? Wyglądał raczej na zwinnego. Podszedłem jeszcze bliżej i dostrzegłem jego łapy, może nawet za długo się w nie wpatrywałem.
- Też uważam, że są piękne – zagadnął basior. O mało co nie powstrzymałem się od przewrócenia oczami, kogoś mi on zaczął przypominać.
- Co to za stanowisko? - Rzuciłem okiem na miejsce wokół niego. Drzewo jak każde, woda to samo, tylko lina. Nie pasowała mi jakoś.
- Wilk może chwycić za tę linę, później rozhuśtać się i wpaść do wody. Możesz dostać za to kilka kart. - Pokiwałem głową. W sumie to czemu nie. Wydawało mi się to bardzo proste.
- I na tym polega całe zadanie? - spytałem dla pewności. Coś mi tu śmierdziało. O dziwo nie byłem to ja. To chyba za proste. Wilk tylko przytaknął głową.
- To jak? Bierzesz udział?
- Biorę – odparłem z uśmiechem.
- Tylko uważaj – zaczął, a ja chyba wyczułem, gdzie będzie ten haczyk. Nic nie może być nigdy za proste. - Nie spadnij przed wpadnięciem do wody.
Komu ty to mówisz, pomyślałem. Mów mi mistrzuniu. Wziąłem kilka głębokich haustów powietrza i zmierzyłem oczami wodę. Policzymy się zaraz młoda. Uśmiechnąłem się sam do siebie. To będzie proste! Wszedłem na linę i zamknąłem ją w szczelnym uścisku moich łap. Teraz tylko najtrudniejsze, rozhuśtać ją. No i tutaj zaczęły się schodki. Jak wszedłem była tylko lekko rozhuśtana. Teraz musiałem zrobić to ja, świetnie się zapowiadało. W szczególności, że nie wiedziałem jak mam to zrobić. Zacząłem się wiercić, jakbym miał pchły na tyłku. Nieważne jak głupio to wyglądało, przynajmniej poskutkowało. Raz w życiu moje pomysły chyba nie były aż tak głupie.
Kiedy wybiłem się w powietrze, czułem się jak władca wichrów. Szybowałem w bezkresnych przestworzach wiatru. Dopóki nie spotkałem się z wodą. O mało co nie jęknąłem. Co prawda jesień się dopiero zaczęła, ale to było straszne! Nie spodziewałem się takiego zimna, przecież nadal jest ciepło. W ostatnim momencie powstrzymałem się, żeby nie otworzyć buzi, musiałem przecież jakoś nurkować. Nieumiejętnie wpadłem do wody. Na dnie uderzyłem o jakąś gałąź. Szybko wypłynąłem z wody, żeby nie jęknąć z bólu pod nią. Oparłem się przednimi łapami o ziemię i podciągnąłem się w górę. Moja mina nie była ciekawa, przez co wilk szybko mnie zapytał:
- W porządku? - Pokiwałem jedynie głową od niechcenia.
- Chyba mam coś w łapię, mógłbyś to sprawdzić? - Wilk skierował się do mojej łapy i rzucił na nią okiem. Z jego miny odczytałem, że nie za ciekawie.
Zapomniałem o jednej rzeczy, którą mogę zrobić. Wyszedłem z ciała i stanąłem obok... No dobra, chyba się sobie nie przedstawiliśmy. Ku mojemu zdziwieniu przez moment udało mi się pozostać obydwoma ciałami aktywny. Jednak przypomniałem sobie, w jakim celu tak właściwie użyłem mocy. Oglądnąłem łapę, znajdował się tam tylko kawałek małego patyczka. Wróciłem do pierwotnego ciała.
- To tylko drzazga – odparł tonem, który dla mnie brzmiał mniej więcej: tylko straciłeś łapę, ale masz trzy pozostałe, ciesz się życiem!.
- Czyli że co? Możesz to normalnie wyciągnąć?
- Zdaje mi się, że tak – odetchnąłem głęboko. W głębi siebie cieszyłem się, że będę miał wszystkie łapy, a nie tylko trzy (jak dobrze, że chociaż ta sytuacja przypomniała mi liczbę). - Tylko uważaj, może naprawdę zaboleć.
- Zaczynaj – powiedziałem i zacisnąłem mocniej kły.
Po chwili jęczenia było już po wszystkim, a ja mogłem mu podziękować, że tak dobrze wyciągnął patyk. Mogłem już pójść, jednak została jeszcze jedna sprawa.
- Mam pytanie – powiedziałem, a wilk odwrócił się do mnie z pytającym wzrokiem - jak masz na imię?
- Naprawdę ci się nie przedstawiłem? - Pokiwałem głową – Najmocniej przepraszam, Joel jestem lub po prostu Jo.
- Zapamiętam, Jo. Jestem Valk – odrzekłem – Miło było, nie licząc jednej sprawy. - Puściłem oczko w jego stronę. Chyba muszę już lecieć, za niedługo mam próbę, a później występ w amfiteatrze. Jak chcesz, to przychodź.
Ruszyłem przed siebie truchtem, żeby sprawdzić, czy naprawdę wszystko w porządku z nogą. Jednak nie było powodu do niepokoju. Działała sprawnie jak zawsze, bez najmniejszego zarzutu. Do amfiteatru wcale nie było tak daleko, jednak szybko byłem zmęczony i nadal przesiąknięty wodą.
Obok mnie już stała Gaja i trenowała swój występ. Za każdym razem jego widok wprawiał mnie w ogromne zdumienie. Zacząłem ćwiczyć swoje i muszę przyznać, wychodziło mi to coraz lepiej. Na samym początku nie czułem się oddany występowi. Potrzebowałem swobody i wprawy, która w końcu nadeszła. Wcześniej trochę obawiałem się występów przed sporą publiką. Później zobaczyłem, że tutaj wcale nie przychodzi dużo wilków. Najwięcej osób, które przyszło, nie przekraczało rzekomej liczby dziesięć, ale było to więcej od pięć. Poddaje się z liczeniem. Jednak zazwyczaj było ich trzy. Największy ruch był w piątki. Większość wilków w ten dzień się zabawiała, jednak amfiteatr i tak nie był jakąś wielką frajdą. Znaczna część osób, która lubiła się bawić, wolała chodzić do baru. Tam to dopiero była zabawa. Każdy mógł tańczyć w swoim stylu i nie tylko oglądać czyjeś występy. Swoją drogą, muszę przestać być spłukany, chciałbym w końcu coś kupić w barze. Uśmiech od naprawdę wielu minut nie schodził mi z pyska. Jaki był tego powód? Byłem bardzo szczęśliwy, że nareszcie pokażę mój trzeci układ. Jak na razie występowałem tylko dwoma. Jednak wczoraj w nocy stwierdziłem, że przydałoby się wymyślić coś nowego. Zaczęło ich chyba nudzić to samo. Po tym układzie będę musiał stworzyć dwa kolejne. Tymczasem Gaja schodziła już ze sceny. Teraz nadeszła moja kolej.
<C.D.N.>

Uwagi: W WMW "Alfa" piszemy wielką literą. "Nienormalne" piszemy razem.

Zdobyte karty: brązowe: Wrzosowa Łąka, Medalion Rosnącej Potęgi; srebrne: Powietrze, Elektryczność