Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 20 grudnia 2017

Od Lind "Spełni się" cz. 2

Wrzesień 2020
Szczerze? Nie narzekałabym, gdyby dziś odwołano moją wieczorną wartę. Miałam znów pilnować górskiej granicy watahy, ale nie byłoby absolutnie żadnej różnicy, gdyby przydzielono mnie gdzieś indziej. Wszystko wyglądało tak samo tego dnia; zasłonięte falą deszczu z odciętym światłem słonecznym. Mogłam polegać niemal tylko i wyłącznie na zmyśle słuchu. Węch rejestrował już tylko wilgoć, a wzrok... szkoda gadać. Otaczają mnie najwyżej zamazane cienie. Niemiła atmosfera pracy, ale co mogę poradzić? M u s z ę  tu stać.
Co chwila odruchowo otrzepywałam się. Z każdym, choćby delikatnym powiewem wiatru, czułam straszliwe zimno. Mokre futro nie przydaje się praktycznie na nic. Zaczęłam przeskakiwać na lewo i prawo, próbując rozgrzać się chociaż trochę. Ciekawe, jak poznam, że mogę już wrócić do jaskini, aka prywatnego, krytego basenu, skoro nawet nie widać słońca - zastanawiałam się zniecierpliwiona. Decyzja zapadła: w najbliższych dniach zmieniam stanowisko.
Kiedy podjęłam próbę ochrony przed deszczem za pomocą wiatru, coś nagle rozbiło pusty, nic nie znaczący szum ulewy. Stosunkowo niedaleko stąd, uderzenie niedużych łap o zarośla i długie susy pośród podtopionych roślin. Ktoś OBCY przedziera się przez nasz teren. Zastygłam i natychmiast zaczęłam określać orientacyjnie położenie nieznanego jeszcze osobnika. Jest! Niewątpliwie zmierza do Lasu. Odkryłam jeszcze, że nie jest za wielki i porusza się na dwóch nogach. Intruz, którego mogę wyjątkowo dorwać. Tym razem nie będzie zabawy w informowanie Alf, warunki zbyt sprzyjają ukrywaniu się i niezauważonym działaniom nieprzyjaciół.
Trzy, dwa, jeden, START - zaśmiałam się w myślach i wystartowałam z miejsca w stronę szelestu pary łap. Wreszcie coś się dzieje podczas warty.  Szkoda tylko, że w taką pogodę, ale jak widać nie można mieć wszystkiego.
Oderwałam się nieco od ziemi, szczęśliwa, że tym razem szalony wicher postanowił pomęczyć inne tereny. Zyskałam dzięki temu pewną przewagę; nie będę ślizgać się po błocie, wpadać na powalone drzewa, ani brnąć w brudnej wodzie. Teren na razie pozostaje w miarę otwarty, w sam raz do niskiego lotu.
Mogłam skupić prawie całą uwagę na ruchu intruza. Przyspieszył. Zrobiłam to samo, ale na tyle ostrożnie żeby nie zostać zbyt szybko zauważona.
W pewnym momencie miałam wrażenie, że już go widzę. Mrugałam oczami, próbując zgonić spływające po pysku krople. Drobna, zjeżona sylwetka na tle burego nieba, tylko tyle mogłam o nim powiedzieć. Za wszelką cenę próbował uniknąć kontaktu z większymi zbiornikami wodnymi. Kiedy zatrzymał się nad brzegiem zatopionej części pola, czy tam łąki, byłam pewna, że już go mam. Ten  jednak po sekundzie odbił się od ziemi i zaczął niezwykle sprawnie przeskakiwać z jednej oddalonej "wysepki" na drugą. Za zasłoną ulewy, moim oczom ukazał się niewyraźny zarys Zielonego Lasu. Nie, nie mogę pozwolić mu tam dotrzeć! 
Zaczęłam trochę niepokoić się faktem, że wciąż nie mogę dogonić tego stwora. Co gorsza, przez napięcie nie potrafiłam się skupić i złapać go po prostu wiatrem. A był moment, kiedy znalazł się dostatecznie blisko. Miałam wrażenie, że nie słyszę już deszczu, czy czegokolwiek innego, poza łomotaniem własnego serca. Stres sprawiał, że męczyłam się znacznie szybciej. Tymczasem Las znalazł się już zbyt blisko. Zacisnęłam zęby i nie patrząc na cokolwiek, użyłam całej dostępnej energii, żeby przyspieszyć i w końcu zacisnąć zęby na ogonie niezwykle zwinnego intruza.
Akurat wtedy trzasnął piorun. Bardzo blisko. Znów uderzył boleśnie w zmysł słuchu. Położyłam z cichym jękiem uszy i zanim odzyskałam orientację w terenie, zaryłam pyskiem o ziemię. To wyglądało na koniec pościgu za kimś, kto chyba nawet nie zauważył mojej obecności. Co mu się dziwić? Przecież od początku chciałam działać cicho. Chociaż tyle się udało.
Podniosłam pysk wypluwając błoto i kępy uschłej trawy. Obcy zniknął pośród drzew. Uderzyłam wściekła łapą w grunt. Nie miałam najmniejszej ochoty godzić się z porażką. To nie w moim stylu. Wstałam i ruszyłam w stronę lasu. W przyrodzie nic nie ginie, jest jeszcze szansa go znaleźć.
Jakaś jest. Zaczęłam truchtać na tyle, na ile pozwoliły mi siły. Ja nie przegrałam, nie przegrałam!
Ze zdziwieniem odkryłam, że korony drzew, niektóre wciąż przykryte kolorowymi liśćmi, są w stanie prawie całkiem zatrzymać deszcz. W tej części lasu, osłoniętej barwnym baldachimem, unosiła się niska mgła.
Cisza świdrowała mi w uszach. Kontrast z szumem prawdziwego wodospadu, był olbrzymi. Zastrzygłam uszami i zbliżyłam nos do ziemi. Jedynym śladem okazał się być delikatny zapach siarki, jednak zbyt szybko ginął w trawie. Dziwne...
Okolica uparcie zamilkła. Żadnego ruchu, żadnego nienaturalnego szmeru. Jakby nawet myszy stąd uciekły. Szłam dalej trasą, która wydała mi się tą właściwą. Znajdę go, znajdę - powtarzałam sobie.
Zatrzymałam się nad zalanym obniżeniem terenu. Tu parę pojedynczych kropel, raz po raz rozbijało nicość w powietrzu. Jeśli trop tu był, oto jego koniec. Rozejrzałam się jeszcze raz. Jak to ma działać?  Nie było jak uniknąć wody, jeśli nie potrafisz latać.
Obeszłam jeszcze kilka drzew w pobliżu, jednak to już nie zdało się na nic. Przysiadłam przy na wpół zatopionym, powalonym przez burzę pniaku. Poczucie, że już po wszystkim, uderzało co raz mocniej. Myślałam ze smutkiem, że w końcu będę musiała je przyjąć i wkrótce powiadomić o wszystkim  Alfy. Jedynie suchym słowem, bez żadnego jeńca.
Tak było, dopóki nie dostrzegłam światła wątłego płomyka, pośród gałęzi jednego z drzew. Przywarłam natychmiast do ziemi i chwilę obserwowałam zjawisko w milczeniu. Chyba nawet wstrzymałam oddech. Nie poruszyło się. Zaczęłam zbliżać się w jego stronę, prawie cała znikając w zaroślach. Momentami szurałam brzuchem po ziemi.
Im bliżej, tym większe czułam poddenerwowanie. Zatrzymałam się dopiero przy grubym pniu starego dębu. Na górze, nad płomieniem, siedział tamten intruz, teraz to nie ulegało wątpliwości. Nie powstrzymałam lekkiego, niebezpiecznego uśmiechu. W końcu. 
Miałam ochotę dokładnie przyjrzeć się przeciwnikowi, zanim uderzę, jednak gałęzie wszystko zasłaniały. Wygląda na to, że stad jeszcze się nie upewnię. Dobra, czas już żeby...
Nagle zawahałam się. Pojawiły się pytania. Czemu przestał biec? Już jest pewny, że znalazł dobrą kryjówkę? Poza otwartą przestrzenią? To po co mu takie światło?
Zauważyłam kątem oka jak opiera się o pień, szukając miejsca pod kolejnymi, nakrytymi liśćmi gałęziami.
On nie próbuje ukryć się przed wilkami... On ukrywa się przed deszczem!
Odgarnęłam mokrą grzywkę sprzed oczu. Nie chciałam dłużej znosić napięcia. Wszystko się zbyt komplikuje. Po prostu wypełnię wreszcie mój obowiązek! Wystrzeliłam w powietrze. Uniosłam się na wysokość badyla, na którym siedział dwunogi stwór. Byłam gotowa do walki, ale tylko przez jeden, bardzo krotki moment. Skupienie uleciało, kiedy dopiero z bliska rozpoznałam kim jest przemoczony intruz. Otworzyłam pyszczek, jednak zabrakło w nim słów, żeby wyrazić moje zaskoczenie. Kogo ja oszukuję? Powinnam raczej powiedzieć "szok".
Tak samo dopiero z bliska rozpoznałam blask Wichury Płomieni.

<CDN>

Uwagi: "Słońce" piszemy małą literą.

sobota, 2 grudnia 2017

Od Bony "Koniec tajemnic" cz. 1

wrzesień 2020
Krążyłam w okół terenu watahy, by sprawdzić czy jest tu jakieś jedzenie.
- Nic, zero, pustka! - krzyknęłam z zawodem w głosie.
Latałam przez dobre dwie godziny, lecz jak nic nie było, tak nie ma. Wylądowałam na szczycie Góry by odpocząć. Zauważyłam coś ciekawego.
Mianowicie jaskinię, ale nie smoczą. Co robić? Wchodzić czy nie? Wchodzę.
- Ale tu ciemno - syknęłam - Halo, czy ktoś tu jest?!
Po jaskini rozeszło się echo. Wzdrygnęłam się. Nagle poczułam ból. Upadłam. Potem była tylko ciemność...
*3 godziny później
Otworzyłam oczy. Moje ciało było sparaliżowane, ale to pewnie tymczasowo. Starałam się wstać, lecz za każdym razem upadałam.
Po dłuższym czasie wstałam. Zakręciło mi się w głowie.
- Bona? - usłyszałam głos za plecami.
- Kto mówi?! - krzyknęłam.
- To ja, Baltica - moja siostra stałą za mną, a ja jej nie poznałam. Podbiegłam do niej i ją przytuliłam.
Nie widziałam jej przez dwa lat. Zaczęłam płakać.
- Bona, musimy stąd uciekać. On tu jest! - krzyknęła jak najciszej umiała. Zaczęła wychodzić na zewnątrz, a ja za nią. Zleciałyśmy z Góry.
- Ale kto tu jest? Chodzi ci o tatę? - spytałam przerażona. Moja przyszywana mama mówiła, że to on zabił mojego lisiego tatę.
Strach sprawił, że moje mięśnie się spięły. Biegłam przed siebie, nie patrząc co i jak. Moja siostra mnie zatrzymała.
- Bona, musimy poszukać Felisiti! Ona wie wszystko o naszej rodzinie! - zaproponowała Baltica. Ruszyłyśmy naprzód. Biegłyśmy przez las.
Biegnąc walnęłam głową o gałąź, która była nisko osadzona. Syknęłam i pobiegłam dalej. Zaczęło się robić ciemno, więc zatrzymałyśmy się, aby przespać się na drzewie.
Wskoczyłam na gałąź i poszłam spać...
* rano
Przeciągnęłam się i nagle spadłam. W ogóle zapomniałam, że spałam na drzewie. Wstałam i otrzepałam się z mokrych liści. Obudziłam Baltice i poszłyśmy dalej szukać Feli.
Zauważyłam zająca, więc zaczęłam za nim biec.
- Ej,wracaj tu! - krzyczałam za nim. Po dłuższym czasie go złapałam. Zajadałyśmy się nim jak byśmy nie jadły od roku. No trochę było w tym prawdy, ale my nie jadłyśmy od dwóch dni.
* sześć godzin później
Szłyśmy przez sześć i było już ciemno.
- Serio, jest już tak ciemno, a dopiero popołudnie - narzekałam, lecz Baltica dała i znak by być cicho. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Zawróciła i poszła nad strumyk, a ja za nią.

<C.D.N.>

Uwagi: Nadal źle zapisujesz tytuł op. Całę mnóśtwo literówęk (tak, zapisałam to celowo, bo dokładnie takie błędy popełniasz). Góra to nazwa miejsca. "Zauważyłam" piszemy przez "ż". Źle zapisujesz Spacje przy wypowiedziach. "Stąd" piszemy razem i przez "s". "Naprzód" piszemy razem. "Szłyśmy przez sześć i było już ciemno." - sześć czego? Szyszek? Gruszek? Brakowało o informacji na końcu op., że to nie koniec serii.

Od Moone "Krok w dorosłość"


wrzesień 2020

W końcu nadszedł ten dzień. Wymarzony przez uczniów - koniec szkoły. Stałam się już na tyle starsza, że zakończyłam podstawową naukę i weszłam w dorosłość. Wiązało się to też z innymi obowiązkami. 
 Mój przyjaciel Winteren nie powrócił, coś się z nim stało? Może uciekł, albo go wyrzucili? Nie wiem, jednak brakowało mi go. Zawsze szedł przy mnie, śmialiśmy się razem.
 Myśląc tak o tym przypomniało mi się, że powinnam iść do Alfy załatwić sobie jakieś stanowisko, oczywiście i tak musiało coś odwrócić moją uwagę. Zauważyłam barwnego ptaka o jaskrawych kolorach. Wyglądał on nietypowo. Spostrzeżony odleciał, a ja polecałam za nim rozwijając swoje skrzydła, które urosły stając się większe i silniejsze. Czułam jednak w głębi serca że to niezbyt dobra decyzja lecieć za nim.
 Wyrzuciłam tę myśl z siebie i wzbiłam się w powietrze tworząc podmuch wiatru tworzący kołysanie się trawy. Leciałam tuż za nim, wydawał z siebie dziwne dźwięki w ogóle nie przypominające śpiew ptaków. Po jakimś czasie stworzenie gwałtownie obniżyło lot. Ciągnęło mnie coś, żeby za nim polecieć.
- Hello my dear... - odezwał się czyjś głos, a ja z niego nic nie zrozumiałam prócz hello, które brzmiało podobnie do hej.
 Wpadłam w liście drzew, które zamortyzowały mój upadek. Właśnie, upadek. Nagle coś zablokowało mi skrzydła i nie mogłam nimi poruszać co skutkowało zaprzestaniem lotu. Po chwili ponownie miałam w nich czucie. Zeskoczyłam na ziemię, było tam ciemno. Żaden promyk słońca nie przedostawał się przez liście.
- My lovley wolf. - rzekł ponownie czyjś głos.
  Kręciłam się w kółko mając nadzieję, że kogoś zobaczę. Minęła chwila, aż poczułam na sobie dotyk czegoś. Nie umiałam opisać jakie to było w dotyku, lecz mogę powiedzieć, że wyglądało to jak czarny bardzo gęsty dym, który powoli osuwał się po moich łapach. Przestraszyłam się i próbowałam uciec odlatując stamtąd, ale nie miałam wystarczających sił, bo ta "ciemność" zabierała mi energię.
 Chciało to coś już mnie całkowicie pochłonąć, ale udało mi się wyrwać z jego macek. Kosztowało mnie to dużo wysiłku, dlatego biegłam trochę wolniej w kierunku powykrzywianych drzew. Biegłam przed siebie, nie wiedziałam nawet gdzie, aż w końcu znalazłam światełko w tunelu. Zwiększyłam tempo i zatrzymałam się przy wyjściu z lasu.
 Stanęłam jak wryta. Znałam to miejsce. Widziałam je dwa razy w szczenięcych latach. Wpatrywałam się w wielki dół zakrwawiony krwią moich przodków, nawiedzony nienawiścią i rządzą władzy. Wiedziałam, że mógł to być on i że nie ucieknę przed nim nigdy, ale czym później to się stanie, będzie lepiej dla innych. Obejrzałam się za siebie i spostrzegłam już ciemność idącą po mnie. Zobaczyłam w niej oczy i usłyszałam głuchy śmiech. Pobiegłam przed siebie i poleciałam.
 Zatrzymałam się przy jaskiniach, gdzie mogłam spotkać przywódczynię. Początkowo musiałam ominąć parę innych jaskiń, żeby znaleźć tą właściwą.
- Witaj, Moone. - powiedział Dante widząc mnie przed ich jaskinią.
 Już dawno do nich nie zaglądałam, ciekawe jak tam Navri, pewnie już coś podrosła. 
- Witam, co tam słychać? - przywitałam się, po czym spojrzałam za siebie słysząc jakiś dźwięk. 
- Wszystko w porządku, a gdzie idziesz?
- A idę załatwić sobie jakieś stanowisko, w końcu jestem już w takim wieku że mogę jakiś wybrać.
- Z takim wykształceniem jakie chciałabyś mieć? - spytał z uśmiechem na pysku.
 Porozmawiałam jeszcze trochę po czym ruszyłam dalej. Do Alfy miałam już niedaleko, wystarczyło przejść obok trzech większych jaskiń, które i tak nie były większe od jaskiń przywódców.
 Będąc już przed jamą, napotkałam tam Shena. Wydoroślał, zapewne stał się też silniejszy, dlatego zadzieranie z nim było już mniej zabawne. 
- O, witaj, moja niedroga. - powiedział basior od razu kiedy mnie zauważył.
 Wzrostem nawet mi dorównywał, bo byłam dość wysokim wilkiem. Rozłożyłam skrzydła, żeby pokazać, że ja nie jestem gorsza od niego, jak to zawsze próbował mi okazać.
- Oooh... wilczkowi skrzydełka urosły? Haha, żałosna jesteś. - odpowiedział, mówiąc jak do szczeniaka.
 Nie dość, że drażnił mnie swoją obecnością, to dodatkowo jeszcze musiał coś komentować. 
- Może już wydoroślejesz? Przydałoby się, a teraz spadaj stąd. - odpowiedziałam stanowczo próbując udawać opanowaną. 
- Co się tu dzieje? - spytała Alfa, wychodząc z jaskini. - Dlaczego sobie nadal dogadujecie?
 Od tych słów zapanowała cisza. Nikt nie chciał się do niczego przyznać. W końcu ja spytałam się Suzanny czy mogę z nią coś załatwić na osobności. Zgodziła się po czym zaprosiła mnie do swojej jaskini. Była bardzo duża i obszerna, największa w tej watasze. Dziwię się tylko tego, że nie przygarnie do niej wilków z Watahy Czarnego Kruka. Nawet wilkom z naszej watahy brakuje jaskiń! 
- No więc w jakiej sprawie do mnie przyszłaś. - zapytała Alfa.
- Chciałabym załatwić sobie jakieś stanowisko, bo jak wiesz, ukończyłam szkołę.
- A jakie sobie wybrałaś? Przypominam, że możesz mieć dwa.
- Chciałabym pełnić funkcję patrolu nadziemnego oraz mordercy.
Suzanna spoglądnęła na mnie mówiąc, że z takim wykształceniem nie wie co zrobić. Jednak po chwili rozmyślania zgodziła się, bo brakowało trochę wilków w patrolu, dlatego podziękowałam i wyszłam zadowolona.
Nastała już noc, zrobiło się troszeczkę chłodniej. Położyłam się gdziekolwiek, żeby odpocząć po ciężkim dniu.

 Uwagi: Pilnuj formatowania - porządnie się zepsuło. "Znaleźć" piszemy przez "ć". Nie "miejąc" tylko "mając". Nie "te miejsce", tylko "to miejsce". Powtórzenia! Popełniasz sporo błędów składniowych, a także... logicznych. Ale o co chodzi pisałam już na Skype, więc nie będę się powtarzać.

sobota, 25 listopada 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 5 (cd. Moone)

Wrzesień 2020 r.
Znowu leje - pomyślałem, patrząc spod zmrużonych powiek na senną, deszczową krainę u stóp Góry. Nie podobało mi się to. Trawa nie była widoczna pod warstwą mętnej wody i zanosiło się na to, że niebawem zaleje i drzewa. Istna powódź. Usiłowałem coś na to zaradzić, jednak bezskutecznie, co spotęgowało moje przeczucie, że coś jest nie tak, a wpływu na to mogą nie mieć naturalne siły, lecz czyjaś magia. Dojście do źródła tejże mocy było jednak niemożliwe. Powinno wskazywać oczywisty kierunek, jednak tak się nie stało... Zdawało się być słabsze od samej pogody, co było tym dziwniejsze. Zmarszczyłem brwi, wpatrując się w bure chmury.
Może moje przeczucia nie były słuszne? W końcu nigdy wcześniej nie próbowałem rozganiać deszczu. Niedawno nastąpił ten pierwszy raz - zakończony niepowodzeniem, rzecz jasna - gdyż sytuacja wyglądała naprawdę tragicznie. Z największym żalem patrzyło się na zaduszone pod wodą martwe ciała gryzoni, które stanowiłyby pyszną przekąskę. Wymoczone od kilku godzin lub dni nie mogły stanowić smacznego posiłku.
Nagle przez niebo przetoczył się grom. Futro aż zjeżyło mi się na karku. Za kilka sekund huknęło. Podczas powodzi dotychczas mieliśmy do czynienia z wyłącznie ulewą, a nie burzą. Nie wróżyło to niczego dobrego. Pospiesznie popędziłem ku jaskini Alf, nie przejmując się deszczem. Krople w tej chwili nie były na szczęście tak duże jak w poprzednie dni, jednak szybko mogło się to zmienić. Łapy ślizgały mi się na rozmoczonej górskiej ścieżce prowadzącej do jamy, wielokrotnie niemal nie upadłem. Wbijałem pazury w ziemię przy każdym kroku, jednak niewiele to dawało. Istne bagno.
- Alfo! - krzyknąłem w głąb przestrzennej, jednocześnie dość mrocznej jaskini.
- Tak? - głos Hitama odbił się echem od ścian. Już za chwilę jego pysk wyłonił się z półmroku. Nowy Alfa był znacznie ode mnie młodszy, nawet od Suzanny. Nie potrafiłem zrozumieć tego wyboru, bo w końcu był tylko niedoświadczonym młodzikiem, ale nigdy głośno nie polemizowałem. Chciałem uniknąć zbędnych kłopotów.
- Zbliża się burza - oświadczyłem. To mu wystarczyło. Nieznacznie skrzywił pysk, po czym skinął głową.
- Jak daleko jest od nas?
- Kilka kilometrów, ale sądząc po wietrze przybędzie prędko.
Hitam nie udzieliwszy odpowiedzi powoli wyszedł na skraj jaskini i spod zmrużonych powiek wpatrywał się w chmury. Po raz kolejny grzmotnęło. Moje przypuszczenia się sprawdzały - burza była coraz bliżej. Zbliżyłem się do basiora, czekając na werdykt.
- Wezwij wszystkie wilki o żywiole powietrza, wody i elektryczności.
Skinąłem głową i wyszedłem z jaskini, uprzednio tworząc sobie nad głową ochronę nad opadami. Wyglądało na to, że po raz kolejny spróbujemy magicznie odgonić niesprzyjającą pogodę. W myślach powtarzałem imiona wilków, które posiadają któryś z wymienionych przez przywódcę żywiołów: Lind, Leah, Bona... I to chyba byłoby na tyle. Z jego słów wynikało również, że powinienem udać się do byłej Watahy Asai. Zadrżałem na samą myśl.
- Cześć, Dan - z zamyślenia wyrwał mnie dziwnie znajomy głos. Zatrzymałem się i zerknąłem na lewo. O ścianę wejściową do swojej jaskini opierała się wyjątkowo drobna wadera o dużych, intensywnie różowych oczach które w dodatku odbijały światło wydobywające się z wzorów pokrywających jej futro. Zdawały się być przez to jeszcze większe.
- Cześć, Moone - odparłem. Uśmiechnęła się, widząc, że ją poznaję.
- Nie przeszkadzam? W czymś pomóc?
- Jakbyś mogła - rzekłem szybko - Musisz sprowadzić wilki z żywiołem powietrza, wody i elektryczności. Jak najszybciej.
- Z Watahy Magicznych Wilków czy...? - tu urwała, patrząc na mnie pytająco.
- Możesz do tych z naszej - stwierdziłem, rozumiejąc, że ta dopiero weszła w wiek dorosły i mogło się jeszcze wiele wydarzyć, w razie jakby zagubiła się w okolicach nie do końca oswojonych jeszcze członków byłej Watahy Asai.
- Dobra, to już idę - oświadczyła i popędziła ku jaskini jednej z wader, którą musiałem sprowadzić. Przed nasilającym się deszczem chroniła się za pomocą skrzydeł. Po chwili otrząsnąłem się z zadumy i sam zacząłem biec w stronę zachodniej części Góry, gdzie mieściły się jaskinie wilków, których kolor futra zwykle był czarnym. Miałem znacznie dłuższą drogę. Jako, że łapy wciąż niemiłosiernie ślizgały mi się na błocie, nieco wspomogłem się żywiołem ziemi. To on również pozwolił przejść mi nad zatopionym terenem bez moczenia łap.
- Wilki! Potrzeba mi wszystkich władających nad powietrzem, elektrycznością i wodą! - krzyczałem, biegnąc nieopodal jaskiń, po moście wytworzonym z ziemi, który prawdopodobnie rozmoknie i opadnie do wody za zaledwie kilkadziesiąt minut.
Kilka pysków wychyliło się z niewielkiej wielkości jam, a gdy robiłem rundę z powrotem, część z nich już była gotowa do drogi. Ruszyła ścieżką w ślad za mną, jednak nie po tej samej, po której ja się poruszałem, a skalnej, po której chodziły na co dzień. Była ona równoległa do mojej. W końcu nasze drogi się połączyły - biegłem na czele dość okazałej grupki wilków z byłej Watahy Asai. Czułem się jak jakiś dowódca stada... Dobrze byłoby mieć swoją watahę - stwierdziłem nagle, lecz szybko wyzbyłem się tej myśli. Nie byłbym dobrym liderem. Brakło mi wielu cech, by godnie pełnić tę funkcję.
Doprowadziłem ich do Alfy. Czekał wraz z Suzanną, która jednak siedziała nieco głębiej w jaskini, wpatrując się w zamyśleniu w deszcz. Podniosła wzrok na nas dopiero, gdy byłem raptem dwa metry od niej.
- Musimy odgonić tę burzę - oświadczył stanowczo, lecz nie za głośno Hitam. Mimo to był doskonale słyszalny. Zauważyłem, że wadery sprowadzone przez Moone już czekały. Ona sama w zaciekawieniu wpatrywała się w każdego z przybyszów. Najwyraźniej nic nie broniło temu, by członkowie stada obserwowali akcję. Siedziała skryta za jednym z kamiennych filarów w jaskini Alf.
- A co jeśli się nie uda? - zapytała jedna z wader. Miała aksamitnie gładki głos, jednak nie udało mi się wypatrzeć w tłumie jej pyska. Hitam jednak nie odpowiedział. Jego wzrok uważnie badał rejon, gdzie między chmurami pojawiały się przebłyski.
- Powinniśmy uderzyć tam - oświadczył w końcu, wskazując za pomocą brody najbliższy rejon, gdzie właśnie błysnęło - Wszyscy na pozycje.
Musieliśmy improwizować. Pospiesznie wymieniliśmy się informacjami, kto nad jakim żywiołem panuje, a następnie przybraliśmy prowizoryczne ułożenie. Jeden z wilków na szczęście czytał książki na temat kręgów mocy, gdzie opisane były również najsilniejsze ułożenia w przypadku łączenia magii kilku osób. Ostatecznie byliśmy gotowi za niemal chwilkę. Zorganizowanie wilków z Watahy Asai mnie nieźle zaskoczyło.
- Na sygnał wycelujecie w tamto miejsce - oświadczył Alfa, unosząc łapę we wcześniej już wskazanym przez siebie kierunku. Następnie (nie wliczając w to deszczu i wiatru który zaczął robić się niepokojąco silny) zapanowała cisza. Hitam wpatrywał się w obrany przez siebie punkt, a następnie wykonał zamaszysty gest. Wszyscy natychmiast użyli całej swojej mocy, skupiając się w tamtym miejscu. Musiałem aż przymrużyć powieki z nawału wichury, kłujących wręcz kropelek wody, które wydobyły się z zabójczo prędkiego strumienia oraz oślepiających błyskawic. Tych jednak było najmniej. Wiatr wytworzony za pomocą wilków nieco mnie odsunął ku skrajowi Góry, jednak nie mogłem się przysunąć. Z nadmiaru używanej magii zdrętwiały mi wszystkie kończyny. Nie widziałem, czy sytuacja się poprawia, czy nie. Zamiast tego spróbowałem wykorzystać jeszcze więcej mocy, co sprawiło, że zaczęło mnie boleć nawet w kościach. W dodatku wytworzony przez nas krąg musiał wyciągać ze mnie jej jeszcze więcej, niż sądziłem, że potrafię.
Niespodziewanie poczułem, jak opuszczają mnie siły. Strumień mocy zaczął słabnąć, pozostałe magiczne wilki również zdawały się mdleć ze zmęczenia. Gdy już niemal zgasł, poczułem, jak jedna z łap mi się osuwa. Szybko ją cofnąłem. Inna wadera, znacznie ode mnie młodsza, nie miała jednak tyle szczęścia. Całkowicie utraciła przytomność i ześlizgnęła się. Nie zdążyłem jednak złapać ją za łapę. Zamiast tego śmignęła obok mnie ciemna smuga, która bez zastanowienia rzuciła się w stronę urwiska. Plątanina czarnych piór, futra i... lśniących na różowo włosów.

<Moone?>

Uwagi: Wataha Asai nosi nazwę Watahy Czarnego Kruka. Pisz częściej opowiadania!