Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 2 grudnia 2017

Od Bony "Koniec tajemnic" cz. 1

wrzesień 2020
Krążyłam w okół terenu watahy, by sprawdzić czy jest tu jakieś jedzenie.
- Nic, zero, pustka! - krzyknęłam z zawodem w głosie.
Latałam przez dobre dwie godziny, lecz jak nic nie było, tak nie ma. Wylądowałam na szczycie Góry by odpocząć. Zauważyłam coś ciekawego.
Mianowicie jaskinię, ale nie smoczą. Co robić? Wchodzić czy nie? Wchodzę.
- Ale tu ciemno - syknęłam - Halo, czy ktoś tu jest?!
Po jaskini rozeszło się echo. Wzdrygnęłam się. Nagle poczułam ból. Upadłam. Potem była tylko ciemność...
*3 godziny później
Otworzyłam oczy. Moje ciało było sparaliżowane, ale to pewnie tymczasowo. Starałam się wstać, lecz za każdym razem upadałam.
Po dłuższym czasie wstałam. Zakręciło mi się w głowie.
- Bona? - usłyszałam głos za plecami.
- Kto mówi?! - krzyknęłam.
- To ja, Baltica - moja siostra stałą za mną, a ja jej nie poznałam. Podbiegłam do niej i ją przytuliłam.
Nie widziałam jej przez dwa lat. Zaczęłam płakać.
- Bona, musimy stąd uciekać. On tu jest! - krzyknęła jak najciszej umiała. Zaczęła wychodzić na zewnątrz, a ja za nią. Zleciałyśmy z Góry.
- Ale kto tu jest? Chodzi ci o tatę? - spytałam przerażona. Moja przyszywana mama mówiła, że to on zabił mojego lisiego tatę.
Strach sprawił, że moje mięśnie się spięły. Biegłam przed siebie, nie patrząc co i jak. Moja siostra mnie zatrzymała.
- Bona, musimy poszukać Felisiti! Ona wie wszystko o naszej rodzinie! - zaproponowała Baltica. Ruszyłyśmy naprzód. Biegłyśmy przez las.
Biegnąc walnęłam głową o gałąź, która była nisko osadzona. Syknęłam i pobiegłam dalej. Zaczęło się robić ciemno, więc zatrzymałyśmy się, aby przespać się na drzewie.
Wskoczyłam na gałąź i poszłam spać...
* rano
Przeciągnęłam się i nagle spadłam. W ogóle zapomniałam, że spałam na drzewie. Wstałam i otrzepałam się z mokrych liści. Obudziłam Baltice i poszłyśmy dalej szukać Feli.
Zauważyłam zająca, więc zaczęłam za nim biec.
- Ej,wracaj tu! - krzyczałam za nim. Po dłuższym czasie go złapałam. Zajadałyśmy się nim jak byśmy nie jadły od roku. No trochę było w tym prawdy, ale my nie jadłyśmy od dwóch dni.
* sześć godzin później
Szłyśmy przez sześć i było już ciemno.
- Serio, jest już tak ciemno, a dopiero popołudnie - narzekałam, lecz Baltica dała i znak by być cicho. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Zawróciła i poszła nad strumyk, a ja za nią.

<C.D.N.>

Uwagi: Nadal źle zapisujesz tytuł op. Całę mnóśtwo literówęk (tak, zapisałam to celowo, bo dokładnie takie błędy popełniasz). Góra to nazwa miejsca. "Zauważyłam" piszemy przez "ż". Źle zapisujesz Spacje przy wypowiedziach. "Stąd" piszemy razem i przez "s". "Naprzód" piszemy razem. "Szłyśmy przez sześć i było już ciemno." - sześć czego? Szyszek? Gruszek? Brakowało o informacji na końcu op., że to nie koniec serii.

Od Moone "Krok w dorosłość"


wrzesień 2020

W końcu nadszedł ten dzień. Wymarzony przez uczniów - koniec szkoły. Stałam się już na tyle starsza, że zakończyłam podstawową naukę i weszłam w dorosłość. Wiązało się to też z innymi obowiązkami. 
 Mój przyjaciel Winteren nie powrócił, coś się z nim stało? Może uciekł, albo go wyrzucili? Nie wiem, jednak brakowało mi go. Zawsze szedł przy mnie, śmialiśmy się razem.
 Myśląc tak o tym przypomniało mi się, że powinnam iść do Alfy załatwić sobie jakieś stanowisko, oczywiście i tak musiało coś odwrócić moją uwagę. Zauważyłam barwnego ptaka o jaskrawych kolorach. Wyglądał on nietypowo. Spostrzeżony odleciał, a ja polecałam za nim rozwijając swoje skrzydła, które urosły stając się większe i silniejsze. Czułam jednak w głębi serca że to niezbyt dobra decyzja lecieć za nim.
 Wyrzuciłam tę myśl z siebie i wzbiłam się w powietrze tworząc podmuch wiatru tworzący kołysanie się trawy. Leciałam tuż za nim, wydawał z siebie dziwne dźwięki w ogóle nie przypominające śpiew ptaków. Po jakimś czasie stworzenie gwałtownie obniżyło lot. Ciągnęło mnie coś, żeby za nim polecieć.
- Hello my dear... - odezwał się czyjś głos, a ja z niego nic nie zrozumiałam prócz hello, które brzmiało podobnie do hej.
 Wpadłam w liście drzew, które zamortyzowały mój upadek. Właśnie, upadek. Nagle coś zablokowało mi skrzydła i nie mogłam nimi poruszać co skutkowało zaprzestaniem lotu. Po chwili ponownie miałam w nich czucie. Zeskoczyłam na ziemię, było tam ciemno. Żaden promyk słońca nie przedostawał się przez liście.
- My lovley wolf. - rzekł ponownie czyjś głos.
  Kręciłam się w kółko mając nadzieję, że kogoś zobaczę. Minęła chwila, aż poczułam na sobie dotyk czegoś. Nie umiałam opisać jakie to było w dotyku, lecz mogę powiedzieć, że wyglądało to jak czarny bardzo gęsty dym, który powoli osuwał się po moich łapach. Przestraszyłam się i próbowałam uciec odlatując stamtąd, ale nie miałam wystarczających sił, bo ta "ciemność" zabierała mi energię.
 Chciało to coś już mnie całkowicie pochłonąć, ale udało mi się wyrwać z jego macek. Kosztowało mnie to dużo wysiłku, dlatego biegłam trochę wolniej w kierunku powykrzywianych drzew. Biegłam przed siebie, nie wiedziałam nawet gdzie, aż w końcu znalazłam światełko w tunelu. Zwiększyłam tempo i zatrzymałam się przy wyjściu z lasu.
 Stanęłam jak wryta. Znałam to miejsce. Widziałam je dwa razy w szczenięcych latach. Wpatrywałam się w wielki dół zakrwawiony krwią moich przodków, nawiedzony nienawiścią i rządzą władzy. Wiedziałam, że mógł to być on i że nie ucieknę przed nim nigdy, ale czym później to się stanie, będzie lepiej dla innych. Obejrzałam się za siebie i spostrzegłam już ciemność idącą po mnie. Zobaczyłam w niej oczy i usłyszałam głuchy śmiech. Pobiegłam przed siebie i poleciałam.
 Zatrzymałam się przy jaskiniach, gdzie mogłam spotkać przywódczynię. Początkowo musiałam ominąć parę innych jaskiń, żeby znaleźć tą właściwą.
- Witaj, Moone. - powiedział Dante widząc mnie przed ich jaskinią.
 Już dawno do nich nie zaglądałam, ciekawe jak tam Navri, pewnie już coś podrosła. 
- Witam, co tam słychać? - przywitałam się, po czym spojrzałam za siebie słysząc jakiś dźwięk. 
- Wszystko w porządku, a gdzie idziesz?
- A idę załatwić sobie jakieś stanowisko, w końcu jestem już w takim wieku że mogę jakiś wybrać.
- Z takim wykształceniem jakie chciałabyś mieć? - spytał z uśmiechem na pysku.
 Porozmawiałam jeszcze trochę po czym ruszyłam dalej. Do Alfy miałam już niedaleko, wystarczyło przejść obok trzech większych jaskiń, które i tak nie były większe od jaskiń przywódców.
 Będąc już przed jamą, napotkałam tam Shena. Wydoroślał, zapewne stał się też silniejszy, dlatego zadzieranie z nim było już mniej zabawne. 
- O, witaj, moja niedroga. - powiedział basior od razu kiedy mnie zauważył.
 Wzrostem nawet mi dorównywał, bo byłam dość wysokim wilkiem. Rozłożyłam skrzydła, żeby pokazać, że ja nie jestem gorsza od niego, jak to zawsze próbował mi okazać.
- Oooh... wilczkowi skrzydełka urosły? Haha, żałosna jesteś. - odpowiedział, mówiąc jak do szczeniaka.
 Nie dość, że drażnił mnie swoją obecnością, to dodatkowo jeszcze musiał coś komentować. 
- Może już wydoroślejesz? Przydałoby się, a teraz spadaj stąd. - odpowiedziałam stanowczo próbując udawać opanowaną. 
- Co się tu dzieje? - spytała Alfa, wychodząc z jaskini. - Dlaczego sobie nadal dogadujecie?
 Od tych słów zapanowała cisza. Nikt nie chciał się do niczego przyznać. W końcu ja spytałam się Suzanny czy mogę z nią coś załatwić na osobności. Zgodziła się po czym zaprosiła mnie do swojej jaskini. Była bardzo duża i obszerna, największa w tej watasze. Dziwię się tylko tego, że nie przygarnie do niej wilków z Watahy Czarnego Kruka. Nawet wilkom z naszej watahy brakuje jaskiń! 
- No więc w jakiej sprawie do mnie przyszłaś. - zapytała Alfa.
- Chciałabym załatwić sobie jakieś stanowisko, bo jak wiesz, ukończyłam szkołę.
- A jakie sobie wybrałaś? Przypominam, że możesz mieć dwa.
- Chciałabym pełnić funkcję patrolu nadziemnego oraz mordercy.
Suzanna spoglądnęła na mnie mówiąc, że z takim wykształceniem nie wie co zrobić. Jednak po chwili rozmyślania zgodziła się, bo brakowało trochę wilków w patrolu, dlatego podziękowałam i wyszłam zadowolona.
Nastała już noc, zrobiło się troszeczkę chłodniej. Położyłam się gdziekolwiek, żeby odpocząć po ciężkim dniu.

 Uwagi: Pilnuj formatowania - porządnie się zepsuło. "Znaleźć" piszemy przez "ć". Nie "miejąc" tylko "mając". Nie "te miejsce", tylko "to miejsce". Powtórzenia! Popełniasz sporo błędów składniowych, a także... logicznych. Ale o co chodzi pisałam już na Skype, więc nie będę się powtarzać.

sobota, 25 listopada 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 5 (cd. Moone)

Wrzesień 2020 r.
Znowu leje - pomyślałem, patrząc spod zmrużonych powiek na senną, deszczową krainę u stóp Góry. Nie podobało mi się to. Trawa nie była widoczna pod warstwą mętnej wody i zanosiło się na to, że niebawem zaleje i drzewa. Istna powódź. Usiłowałem coś na to zaradzić, jednak bezskutecznie, co spotęgowało moje przeczucie, że coś jest nie tak, a wpływu na to mogą nie mieć naturalne siły, lecz czyjaś magia. Dojście do źródła tejże mocy było jednak niemożliwe. Powinno wskazywać oczywisty kierunek, jednak tak się nie stało... Zdawało się być słabsze od samej pogody, co było tym dziwniejsze. Zmarszczyłem brwi, wpatrując się w bure chmury.
Może moje przeczucia nie były słuszne? W końcu nigdy wcześniej nie próbowałem rozganiać deszczu. Niedawno nastąpił ten pierwszy raz - zakończony niepowodzeniem, rzecz jasna - gdyż sytuacja wyglądała naprawdę tragicznie. Z największym żalem patrzyło się na zaduszone pod wodą martwe ciała gryzoni, które stanowiłyby pyszną przekąskę. Wymoczone od kilku godzin lub dni nie mogły stanowić smacznego posiłku.
Nagle przez niebo przetoczył się grom. Futro aż zjeżyło mi się na karku. Za kilka sekund huknęło. Podczas powodzi dotychczas mieliśmy do czynienia z wyłącznie ulewą, a nie burzą. Nie wróżyło to niczego dobrego. Pospiesznie popędziłem ku jaskini Alf, nie przejmując się deszczem. Krople w tej chwili nie były na szczęście tak duże jak w poprzednie dni, jednak szybko mogło się to zmienić. Łapy ślizgały mi się na rozmoczonej górskiej ścieżce prowadzącej do jamy, wielokrotnie niemal nie upadłem. Wbijałem pazury w ziemię przy każdym kroku, jednak niewiele to dawało. Istne bagno.
- Alfo! - krzyknąłem w głąb przestrzennej, jednocześnie dość mrocznej jaskini.
- Tak? - głos Hitama odbił się echem od ścian. Już za chwilę jego pysk wyłonił się z półmroku. Nowy Alfa był znacznie ode mnie młodszy, nawet od Suzanny. Nie potrafiłem zrozumieć tego wyboru, bo w końcu był tylko niedoświadczonym młodzikiem, ale nigdy głośno nie polemizowałem. Chciałem uniknąć zbędnych kłopotów.
- Zbliża się burza - oświadczyłem. To mu wystarczyło. Nieznacznie skrzywił pysk, po czym skinął głową.
- Jak daleko jest od nas?
- Kilka kilometrów, ale sądząc po wietrze przybędzie prędko.
Hitam nie udzieliwszy odpowiedzi powoli wyszedł na skraj jaskini i spod zmrużonych powiek wpatrywał się w chmury. Po raz kolejny grzmotnęło. Moje przypuszczenia się sprawdzały - burza była coraz bliżej. Zbliżyłem się do basiora, czekając na werdykt.
- Wezwij wszystkie wilki o żywiole powietrza, wody i elektryczności.
Skinąłem głową i wyszedłem z jaskini, uprzednio tworząc sobie nad głową ochronę nad opadami. Wyglądało na to, że po raz kolejny spróbujemy magicznie odgonić niesprzyjającą pogodę. W myślach powtarzałem imiona wilków, które posiadają któryś z wymienionych przez przywódcę żywiołów: Lind, Leah, Bona... I to chyba byłoby na tyle. Z jego słów wynikało również, że powinienem udać się do byłej Watahy Asai. Zadrżałem na samą myśl.
- Cześć, Dan - z zamyślenia wyrwał mnie dziwnie znajomy głos. Zatrzymałem się i zerknąłem na lewo. O ścianę wejściową do swojej jaskini opierała się wyjątkowo drobna wadera o dużych, intensywnie różowych oczach które w dodatku odbijały światło wydobywające się z wzorów pokrywających jej futro. Zdawały się być przez to jeszcze większe.
- Cześć, Moone - odparłem. Uśmiechnęła się, widząc, że ją poznaję.
- Nie przeszkadzam? W czymś pomóc?
- Jakbyś mogła - rzekłem szybko - Musisz sprowadzić wilki z żywiołem powietrza, wody i elektryczności. Jak najszybciej.
- Z Watahy Magicznych Wilków czy...? - tu urwała, patrząc na mnie pytająco.
- Możesz do tych z naszej - stwierdziłem, rozumiejąc, że ta dopiero weszła w wiek dorosły i mogło się jeszcze wiele wydarzyć, w razie jakby zagubiła się w okolicach nie do końca oswojonych jeszcze członków byłej Watahy Asai.
- Dobra, to już idę - oświadczyła i popędziła ku jaskini jednej z wader, którą musiałem sprowadzić. Przed nasilającym się deszczem chroniła się za pomocą skrzydeł. Po chwili otrząsnąłem się z zadumy i sam zacząłem biec w stronę zachodniej części Góry, gdzie mieściły się jaskinie wilków, których kolor futra zwykle był czarnym. Miałem znacznie dłuższą drogę. Jako, że łapy wciąż niemiłosiernie ślizgały mi się na błocie, nieco wspomogłem się żywiołem ziemi. To on również pozwolił przejść mi nad zatopionym terenem bez moczenia łap.
- Wilki! Potrzeba mi wszystkich władających nad powietrzem, elektrycznością i wodą! - krzyczałem, biegnąc nieopodal jaskiń, po moście wytworzonym z ziemi, który prawdopodobnie rozmoknie i opadnie do wody za zaledwie kilkadziesiąt minut.
Kilka pysków wychyliło się z niewielkiej wielkości jam, a gdy robiłem rundę z powrotem, część z nich już była gotowa do drogi. Ruszyła ścieżką w ślad za mną, jednak nie po tej samej, po której ja się poruszałem, a skalnej, po której chodziły na co dzień. Była ona równoległa do mojej. W końcu nasze drogi się połączyły - biegłem na czele dość okazałej grupki wilków z byłej Watahy Asai. Czułem się jak jakiś dowódca stada... Dobrze byłoby mieć swoją watahę - stwierdziłem nagle, lecz szybko wyzbyłem się tej myśli. Nie byłbym dobrym liderem. Brakło mi wielu cech, by godnie pełnić tę funkcję.
Doprowadziłem ich do Alfy. Czekał wraz z Suzanną, która jednak siedziała nieco głębiej w jaskini, wpatrując się w zamyśleniu w deszcz. Podniosła wzrok na nas dopiero, gdy byłem raptem dwa metry od niej.
- Musimy odgonić tę burzę - oświadczył stanowczo, lecz nie za głośno Hitam. Mimo to był doskonale słyszalny. Zauważyłem, że wadery sprowadzone przez Moone już czekały. Ona sama w zaciekawieniu wpatrywała się w każdego z przybyszów. Najwyraźniej nic nie broniło temu, by członkowie stada obserwowali akcję. Siedziała skryta za jednym z kamiennych filarów w jaskini Alf.
- A co jeśli się nie uda? - zapytała jedna z wader. Miała aksamitnie gładki głos, jednak nie udało mi się wypatrzeć w tłumie jej pyska. Hitam jednak nie odpowiedział. Jego wzrok uważnie badał rejon, gdzie między chmurami pojawiały się przebłyski.
- Powinniśmy uderzyć tam - oświadczył w końcu, wskazując za pomocą brody najbliższy rejon, gdzie właśnie błysnęło - Wszyscy na pozycje.
Musieliśmy improwizować. Pospiesznie wymieniliśmy się informacjami, kto nad jakim żywiołem panuje, a następnie przybraliśmy prowizoryczne ułożenie. Jeden z wilków na szczęście czytał książki na temat kręgów mocy, gdzie opisane były również najsilniejsze ułożenia w przypadku łączenia magii kilku osób. Ostatecznie byliśmy gotowi za niemal chwilkę. Zorganizowanie wilków z Watahy Asai mnie nieźle zaskoczyło.
- Na sygnał wycelujecie w tamto miejsce - oświadczył Alfa, unosząc łapę we wcześniej już wskazanym przez siebie kierunku. Następnie (nie wliczając w to deszczu i wiatru który zaczął robić się niepokojąco silny) zapanowała cisza. Hitam wpatrywał się w obrany przez siebie punkt, a następnie wykonał zamaszysty gest. Wszyscy natychmiast użyli całej swojej mocy, skupiając się w tamtym miejscu. Musiałem aż przymrużyć powieki z nawału wichury, kłujących wręcz kropelek wody, które wydobyły się z zabójczo prędkiego strumienia oraz oślepiających błyskawic. Tych jednak było najmniej. Wiatr wytworzony za pomocą wilków nieco mnie odsunął ku skrajowi Góry, jednak nie mogłem się przysunąć. Z nadmiaru używanej magii zdrętwiały mi wszystkie kończyny. Nie widziałem, czy sytuacja się poprawia, czy nie. Zamiast tego spróbowałem wykorzystać jeszcze więcej mocy, co sprawiło, że zaczęło mnie boleć nawet w kościach. W dodatku wytworzony przez nas krąg musiał wyciągać ze mnie jej jeszcze więcej, niż sądziłem, że potrafię.
Niespodziewanie poczułem, jak opuszczają mnie siły. Strumień mocy zaczął słabnąć, pozostałe magiczne wilki również zdawały się mdleć ze zmęczenia. Gdy już niemal zgasł, poczułem, jak jedna z łap mi się osuwa. Szybko ją cofnąłem. Inna wadera, znacznie ode mnie młodsza, nie miała jednak tyle szczęścia. Całkowicie utraciła przytomność i ześlizgnęła się. Nie zdążyłem jednak złapać ją za łapę. Zamiast tego śmignęła obok mnie ciemna smuga, która bez zastanowienia rzuciła się w stronę urwiska. Plątanina czarnych piór, futra i... lśniących na różowo włosów.

<Moone?>

Uwagi: Wataha Asai nosi nazwę Watahy Czarnego Kruka. Pisz częściej opowiadania!

piątek, 24 listopada 2017

Od Lind "Spełni się" cz. 1


Wrzesień 2020
Alfabetyczne ułożenie książek podobno pomaga odnaleźć te właściwe. Może jednak warto było się go nauczyć? 
Przechodziłam obok kolejnych regałów z wykrzywioną głową. Przejeżdżałam znużonym już wzrokiem po grzbietach opisanych tytułami rozpoczynającymi się na literę "K". Wszystko co mogłoby być  użyteczne, przeplatało się niestety z myląco brzmiącymi nazwami ludzkiej literatury. Dwa magiczne koty śledziły z zainteresowaniem moje ruchy dookoła półek. Nie zamierzałam się poddać, jak już tyle czasu tu spędziłam. 
Nagle zatrzymałam się. Czy mi się zdawało, czy widziałam właśnie... Cofnęłam się kilka kroków. A niech mnie!
Ściągnęłam pośpiesznie grubą książkę z regału. Tomisko wyślizgnęło mi się z pyska i uderzyło z hukiem o drewnianą podłogę. Koty poderwały się z miejsca, a ja pochyliłam się nad wydaniem i jeszcze raz przyjrzałam z zachwytem tytułowi. Miałam przez chwilę wrażenie, że oczy płatają mi figla. Nie, nie ma mowy o pomyłce.
"Kronika Jesieni Tysiąclecia"
Bez namysłu wrzuciłam wydanie do torby i ruszyłam w stronę wyjścia z Biblioteki. Zrezygnowałam z poszukiwania tego, po co tu pierwotnie przyszłam. Co odwlecze to nie uciecze, czy jakoś tak. Wyszłam na zewnątrz, na szary i poszarpany nawałnicami świat. 
Miałam teraz do wyboru podróż górą, pośród szalejącego wiatru i deszczu, lub dołem, kawałek nad poziomem wody, która przykryła niemalże wszystkie niżej położone tereny. Wybrałam od razu opcję pierwszą. Udało mi się jakoś pokonać odległość dzielącą mnie od jaskini, jednak czułam się cały czas jak listek rzucany na prawo i lewo przez nieokiełznany żywioł. 
Właśnie. Mój żywioł. Byłam zaskoczona jak mało nad nim czasem panuję. Chyba czas się wziąć za jakieś ćwiczenia. 
Uważając na książkę, wylądowałam w brudnej, odpychająco wyglądającej wodzie i wpłynęłam do swojego lokum. U mnie sięgała mniej więcej do łokci. Nie powiem, że mi się to podobało, jednak przestałam narzekać, kiedy usłyszałam coś o całkowicie zalanych norach, niezdatnych obecnie do mieszkania. Nie wiedziałam, czy to tylko plotka, czy fakt, jednak dał mi dość do myślenia - mogło być znacznie gorzej. 
Wskoczyłam na posłanie, umiejscowione trochę wyżej na potrzeby uchronienia od zimnej cieczy. Otrzepałam się i wycisnęłam wodę z włosów po czym położyłam się na bok i otworzyłam książkę. Z nostalgią wróciłam do historii, której nie miałam możliwości poznać w dzieciństwie do końca. Zabroniły mi wtedy wyrwane i poszarpane strony ostatnich rozdziałów. Zapomniałam o świecie, zapomniałam o nawałnicach na zewnątrz. Wrócili starzy znajomi ze stronic. 
Wszystko, co planowałam rano, rzuciłam na dalszy plan. 
***
"Zobaczył korony drzew, wykonane wreszcie z prawdziwego złota..."
- Uch, kto tu postawił ten sufit? - usłyszałam nagle. 
Podskoczyłam i ześlizgnęłam się niechcący z posłania. Moje przednie łapy wylądowały w wodzie. Przeszły mnie dreszcze, przecież dopiero co się wysuszyłam. Zwróciłam oczy w stronę wejścia. Stał tam Dante, pochylając głowę z powodu nisko zawieszonego sklepienia. Aha, znów nie zauważyłam gościa przez lekturę. Zaskoczył mnie. Zeszłam cała na zatopioną podłogę i uśmiechnęłam się jak gdyby nigdy nic się nie stało. W sumie cieszyłam się na widok tego miłego basiora.
- E.... Hej, Lind - mruknął basior.
- Cześć, co cię do mnie sprowadza, Dan? - upewniłam się, że książka nie wyląduje w wodzie.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... - poprawił ułożenie pasa zakrytego prawie zupełnie przez różnoraką broń. - Ja po mięso. Sama mówiłaś, żebym...
- A, tak! Mięso! - potrząsnęłam głową. - Masz rację, całkowitą rację - wymamrotałam pośpiesznie i paroma susami dotarłam do jednej z półek wydrążonych w skale. - Miałam ci oddać tamte dwa zające - złapałam wiatrem wspomniane właśnie zwierzaki. - Daruj, że skazałam cię wtedy na dodatkowe godziny bieganiny.
- Żaden problem... - odparł bez przekonania i dodał na końcu zdania jakiś dziwny epitet. To chyba miał być komplement, ale nie mam pewności. Nie usłyszałam wszystkiego. Tak czy inaczej przejął ode mnie zapas mięsa. 
- Czy to jest Bransoletka Życzeń? - zwrócił uwagę na przedmiot leżący w zasięgu wzroku.
- To? Tak się nazywa? - zdziwiłam się. 
- Taak, to ona... - zmrużył oczy. - Farciara z ciebie.
- Słucham? - spojrzałam zmieszana na basiora, wciąż niezbyt rozumiejąc, co ma na myśli. 
- Nie wiesz do czego to służy? - popatrzył okrągłymi oczami na moje przeczące ruchy głową. - Spełnia życzenia, tak jak nazwa wskazuje - oznajmił, jakby spotkał właśnie kogoś, kto nie wie, że w dzień Słońce świeci. 
Chwila... On tak na poważnie? Spełnianie życzeń realnie, nie jak w lukrowanych bajkach, które opowiadała mi Jen na dobranoc? 
Uderzyłam ogonem w brudną taflę wody. Wtem coś otarło się o moją łapę. To była ryba. 
- Cóż... Ciekawe, bardzo ciekawe. Dzięki za informacje, Dan - powiedziałam bez wyrazu, cofając się o kilka kroków. 
Nie wiedziałam czy wierzyć w jego słowa. Wyjątkowo zapaliła mi się lampka niepewności z tyłu głowy. Chyba jednak powinnam ten jeden raz poszukać jakiegoś potwierdzenia. 
Uderzyłam jeszcze raz ogonem w wodę, płosząc łuskowate stworzonko. 
- Dzięki.
****
- Czyli... Dan wie o czym mówi? - zapytałam.
- On? Zwykle nie - Mana rzuciła kamień na wodę. Cicho syknęła niezadowolona, kiedy nie odbił się od tafli ani razu. - Ale to o Bransoletce Życzeń, to prawda. Masz dokładnie jedno życzenie, które spełni się. 
- Tak po prostu? - wciąż jakoś trudno mi było uwierzyć. Pierwszy raz od jakiegoś czasu chyba. Czyżbym... dorosła już zupełnie?
- Powinno. Jeśli nie będzie to tylko hologram - mruknęła w odpowiedzi - Ale zwykle tak nie jest. Czego chcieć więcej? 
- Dobre pytanie - usiadłam na trawie. 
- Rozumiem nie wiesz jeszcze do czego jej użyjesz? - zainteresowała się Hane spoglądając na Bransoletkę. 
- Coś tam chyba mam - odparłam. 
Manahane ponownie spróbowała "puścić kaczkę". Tym razem udało jej się. Zadowolona spojrzała na mnie i podsunęła mi inny kamyk. Rzuciłam go, chociaż byłam już na wpół nieobecna myślami. Zdołałam osiągnąć podobny efekt jak fioletowa wadera. Mam nadzieję, że nie zauważyła jak pomogłam sobie żywiołem. 
Gdzieś daleko zabrzmiał grzmot. Położyłam po sobie biedne uszy. Kolejna fala deszczu nadciąga.
Wieczorem udałam się do parku, a właściwie wysepek nad parkiem. Miałam tyle szczęścia, że chwilowo nie padało zbyt mocno, a spomiędzy ciężkich chmur wysunął się Księżyc. Znów przypomniałam sobie o poczuciu rozbicia. Znów, ponowie, jeszcze raz. Za dużo, za dużo tego! 
"Dobra, czas się skupić na życzeniu", pomyślałam. Przysiadłam na kamieniu i zaczęłam się zastanawiać. Jak je sformułować... Jak... 
Nie spodziewałam się trudności na tym etapie. Planowałam po prostu wypowiedzieć to życzenie i wrócić do jaskini z uśmiechem na pysku. Tymczasem przesiedziałam minuty, godziny, jakkolwiek liczy się czas, na ziemnej skale, szarpana wichrem.
W końcu przyszło. Zerwałam się z entuzjazmem na równe łapy i wypowiedziałam je głośno.
 
<CDN>
 
Uwagi: "Aha" piszemy przez "h".