Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 12 listopada 2017

Od Lind "Co się dzieje?" cz. 4 (cd. Karou)


Czerwiec 2020
Rzuciłam kolejny kanciasty kamień w stronę otwartej torby leżącej na brzegu. Nie wycelowałam jak powinnam, przeleciał milimetry nad skórzanym workiem. Zignorowałam ten fakt. Nie chciało mi się wychodzić na brzeg tylko po to, żeby wykopać z wysokiej trawy jeden skalny okruch. 
Zajmę się tym później, tak sobie powtarzałam ilekroć to się zdarzało tego dnia. Zanurkowałam po raz kolejny pod ciepłą kaskadę.
Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, czego tak często poszukują wilki na dnie jeziorka pod Wodospadem. Drogie kamienie. Prawdziwe, nie zabarwione, kruche szkiełka, które pozostawiali po sobie ludzie. Pośród otoczaków, przykrywających dno stosunkowo płytkiego zbiornika, udało mi się tego popołudnia znaleźć aż trzy szmaragdy, jeden cytryn, dwa turkusy i szafir. Z powierzchni trudno było dostrzec cokolwiek pod taflą wiecznie wzburzonej wody. Próbowałam więc zanurzać głowę i otwierać oczy, jednak jakoś od małego sprawiało mi to problem. Po kilku marnych sekundach byłam zmuszona zrywać się na równe łapy. Tego domagały się  wiecznie nieprzyzwyczajone, piekące oczy. 
Podeszłam bliżej właściwej kaskady i spróbowałam ostatni raz poszukać czegoś wartego uwagi. Dostrzegłam wtedy wielki rubin, leżący idealnie pod silnym strumieniem opadającej wody. Zamknęłam oczy i podjęłam próbę wydobycia go mocą powietrza. Spotkałam się oczywiście z oporem, coś jakby trzymało ten piękny kryształ przy dnie. Pochyliłam się nad wodą, obeszłam kaskadę i spróbowałam złapać go łapami. Szło niezwykle opornie, próbowałam wielokrotnie obu metod, wyczekując chwili, kiedy kamień ustąpi. Może czas mi się dłużył przez zniecierpliwienie, może naprawdę trwało to tak długo, jednak doczekałam się. Po kolejnym z wielu szarpnięć kamień został w moich łapach. Wreszcie.  
Zaczęłam go turlać po dnie, w stronę brzegu, w kierunku torby. Nie chciałam już niepotrzebnie tracić energii związanej z żywiołem, a przecież nie przeniosę czegoś tak dużego w pysku. Nie podnosiłam wzroku, ze spuszczoną głową starałam się nie zgubić położenia mojej zdobyczy. 
Nagle skupienie rozproszyło coś niespodziewanego. Po wzburzonej tafli wody zaczęła rozpływać się czerwona ciecz. Krew? Skąd?! 
Popatrzyłam na brzeg. Ukryta za wodospadem, nawet nie zauważyłam, że ktoś się zbliżył. Ujrzałam wysoką, szczupłą, czarną waderę o długich łapach. Cały pysk i przednie kończyny miała ubrudzone krwią. Stała nad ciałem już martwego jelenia, z którego czerwona posoka spływała do jeziorka. Wilczyca spoglądała na zwierzę swoimi pięknymi, granatowymi oczami, jakby z nienawiścią i zawodem. Jej bardzo długi ogon kiwał się dziwnie na boki, żył własnym życiem. Na początku chciałam ocenić ten widok jako w miarę normalny - polujący wilk ze zdobyczą. Wadera nie pachniała też obco, na pewno należała do watahy. Jednak im dłużej się przyglądałam, tym cała sytuacja zaczynała wyglądać gorzej i dziwniej.
 Ofiara była bardziej poharatana niż zwykle. Brakowało także ugryzień w strategicznych miejscach, takich jak kark, które szybko zamieniają szarpiące się zwierze w posiłek. Dostrzegłam jeszcze krwisty ślad i wygniecioną roślinność ciągnące się za nadto ubrudzoną polującą. Przeszła mi przez głowę myśl, że wlokła takie zwierze tutaj zanim padło. Nie potrafiłam zrozumieć co mogło być powodem takich działań. Jakieś sadystyczne zapędy, czy co?
Wtedy właścicielka granatowych oczu dostrzegła moją obecność. Cyjanowe spirale na jej ciele zajaśniały. Wyszłam z wody. Zdobyłam się na odłożenie wydobycia rubinu na później. Nieznajoma odepchnęła stertę mięsa na bok i wbiła we mnie coraz paskudniejsze spojrzenie. Obeszłam ją z drugiej strony, lecz zanim zdołałam chociaż pomyśleć o jakimkolwiek działaniu, wilczyca rzuciła się w moją stronę z głośnym rykiem. Tak, rykiem.
Nie zdążyłam uskoczyć, zostałam z impetem wgnieciona w ziemię i przyciśnięta ciężarem czarnej wadery. Jej łapy rozsmarowały czerwone ślady na moim jasnym futrze. Uderzyłam napastniczkę tylną łapą w brzuch, jednak nawet nie zmieniła wyrazu pyska. Wymierzyła mi w odwecie cios pazurami w pysk. Odsłoniłam kły.
- Nie masz ze mną szans - wysyczała, przeciągając samogłoski.
Nie odpowiedziałam nic, tylko złapałam zębami za długie futro na piersi czarnej wilczycy i szarpnęłam. Zdołałam i ją w ten sposób powalić. Wyrwana spod jej ciężaru, skoczyłam na cztery łapy i spróbowałam wystrzelić w powietrze z rozbiegu. Okazałam się być jednak zbyt wolna, nie zdążyłam dotrzeć do dużo bezpieczniejszej dla mnie pozycji. Zostałam ponowie rzucona na ziemię, tym razem bliżej brzegu jeziorka. Zaczęłyśmy się tarzać po mokrym piasku. Szarpałyśmy się za futro, kąsałyśmy po łapach i uszach przeciwniczka na moje nieszczęście nadrabiała wszelkie słabości determinacją i wściekłością. Szala przechylała się powoli na jej korzyść. Kiedy znów znalazłam się pod łapami bezlitosnej, czarnej wadery, moja głowa prawie zanurzała się w wodzie. Wilczyca przycisnęła mi gardło z sadystycznym uśmiechem.
- To było całkiem ciekawe - wysyczała.
Spróbowałam użyć jeszcze jakiś sztuczek, rzucania kamieniami, jednak nic już nie przyniosło skutku. Zupełnie jakby nauczyła się podczas starcia wszystkiego, co mogę mieć w zanadrzu w takich warunkach. Miałam ochotę splunąć tej wiedźmie na pysk. 
Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Kiedy jej wzrok spotkał się z taflą wody, zastygła jak zamieniona nagle w posąg. Zaczęła szybko oddychać, przestała mrugać, jednak nie powracała do mojej osoby. Wtedy przyszło mi do głowy jeszcze coś. Zebrałam moc wiatru i sypnęłam jej w oczy garść piasku. Zaskomlała i odskoczyła. Szybko podniosłam się,  gotowa do dalszego ciągu starcia, kiedy usłyszałam z jej pyszczka:
- Co się dzieje, gdzie ja jestem? - głos był inny. Nagle odezwała się zupełnie inna osoba.
- Próbowałaś mnie zabić, Karou! - przypomniałam sobie jej imię, kiedy usłyszałam ten ton.
<Karou?>
Uwagi: Brak.

piątek, 3 listopada 2017

Od Leah "Zamierzam wrócić" Cz. 4 (C.D. Lind)

Maj 2020r.
Zdenerwowane stworzenia próbowały sięgnąć moich tylnych łap. Uniosłam się nieco wyżej, z zamiarem złapania oddechu. Lind uderzyła o ścianę. Gnolle ruszyły w jej kierunku. Bez namysłu posłałam w ich kierunku bardzo silny podmuch. Stworzenia w ostatniej chwili złapały równowagę, już po chwili zwróciły w moją stronę rozwścieczone, brązowawe ślepia. Zabrakło mi sił. Zniżyłam pułap lotu o kilka metrów, znajdując się teraz w zasięgu potworów. Odpychałam je od siebie w ten sam sposób, w jaki odwróciłam ich uwagę.
- Ting! - wrzasnęła nagle Lind. Dostrzegła gdzieś swojego towarzysza? - Ting!
Na jej pysku malował się strach. Nie widzi go...
- Leah! - krzyknęła. - Musimy dostać się bliżej Łuku!
- Biegnij pierwsza! - odpowiedziałam bez namysłu.
Rzuciła się naprzód. Uniosłam się trochę wyżej, z trudem spowalniając gnolle. Wróciłam już do dawnej formy, ale mimo wszystko długotrwała walka jest ponad moje siły. Nie tylko te fizyczne.
Wpadła na nierówny grunt. Zwolniła, zwracając głowę w moją stronę.
- Możesz ich puścić. - powiedziała spokojnie.
Miałam wielką ochotę na wykrzyczenie słów protestu. To było zupełnie niedorzeczne, ale z drugiej strony... Lind musi wiedzieć co mówi. Zaufaj jej, pomyślałam. Jak dotąd miała rację.
Wiatr ustąpił, gnolle ruszyły z radosnym porykiwaniem. W każdej chwili byłam gotowa zainterweniować. Nagle ziemia pod pędzącymi stworzeniami zarwała się z hukiem, przypominającym ryk wiatru podczas burzy śnieżnej. Podniosła się olbrzymia kurzawa. Wylądowałam obok Lind, z niemałym zainteresowaniem, wpatrując się w wielką wyrwę.
- Więc. - zakasłałam. - O to chodziło?
- Tak. - odgoniła pył. - Udało się.
Podeszła do przepaści i popatrzyła w mroczną czeluść. Miałam udać się w jej ślady, ale w tym samym momencie wściekły gnoll chwycił się krawędzi dziury, próbując wydostać się na zewnątrz. Nie udało mi się go powstrzymać, jedynie spowolnić. Zupełnie opadłam z sił, czułam, że nie jestem w stanie nawet wymyślić czegokolwiek. Jednak Lind się udało.
Ogromna skała uniosła się na kilka metrów i z całą mocą uderzył w łeb stworzenia.
- Żryj gruz, ty zapluty ścierwojadzie. - Słysząc przepełniony złością głos Lind, przypomniała mi się Daiki. Stanowcza, spokojna i zawsze opanowana. Jednak jej gniew był czymś przerażającym.
Pocisk rozpadł się. Gnoll osunął się w pustkę.

- Jak mogłeś to zrobić?!
- Nie twoja sprawa...
Ktoś odchodzi, a ktoś przybywa...
- Marano! Porzuciłeś własne dziecko!
- To nie ma znaczenia, Leto.
Dotyk śmierci niczym lód...
- JAK MOŻESZ TAK MÓWIĆ?!
- Nikomu nic nie powiesz, inaczej ktoś może na tym ucierpieć...
Niektórym jednak nie jest pisany...

Chwila ciszy. Nikt nic nie mówi. Kilka kropel deszczu spadło na mój kark.
- Wszystko dobrze, Lind? - spytałam.
- Słucham? Ja... znaczy... Tak, oczywiście.
Po chwili ruszyła w stronę Łuku. Dotarłszy na miejsce, zaczęła się rozglądać. I nagle przystanęła. Odkopała z gruzu jakiś przedmiot. Podeszłam do niej. Pokazała mi znalezisko, które okazało się czarno-błękitnym piórem. Usiadła bez wyjaśnień. Na pewno należało do jej przyjaciela.
- To twojego znajomego, tak? - spytałam, czując narastające współczucie dla nieznanej mi osoby. Teraz nawet nie mam pewności, czy to wilk. Pióra dotąd spotykanych przeze mnie skrzydlatych osobników wyglądały inaczej... Chociaż nie znam się na tym zbytnio. Chociaż... Możliwe jest też, że kolekcjonuje tego typu rzeczy. Tak, to miałoby sens.
Deszcz się nasilał. Powietrze wydawało się duszne i ciężkie.
- Tak. - odparła. - Musieli go dorwać.
Dotknęłam łapą jej łopatki. Nie potrafię wyobrazić sobie tego co czuje... Ale to na pewno trudne.
- Potrzebujemy schronienia na noc. Niedługo zacznie się prawdziwa ulewa. - stwierdziłam.
Skinęła głową. Ruszyłyśmy na północ.
Znalazłyśmy szczelinę w skale, w której postanowiłyśmy spędzić noc. Pomogłam Lind rozpalić ogień i usiadłam nieopodal. Płomienie trzaskały cicho, powoli obejmując wszystkie gałęzie. Gdy trochę przygasł, odpłynęłam.
***
Dobrze mi znany dźwięk wyrwał mnie ze snu. Gardłowe warczenie. Ten dźwięk zawsze kojarzył mi się ze zdenerwowaniem Eranema... Nie jestem jednak w swojej rodzinnej watasze, a Alfa jest wiele dni drogi stąd. Coś musiało zaniepokoić Lind.
Odwróciła głowę w moją stronę.
- Zmienić cię na warcie? - spytałam.
- Nie trzeba, nie jestem zmęczona. Właśnie, czemu się obudziłaś?
- Głośno warczałaś. Myślałam, że to jakiś atak. Wstałabym, ale chyba było już po wszystkim jak otworzyłam oczy.
- A... No tak. - Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że w jej oczach pojawiło się stropienie. Uznałam to za skutek zaniepokojenia, spowodowanego zaginięciem przyjaciela.
- Jak myślisz, ta droga powrotna na teren watahy będzie krótsza? - spytałam.
- Wiesz, ja nie chcę na razie wracać. Jest jeszcze jedno miejsce gdzie może być mój... znajomy.
- Doprawdy? - wstałam. - A konkretnie?
- Najbliższe leże gnolli.
Niemożliwe...
- Lind, wiem, że gnolle nie potrafią latać i w ogóle, ale to zły pomysł. Do tego... Jeśli twojego kumpla dorwały te bestie, nie znajdziemy go żywego... - spuściłam głowę.
- Nie dali by rady go zabić. - Była pewna tego, co mówi. - A nawet jeśli, w co nie wierzę, chce chociaż odzyskać to co miał ze sobą. To dla mnie niezwykle ważne.
- Nie zamierzasz odpuścić, co? - uśmiechnęłam się do niej.
- Ani trochę. Tylko, jak się pewnie domyślasz sama nie dam rady.
- Kusi mnie, żeby cię powstrzymać, ale chyba potrafię zrozumieć. - przypomniał mi się Arkan, którego to ja musiałam opuścić... No i Arsus, któremu nie mogłam pomóc... Poczułam nieprzyjemne ukłucie bólu na te wspomnienia. Nie... Nie mogę o tym myśleć... - Rano pójdziemy do nory wilkożernych. We dwie mamy jakieś tam szanse przeżycia.
- Dziękuję ci, Leah.
- Żaden problem. - uśmiechnęłam się, przeganiając niespokojne myśli. - Polecam ci położyć się spać chociaż na chwilę. Ja popilnuje do rana.
- W sumie nie zaszkodzi... Ale nie chcę cię zostawiać z tym samej. Starczy mi sił.
***
Poranek minął w spokojnej atmosferze. Luźna rozmowa o książkach dobrze mi zrobiła... Zapomniałam o zmartwieniach. Do czasu opuszczenia szczeliny.
Nie miałam zbyt wiele okazji do refleksji, dalej tylko droga. Ciągłe unikanie gnolli nie ułatwiało tego. Gdyby nie częste sprawdzanie okolicy mogłabym powiedzieć, że przypomina mi to moją wędrówkę na południe.
- Jesteś pewna, że dasz radę? - spytała mnie Lind gdy dotarłyśmy na miejsce.
Odór gnolli był nieznośny. Ledwo powstrzymałam się od kichnięcia.
- Na pewno. - skinęłam głową.
Skierowałyśmy się do wejścia...
***
Dopiero po chwili zorientowałam się, że  potężne, niemal czterokrotnie ode mnie większe, jasnorude bydle naciera na nas z całą mocą. Zanim zdążyłam wykonać unik, potężna łapa odrzuciła mnie dobre pięć metrów w tył. Zderzenie ze ścianą odebrało mi dech. Przez chwilę leżałam tak, próbując odetchnąć. Kaszlnęłam i z trudem wstałam. Zanim zdążyłam zareagować, Lind uderzyła o ścianę podobnie jak ja. Gnollica rzuciła się z rykiem w stronę wadery, która sekundę potem podniosła się. Bez wahania rzuciłam się na grzbiet bestii. Stworzenie ryknęło i zarzuciło łapami, próbując zrzucić mnie ze swojego karku. Lind wykorzystała chwilę nieuwagi i przewróciła gnollicę. Potężne uderzenie o kamienną posadzkę rozeszło się prawdopodobnie po całych podziemiach. Mamy przechlapane.
W ostatniej chwili odskoczyłam, jednak wilkożerna zdążyła głęboko zadrapać mój prawy bok. Poczułam, jak przenikliwy ból rozchodzi się po całym moim ciele. Zacisnęłam powieki i z całej siły kopnęłam stworzenie w pysk. Ryknęła ze wściekłością. Wykorzystując te kilka sekund, tak szybko jak tylko mogłyśmy, wbiegłyśmy do następnej jaskini. Napotkałyśmy kilka rozwidleń, wybrałyśmy tunel po lewej. Jaskinia do której weszłyśmy była prawdopodobnie opróżnioną spiżarnią. Unosił się w niej zapach koziny... I czegoś czego nie umiałam nazwać. Skały były zabarwione zeschniętą krwią. Po ziemi walały się kłębki futra.
Futra, z pewnością należącego do wilków.
Zakręciło mi się w głowie.
Niemal zwaliłam się na litą skałę. Chwilę tak leżałam, próbując nie myśleć o rozoranym boku. Po chwili spojrzałam na Lind.
- Wszys...
- Nic ci nie jest? - przerwałam wilczycy, za wszelką cenę chcąc dowiedzieć się czy jest cała.
Chwilę milczała.
- Nie zraniła cię? - spytałam już nieco spokojniej.
- Nie. - odparła. - A... z tobą wszystko dobrze?
- Powiedzmy. - westchnęłam cicho. - Nie wiem jak to wygląda, nie jestem uzdro... Lekarzem. - Poprawiłam się. - Ale mogę chodzić... Więc chyba nie jest aż tak źle. Teraz najważniejszy jest... - w ciągu jednej sekundy w mojej głowie pojawiły się dziesiątki wyobrażeń jego osoby. Westchnęłam. - twój towarzysz.
Nastąpiła chwila ciszy. Nieco chwiejnie wstałam.
- Masz jakiś pomysł, gdzie może być? - spytałam, siląc się na obojętność.
- Chyba tak... Chodźmy. - powiedziała niepewnie. Wolnym krokiem skierowałam się do wyjścia. Powietrze przeszył odgłos chrapliwych oddechów, a tuż obok mignęło rude futro. No nie, ile można?

<Lind?>

Uwagi: Literówki. Nie "dotarływszy" tylko "dotarłszy". "Na razie" piszemy oddzielnie.

niedziela, 15 października 2017

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 3

Marzec 2019
Freeze ruszył w moim kierunku z uśmiechem na pysku. Ignorując ten nienaturalny dla niego wyraz, uderzyłam go w głowę gałęzią. Oto przywitanie, na które sobie zasłużył. 
Basior zatoczył się i wykręcił oczy, chyba właśnie zobaczył sporo gwiazd.
- Lind! - zganiła mnie Babcia.
- To był wypadek - odłożyłam kij, opuściłam uszy i zrobiłam niewinną minę. 
Odpowiedziało mi podejrzliwe spojrzenie. Odwróciłam wzrok dla niepoznaki i doczepiłam bałwanowi brakujące, drewniane ramię. Kiedy starsza wadera zaczęła się witać z wujkiem, jego syn dołączył do mnie obok śnieżnego tworu. Zjeżyłam lekko futro na karku, słysząc szuranie zbrylonego śniegu pod łapami basiora.
- Spóźniłeś się - warknęłam do niego.
- Nie zależało to ode mnie - mruknął ze spuszczonym pyskiem. Kątem oka zauważyłam, że uśmiech permanentnie zniknął.
- Jaaaasne - poprawiłam szalik na szyi bałwana. Sam określiłeś do ilu miesięcy m a k s y m a l n i e. TY OSOBIŚCIE.
- Ładny szal. Czyj to? - zapytał Freeze, chcąc zejść z drażliwego tematu niedotrzymanego terminu. Nie domyślał się nawet, czemu tak bardzo mi zależało. 
- Nie interesuj się - odparłam sucho.
Posłuchał, zamilkł i smętnie spuścił wzrok. Wiecznie zainteresowany tym, po czym chodzi. Trochę jeszcze się dąsałam, udawałam, że go nie widzę, ale w końcu przestało mi się to podobać. Coś ukłuło mnie od środka. 
- Em... Ostatnia trasa czymś się różniła od poprzednich? - spojrzałam spode łba na basiora, zaczynając nową konwersację. Teraz chciałam zapomnieć o poczuciu wstydu, które słusznie do mnie dotarło.
- Raczej nie - wzruszył ramionami, jakby wierzył w swoje słowa.
Tylko, że jego oczy (zwrócone w stronę wujka) mówiły zupełnie inaczej. Coś tym razem przykuło jego uwagę. On ukrywa coś interesującego...
Posłałam mu spojrzenie typu "No powiedz o co chodzi". Odpowiedziało mi przeczące kręcenie głową. Już - już otworzyłam pyszczek żeby domagać się wyjaśnień na głos, kiedy Babcia zarządziła powrót do środka. Szybkim ruchem ściągnęłam szalik z szyi bałwana i pobiegłam pierwsza do drzwi. Przy wejściu szturchnęłam Freeza na znak, że chcę żeby poszedł ze mną do pokoju. Zżerała mnie od środka nieposkromiona ciekawość. Jak do tego doszło? Co to może być? To przecież zjawisko, którego w życiu bym się nie spodziewała. 
Rzuciłam szalik na oparcie krzesła, chwilowo przestał być dla mnie tak ważny. 
W końcu szary basior, po niekończącej się wędrówce przez nasz dom, przekroczył ostatni próg. Zamknęłam drzwi mocą wiatru i wlepiłam weń wzrok.
- No co?
- Nie ma świadków, możesz mówić.
- Aż tak ci zależy? - westchnął Freeze i zajął miejsce na podłodze. 
- Dziwi cię to? - zaczęłam uderzać cicho ogonem o drewnianą podłogę. 
- Bo ja wiem - mruknął.
- Przejdź do rzeczy... - wstałam i podeszłam bliżej, patrząc prosto w jego bladoniebieskie oczy. - Co niezwykłego widziałeś w trasie?
- Nic - powiedział, oglądając się za siebie.
- Jak to "nic"?! - zniecierpliwiłam się, odgarniając grzywkę sprzed oczu.
- Ciszej - kiwnął łapą. - To nie było związane z następną, durną wycieczką - rzucił, odwracając pysk. - Poniekąd. Tata powiedział mi o... - urwał, po czym ściszył głos. - Białym Jaszczurze.
- Em... Pierwsze słyszę - mruknęłam zmieszana. Moja złość na odwlekanie i owijanie w wełnę, czy tam bawełnę, nagle uleciała. - Co to jest?
- Jest to podobno związane ze spadkiem. Moja rodzina...
- Nasza rodzina - poprawiłam go.
- Ta... Jasne... - na chwilę zgubił wątek. - Rodzina jest podobno spadkobiercami jakiegoś średnio ważnego władcy z czasów średniowiecznych. Tata ma mi przekazać część spadku, która...
- Czekaj, władca?! Średniowiecze?! - podskoczyłam z miejsca. - To znaczy, że pochodzimy z jakiejś rodziny królewskiej?!
- Nie wiem - rzucił. - Tak, czy inaczej...
- Ale może jednak gdyby...
- Nie przerywaj, chcesz wiedzieć co i jak, czy nie? - burknął Freeze.
- Tak, chcę - z trudem uspokoiłam się i usiadłam z powrotem na podłodze.
Szary odczekał kilka sekund, dla pewności, że ostudziłam swój zapał chociaż trochę.
- Mam wkrótce otrzymać część spadku, która przypada mojej osobie. Tu ma wkroczyć ten Biały Jaszczur.
- Iii?
- I to wszystko, co wiem na tą chwilę - Freeze popatrzył na ścianę.
- Jak to? Wujek nie powiedział ci nawet co dostaniesz i jak? - wypytywałam dalej. 
- Nie - pokręcił głową. - Ale tata był niesamowicie poważny, kiedy mi o tym mówił. 
- Wujek poważny? To wręcz... Jak to się mówi...
- Podejrzane? - dokończył.
- Właśnie! - znów wstałam. - Coś większego jest na rzeczy, jak nic!
- Ciszej, już ciszej - nakazał szary. - Zaraz nas zdradzisz.
***
- O której mamy być z powrotem? - zapytał Freeze przy wyjściu. 
- Przed kolacją - powiedziała Babcia. - Tylko bądźcie ostrożni.
- Pamiętaj, Freeze - dodał wujek. - Odpowiadasz za was oboje - pokiwał teatralnie łapą.
- Tak, tak... - odparł młodszy basior.
Ruszył pierwszy trasą pośród śniegu. Kątem oka sprawdzał, czy idę grzecznie za nim. Ledwo nadążałam, szedł znacznie żwawszym krokiem, niż zwykle. Dodatkowo, musiałam skakać, żeby nie utonąć zupełnie we wciąż grubej warstwie śniegu
- Mogę ponieść kosz? - zapytałam, podlatując nad coraz większymi zaspami.
- Po co? - zdziwił się basior.
- Bo chcę.
- Starczy ci twoja wielka torba. Naprawdę była konieczna?
Wymamrotałam pod nosem coś wymijającego i uniknęłam kontaktu wzrokowego. Nie twój interes.
Nagle spomiędzy siwych chmur, wysunęło się Słońce. Niebezpiecznie blisko horyzontu, zimowe dni były zbyt krótkie. Zmrużyłam oczy. Na nasze nieszczęście droga nad rzekę prowadziła idealnie na zachód.
Dom Babci wkrótce zniknął za pagórkiem. Otaczała nas teraz już tylko biel i pojedyncze drzewa. 
Skojarzył mi się z tym wszystkim fragment "Kronik Zimy":
"Pola przykryte drobnymi skrawkami lodu. Zimna skorupa sprowadzająca cichy sen na świat. Pusto pośród..." 
Dotarłam myślami prawie do fragmentu, gdzie była mowa o zamarzniętych jeziorach, jednak zderzenie z drzewem zaciągnęło mnie z powrotem do rzeczywistości. Straciłam kontrolę nad mocą wiatru i wpadłam po czubek głowy w śnieg. 
- Lind, gdzie jesteś? - usłyszałam.
- Tutaj - podniosłam łapę nad warstwę zasp.
Wkrótce dotarliśmy nad rzekę. Noc była coraz bliżej. Podeszłam do brzegu i zastukałam pazurami w zamarzniętą wodę. 
- Twarde jak skała.
- Tylko tak wygląda - Freeze położył kosz na ziemię. - Łatwo będzie to przebić, dużo trudniej złapać jakieś ryby przy brzegu. 
- Chcesz łowić tutaj? To nie ma sensu, nic większego nie przypłynie - powiedziałam.
- Humf, trzeba sobie poradzić. Na pewno nie będziemy wchodzić na środek pokrywy lodowej - wymamrotał szary, szukając przynęty.
- Dlaczego nie? - popatrzyłam w jego stronę.
- Jest za cienka, żeby utrzymać ciężar całego wilka - odparł, niemalże nurkując w koszu.
- Nieprawda. Patrz - wskoczyłam na lód.
- Co ty robisz?! - basior poderwał się z miejsca. 
Zaczęłam się beztrosko ślizgać w kierunku drugiej strony rzeki.
- Ale to fajne! - ucieszyłam się.
- Lind! Wracaj natychmiast! - warknął stanowczo Freeze, podchodząc do brzegu.
- Czemu? Ty chodź do mnie - zakręciłam się w miejscu.
- To niebezpieczne! Masz wrócić, w tej chwili! - głos mu drżał.
- Nie panikuj - zatrzymałam się, wbijając pazury w pokrywę lodową. - Nie pęka. Widzisz? - zaczęłam podskakiwać. 
- NIE! PRZESTAŃ! 
Nie posłuchałam. Śmiałam się jedynie w myślach z paniki mojego przyjaciela. 
Stało się więc, co się stać musiało. Podłoże z trzaskiem załamało się pode mną. Nie miałam czasu na reakcję, użycie mocy wiatru. Wpadłam prosto do lodowatej wody. Kiedy tylko w miarę oprzytomniałam, przerażona spróbowałam wypłynąć, walczyć z prądem rzeki ciągnącym na dno. Bez otwierania oczu, nie umiałam tego zrobić w wodzie. 
Uderzyłam boleśnie głową w warstwę lodu. O nie, o nie!
Prąd zaczął mnie znów wlec ze sobą jak kłodę. Nie mogłam już mu się opierać, wszystkie mięśnie sztywniały z zimna. W ataku paniki próbowałam się czegoś złapać na ślepo, lecz skończyło się na obijaniu o skały, później o zatopione pniaki. Przy kolejnym uderzeniu o dno, pojawił się piekący ból z boku szyi. 
Serce waliło mi jak szalone. Brakło już powietrza w płucach. Nie wiedziałam co mam robić, co mogę robić. Zimno połączone z bólem i strachem sparaliżowało mnie już zupełnie. 
Wtedy ktoś złapał mnie ma kark i pociągnął w górę. Freeze! Jak się okazało, cudem zdołał mnie dogonić i wyciągnąć na brzeg. Od momentu wynurzenia, zaczęłam łapczywie połykać powietrze. Otworzyłam oczy, jednak zobaczyłam tylko koncert niewyraźnych kształtów. Szary wilk coś mówił, wypytywał jak się czuję, ale kiedy nie miałam siły mu odpowiadać, czy choćby kiwnąć łapą, wziął mnie na grzbiet i pognał w stronę domu Babci. Droga powrotna ciągnęła się dla mnie w nieskończoność. Na domiar złego, mokre, posklejane futro przestało być ochroną przed mrozem. Drżałam jak listek na wietrze.
W końcu znalazłam się z powrotem w ciepłym wnętrzu domu. Wujek natychmiast wziął mnie z grzbietu Freeza i zaniósł do pokoju. Widziałam jak przerażona Babcia szybko idzie za nami, a szary basior zostaje przy wejściu. Dostrzegłam coś czerwonego na moim białym futrze.
***
Ocknęłam się w środku nocy. Wstałam powoli na łóżku i odkryłam opatrunek na szyi. W pysku miałam posmak czegoś, co przypominało koniczynę. Gdyby nie te wskazówki, pomyślałabym, że całe wyjście na ryby było długim, strasznym koszmarem. 
Za zamkniętym oknem wirowały płatki śniegu na tle atramentowego nieba. Spojrzałam na podłogę. Jak zawsze przy okazji przyjazdu wujka, rozłożono tam prowizoryczne miejsce do spania dla Freeza. Nie było puste, właściciel tego imienia leżał tam, odwrócony do ściany. Mogłam mieć pewność, że nie spał. W przeciwnym wypadku, gwizdałby. To jego odpowiednik tradycyjnego chrapania. Klatka piersiowa basiora delikatnie unosiła się i opadała. Zsunęłam się po cichu z łózka i podeszłam do niego.
- Przepraszam - szepnęłam.
- Nie strasz mnie tak więcej - westchnął smutno, spoglądając w moim kierunku. - Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś ci się stało. 
- Nie będę - zakaszlałam. Narastało we mnie poczucie winy. Za wszystko. W moich oczach pojawiły się łzy, nie zdołałam ich tym razem powstrzymać. Położyłam się na boku przyjaciela i zaczęłam płakać w jego gęste futro. Starszy wilk delikatnie mnie przytulił. Uspokojenie się trochę mi zajęło.
- Bardzo zły jesteś? - zapytałam niepewnie.
- Nie - zaprzeczył. - Zapomnijmy o tej sprawie, najważniejsze, że nic ci nie jest.
Znów wtuliłam się w zimowe okrycie Freeza. Sama nie wiedziałam kto bardziej się przeraził tego dnia, ja sama, czy pozostali. Po upływie kilku minut, wstałam na równe łapy i odnalazłam wzorkiem moją torbę. Była wciśnięta pod łózko. Podeszłam do niej i wydobyłam stamtąd szalik. Szary basior uważnie śledził moje poczynania zmęczonym wzrokiem. Wróciłam do niego i założyłam mu wełniany szal na szyję.
- To miało być dla ciebie. Wszystkiego najlepszego - mruknęłam. 
- Dziękuję - uśmiechnął się lekko po chwili. - Sama go zrobiłaś?
- Prawie. 
- Gdybym wiedział, że przygotowałaś dla mnie prezent, bardziej ponaglałbym tatę z powrotem do was. 
- Nie mogłeś wiedzieć. Na tym polegają niespodzianki, nie?
- Cóż... Chyba masz rację - pokiwał głową. 
Przerwało nam stukanie w szybę. Oboje zamilkliśmy, jak na rozkaz i zwróciliśmy pyski w tamtym kierunku. Dźwięk powtórzył się. Zebrałam moc wiatru i podleciałam cicho do okna. Oniemiałam na widok stworzenia, które siedziało na zewnątrz.  
- Freeze... Musisz to zobaczyć - oznajmiłam. 
- Co tam masz? - podszedł do mnie.
Był jeszcze bardziej zdziwiony niż ja. Wyglądał jakby się zawiesił. Szepnął tylko "Biały Jaszczur" i otworzył okno. Pokryte lśniącą łuską zwierzę wskoczyło do pokoju, odbiło się od krzesła i usiadło na moim łóżku. Gad nie był większy od polnego szczura. Ciało miał długie i chude, prawie przypominające węża o długim ogonie. Dopiero wtedy zauważyłam, że trzyma w pysku coś błyszczącego. Jaszczurka skupiała wzrok na Freezie. W powietrzu wisiało napięcie, wilk chyba obawiał się zbliżyć. Poruszał się bardzo powoli, bardziej niż na co dzień. Może obawiał się, że spłoszy to niespotykane stworzenie, nie wiem. Kiedy nareszcie dotarł do białego gada, ten rzucił przed jego pysk nieduży przedmiot i natychmiast uciekł przez niedomknięte okno. Dosłownie rozpłynął się w ciemnościach nocy. Szary wilk podniósł podarek i zaczął go dokładnie oglądać.
- Co to jest, co to jest? - podskakiwałam, zerkając Freezowi przez ramię. 
- Jakiś pierścień. Srebrny sygnet z kamieniem. To chyba... Diament.
- Łał... Pokaż, pokaż proszę.
Wówczas usłyszałam jakiś szmer za drzwiami. Postawiłam uszy. Wątłe światło, zaglądające przez szpary w ścianie, potwierdziło moje przypuszczenia. Ktoś szedł w stronę pokoju. Powiadomiłam o tym cicho przyjaciela, który pośpiesznie ukrył pierścień pod swoim posłaniem. Zdążył idealnie, akurat zanim otworzyły się drzwi.
- Nie śpicie? - w progu stanęła Babcia z zapaloną świecą. 
- Tak wyszło - wyjaśnił Freeze.
- Lepiej się czujesz, Lind? - popatrzyła na mnie z troską. Pokiwałam głową i kichnęłam.
- Całe szczęście. Kładźcie się już, nie siedźcie po nocy. I zamknijcie okno. 
- Pewnie... - mruknął basior. 
- No już. Dobranoc, maluchy - dodała na odchodnym i zamknęła drzwi. 
- Nie jestem już mała - burknęłam po cichu i spojrzałam na Freeza oczekując potwierdzenia.
Ten jednak pokręcił głową, po czym wrócił do oglądania swojego spadku. Co mi innego pozostało, prócz dołączenia do niego?

Uwagi: Kilka literówek.

poniedziałek, 2 października 2017

Od Manahane "Chmury" cz. 2 (CD. Leah)

Maj 2020
Obudziłam się w wyśmienitym humorze. Ptaki zdawały się śpiewać radośniej niż wczoraj, a mnie otaczały zapachy maja. Z uśmiechem na twarzy postanowiłam, że spróbuję coś upolować - sama. Ostatnimi czasy trochę się rozleniwiłam i wszędzie chodzę na skróty. Moim celem był zając. Może nie najem się nim zbytnio, ale strasznie głodna nie jestem. Jest to bardziej dla satysfakcji niż zaspokojenia głodu.
Zaczaiłam się w krzakach. Kilka metrów przede mną znajdowało się małe stadko zajączków. Nie miałam konkretnego planu. Rzuciłam się w pogoń za nimi. Były zwinne i szybkie, lecz ja nie dawałam za wygraną. Skończyłam w przód i schwytałam jednego zająca. Zatrzymałam się, nie wiedząc co robić dalej. Nie zabijałam zwierząt, zazwyczaj robił to ktoś inny. Powoli wypuściłam stworzonko, a ono czym prędzej oddaliło się ode mnie i dogoniło swoją grupkę. Nie byłam zła na siebie. Nie umiem tego zrobić po prostu. Nie dzisiaj. Trochę pogorszył mi się humor, ale to przez nieistotny mały szczegół.
Zaczęłam iść w stronę Wrzosowej Łąki, gdzie miała odbyć się zbiórka. Gdy dotarła Leah, Suzanna zaczęła mówić:
- Możemy zaczynać. W szeregu zbiórka! - wykonaliśmy jej rozkaz. Spojrzałam na swoją przyjaciółkę. Ciężko dyszała. - Dzisiaj rozpoczniemy trening szybkościowy i wytrzymałościowy. Na początek będziecie biec przez Zielony Las, w stronę Rzeki Przyjaźni. Jak dotrzecie do Plaży, wrócicie tu. Bez żadnego skracania drogi! - ucieszyłam się na jej słowa. Tego mi właśnie brakowało. Męczącego biegu. - Gotowi? Start!
Zaczęliśmy biec. Yuki i Kai wystrzelili do przodu, nie zwracając uwagi na innych. Reszta została w tyle, a ja z Leah na końcu. Starałam dotrzymywać jej tempa, ponieważ dzisiaj nie wyglądała najlepiej. Było coraz cieplej.
- Cześć. - powiedziała, dalej biegnąc przed siebie.
- Hej. - dodałam, znacznie przyspieszając. Nie chciałam zostać w tyle. Chciałam wybiegać się i wyszaleć.
Biegliśmy prawie w ciszy, jedyne co było słyszalne to przyspieszone oddechu i sapanie. Wokół nas rozbrzmiewały także odgłosy lasu. W pewnym momencie było słychać ryk. Leah zatrzymała się i weszła trochę w głąb lasu, pomiędzy drzewa. Stała tak wpatrzona w kwiecistą polanę.
- Leah! Coś się stało? - zapytałam ze zmartwieniem i zawróciłam w jej kierunku. Jest strasznie rozkojarzona.
- Tak... Trochę się zapatrzyłam. - odpowiedziała i podbiegła do mnie, więc ruszyłyśmy dalej.
Gdy dobiegłyśmy do Rzeki Przyjaźni, Leah mruknęła, patrząc się w taflę wody:
- Potem ci coś tu pokażę. Odkryłam to kilka miesięcy temu.
Nie wiedziałam o co jej konkretnie chodzi. Spojrzałam jeszcze raz w stronę Rzeki.
Zmierzałyśmy w stronę plaży. Przybyłyśmy na nią lekko zdyszane. Leah przystanęła nad wodą. Wyraźnie widać, że się bardzo zmęczyła. W końcu ten bieg był naprawdę długi. Ja sama odczuwałam, że jestem na wyczerpaniu. Została jeszcze droga powrotna. Dałam znak Leah do dalszego biegu. Chciałam trochę nadgonić że względu na to, że reszta jest już pewnie połowę trasy stąd.
Dotarłyśmy na metę jak zwykle - ostatnie. Suzanna pożegnała nas tymi, jakże dodającymi otuchy słowami:
- Na dzisiaj to tyle, ale jutro już nie będzie tak łatwo. Spotkamy się również tutaj. Możecie się rozejść.
***
Nudziłam się. Leżałam na zimnej trawie. Cała radość dzisiejszego poranka znikła. Mruknęłam zła na siebie. Czemu nigdy nie ćwiczyłam swoich umiejętności związanych z mocą? Nawet nie wiem jakie mogłabym rozwijać. Materia... Komu to potrzebne?
Wróciłam do jaskini. Można stwierdzić, że jest po prostu brzydka i ponura. Rozebrałam powoli posłanie i wyrzuciłam na zewnątrz jego niegdyś części. W sumie tylko ono znajdowało się w środku. Nie umiem organizować rzeczy, a w szczególności wyglądu wnętrz, a to było na mnie za wielkie. Próbowałam zmieść wszystko przed wejście do jaskini. Stamtąd wyniosłam wszystkie śmieci do lasu, czyli patyki i liście. Gdy w środku było już zupełnie pusto pozostałości mojego starego posłania spróbowałam złożyć na nowo w inny sposób. Zrobiłam stelaż, a środek wypełniałam do około dwóch trzecich wysokości równo drewnem. Resztę miejsca zapełniłam świeżym mchem. On niestety był jeszcze mokry, więc przykryłam go skórą sarny. Nikt przecież nie musi wiedzieć skąd ją wzięłam. Położyłam się, aby zobaczyć czy się nie zawali, lecz wszystko było w porządku - było mi wygodnie, że aż nie chciało mi się wstawać.
Wyjrzałam przez wejście. Zaczęło się ściemniać. Tak szybko minął czas, a przecież nie zrobiłam wiele.
Pewnym krokiem ruszyłam w stronę Wodopoju, aby się napić. Szczerze mówiąc trochę się zmęczyłam. W pewnym momencie zaczął silnie wiać wiatr, a na niebie pojawiły się ciemne chmury. Było chłodno. Nastawiłam uszu i zaczęłam się rozglądać. Zobaczyłam błysk pioruna. Zamarłam. Przyspieszył mi oddech. Nie wiedziałam co robić. Czym prędzej pobiegłam w stronę jaskiń, a dokładniej jaskini Leah. Stanęłam przy wejściu i szukałam ją wzrokiem. Gdy nasze oczy spotkały się zagrzmiało potwornie. Przestraszona wbiegłam w Leah i przytuliłam się do niej. Panicznie się bałam. Przyjaciółka wstrzymała oddech zaskoczona moim ruchem. Zaczęło padać. Zabłysło.
- Co się stało? - spytała Leah, a ja powoli oderwałam się od niej. Spojrzałam na nią speszona.
- Boję się burzy... - powiedziałam, trzęsąc się. Wadera spojrzała na mnie że smutkiem w oczach. Grzmotnęło. Dopiero teraz zobaczyłam porozrzucane książki po całej jaskini i... nóż... Odsunęłam się. Błysk.
- Leah? - zwróciłam się do mojej przyjaciółki. Grzmot. Nastała cisza. Słychać było tylko deszcz. Przestałam zwracać uwagi na burzę. - Chcesz to przemilczeć?
- Nie... Milczenie nie pomoże. Przecież nie powinnyśmy mieć przed sobą żadnych sekretów... - przełknęłam ślinę. Sekretów...
- Może zacznę? - zawahałam się.
- Hę? - zdziwiła się.
- Chyba nie myślisz, że jestem bezgrzeszna... - uśmiechnęłam się słabo. - Otóż... Wcale nie dostałam się tutaj przypadkiem. Zostałam wygnana że swojej rodzinnej watahy na prerii. To bardzo daleko stąd. Nie mam rodziny prócz ojca, który nawet mną się zbytnio nie zajmował. - mówiąc to, patrzyłam w oczy Leah. - Matki nie znam i nie mam rodzeństwa. Zostałam wygnana dlatego, że zabiłam Dakotę - córkę wodzą sprzymierzonej watahy. Wkurzyłam się na nią. Tego dnia jak zwykle pastwiła się nade mną i wypominała mi, że mam takiego ojca, że nic nie potrafię i jestem bezużytecznym stworzeniem. Nie wytrzymałam i rzuciłam się na nią z nożem... Nie żałowałam... Aż do teraz... Źle się czuję z myślą, że nigdy nie zobaczę już mojego przyjaciela Jakeo. Musiałam odejść bez słowa pożegnania... - z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Znów wtuliłam się w dużą waderę. Leah głośno przełknęła ślinę i zrobiła się ponura. - Każdy chciałby cofnąć czas... Ty pewnie Leah też, prawda?...
- Tak... Więc ja...

<Leah?>

Uwagi: Brak dopisku do kogo jest skierowane op. na końcu! Wystąpił błąd w formatowaniu i tekst ci się trochę rozjechał. "Nie wiedząc" piszemy osobno. "Dyszeć" a "oddychać" to praktycznie to samo (przynajmniej w tym kontekście)... Gdy mówimy o dwóch samicach, nie używamy formy męskiej! (np. zamiast poszliśmy pisz poszłyśmy). Powinnaś stawiać przecinki gdy mówimy o dwóch czynnościach w jednym zdaniu (np. Przeżuwała jedzenie, idąc.)