Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Od Leah "Chmury" cz. 1 (C.D. Manahane)

Maj 2020 r.
Stoję w bliżej nieokreślonym miejscu. Otacza mnie gęsta mgła. Dostrzegam zarysy jaskini, z których wychylają się wilki. Patrzą na mnie spode łba, niektóre podchodzą, szczerząc kły. Cofam się, ale powarkiwania dobiegają z każdej strony. Zaczynam biec na oślep, co chwila zderzając się z wilkami. Rozpoczęły pogoń.
Nagle wszystko się ucisza. Nagonka znika, a mgła wydaje się już tak gęsta, że można by kroić ją nożem. Nieprzenikniona cisza zdaje się wrzeszczeć w niebogłosy. Powoli ruszam na drżących łapach, w losową stronę. Zatrzymałam się, a obraz zamazał się i zaczął jakby drżeć. Słyszę dziwny dźwięk, stający się coraz głośniejszy. Zza zakrętu wyskakuje czarna postać. Ruszyła w moją stronę. Próbuję uciekać, ale nie jestem w stanie. Nagle znika... I pojawia się tuż przede mną.
Zerwałam się z posłania. Mój oddech był bardzo przyspieszony. Od dawna nie miewałam koszmarów, więc ten wyjątkowo mnie przeraził. Zmieniłam się w człowieka. Dotknęłam dłońmi czoła. Było rozpalone. Chyba mam gorączkę.
Wstałam. Zakręciło mi się w głowie. Dalej w ludzkiej postaci, ruszyłam nad Wodospad. Docierając na miejsce, znowu poczułam zawroty głowy i… wpadłam do wody. Wynurzyłam się dopiero po chwili. Ciepły strumień był bardzo przyjemny, gdy pływałam w nim jako człowiek. Wyczołgałam się na brzeg i zmieniłam się w wilka. Przez kilka minut czyściłam sierść, a muszę przyznać, że ostatnio tego nie robiłam.
Powoli szłam na zbiórkę. Ciągle kręciło mi się w głowie. Dzisiaj ponownie odbywała się na Wrzosowej Łące. Gorąco było nie do zniesienia.
Ciężko dysząc, dołączyłam do reszty. Patrzyli na mnie jak na wariatkę (z trzema wyjątkami), ale niezbyt się tym przejmowałam. Stanęłam obok Manahane.
- Możemy zaczynać. – powiedziała Alfa. – W szeregu zbiórka!
Wykonaliśmy rozkaz.
- Dzisiaj rozpoczniemy trening szybkościowy i wytrzymałościowy. Na początek będziecie biec przez Zielony Las, w stronę Rzeki Przyjaźni. Jak dotrzecie do Plaży, wrócicie tu. Bez żadnego skracania drogi!
Zeszła nam z drogi.
- Gotowi? Start! – Yuko i Kai wystrzelili na prowadzenie. Reszta została z tyłu. Biegłam z Maną na samym końcu, ciągle odczuwając ból głowy. Mimo to biegłam łeb w łeb z szarą waderą.
- Cześć. – Rzuciłam w biegu.
- Hej. – Odparła, przyspieszając.
Dalej biegłyśmy już bez słów. Otaczała nas szmaragdowozielona aura, odbijanego przez liście światła. Do moich uszu dobiegały odgłosy Lasu, w tym dziwny ryk. Lekko zaniepokojona, wybiegłam zza zasłony drzew, wpadając na małą, upstrzoną żółtymi i fioletowymi kwiatkami, polankę. Zatrzymałam się, wpatrując się w niesamowity widok i wyłapując wspaniałe zapachy.
- Leah! Coś się stało? - usłyszałam, że Mana zawraca. Chwile jeszcze patrzyłam na kwiaty.
- Tak... Trochę się zapatrzyłam.- Nieco stropiona podbiegłam do przyjaciółki.
Dobiegłyśmy do Rzeki Przyjaźni.
- Potem ci coś tu pokaże. - mruknęłam do Hane. - Parę miesięcy temu to odkryłam.
W biegu obserwowałam fale i małe wiry. Woda lśniła w promieniach wschodzącego słońca. Uśmiechęłam się w duchu.
Nieco zdyszane, dotarłyśmy do plaży. Przystanęłam nad wodą zbierając siły. Bieg był długi i wyczerpujący, przynajmniej dla mnie. Mana dała znak do biegu. Wzięłam głęboki wdech i pobiegłam za nią.

- Na dzisiaj to tyle, ale jutro już nie będzie tak łatwo. - Powiedziała Alfa. - Spotkamy się również tutaj. Możecie się rozejść.
Z westchnieniem ulgi skierowałam się w stronę jaskiń. Razem z Manahane poszłam na śniadanie.
***
- Po prawej! Szybko, szybko! - Krzyknął Dante. Trwało właśnie polowanie na górskie kozice. Byłam bardzo podekscytowana.
Skoczyłam w podanym przez Dannego kierunku. Zwierzę było bardzo szybkie i zwinne, w pojedynkę nie miałabym żadnych szans. Normalny sposób polowania diabli wzięli, kozica nas zwęszyła. Zauważyłam, że stworzenie wskoczyło na półkę skalną, tym samym przedłużając sobie drogę. Droga, którą wybrała prowadziła naokoło. Bez namysłu skoczyłam w stronę zakrętu, za którym, jak przypuszczałam, była dolinka, na którą wypadała ścieżka. Wpadłam jednak na ścianę. Bez namysłu wspięłam się po stromych występach. Wkrótce potem, zeskoczyłam na skarpę, po drugiej stronie.
Dokładnie siedem sekund potem z małego wzniesienia, zgrabnie zeskoczyła kozica. Instynktownie zagrodziłam jej drogę. Zdezorientowane zwierzę odskoczyło w tył, tym samym wpadając prosto w łapy Yuki. Prędko się z nią rozprawiła.
- Już tak późno? - mruknęłam do siebie, patrząc na chylące się ku zachodowi słońce. Całe popołudnie zmarnowane na tego zwierzaka?
Yuki tylko mruknęła pod nosem coś, co zabrzmiało jak przekleństwo i przeteleportowała się z kozicą do watahy. Dante poszedł w kierunku wcześniej upolowanych trzech saren. Z westchnieniem podążyłam w tym samym kierunku.
***
Siedząc w swojej jaskini zmagałam się z bólem głowy. Chcąc o nim zapomnieć, sięgnęłam po niedawno wypożyczony słownik. Przez następne trzy godziny, powtarzałam niektóre słowa, tworząc nic nie znaczące zdania, co chwila orientując się, że pomyliłam czas przeszły z teraźniejszym czy zapomniałam, jak brzmi odpowiednia forma czasownika. Mimo to, końcowy efekt bardzo mnie zadowolił.
Odłożyłam książkę na miejsce, coś jednak nie pozwalało mi ustawić jej tak, by nie wypadła. Odsunęłam inne tomy i zaczęłam szukać wzrokiem blokady. Dziwne... Co tam robi nóż?
Wzięłam narzędzie i przyjrzałam mu się bliżej, zastanawiając się, co tu robi. Wtedy sobie sobie przypomniałam. Upuściłam ostrze. Nie, nie... Tylko nie to...
- Do diabła z tym wszystkim! - Uderzyłam broń łapą, tak, że odleciała na drugi koniec jaskini. - Dlaczego musiało go to spotkać?! Dlaczego nie ja? Ktokolwiek inny! Tylko nie on! Dlaczego?!
Znowu dziura w pamięci. Wszędzie leżały porozrzucane książki. Siedziałam w środku tego bajzlu, patrząc matowym wzrokiem w przestrzeń. Po kilku minutach wstałam. Usłyszałam przyspieszony oddech. Spojrzałam w tamtą stronę. W wejściu stała Manahane. Wiatr na zewnątrz był bardzo silny jak na standardy tej strefy klimatycznej. Czy to ja go wywołałam?
Zbierało się na burze. Zagrzmiało. Spojrzałam smutno w oczy przyjaciółki.

<Manahane? Ten ON to Arsus jakby co xD>

Uwagi: "Zderzają" piszemy przez "rz".

czwartek, 17 sierpnia 2017

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 1

Kwiecień 2018
Chociaż był kwiecień, ziemię na zewnątrz wciąż przykrywał śnieg. Ilekroć został podtopiony przez ciepłe promienie słoneczne, wieczorny chłód, nasilający się całą noc, zamrażał go z powrotem. 
Siedziałam niedaleko kominka, zajęta rysowaniem. Na obrazku byłam ja, Babcia, nasz dom i ogród, niestety z niebieską trawą. Rysik zielonej kredki złamał się, jak kończyłam liście na drzewie. Zwykle w takim momencie prosiłam Babcie o naostrzenie mojego narzędzia pracy, jednak tym razem nie chciałam odrywać mojej opiekunki od robótki. Dziergała z uśmiechem, widocznie dobrze szlo. Po co zawracać jej głowę? Jako, że uważałam siebie za bardzo zaradną, poradziłam sobie z problemem sama. 
Jak skończyłam swoje arcydzieło, zaczęłam składać inna kartkę, jeszcze nieużywana, w samolot. Znaczy, to miał być samolot, jednak wyszedł krzywy trójkąt. Jak ci starsi to robią? Zaczęłam obracać w łapach moje "origami", kiedy Babcia zapytała:
- Już skończyłaś obrazek?
- Tak! - wykrzyknęłam i zerwałam się z miejsca, żeby pokazać jej moją kreacje. Starsza wilczyca przyjrzała się ilustracji.
- To ty i ja, prawda Lind?
- Tak! A tu jest domek - zapiszczałam zadowolona, pokazując łapką kwadrat z trójkątem na górze.
- Hm... - skupiła ponownie wzrok na rysunku. - Pływamy sobie? - zdziwiłam się słysząc te słowa.
- Nie! To trawa, Babciu- odparłam nieco zażenowana. Babciu, nie odróżniasz trawy od wody? Kolor wystarczy żeby cię zmylić?
Kiedy tak narzekałam w myślach na reakcje starszej wadery, ta zauważyła stan zielonej kredki. Zrozumiała co się stało i zaśmiała cicho.
- Jak zwykle nie chciałaś mnie zaczepiać? Lind, przecież nie będę zła na ciebie za to, że potrzebujesz pomocy - kręciła głową z pobłażaniem.
Tymczasem ja odłożyłam rysunek na ziemie i spuściłam smętnie wzrok. Nie wiedziałam jak jej to wyjaśnić, jak opisać moje nastawienie do takich błahych sytuacji.
Babcia wzięła zieloną kredkę i już chciała się zabrać za naostrzenie rysika, kiedy ktoś zastukał do drzwi. Odłożywszy pomalowany na zielono kawałek drewna, poszła do wyjścia mrucząc coś w stylu "Nareszcie". Odruchowo pobiegłam za moja opiekunką. Ledwo wychylając główkę zza niej, patrzyłam jak wpuszcza do środka dwa wilki - dużego i mniejszego. Większy miał szarobrązowe futro z kilkoma granatowymi pręgami. Jego podopieczny był prawie cały szary i wyglądał jakby cały świat nudził go na śmierć.
- Już się zastanawiałam co was mogło zatrzymać - powiedziała Babcia, przytulając dorosłego basiora.
- Przeszła nawałnica, ciociu - odparł tamten. - Musieliśmy przeczekać te parę godzin.
- Oczywiście, rozumiem. Z naturą nie ma żartów - zaznaczyła Babcia i zwróciła uwagę na mniejszego wilka. - Freeze, jak ty wyrosłeś - uściskała też tego na oko półtorarocznego basiorka. Nie wyglądał na zadowolonego z fizycznego kontaktu. Zrobił dziwna minę, ale nie protestował głośno. Odetchnął dyskretnie z ulgą, kiedy został wypuszczony z objęć.
- Kto tam się za tobą chowa, ciociu? - zapytał starszy wilk, spoglądając w moja stronę. Schowałam się i skuliłam jeszcze bardziej.
- To moja mała Lind, o której ci pisałam. Chodź, pokaz się mojemu siostrzeńcowi - zachęciła mnie Babcia.
Niepewnie wyślizgnęłam się zza niej i stanęłam przed dziwnym-dużym-siostrzeńcem i tym-nazwanym-Freezem. Większy oczywiście oczarowany, pogłaskał mnie po czuprynie. Zachwycał się jaka to ja nie jestem słodka i duża i biała itd.
Na moje szczęście Babcia zauważyła, że delikatnie mówiąc, trochę boje się jej siostrzeńca. Zaproponowała więc żeby Freeze poszedł ze mną do pokoju i poczytał mi coś. Chociaż ten szarawy wyglądał na nudziarza, taka perspektywa bardzo mnie ucieszyła. Babcia czyta mi tylko wieczorami, zresztą i tak nie zawsze ma na to siłę. Co prawda sama umiem trochę, ale chyba to jeszcze trochę za mało, żeby sprawnie śledzić samodzielnie np. historie księcia Virana.
- Książki, które zaczęłyśmy są na biurku. W środku znajdziesz zakładki - dodała Babcia na odchodnym.
Pobiegłam do mojego pokoiku. Freeze dołączył do mnie dopiero po chwili. Zauważyłam, że podczas chodzenia szura łapami i przygląda się wszystkiemu, jakby był w muzeum. Wskoczyłam na łóżko i czekałam, aż łaskawie wybierze książkę do czytania.
Wilk w końcu przejechał wzrokiem po pierwszym tytule i przewrócił parę stron.
- Co to jest? Kronika? - mruknął jakby do siebie.
- Król Orrin jest fajny - powiedziałam z nadzieją, ze weźmie ten rękopis. Niestety, zawiodłam się. Odsunął go na bok. Nie wiem, za cicho powiedziałam?
- Czyta się to jak podręcznik do historii. Nie macie czegoś normalnego dla szczeniąt? - szepnął, ziewając szeroko i popatrzył na kolejne tytuły. Czy jemu..? - Co jest twoje ulubione? - poprosił o podpowiedź, sprawiając, że zapomniałam o tym, co właśnie zauważyłam...
- Opowieści z Królestwa Spadających Gwiazd! - zapiszczałam radośnie.
- Brzmi lepiej - odparł.
Drgnęłam i zastygłam na chwilę w miejscu. Nie wydawało mi się. Jak mówił, z pyska poleciały mu kłęby pary. Powstrzymałam się od komentarza i czekałam aż zacznie czytać. Usiadł na krześle przy łóżku i otworzył książkę. Z bliska dostrzegłam ze na jego futrze tu pozostały płatki śniegu. Nie stopniały, chociaż w domu jest ciepło. Bez namysłu dotknęłam jego boku. Był lodowaty.
- Ale bajer - ucieszyłam się.
- Nie rusz - uciekł razem z krzesłem na bezpieczną odległość od łóżka. - Jeszcze ci przymarznie ta puszysta łapka. Zamruczałam niezadowolona.
- Czytaj - nakazałam.
Już bez słowa (jedynie z dziwnym spojrzeniem) odnalazł zakładkę i zaczął czytać.
- "Książę powróciwszy do zamku..." - zaczął takim beznamiętnym tonem, aż pomyślałam, że za chwilę zasnę. Na szczęście z czasem zmienił głos. Chyba jego też zafascynowały opisy krain, odwiedzanych przez księcia Virana.
Szczerze? Chyba wczuł się lepiej niż babcia. Zabawnie udawał głos księcia. Położyłam się na brzuchu i słuchałam, wciągnięta w historię jak rzadko kiedy. Fajnie się słucha czegoś, o czym wiesz, że to wszystko prawda. Jak dorosnę, będę jak książę Viran, myślałam. Albo nawet lepsza, bo nie będę się bać węży. 
Czas szybko mijał, w końcu czytanie przerwał tatuś Freeza, czyli siostrzeniec Babci. Wpadł do pokoju bez uprzedzenia i ogłosił:
- Za piętnaście minut obiad, maluchy! - Freeze aż podskoczył, wyrwany z transu lektury.
- Ugh, dobrze, tato - mruknął, powracając do beznamiętnego tonu głosu. Widać było, że chce spławić rodzica. Udało się. Starszy z uśmiechem na pysku zostawił nas w spokoju.
Freeze odłożył książkę i spojrzał na mnie. Schyliłam się pod łóżko i wyjęłam stamtąd kawałek papieru.
- Umiesz składać samoloty? - zapytałam szarego.
- Naturalnie - odpowiedział.
- Nauczysz mnie? - poprosiłam wyciągając w jego stronę kartkę.
- Pewnie - odparł i wziął ode mnie świstek. Zauważyłam, że kiedy mówi do mnie, nie mówi już jak nudziarz.
Freeze pochylił się nad skrawkiem papieru i pokazał mi krok po kroku co i jak. Później rozłożył arkusz, żeby było widać, gdzie są zgięcia. Wydobyłam spod łóżka nową kartkę dla siebie, żeby spróbować.
Wyszło. Nie tak, jak oczekiwałam, bo nie był idealny, a jedno skrzydło krzywe, ale przynajmniej wyglądał jak samolot. Mojej szczenięcej radości brakło granic. Freeze patrzył na mnie, chyba dzieląc moją satysfakcję.
- Piąteczka? - wyciągnęłam łapę.
- Piąteczka - przybił.

Uwagi: Nieprawidłowo zapisana część op. Zapominasz o ogonkach przy "ę" na końcu niektórych wyrazów. "Półtorarocznego" piszemy razem.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Od Manahane "Nowy Świat" cz. 5

Luty 2020
- Od kilku minut. Dzięki, że nie obudziłaś mnie tak... Gwałtownie - odparła, uśmiechając się - jak zawsze. Podniosła się powoli z posłania i westchnęła - Zaspałam na zbiórkę, tak?
- Tak. - odpowiedziałam nadal przyglądając się jej. Na szyi miała bardzo ładny amulet.
- Trudno. Pójdę na wieczorną. - przeciągnęła się ospale. - Resztę dnia masz wolną?
- No tak. - odpowiedziałam bez przekonania. Chociaż i tak nie mam nic do roboty. Wybrałam sobie tylko jedną funkcję i wykonałam swój obowiązek - bycie na treningu.
- Może gdzieś razem pójdziemy?
- Co proponujesz? - spojrzałam się na Leah.
- Żółty Las?
- Dobra. - powiedziałam bez większego przekonania. Żółty Las? Serio?
- Chodź. - uśmiechnęła się, jak zwykle. Czy ją to naprawdę nie boli?
 Zanim poszłyśmy do tego Żółtego Lasu, zjadłyśmy śniadanie. Po treningu miałam zaskakująco dużo sił. Przechodząc obok Pomarańczowego Drzewa z podziwem przyglądałam się złocistym liściom. Nawet lekko uśmiechnęłam się pod nosem, lecz Leah nie mogła tego zauważyć.
 Wchodząc na most, przyglądałyśmy się rzeczce. Ciekawe co robi teraz Jakeo - mój przyjaciel. To znaczy byliśmy przyjaciółmi do czasu. Po tym jak rozniosła się wieść o tym, że zabiłam córkę wodzą sprzymierzonej watahy, matka Jakeo zakazała mu przyjaźnić się ze mną. Leah zaczęła opowiadać mi o ludziach, mieście, jej pracy. Interesowało mnie to. Potem chwilę jeszcze powłóczyłyśmy się po okolicy, a następnie skierowałyśmy się w stronę centrum watahy.
***
Mijały dni. Coraz mniej przeszkadzało mi zbyt optymistyczne podejście do życia mojej przyjaciółki. Tak. Mogę już ją nazwać przyjaciółką. Choć nie ustaliłyśmy tego, ja wiem, że mogę jej ufać. Po prostu to czuję.
Postanowiłyśmy wybrać się na polowanie. Tylko my dwie, zwierzęta i noc. Tak, polowałyśmy w nocy. Najpierw polowałyśmy na zające. Tropienie jak i podążanie niezauważonym za nimi trwało około godziny. Ustaliłyśmy, że ja będę goniąca, a Leah zabijająca. Zaczęłam gonić zające, tym samym zaganiając je w miejsce gdzie będzie czekać Leah. W sumie udało nam się złapać trzy. Próbowałyśmy też złapać sarnę, lecz zwierzę było za szybkie. Doszłyśmy do jeziora. Podczas łowienia ryb rozmawiałyśmy ze sobą o wszystkim, o niczym.
- Idzie lato, jak sobie poradzisz? - zapytałam, nie odrywając wzroku znad tafli wody.
- Większość czasu będę spędzać w Śnieżnym Lesie.
- To znaczy, że będziemy spędzać ze sobą znacznie mniej czasu... - mruknęłam ponuro.
- Nie myślmy o tym teraz. - uśmiechnęła się słabo.
- Nie tęsknisz za domem?
- W sumie może trochę, ale nie zniosłabym znów obecności tylu barci i sióstr. - wydała z siebie cichy śmiech.
- Hmm? - oczekiwałam odpowiedzi - Aż tak dużo masz rodzeństwa?
- Tak... Mateo, Arsus, Caspian, - zaczęła wymieniać - Kasumi, Sheena, Morgana, Eira. Mogę też wymienić wujków i ciocie.
- Nie, nie trzeba...
- Karla, Sirocco, Shira, Aurora, Posed, Marano,...
- Leah...
- Sakata. Do tego jeszcze kuzyni: Zenithar, Kanuma, Kaligna, Messai, Leokadia, Otto, Zan, Onar, Arnor, Gamal, Hakon, Zayna, Ashur, Zaria, Eleyna, Dalila, Kailiana, Aela, Galla, Gallardo, Juan. To chyba wszyscy. - Skończyła swój długi monolog. Ma naprawdę bardzo liczną rodzinę. Dobrze, że nie wymieniła dziadków i babć... - A jak z twoją rodziną?
- Wszystko dobrze... - mruknęłam
Zbliżał się świt. Złapaliśmy dwadzieścia jeden ryb. Westchnęłam. Chciałam powiedzieć Leah prawdę. O tym, że zostałam wygnana, że nie mam matki, że czuję się samotna. Popatrzyłam na stojąca obok mnie waderę. Ona spojrzała się na mnie, a w jej oczach było widać, że ma coś na sumieniu. Na szyi nie miała już tego amuletu. Zetknęłam jeszcze raz na nią. Nie czułam się ani trochę szczęśliwa. Czułam smutek. Nie wiedziałam co się stało, lecz nie odczuwałam tego samego uczucia co kilka godzin wcześniej - zaufania.
- Co się stało? - zapytałam, patrząc Leah w oczy, ona zaś unikała kontaktu wzrokowego.
- Ja-ja przepraszam... - po poliku poleciała jej łza. - Nie chciałam, aby tak wyszło...
- Ale co? - zrobiłam krok do tyłu. Przez przypadek potknęłam się o jakiś przedmiot. Był to amulet Leah... - Do czego to służy?
- To Amulet Przyjaźni... - powiedziała cicho. Zorientowałam się... - Ja naprawdę cię polubiłam, Mani. Zapomniałam o tym śmieciu...
- Też cię polubiłam... Zaufałam ci... - powiedziałam oschle, a po moich policzkach zaczęły lecieć łzy... Tak, ja, Manahane, płaczę...
- Przepraszam... - Leah podeszła do mnie - Wybacz mi...
- Nie potrafię... Jedyne co możemy zrobić to zacząć od początku. - powiedziałam, próbując się uspokoić. Wadera spojrzała na mnie że zdziwieniem. - Cześć, jestem Manahane.
- Cześć, a ja Leah. - uśmiechnęłyśmy się do siebie i zaczęłyśmy się śmiać. Tak. To było szczere z mojej strony... Pierwszy szczery uśmiech... Lecz ta sytuacja pozostawi na zawsze rysę w moim sercu. Ale nie przejmuję się tym dzisiaj.

Uwagi: Brak przecinków przy zdaniach złożonych. Żółty Las oraz Pomarańczowe Drzewo to nazwa miejsca! "W sumie" piszemy oddzielnie.

środa, 9 sierpnia 2017

Od Leah "Zamierzam wrócić" cz. 2 (C.D. Lind)

Maj 2020 r.
Byłam w drodze do Biblioteki, z zamiarem wypożyczenia nowych książek. Polowanie już się zakończyło, byłam na porannej zbiórce... W zasadzie mam wolne na resztę dnia.
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Westchnęłam z zadowoleniem, obserwując opasłe tomy. Zaczęłam rozglądać się za czymś ciekawym. Wpadł mi w oko bardzo stary, duży słownik. Dobrze byłoby nauczyć się jakichś języków. Zdjęłam książkę z półki i przewróciłam kartkę. Był to niejaki shin'a'in, znany też jako starosigmański. Trudny, ale ciekawy.
Skierowałam się z książką w stronę czytelni. Przejście jednak zagradzała nieco mniejszą ode mnie wilczyca.
- Przepraszam... - Zwróciłam się do białej wadery z tęczową grzywką i... Piórami w sierści. Robi wrażenie.
- Nic nie szkodzi. - Odparła z nosem w książce. Nieco zabiło mnie to z tropu. Spojrzała na mnie.
- Znaczy, ja chciałam przejść. - sprecyzowałam.
- Tak, oczywiście, wiem. - Szybko powiedziała. - Ja tylko trochę zaczytałam się. - Reakcja wadery odrobinę mnie rozbawiła.
- To na przyszłość czytelnia jest tam. - wskazałam miejsce waderę.
- To... Też wiem. - Mruknęła.
- Co cię tak wciągnęło? Mogę zobaczyć? - Spytałam z zainteresowaniem.
- Pewnie. - Wzięłam od niej książkę. Przeczytałam tytuł.
- Robinson Crusoe? Czytałam. - uśmiechnęłam się na wspomnienie treści książki. - Pierwsze spotkanie?
- W sumie to pierwszy raz widzę ludzką literaturę w ogóle. - Powiedziała.
- Jak wrażenia? Mocno cię zaabsorbowało.
- W sumie nie wiedziałam, że ludzie potrafią dobrze pisać.- Oddałam jej książkę.
- Można trafić na niezłe perełki. Polecić ci coś? - spytałam.
- Innym razem, nie zapamiętam teraz żadnego tytułu. Tak w ogóle jak ci na imię?
- Leah. - przedstawiłam się. - A ty?
- Lind. - Coś we mnie drgnęło. Nie wiem czemu, ale jej zapach wzbudził we mnie dziwne uczucie...
Ocknęłam się z odrętwienia.
- Miło mi. Od dawna tu jesteś?
- W sumie to nie. Z resztą, będę musiała wkrótce wrócić w góry. Kogoś tam zostawiłam. - Patrzyła na półki z książkami.
- Czegoś szukasz? - spytałam.
- Potrzebuje informacji o gnollach.
- Myślę, że wiem gdzie szukać. Chodź za mną. - Zawróciłam, w kierunku działu książek z istotami magicznymi.
***
- To chyba wystarczy. - Powiedziała, patrząc na stos książek, z lekkim przerażeniem.
- W sumie powinno. - Mruknęłam, wrzucając na około metrowy kolumnę ksiąg egzemplarz pod tytułem "Gnomy, gnolle i inne".
- Dziękuje ci. - Powiedziała, nieznacznie odsuwając się od stosu.
- Żaden problem Lind. Jakby trzeba było szukać jednak dalej, polecam się. - Odczuwałam dużą chęć pomocy dla tej wadery. W zasadzie nie mam pojęcia dlaczego. Pachniała dziwnie znajomo...
- E... - patrzyła na książki. - okej. - uśmiechnęła się.
- Jasne, do zobaczenia! - Powiedziałam na odchodnym.
Wyszłam z Biblioteki. Na zewnątrz było bardzo ciepło, przynajmniej w moim mniemaniu. Tak naprawdę uwielbiam ciepło, ale moje pojęcie tego słowa bardzo różni się od tutejszego. Dla mnie jest przyjemnie gdy temperatura sięga piętnaście stopni poniżej zera...
Po drodze wybrałam się nad Jezioro, by złowić kilka ryb. Temperatura w mojej jaskini jest stosunkowo niska, więc szybko się nie zepsują.
Zastanowiła mnie pewna zmiana w moim wyglądzie. Za każdym razem, jak obserwuje swoje odbicie w Jeziorze, wydaje mi się one nieco ciemniejsze... Patrząc na swoje łapy, uderzyła mnie dziwna zmiana. Były srebrzyste
Ruszyłam do swojej jaskini. Westchnęłam. Prawda, tęsknie za domem, ale nie mogę wrócić. Rad wyroczni się nie lekceważy.
***
Zebrało mi się na smutne myśli. Siedząc w swojej jaskini, próbowałam z pamięci narysować Arkana. Poprzednie rysunki niestety przepadły, gdy szybko opuszczałam Tajemnicze Podziemia. Bardzo tęskniłam za małym smokiem, jednak jego odnalezienie byłoby teraz czymś niemożliwym.
By trochę się uspokoić, sięgnęłam po słownik, jednak moja ręka trafiła na pustkę. Spojrzałam tam. Nie było go. Przeszukałam całą jaskinię, ale książki nie znalazłam.
- O psia kość. - mruknęłam. - Została w Bibliotece.
Wystrzeliłam z jaskini. Bardzo chciałam przeczytać słownik, język wyglądał ciekawie. Po dobrych kilkunastu minutach wbiegłam do Magicznego Ogrodu. Zdyszana, zwolniłam do truchtu.
Przyglądałam się kwiatom, wciąż nie mogąc nadziwić się ich urodą. Kilka razy przystanęłam, by przyjrzeć im się dokładniej.
Wychodząc z niego znowu ruszyłam sprintem.
Uchyliłam drzwi Biblioteki. W środku migotał płomień świecy. Ktoś tu jeszcze jest.
Wyjrzałam zza regału, by zobaczyć kto to. Była to Lind. Siedziała nad małym tomem który zapamiętałam jako "Magiczne Stworzenia. Podręczny niezbędnik". Podeszłam do niej.
- I jak ci idzie? - Powiedziałam cicho. Drgnęła. Po chwili odwróciła się.
- Dobrze. - powiedziała. - Znalazłam wiele przydatnych informacji.
Patrzyłam przez chwilę na cztery wielkie, nieprzeczytane dotąd tomy i podkrążone oczy wadery.
- Słuchaj... Widzę, że do czegoś potrzebujesz tych informacji. Raczej nie czytałabyś takiej ilości książek, tylko dla przyjemności. Chcę ci pomóc. Ale czy ty tego chcesz? - Powiedziałam wolno, patrząc jej w oczy. Zawahała się.
- No nie wiem... - zrobiła przerwę. - Nie chcę robić problemów.
- To nie problem. To przygoda. Właśnie dla nich przybyłam tu z północy. - Spojrzała na mnie odmieniony wzrokiem. Zastanawiała się przez chwilę.
- Dobrze. - Powiedziała. W jej głosie można było wyczuć ulgę.
- A więc czego szukamy?
- Słabych punktów gnolli.
Zerknęłam na kartkę, leżącą obok jej łapy. Były tam wypisane słabostki tych stworów.
- Masz już tego dość dużo... - wzięłam z ławy dwie książki. - Sprawdzę te trzy, ty obejrzyj pozostałe.

- Czy mogę wiedzieć, po co ci te informacje? - Spytałam, przeglądając jakiś katalog magicznych stworzeń.
- Górskie gnolle zapłacą mi za odebranie moich mocy. Również przez nie, rozdzieliłam się z towarzyszem podróży. Ustaliliśmy że spotkamy się przy skalnym łuku. Powinnam tam jak najszybciej pójść, zwłaszcza, że ma coś mojego. - mówiła z wahaniem.
- Jak się tu znalazłaś?
- Przez gnolle spadłam z góry. – powiedziała krótko.
Odpowiedź nieco mnie zszokowała, ale nie odezwałam się więcej.

Odłożyłam ostatnią książkę. Spojrzałam na Lind. Wadera przysypiała.
Z resztą nie dziwię się jej. Było grubo po północy. Sama odczuwałam zmęczenie.
- Hej! Lind! - szepnęłam. - Chodź, mamy tego dużo. - Zwróciłam się do niej. Powoli ruszyła ze mną w stronę jaskiń.
Po odprowadzeniu Lind do domu, wróciłam do siebie. Natychmiast po położeniu się na legowisko, zasnęłam. Na dziś (a raczej wczoraj) dość wrażeń.
***
- A więc gdzie jest ten skalny łuk? - spytałam, wchodzącą na zbocze Lind.
- Na południowy wschód stąd. - powiedziała podekscytowana.
- Prowadź. - wzruszyłam ramionami.
Wadera dość sprawnie wspinała się po skałach. Dotarłyśmy na górską ścieżkę. Potem już tylko mozolny marsz.
Zastanawiałam się nad reakcją jej towarzysza. Prawdopodobnie nie będzie zbyt pozytywnie do mnie nastawiony. Z tego co mówiła wywnioskowałam, że to pewnie coś jej winny basior.
Rozpoczęłam niezobowiązującą rozmowę z Lind. Dyskutowałyśmy o książkach podróżniczych. Wadera posiada wręcz zaskakującą wiedzę i niesamowity światopogląd.
Po kolejnych godzinach marszu, poczułam tak dobrze mi znany chłodny wiatr.
Uważaj, w pobliżu są wrogo nastawione istoty. - odezwał się beznamiętny głos w mojej głowie. Odwróciłam głowę. Lind spojrzała na mnie z niepokojem.
- Czy coś się stało? - spytała.
- Jeszcze nie, ale istnieje możliwość, że grupa gnolli jest w pobliżu. - powiedziałam. Lind nadstawiła uszy.
- Jest ich sześć, jakieś pół kilometra stąd. Przemieszczają się w naszym kierunku. Bynajmniej nie jest to pościg, jeszcze nas nie zwiększyły. - Powiedziała pewnie.
- Usłyszałaś je? - wybałuszyłam na nią oczy. Kiwnęła tylko głową, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Słońce było już wysoko na niebie. Chciałam sprawdzić okolicę z lotu ptaka, ale przewodniczka ostrzegła mnie przed silnym wiatrem halnym.
Nagle usłyszałam za sobą radosne warknięcie. Błyskawicznie odwróciłam się. Znacznie mnie przewyższające, obrzydliwa bestia patrzyła w moim kierunku.
- Wiesz, w książkach zabrakło ilustracji. - powiedziałam do Lind, kładąc uszy po sobie. - Czy to jest gnoll?
- Jak najbardziej. - odparła, wlepiając wzrok w ślepia krótko-pyskiej istoty. W oczach wadery można było dostrzec czystą furię.
- Wiesz... Nie jesteśmy na zbyt dogodnym miejscu do walki... Sądzę, że warto trochę się przenieść... - stałyśmy na bardzo wąskiej półce skalnej. Potwór miał większe pole do popisu.
- Lind... - wadera nie chciała się ruszyć. Zaczęła warczeć, na co bestia tylko zarechotała.
- LINDA! - zupełnie przypadkowo na końcu imienia towarzyszki dodałam jedną literę. Zupełnie zapomniała o gnollu. Spojrzała na mnie urażona.
- Nazywam się Lind. - powiedziała twardo. Chwilę się wahałam, już miałam ją przeprosić, gdy kątem oka zobaczyłam, że obrzydliwy stwór zaczął podążać w naszym kierunku.
- Po prostu chodź. - powiedziałam, ciągnąc ją za sobą.
Biegłyśmy w kierunku skalnego łuku. Lind potykała się, wyraźnie bolały ją łapy.
- Już wszystkie nas gonią! - jęknęła.
Rozpędziłam się, Lind została trochę z tyłu. Odwróciłam głowę, już zwalniałam, by mnie dogoniła, gdy nagle straciłam grunt po łapami. Z krzykiem spadłam w przepaść.
Kilka chwil później, spotkanie z litą skałą odebrało mi dech. Po chwili podniosłam się.
- Leah! - usłyszałam nad głową krzyk Lind.
- Nic mi nie jest! - odkrzyknęłam. Spróbowałam zorientować się w sytuacji. O włos uniknęłam upadku na sam dół. Uratowała mnie półeczka skalną, akurat takich rozmiarów, żebym nie spadła. Znajdowała się około pięciu metrów pod ścieżką.
- Zostań tam gdzie jesteś! - Krzyknęłam. Za waderą rozległ się ryk. - Zmiana planów. Uciekaj!
Natychmiast ruszyła przed siebie. Śmiało skoczyłam z półki, jednocześnie przywołując skrzydła wiatru. Udało mi się w locie dogonić Lind. Uspokoiłam wiatr i spokojnie wylądowałam. Znalazłyśmy się na nieco większej przestrzeni, więc mogłyśmy przygotować się na atak. Z niepokojem patrzyłam na Lind. Może jakby była w formie, dałaby radę, ale teraz...
Gnolle wystrzeliły zza skały. Warcząc, patrzyłam na pierwszego z brzegu. Inny ze zawył ze złością dostrzegając Lind. Coś nie tak było z jego łbem...
Potwór rzucił się na mnie. Zamachnął się prymitywnym młotem. Odskoczyłam, jednocześnie próbując mocą wyrwać broń z jego łap. Niestety okazał się za ciężki. Ponownie się zamachnął, tym razem trafiając mnie w bok. Sycząc z bólu, patrzyłam jak dołączają do niego trzy inne stwory. Lind broniła się przed pozostałą dwójką. Spróbowałam przywołać wiatr. Wszechobecny halny nadawał się doskonale.
Potwory zaczęły osuwać się do tyłu. Runy na mojej łapie zaczęły świecić.
Próbowały zaprzeć się nogami i dzięki potężnym pazurom, udało im się. Gwałtownie zatrzymałam podmuch. Tak jak przypuszczałam, powywracały się. Skoczyłam na jednego z nich, szybko atakując kłami, a następnie odskakując. Gnoll ryknął i runął na mnie. Podleciałam do góry, tym samym prawie powodując jego upadek. Reszta podniosła się i za wszelką cenę próbowała mnie dosięgnąć. Spojrzałam w stronę Lind. Nie jest dobrze. Muszę jej pomóc.
Nagle ujrzałam skalny łuk. Cel wyprawy.
Nikogo tam nie było.
<Lind?>