Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 2 lutego 2017

ZAPOZNANIE, LUTY 2017

Tak dla przypomnienia - aby otrzymać bonus, należy napisać op. do osoby wskazanej przez strzałkę.
Za op. należy się bonus + 3 pkt. do wszystkich umiejętności i + 1 pkt. do mocy (liczy się tylko za pierwsze op., ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby kontynuować serię dalej. Ba! To jest nawet wskazane). Temat na op. jest absolutnie dowolny.
Abym zaliczyła op. do tej oto "promocji", wystarczy napisać pod skończonym op. "ZAPOZNANIE, LUTY 2017". :)
  1. Kai → Shiryu
  2. Dante → Moone
  3. Sohara → Miniru
  4. Suzanna → Moone
  5. Yuki → Kai
  6. Mizuki → Suzanna
  7. Sarah → Aokiharara
  8. Serill → Sierra
  9. Miniru → Sarah
  10. Renethrain → Yuki
  11. Moone → Serill
  12. Aokigahara → Renethrain
  13. Zirael → Mizuki
  14. Shiryu → Sohara
  15. Sierra → Dante
W razie pytań... zapoznanie październikowe wciąż jest aktualne. Jego ważność zakończy się dopiero w momencie ogłoszenia zapoznania listopadowego, więc wciąż można na nie pisać op. Link: klik!

środa, 1 lutego 2017

Od Kiiyuko "Co do..." cz. 4

 Najprawdopodobniej lato 2017 r.
Kilka godzin temu byłam w szpitalu. Chciałam zobaczyć, w jakim stanie są jest dwójka poszkodowanych członków watahy. Nikt dokładnie nie wiedział, co się stało. O ile w przypadku Astrid było oczywiste, że została zaatakowana, tak Kazuma pozostawała jedną wielką zagadką. Przynajmniej dla mnie. Choć była dla mnie całkowicie obca, praktycznie czułam jej ból.
Zaniepokojenie. To jedyna rzecz, która towarzyszyła mi przez najbliższe godziny. Brak możliwości snu, nerwowe chodzenie w tę i we w tę. Pod skórą czułam, że ma się coś wydarzyć. Jeszcze nie wiedziałam, co. Coś na pewno.
Nie chciałam jeść, ani pić. Chodziłam i myślałam. To napięcie było wprost nie do zniesienia. Nawet nie mogłam zgrywać słynnej, wesolutkiej Kiiyuko. Zbyt przejęta byłam własnymi rozmyślaniami. Dlaczego niczego nie pamiętałam? Co się działo wcześniej? Nikt mi nie powiedział całej prawdy. Dopiero teraz zaczęłam żałować, że wcześniej nie wypytywałam dogłębniej pozostałych wilków o swoje losy. Brakowało mi wielu elementów tej chorej układanki. Zdołałam się domyślić, że jestem starsza, niż początkowo podejrzewałam. Mam więcej, niż raptem trzy lub cztery lata. Czy zawsze nazywana byłam Kiiyuko? To jedna z niewielu rzeczy, których jestem pewna. Członkowie stada wymawiają moje imię z takim przekonaniem, jakby powtarzali je przez całe swoje życie.
Znałam wszystkich, ale samej siebie nie. Niby taka dobra przyjaciółka, a siebie samą znienawidziłam. Potrzebowałam do tego zaledwie kilku godzin. Dotychczas, żyjąc szybko nie miałam takich rozmyślań. Liczyło się tu i teraz. Nie wpadłam na to, że zaczepienie losowych imprezowiczów w Mieście, wpakowanie się do ich samochodu i wspólny wyjazd wcale nie był takim dobrym pomysłem. Skończyło się wypadkiem. Oni trafili do szpitala... ja... cóż, jestem nieśmiertelna. Nic mi się nie stało. Wtedy nawet nie myślałam o tym, że mogą być chorzy do końca życia. Co najgorsze, podobnych wybryków miałam więcej. Coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę z własnej głupoty.
Na co ja tak właściwie czekam? Aż coś się wydarzy? Czy może raczej powinnam sama pchnąć akcję do przodu?
- Kiiyuko... - usłyszałam słaby, bardzo zachrypnięty głos. Z przestrachem się odwróciłam. Przede mną stał nie kto inny, jak Kazuma. Wyglądała tak, jakby miała zaraz upaść i już nigdy nie wstać. Jej całe ciało było rozdygotane. Wyczerpane do granic możliwości.
- Matko... - wyszeptałam. Zignorowała moją reakcję, wykonując dziwny ruch głową.
- Chodź...
Wskazywała mi drogę. Niepewnie ruszyłam w kierunku, który pokazywała pyskiem. Chwiejnym krokiem postąpiła za mną. Szłam na tyle wolno, że już po chwili zrównała się ze mną. Choć widziałam ból na jej pysku i determinację, nigdzie się tak właściwie nie spieszyła.
- Gdzie idziemy? Pozwolili ci wyjść ze szpitala?
Nie odpowiedziała. Była skupiona na tym, gdzie idzie. Często mrugała zapuchniętymi oczami. Wyglądała jak straszydło. Ilekroć dokładniej przyglądałam się jej poranionej, brudnej i zarobaczonej skórze, zbierało mi się na wymioty. Jak ona z tym wytrzymywała?
Minęłyśmy Zielony Las, wkraczając tym samym w teren zalany pomarańczowymi liśćmi.
- Jesteś byłą Alfą Watahy Magicznych Wilków. Zawsze siadałaś pod Pomarańczowym Drzewem, by wygłosić różne ważne informacje. Słuchali cię. Mieli cię za autorytet. Wszystko się dobrze układało - powiedziała to w taki sposób, jakby sporo wypiła - wolno i nie całkiem wyraźnie. Spojrzałam na nią zdumiona.
- Co?
- To co usłyszałaś - warknęła cicho.
Następnie przeszłyśmy obok Drzewa Wiedzy. Nie tuż pod nim, lecz w pewnej odległości. Wiedziałam, że było ono tak samo ważne, jak i niebezpieczne. Patrzyłam na nie z fascynacją. Nigdy nie byłam tak blisko. Nie miałam właściwie powodu, by zapuszczać się w te tereny.
- Często tu przychodziłaś. Nigdy nie wiedziałaś, po co. Lubiłaś patrzeć na to drzewo. Zupełnie jak nagrobki swoich bliskich. Zbliżałaś się zawsze do tego, co niebezpieczne. Nigdy jednak na tyle, by bezpośrednio zagrozić samej sobie.
- Nagrobki? - zapytałam drżącym głosem. Wchodziłyśmy na teren Żółtego Lasu. - To w takim razie jak długo już żyję?
- Dokładnie dwanaście i pół roku.
Z sykiem wypuściłam z płuc powietrze. Tego się nie spodziewałam. Sądziłam, że mam w granicach może ośmiu lat... ale nie więcej. Wtedy coś jeszcze zrozumiałam.
- Skoro jestem byłą Alfą... dlaczego zdjęto mnie ze stanowiska?
- Oddałaś je córce.
Suzanna to moja córka. Zrobiło mi się trochę słabo. Dlaczego akurat Kazuma chciała mi powiedzieć o tym wszystkim? Dlaczego teraz? Chciała to zrobić przed śmiercią? Czemu? Do moich oczu napłynęły łzy. Już niczego nie rozumiałam. A co jeśli cały czas mnie okłamywała? Nie, ta wersja jednak miała w sobie coś, co dawało mi poczucie, że to jednak prawda.
- Często przychodziłaś z nią tutaj, kiedy była mała. Razem z Rafaelem. Czasem nie było was całe dnie, bo bawiliście się w podchody.
Mój oddech zrobił się cięższy. Łapy mi drżały.
- Rafael? To mój partner, tak?
Skinęła głową.
- Dał ci ten naszyjnik - mówiąc to, spojrzała na srebrny wisiorek w kształcie gwiazdy. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Jak to? Jak wiele jeszcze przegapiłam? Ile pięknych chwil?
Przez kilka minut szłyśmy w kompletnym milczeniu. Wciąż nie mogłam przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. To się nie działo naprawdę. To niemożliwe. Dlaczego chciałam tego wszystkiego zapomnieć? Co mnie do tego skłoniło? A może to był tylko głupi wypadek? Byłam szczęśliwa, ale ktoś mnie zmusił do wypicia tej cholernej wody?
Wkroczyłyśmy do Parku w watasze. Róże o tej porze rozwinęły się do swej pełni okazałości i pyszniły się soczystym, różowym kolorem. Zerwałam jedną i przytrzymując w długim ogonie, wąchałam. Czyli róże to moje ulubione kwiaty? Zerknęłam na Kazumę. Nie patrzyła na mnie. Zdawała się być zamyślona. Zamyślona i cierpiąca. Odczuwałam silną chęć pomocy, jednak wiedziałam, że ta mnie odtrąci. Nie chciała czyjegoś wsparcia. Już mi chyba nawet kiedyś o tym mówiła. Było mi jeszcze bardziej jej żal.
Weszłyśmy do Różowego Lasu, na co zerknęłam na nią rozbawiona.
- To miejsce dla zakochanych. Nie mów tylko, że chcesz mi się oświadczyć.
Prychnęła tylko i zmieniła temat:
- Mówiłaś, że zawsze chciałaś pokazać to miejsce synkowi. Będąc jeszcze w ciąży biadoliłaś o tym, że nie możesz się już doczekać, aż tutaj się zaręczy ze swoją ukochaną.
- To ja mam jeszcze syna? - zapytałam. Wszystko to zdawało się być jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Kazuma skinęła głową.
- Co się z nim stało? Jest w watasze? Czy może poszedł w świat? Dlaczego Suzi jest Alfą, a nie on?
Na to już nie odpowiedziała. Odwróciła głowę. Westchnęłam, rozczarowana. Czyli jednak nie zamierzała mi powiedzieć wszystkiego.
- Dlaczego tak właściwie mi to wszystko mówisz? I skąd to wiesz?
- Jestem twoją siostrą.
Aż zachłysnęłam się powietrzem.
- Co?
- Czy ty naprawdę musisz dziwić się takimi głupotami? - prychnęła z dezaprobatą.
- Wybacz, to wszystko to dla mnie kompletna nowość... i... to jest dla mnie trochę... zaskakujące. Nikt mi o tym nie powiedział. I ty... ty...
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nie jesteś do mnie w ogóle podobna. Która z nas jest starsza? - zapytałam, uśmiechając się krzywo.
- Ty. Szczegóły naszej jakże wzruszającej historii rodzinnej już sobie daruję. Zostawię to na inny raz.
- Nie obraź się, ale może już nie być innego razu. Umierasz - powiedziałam cicho. Odzyskać siostrę i zaraz potem ją stracić. Nawet jeśli wygląda jak straszydło i zachowuje się jak bestia bez serca. Jednak pozostajemy rodziną, a rodziny nie powinno się odtrącać.
- I dobrze - mruknęła, zanosząc się kaszlem. Pluła drobinami krwi. Niedobrze. Zaczęłam panikować. Kazuma prawie, że upadła. Kiedy atak już minął, wyprostowała się, otrząsnęła i jak gdyby nigdy nic szła dalej. Pomijając, że łapy jej się trzęsły jak oszalałe.
- Może ci pomóc...?
- Nie - warknęła.
Ziemia zaczęła się robić coraz wilgotniejsza. Zerknęłam zaskoczona na siostrę (dziwnie się czułam, myśląc o niej w ten sposób), jednak ta nie wyglądała na ani trochę wystraszoną. Nigdy nie byłam w tym miejscu. Stopniowo różowe drzewa zaczęły się przerzedzać, a my brodząc już po kolana w wodzie, brnęłyśmy dalej. Zaczęłam się poważnie niepokoić.
- Kazuma, gdzie idziemy?
Otworzyła pysk, żeby mi odpowiedzieć, ale nagle jej kręgosłup wygiął się w łuk, a ona wrzasnęła. Krzyk był wprost ogłuszający. Aż się skuliłam. Nie pasował do niej. Był zbyt silny, piskliwy i... dziewczęcy. Z jej ciała zaczęły odchodzić fragmenty czarnego, zniszczonego futra, lecąc do góry i zupełnie, jakby się spalając. Pod spodem pojawił się przeszywający blask. Rozpadała się?!
- Kazuma! - krzyknęłam, starając się podbiec, jednak odbiłam się o coś, co musiało być niewidzialną ścianą. Tymczasem od mojej młodszej siostrzyczki odchodziły teraz już całe płaty skóry. Dopiero po chwili daremnych prób rzucania się jej na ratunek ze wszystkich stron, zauważyłam, że pod spodem znajdowało się idealnie białe, lśniące futro. Czyżby Kazuma wychodziła z kokonu niczym gąsienica przeobrażająca się w motyla? Jak na zawołanie spod jednego z odpadłych płatów starego ciała wyłoniło się wielkie, białe skrzydło. Z wrażenia o mało nie upadłam. Za chwilę to samo stało się z drugiej strony. I wtedy... blask zniknął. Nie zmieniła się do końca. Posłała mi przerażone spojrzenie, a później... upadła.
Prędko do niej podbiegłam, rozbryzgując we wszystkie strony wodę. Nie spotkawszy oporu ze strony żadnej niewidzialnej ściany, wyłowiłam ją na coś, co chyba mogłam nazwać brzegiem. Zaczęła kaszleć, wypluwając wodę zmieszaną z krwią, a później gwałtownie nabrała powietrza. Podniosła się.
Zaniemówiłam. Teraz podobieństwo do mnie było natychmiast zauważalne. Stała się jeszcze szczuplejsza i drobniejsza ode mnie, miała młodsze rysy pyska i piękne, fiołkowe oko. Futro przypominało trochę w dotyku biały aksamit. Cała lśniła... Pomijając szarawe plamki dawnego futra, które było krótkie i zniszczone. Część pyska również pozostała w niezmienionej formie. Jedno z oczu wciąż było jaskrawozielone.
- Twój medalion... - wyszeptała. Spuściłam łeb. Jeden z noszonych przeze mnie talizmanów, tym razem ten symbolizujący słońce połączone z księżycem, unosił się. Dosłownie lewitował. Nie zauważyłam tego w tym całym zamieszaniu. Już miałam coś powiedzieć, kiedy poczułam znajome mrowienie na plecach. Kiedy się odwróciłam, dojrzałam swoje własne, nieco mniejsze od tych Kazumy, skrzydła.
- Wygląda na to, że wróciłam do bycia Amzuką - uśmiechnęła się nieśmiało moja siostra. Nie miałam już nawet chęci pytania, o co jej chodziło. Liczyło się to, że teraz nagle była już całkowicie zdrowa. - Wiesz co... Wydaje mi się, że to wydarzyło się przez to, że doszłam do wniosku, że nie warto zgrywać absolutnie złej. Nikt nie jest czarny ani biały... Nie mogłam się z tym pogodzić. Od dawna dusiłam w sobie chęć powiedzenia ci prawdy. Teraz... zdaje mi się, że mamy przed sobą całą wieczność.
- Co masz przez to na myśli?
Zadarła łeb do góry. Mrużyła ślepia, wpatrując się w białe chmury.
- Widzisz... tam u góry było kiedyś Królestwo Pór Roku. Wilki mieszkające tam władały nad prognozą pogody oraz były pośrednikami Niebios. Ty jesteś kluczem. Pomimo tego, że rzekomo nie możesz tam nigdy powrócić, sądzę, że możemy spróbować. Odbudować nasze rodzime Miasto Pogody. Od lat nie było mowy o całkowitej harmonii. Możemy to zmienić. To właśnie brak Królestwa Pór Roku powodował większe zamieszanie na Ziemi.
Patrzyłam na nią w bezruchu. Skąd ona u diaska to wzięła? I skąd o tym wszystkim ma taką wiedzę?
- Skąd ta pewność, że możemy wrócić?
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
- Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, miałam wizję, kiedy tak leżałam w szpitalu.
- Jaką? Od kogo?
Prychnęła. Jednak jakiś ślad po jej poprzednim wcieleniu zawsze pozostanie.
- Naprawdę, nie musisz zadawać tylu pytań. Nie wiem, ale sądzę, że powrót na górę może być jedyną możliwą szansą uzyskania odpowiedzi.
- I co? Będziemy mogły tutaj jeszcze wrócić?
- Wątpię.
- Możemy chociaż iść się pożegnać...? Chciałabym powiedzieć córeczce, że ją kocham... - powiedziałam, czując spływającą po policzku łzę.
- Byle szybko - westchnęła. Uradowana wzbiłam się w powietrze i najszybciej jak tylko byłam w stanie, poleciałam w kierunku centrum watahy. Kazuma - a raczej Amzuka - frunęła tuż za mną, jednak jej skrzydła były dużo mniej pewne. Chwiała się. Kilka razy o mało nie wpadła na jakieś drzewo.
Odnalezienie Suzanny wcale nie było takie trudne. Była zajęta nerwowym chodzeniem po terenach. Kiedy się zbliżyłam, zadarła łeb i otworzyła szerzej zdumione oczy. Uśmiechnęłam się do niej. Zerknęła również na Amzukę. Widziałam na jej pysku duże zdezorientowanie.
- Córeczko... już tutaj nie wrócimy... Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham. Zawsze kochałam. Nawet jeśli przez długi czas nie wiedziałam, że jesteśmy rodziną. Wiem, jak to idiotycznie brzmi. A teraz... musimy odejść. Mamy ważną misję do spełnienia. Już się raczej nigdy nie zobaczymy.
Nie zdążyłam dodać czegokolwiek więcej, bo medalion prysnął lśniącym promieniem, który wybił mnie i Amzukę wysoko, w górę. Leciałyśmy w zawrotnym tempie. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale nie mogłam powstrzymać falujących skrzydeł. Ziemia była coraz dalej od nas. Co teraz? Nie zdołałam się nawet dobrze pożegnać!
Wylądowałyśmy na chmurze, tuż przed częściowo zniszczoną, złotą bramą.
- Wygląda na to, że to właśnie jest nasze powołanie. Odbudować tę krainę. Nie mamy teraz innej opcji - oświadczyła Amzuka, a kiedy się odwróciła, w zdumieniu dostrzegła, że się rozpłakałam na dobre.

sobota, 28 stycznia 2017

Od Kai'ego "Powrót" cz. 2 (c.d. Sierra)

Wiosna 2018 r.
Podobno nad ranem na tereny watahy przybył jakiś obcy. Wszystkie wilki z Watahy Czarnego Kruka dyskutowały o tym niemalże bez ustanku. Twierdziły, że pod wieczór ma się odbyć egzekucja, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć. Nie takie zasady przyjęliśmy w Watasze Magicznych Wilków.
- Proszę o spokój! - zarządziłem, siedząc na jednym z kamieni. Zapanowała cisza. Wszyscy wbili we mnie mordercze spojrzenia, jednak udało mi się je wytrzymać. - Mam przeprowadzić lekcję dobroci, a nie podniecania się nieszczęściem innego wilka.
- Chciał nas zaatakować! - rzucił ktoś, a odpowiedział mu pomruk zgodnego tłumu. Westchnąłem.
- Co może zrobić nam jeden wilk? Jest nas przeszło setka. Nie łatwiej by było dowiedzieć się, czego tak właściwie od nas chce, skąd przybył i dlaczego? Wątpię, aby ktokolwiek, sam jeden był w stanie nam stawić czoła. To najzwyklejsze w świecie szaleństwo.
Szemrali między sobą. Pewnie mówili różne niepochlebne rzeczy na mój temat. Moje dyżury na przeprowadzanie z nimi lekcji zawsze były dla mnie nie całkiem miłym przeżyciem. Nie zdarzyło mi się nigdy przychylnie spojrzeć na sąsiadujące z nami stado. Byli strasznie zamknięci na wszelakie nowości. Trochę jakby umieszczono ich w ciasnym pudełku tuż po dołączeniu do ich poprzedniej watahy, a poza nim nie mogli żyć.
- Jeśli jednak okaże się, że wilk ten nie zagraża nam w żaden sposób, będziecie mu winni przeprosiny. Czy to jest jasne?
Wzbudziłem tym poleceniem dość dużą kontrowersję. Jedni się zgadzali, inni nie. Pozwoliłem im samodzielnie podjąć decyzję. W końcu mieli taką samą swobodę, jak ja, czy każdy inny wilk w Watasze Magicznych Wilków.
Odczekałem, aż się nieco uspokoją, a później monotonnym tonem oświadczyłem, że teraz najwyższa pora na przejście do lekcji.
- Dziś nauczycie się, że... nie warto zamykać się na innych i całą resztę świata. Połączcie się w pary.
Rozległy się jęki niezadowolenia.
***
Po południu, wracając z niezwykle męczących zajęć do swojej jaskini, napotkałem Alfę watahy. Stał w taki sposób, jakby na kogoś czekał. Mało tego - zatrzymał się przed wejściem do mojego mieszkania. Niepewnie podszedłem bliżej.
- Fermitate... - zacząłem, nie do końca pewien, czy powinienem się lekko ukłonić. W razie czego to zrobiłem, lecz on zdawał się to całkowicie zignorować. Wyglądał na roztargnionego.
- Rano przyszła do nas jakaś wadera. Nie chciała na nic odpowiadać. Cały czas prosiła o to, byśmy cię do niej przyprowadzili.
Mój puls przyspieszył. Jaka wadera? Achita? Nari? Czy może jeszcze jakaś inna? Przeszły mnie dreszcze. Wszystko mi mówiło, że to nie skończy się dobrze. Skinąłem głową na młodego Alfę, tym samym zezwalając na zaprowadzenie siebie do jego siedziby, gdzie najwidoczniej musiała przebywać owa tajemnicza samica.
Kiedy tylko minąłem próg, zauważyłem wychudzoną, ciemną waderę, naprzeciwko której siedział Dante. Najwidoczniej przydzielono mu pilnowanie jej. Ostrożnie wszedłem do środka, a kiedy oczy przyzwyczaiły się do półmroku, zacząłem rozpoznawać ostre rysy wadery, stojącej w najgłębszym cieniu. Dużo ostrzejsze, niż zapamiętałem. Fluorescencyjne wzory na jej ciele świeciły dużo słabiej, niż kiedyś. Kiedy tylko mnie rozpoznała, otworzyła szerzej oczy.
- Kai?
Skinąłem głową, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Prawdę mówiąc zrobiło mi się jej trochę żal. Była w moich wspomnieniach wyblakła. W końcu nie byliśmy sobie aż tak bliscy... W jakiś sposób odczułem jej brak, ale nie tak dotkliwie, jak utratę rodziny. Uczestniczyłem w poszukiwaniach, lecz szybko z nich zrezygnowano. Uznano, że członkowie watahy mają inne zajęcia, a ona powinna sama sobie poradzić. Właściwie to czułem się odrobinę współwinny jej zaginięciu. W końcu byłem ostatnią osobą, która ją widziała. Mogłem ją odciągnąć od ucieczki. Niewykluczone, że zrobiła to przeze mnie. Teraz uderzyło mnie poczucie winy silniejsze, niż dotychczas. Nie dość, że jest szansa, że to wszystko wydarzyło się przeze mnie, to jeszcze praktycznie o niej zapomniałem.
Przynajmniej jej imię zapamiętałem.
- Sierra... Minęło tyle czasu... gdzie... - zacząłem drżącym głosem.
- Ty stary durniu, nie wiesz, że to może być moja prywatna sprawa? - odpowiedziała swoim zwykłym, kąśliwym tonem głosu. Przeczucie podpowiadało mi, że jej wnętrze nie zmieniło się aż tak drastycznie.
- Wiem i rozumiem.
- Kim jest dla nas... ta wadera? - zapytał Alfa, burząc nasz nastrój prywatności i tajemnicy skuteczniej, niż Dante, o obecności którego niemalże zapomniałem.
- To Sierra. Nie stanowi zagrożenia. Kilka miesięcy temu należała do watahy. Była moją przyjaciółką.
Pokiwał w zamyśleniu głową, zerkając w kierunku Sierry.
- Zgaduję, że przybyła tutaj, aby ponownie dołączyć.
Tym razem i ja na nią popatrzyłem. Przez chwilę się wahała. Miała spuszczony wzrok. Nawet nie przeszło mi przez myśl, aby nie miała zostać. Przez praktycznie cały czas byłem sam. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak samotny i mało rozrywkowy się stałem. Może to po prostu starość, a moim przeznaczeniem jest skończyć jako dokarmiacz gołębi w parku?
- Tak. Chcę wrócić.
- W takim razie trafiasz na okres próbny. Mam nadzieję, że będziesz się tutaj dobrze czuć - Fermitate posłał jej pogodny uśmiech, a następnie wymaszerował z jaskini. Tuż za nim podążył Dante, który najwidoczniej stwierdził, że już nic tu po nim.
- Czyżbyś właśnie w ten sposób trafiła pod moje skrzydła na najbliższe kilka tygodni?
- Nie masz skrzydeł.
- Tak się tylko mówi...
- Przecież wiem - prychnęła, wstając. Na jej pysku pojawił się grymas bólu. Wyłoniła się z cienia, więc mogłem zauważyć, jak bardzo wymizerowana i brudna się stała. Było mi jeszcze bardziej przykro. Musiała wiele przez ten czas przeżyć.
- Może... najpierw wybierzemy się nad Wodospad? - zapytałem ostrożnie. Nie odpowiedziała. Chwiejnym krokiem wyszła z jaskini. Nie wyglądała, jakby oczekiwała pomocy, więc po prostu za nią poszedłem, będąc w pełni gotowości do ewentualnego podtrzymania ją na łapach. Wyglądała na zamyśloną. Kiedy już niemalże byliśmy u celu, zapytałem:
- Mam cię pilnować, abyś nie zasłabła i się nie utopiła, czy może czekać trochę dalej?
- Prędzej to ty byś się utopił, próbując mnie ratować. Ewentualnie roztrzaskałabym twój łeb o najbliższe drzewo, w razie jakbyś mnie podglądał.
Na moim pysku pojawił się wredny uśmieszek.
- Podglądał? I tak wszystkie wilki chodzą nago nawet na co dzień, więc jaką to by zrobiło różnicę?
Z jej gardła wydał się dziwny, zduszony dźwięk. Nie wyglądało na to, aby zamierzała mi przyznać rację.
- Stary zboczeniec.
Ku jej zdumieniu, zacząłem się śmiać. Sam nie całkiem wiedziałem, dlaczego. Chyba byłem już naprawdę bardzo zdesperowany.
- No i jesteśmy na miejscu - Stanąłem przy brzegu stawku, do którego wpadała szumiąca woda wodospadu. - To ty wskakuj, dokładnie się wypucuj, a ja w razie czego będę kilkanaście metrów stąd. Jakby co, to krzycz.
Ze skwaszonym wyrazem pyska zbliżyła się do wody, jednak weszła do niej dopiero, kiedy się od niej oddaliłem na odległość kilku warstw gałęzi porośniętych liśćmi. Usiadłem wygodnie i czekałem, odwrócony do kierunku, gdzie był Wodospad, plecami. Mijały minuty, a Sierra wciąż nie wracała. Po jakimś czasie zacząłem się niepokoić, ale z drugiej strony niegrzecznie było tak naruszać jej prywatność.
Nagle zobaczyłem, że coś przebiegło nieopodal mnie. Było duże, silne i dzikie. Natychmiast zerwałem się na równe łapy i rzuciłem biegiem w tym samym kierunku. Pędziło do Wodospadu. Na szczęście miałem dość siły, by dogonić, a może i nawet odrobinę wyprzedzić dziwną istotę. Wyłoniłem się zza krzaków i skoczyłem. Przeleciałem nad wodą i wylądowałem na drugim brzegu stawu. Wykonałem kolejny skok, rozcapierzając szczęki i pazury. Natarłem wprost na łeb przerażającego stwora i wgryzłem się w jego oślizgłe ramię. Z wściekłym wrzaskiem wpadło ze mną do Wodospadu. Dziko młóciło wodę, usiłując wymierzyć mi cios. Udawało mi się robić uniki. Upadłem dopiero, kiedy uderzył mnie ogonem, którego wcześniej nie zauważyłem. Łupnąłem w jeden z głazów. Zakręciło mi się w głowie, ale nic poza tym. Próbował się podnieść. Warcząc, rzuciłem się w jego kierunku. Wgryzłem się w jego szyję, przez co zaczęło krzyczeć i orać pazurami mój bok. Ból powodował, że jeszcze mocniej się wgryzałem. Puściłem go dopiero, kiedy przestał się miotać.
Martwy z pluskiem padł do stawu. Nie licząc ogona bydlę było dwa razy ode mnie większe. Na chwiejących się łapach, tyłem wyszedłem z wody. Stawała się brązowawo-czerwona. Krew potwora miała kolor rdzy. Pozostałe plamy musiały powstać na wskutek moich ran. Bolało. Miałem liczne rozcięcia do kości na boku. Widziałem własne żebra. Kropla krwi spłynęła również tuż obok brwi, w dół policzka. Najwidoczniej rozciąłem sobie również czoło.
- Sierra! - krzyknąłem rozpaczliwie. Nie miałem wątpliwości, że potwór ten obrał sobie właśnie ją za cel. Szczególnie, że była słaba i prawie, że nieszkodliwa.
- Sierra! - powtórzyłem, ale też odpowiedziała mi cisza. Zrozpaczony usiadłem na ziemi. Jak to się działo, że za każdym razem, kiedy ktoś mi towarzyszył, musiały się mieć miejsce takie rzeczy? Robiło mi się zimno. Traciłem krew. Niedobrze.
- Sierra! - krzyknąłem raz jeszcze, tym razem zachrypniętym z osłabienia i bólu głosem. Tym razem zza zarośli wyłoniła się Sierra, która oczami okrągłymi jak spodki, patrzyła na truchło unoszące się na powierzchni wody.
- To dwelling? - zapytała, po czym spojrzała na mnie. Słowa najwidoczniej ugrzęzły jej w gardle. Pospiesznie podeszła.
- Oszalałeś? Żaden zdrowy na umyśle wilk by nie atakował takiego stwora w pojedynkę!
- Nie chciałem, aby stała ci się krzywda...

<Sierra? Mam nadzieję, że nie jesteś zła za tak długi czas oczekiwania na kontynuację xd>

piątek, 20 stycznia 2017

Od Miniru "Pierwsza pogoń" cz. 4 (C.D. Shiryu)

Czerwiec 2018
  Ziewnęłam ospale i przeciągnęłam się. Gdy dotknęłam czegoś miękkiego łapą przestraszyłam się nie na żarty. Odskoczyłam z bok i spojrzałam na ów postać. Był to basior. Po plecach przeszedł mi dreszcz, a ja już chciałam wyjść z tej jaskini. Jednak gdy spojrzałam na niebo, zrozumiałam, że nie ma sensu włóczyć się po nocy. Odeszłam spokojnie w kąt i zwinęłam się w kulkę. Patrzyłam na wilka odwróconego do mnie plecami. W pewnym momencie zaczął się cicho śmiać. Przetoczył się na plecach w moim kierunku.
- Coś ty taka przestraszona? - zapytał w bardzo zabawny sposób, jednak mi nie było do śmiechu. Zawarczałam - Ej, spokojnie! To ja, Shiryu!
- Shiryu? No tak... Zapomniałam... - powiedziałam lekko speszona - Co ja tu robię? I czemu masz skrzydła? Dlaczego leżałam obok ciebie?!
- Wczoraj atakowała nas Mantykora i przyszliśmy, bo tutaj jest bezpiecznie. Skrzydła pojawiły się, gdy ja chciałem zamienić się w ptaka, ale coś nie wyszło... A ja leżałem obok ciebie... - tu się lekko zaczerwienił - aby w razie czego... chr-chronić cię przed... mantykorą...
- Aha... Czyli wczoraj było ciekawie. - powiedziałam wstając z miejsca i zaczęłam krążyć wokół wilka z chytrym uśmieszkiem.
- To ty nie pamiętasz co się stało?
- Jakoś nie bardzo... Hmmm... Ile masz lat? - zapytałam basiora.
- A na ile wyglądam? Miniru, uspokój się trochę... Może cię odprowadzić do twojej jaskini?
- Nie! - stanęłam jak wryta w ziemię i popatrzyłam się poważnie na Shiryu - To zbytnio niebezpieczne! Przepraszam za moje zachowanie... - ułożyłam się ponownie przy ścianie.
- O co chodzi? Boisz się ciemności?
- Nie samej ciemności, tylko co w niej jest... Gdy jestem w nocy na zewnątrz wariuję i mogę nawet zabić...
  Siedzieliśmy tak w milczeniu. Shiryu chciał najwyraźniej nawiązać jakąś ciekawą konserwację, lecz nie wiedział jak się za to zabrać.
- Zrób te latające liście... - mruknął po cichu.
- Nie umiem... To znaczy nie wiem jak to zrobiłam... Idź spać...
- Nie pójdę spać. - powiedział stanowczo. Przez chwilę myślałam, że jestem tutaj z jakimś dzieckiem... Kłóciłam się z nim trochę, aż zdenerwowana opuściłam jaskinię. Poczułam się słabo i nie bardzo kontrolowałam to co robię. Basior wyszedł za mną. Potem pamiętałam tylko urywki... Shiryu coś do mnie mówił... Zaczęłam śpiewać... Coś twardego spadło mi na głowę... Cmoknęłam Shiryu?... Reszty już nie zapamiętałam.
  Obudziłam się nad ranem. Znajdowałam się w jaskini Shiryu, lecz samego basiora nie było. Chodziłam dość sztywno. Moje łapy po prostu odmawiały mi posłuszeństwa. W pewnej chwili do jaskini wszedł nie kto inny jak Shiryu.

<Shiryu?>

Uwagi: Na końcu op. również musisz podawać imię wilka, do którego kierujesz to op. 35 linijek... to trochę mało. Literówki. "Uspokój" piszemy przez "ó".