Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 14 października 2016

Od Moone "Czarna historia" cz. 1 (cd. Suzanna)

Krewni Moone tworzyli watahę, która posiadała wilki wyłącznie z jednej rodziny. Po prostu tworzyli rodzinną watahę. Jej rodzina nie posiadała żadnych mocy, wszyscy mieli skrzydła. Alfą tej "watahy" był pradziadek Moone. Nosił od imię Sago. Jego syn, Sagope, był zazdrosny o władzę i żeby zdobyć moc zjadł najbardziej jadowitego węża w tamtejszych terenach. Wąż nie został pogryziony, dlatego ukąsił Sagopea w serce. Nagle przemienił się w czarny posąg a kolejno zaczął pękać. Z powstałych szpar wydostawały się kłębki dymu i falującego czarnego światła. Nagle wszystko się rozprysło. Huk był okropnie wielki i przez to w tamtym terenie zrobił się krater. Dziadek Moone stał się demonem. Zaczął pożerać swoje dzieci, ale jedna młoda wadera oddaliła się na tyle, że przy eksplozji poczuła lekki podmuch wiatru. Dzięki temu uniknęła zginięciu. Gdy już zabił swoje potomstwo, zabrał się za resztę swojej rodziny. Swoimi neonowoczerwonymi oczami oślepiał wszystkie organizmy żywe, nawet rośliny, co wydawało się niemożliwe. Na ogonie miał grube kolce, co przy szarpnięciu przecięłoby wszystko. Po dwóch latach, kiedy ocalona wadera przyszła ze swoim partnerem do rodziny, zastała wielki, zalany wyschniętą krwią krater. W nim były kości jej bliskich. Zrozpaczona Manui, tak miała na imię, wraz z Tero, partnerem Manui, poszli do jaskini, która nie została uszkodzona. Zamieszkali tam aż do porodu Moone i jej rodzeństwa. Wtedy Sagope dowiedział się o rozszerzeniu swojej rodziny i chciał ich zabić. Ale już tak prosto nie miał. Tero był wilkiem posiadającym magiczne moce, ale za to nie miał skrzydeł. Założył więc magiczną osłonkę naokoło jaskini. Demon próbując dostać się do nich rzucał kamieniami, pluł jadem, ale to nic nie dało. Męczył ich tak przez parę dni, aż odfrunął. Manui weszła wraz z wilczkami w głąb jaskini, a Treo wyszedł poszukać czegoś do jedzenia, bo młode były bliskie wyczerpania, były śmiertelnie głodne. Tata Moone nie wracał przez dwie godziny, co zmartwiło mamę Moone. Podeszła bliżej wyjścia z jaskini i zobaczyła martwego partnera. Chciała się cofnąć o kilka kroków, ale nagle coś za nią wyskoczyło. To był on. Otworzył szerzej oczy, jego tęczówki się zwęziły do prawie grubości iły, krew lała mu się z pyska, rozłożył swe ogromne, nietoperzowe skrzydła i rzucił się na Manui. Szczeniaki obudziły się słysząc krzyki ich mamy. Pobiegły, a raczej próbowały pobiec do niej. Moone, wraz z braćmi zobaczyła umierającą mamę, ale nic nie mogły zrobić. Demon podszedł do nich.
- Ochhhh... Małe słodkie szczeniaczki! Jakże słodko by wyglądały umorusane krwią swoją od zewnątrz. Ale kto pierwszy? Och, przecież! Bym zapomniał! Przecież wadery mają pierwszeństwo!
Już się zamachał do pożarcia Moone, gdy jeden z jej braci ugryzł go w tylną łapę. Wtedy wilczyca nie poczuła bólu kieł krewnego, lecz jego pazurów. Przeciął on jej udo, tam, gdzie w okresie dorosłości będzie miała znaczek księżyca. Jej krew nie była czerwona, lecz czarna. Upadła. Wtedy zdenerwowany Sagope zabił jej braci. Moone obudziła się kolejnej nocy. Nie miała dużo sił. Wstała i kulejąc wyszła na dwór. Znowu upadła. Nagle usłyszała szuranie liści. Przerażona udawała umarłą. Ale z krzaków wyszły dwa lisy. Usnęła obudziła się po kilku godzinach. Zorientowała się, że jeden z lisów niesie ją do nieznanego miejsca. Była już jesień, więc tym bardziej nie szło zauważyć gdzie się jest. W oddali zobaczyła wilki. Lisy odstawiły ją i kazały iść do przedstawicieli jej gatunku. Moone wstała i poszła powoli. Szukała Alfy. Umiała się zorientować, który z wilków jest przywódcą. W końcu natrafiła na Suzannę.
- Mogłybyście mnie przygarnąć? - poprosiła smutnie Moone.

<Suzanno, mogłabyś dokończyć? Pozdrawiam>

Uwagi: Mnóstwo literówek. "Zrozpaczona", a nie "zrospaczona". "Zwęziły", a nie "zwęrzyły". "Och" piszemy przez "ch". "Przecież" piszemy przez "ż". Na przyszłość prosiłabym o pisanie w 1 os., no chyba, że bardzo ci zależy na 3 os. Wtedy prosiłabym o napisanie mi o tym. Poza tym wiesz, że niemożliwe jest, aby połknięty wąż przegryzł serce, które nie łączy się z przewodem pokarmowym? Jeśli to była tylko taka legenda, a prawda nie jest do końca znana, powinnaś o tym gdzieś wspomnieć.

czwartek, 6 października 2016

Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz. 4

Ostatnio moje dni są całkiem normalne. Zero dziwnych snów. Zero nagłych napadów psychicznych basiorów. No i las jako tako odżył od ostatniego czasu jak tam byłem, czyli... Tydzień temu? Wow, dość szybko mu idzie, bo pierwsze małe siewki już pną się w górę i konkurują o dostęp do światła. Po tym jak Malachit zniknął, zaszyłem się w norze i spałem. Chyba musiałem odreagować te nieprzespane noce, bo przyznaję. Bałem się, że znów nawiedzi mnie jakaś nienormalna wizja i unikałem snu jak ognia. Teraz czuję się znacznie lepiej. I chyba w końcu ruszę te leniwe kości, żeby jakoś przeczołgały się do miejskiej biblioteki, bo jeśli dalej będę przedłużaj moje "wakacje", to w końcu jakiś Rubin, czy Topaz przyjdzie i skróci mnie o łeb.
Zmieniłem się w człowieka i przekroczyłem granicę miasta. To już drugi raz w tym miesiącu kiedy odwiedzam bibliotekę. Lubię to miejsce. Jest tam sporo rzeczy, których normalnie w internecie się nie znajdzie. A już widzę strony jakie by mi wyskoczyły jakbym wpisał "Kamienie Szlachetne - tajna organizacja wilków".
Stanąłem na schodach, wziąłem głęboki wdech i otworzyłem skrzypiące drzwi. Nie wiem czemu, ale ta atmosfera w bibliotece zawsze wprawia mnie w jakieś takie dziwne uczucie. Jakbym był obserwowany przez te tysiące ksiąg. Trochę nieprzyjemne, ale idzie się przyzwyczaić. Ruszyłem w kierunku regałów z rzadziej odwiedzanymi egzemplarzami. Kątem oka wychwyciłem "Ezoterykę", a potem wziąłem jeszcze "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem". Cóż za tytuł. Nie dało się krócej? No nie ważne. Usiadłem na hebanowym krześle i zacząłem kartkować te opasłe tomiszcza. Po dwóch godzinach zmagań z morzącym snem, w końcu zacząłem mu się poddawać i lekko przysypiać nad "Ezoteryką". Jak nie widać efektów, to od razu traci się zapał. Wyszedłem bardziej niż zawiedziony.
Nie dowiedziałem się niczego nowego. No może prócz tego, że na południu watahy lubiły dzielić się na komanda, a te nie zawsze były "prawe" i "dobroduszne".
A nie. Nauczyłem się jeszcze jednej rzeczy. Nie wszystko jest takie proste, że wystarczy odwiedzenie miejskiego magazynu starych papierów żeby to rozwiązać. Będę musiał ruszyć trochę głową. Echh... Jakie to upierdliwe.
Nie znam nikogo, kto mógłby mi pomóc. Jedyna droga jaka wydaje mi się słuszna to wyruszenie na południe. Mogę jeszcze czekać aż ktoś przyjdzie do mnie, ale chyba wybiorę element zaskoczenia. Już nieraz słyszałem o tym jak odmieniał losy całych wojen.
Zmieniłem się w wilka i wróciłem do swojej jaskini. Po drodze uśmiechnąłem się do Alfy i jakiejś innej wadery, która jej towarzyszyła - to już coś. Przynajmniej ich nie zignorowałem, a mam tendencję do nakładania maski z marmuru jak kogoś widzę. Taki swoisty bitch-face.
Rozejrzałem się po moim "mieszkaniu". No niewiele tu jest. Złapałem jakieś suszone mięso i owoce, wrzuciłem je do torby i przewiązałem ją sobie przez ramię, tak, że wisiała mi na łopatce. No dobra. Nie ma na co czekać.

Uwagi: "Historie Swiftkill - czyli dziewczyna, która myślała, że jest wilkiem" - nie stawiasz tych dwóch Spacji między myślnikiem a tekstem. Postaraj się następnym razem napisać trochę dłuższe op.

wtorek, 4 października 2016

Od Sarah "Zmiana" cz.1 (C.D. chętny)

Słońce grzało mi futro. Wybudziłam się ze snu i lekko uchyliłam powieki. Przewróciłam się na drugi bok i walnęłam nosem o kamień. Jęknęłam i szybko wstałam, klnąc pod nosem. Ewidentnie słaby początek dnia. Do tego byłam głodna. Pobiegłam do Zielonego Lasu. Gdy tam dotarłam zauważyłam jednak, że przestawał być zielony, a zaczynał nabierać jesiennych barw. Przewróciłam oczami widząc szczeniaka oglądającego kasztany i poszłam dalej. Świtało, więc zwierzęta powinny już wychodzić. Z oddali zobaczyłam sarnę, więc skryłam się w cieniu i zbliżyłam się do niej. Aby ułatwić sobie robotę, przywołałam lód i zamroziłam jej nogi. Skoczyłam na nią i zębami zgniotłam jej czaszkę. Kiwnęłam łapą i dotychczas unieruchomiona zdobycz padła na ziemię. Zjadłam tyle, ile mogłam a resztki zostawiłam na ziemi. Po sytym posiłku zaczęłam odczuwać pragnienie, więc czym prędzej pognałam do Wodopoju. Napiłam się czystej wody i spojrzałam na swoje odbicie. Zmieniłam się. Sierść mi urosła, najbardziej na grzywce. I nadal miałam te dziwnie położone runy na szyi. Za to oczy stały się dużo jaśniejsze, nie wiadomo dlaczego... Zanurzyłam łapę w wodzie. Poczułam coś w stylu ulgi, mieszanej ze spokojem. Po chwili zanurzyłam się cała i zanurkowałam. Przyjemny dotyk wody odprężał moje mięśnie. Oddychałam niczym przez skrzela, dzięki mocy. Podpłynęłam na płytsze rejony i wynurzyłam się. Machnęłam łapą, a woda uniosła się, tworząc spiralę. Potem fale i jeszcze fontannę. Bawiłam się swoim żywiołem, o którym prawie zapomniałam. Przestałam się koncentrować i ciesz wróciła do swojego pierwotnego stanu. Wyszłam z wody i otrzepałam się. Spojrzałam na Wodopój.
- Nie powiem, ładnie ci wyszło - usłyszałam głos za sobą.
Odwróciłam się.

<chętny?>

Uwagi: Jak sama pisałaś - trochę krótkie to op... Aż za krótkie. Przypominam, że akurat ty, jako stały członek WMW powinnaś pisać nie min. 20 linijek, a 30. Wyłącznie przez moje przeoczenie to op. pojawiło się na stronie. Następnym razem nie uznam.

poniedziałek, 3 października 2016

Od Mizuki "Chwile załamania" cz. 1

Świt. Kolejny raz promienie słońca delikatnie oświetlały mój pysk. Ptaki pięknie śpiewały, a do mojego nosa docierał zapach mokrych liści. Otworzyłam oczy. Kolejny raz budzę się w tym miejscu. W głębi lasu. Samotnie. I jak zwykle nie pamiętając jak się tu dostałam. Nic mi się nie śni, a może po prostu tego nie pamiętam. Teraz to bez znaczenia. Jak zwykle niechętnie wstałam, przeciągnęłam się i powolnym krokiem ruszyłam w stronę jaskini. Od jakiegoś czasu moje ciało reaguje na wszystko nie tak jak powinno. Nie czuję zimna, ciepła, głodu, pragnienia i tym bardziej zmęczenia. Czułam się jak trup ledwo wykopany z ziemi. Podeszłam do kałuży i ujrzałam własne odbicie. Moje długie białoszare futro było całe w błocie, pod oczami miałam ogromne wory od braku snu, a na moich łapach i łbie pełno niewielkich ran, których nie mogłam wyjaśnić.Tego dnia zrozumiałam że w nocy musiałam lunatykować, potknąć się o coś i tak zrobiłam sobie te rany. To było niemal pewne. Cały czas jednak nurtowało mnie jedno pytanie: dlaczego lunatykuję?
- Kto to wie? - zatrzymałam się i powiedziałam to na głos.
Po moich słowach z drzew zerwało się całe stado czarnych jak noc wron. Zaczęły latać w kółko jakieś dwadzieścia metrów nad moją głową.
"O! To coś nowego." - powiedziałam i zaśmiałam się.
Nagle usłyszałam szmer dobiegający zza krzaków. Nie myślałam nawet przez chwilę i wykonałam skok powalając "podsłuchiwacza" na ziemię. Pod moimi łapami leżał nie znany mi czarno-biały basior. Patrzyłam się na niego moimi pozbawionymi jakichkolwiek uczuć oczami. Bez słowa. Spojrzałam w jego oczy i zamarłam. One były... identyczne jak moje! Tak samo pozbawione jakichkolwiek emocji i wypełnione tą pustką.
- Ano? Przepraszam, ale czy mogłabyś zejść ze mnie? Nie to żebym się skarżył, ale twoje pazury wbijają się coraz bardziej w moją skórę.
Dopiero wtedy spojrzałam na swoje łapy i zobaczyłam, że moje pazury wbiły się tak głęboko, że z jego łap zaczęła lecieć krew. Natychmiast zeskoczyłam z niego. Spojrzałam w ziemię.
- Przepraszam. - Powiedziałam po chwili.
- Nic się nie stało, przecież i tak nie czuję bólu. Mam jednak jedno pytanie: Co tutaj robisz?
- Nie pamiętam.
- Co!?
- Od kilku dni budzę się w tym samym miejscu, nie pamiętając nic z nocy. - Oznajmiłam, spoglądając mu w oczy.
- Mam tak samo. - Powiedział, odwracając wzrok.
Nic już nie rozumiałam, najpierw te chore uczucia i teraz jeszcze wilk który przeżywa dokładnie to samo co ja. To nie mógł być przypadek... w takim razie co?

CDN

Uwagi: Kiedy mówimy o czymś, że jest o dwóch różnych kolorach (nie chodzi o jasnoczerwony czy ciemnoniebieski itd.), powinniśmy stawiać między nimi myślnik, np. czarno-biały. "Ano" znaczy tyle co "no", "rzeczywiście", "właśnie", więc nie sądzę, aby to miało jakikolwiek sens w wypowiedzi basiora... Przed "że" stawiamy przecinek. Wciąż w Twoich wypowiedziach brakuje jednej Spacji. Serie prowadzone samodzielnie powinny być trochę dłuższe od tych pisanych z innymi! To op. z kolei ma o zaledwie 33 linijki, czyli jesteś zaledwie o 3 ponad minimum...