Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 7 marca 2016

Od Yui "Nowy wymiar" cz. 7 (Cd. Suzanna)

Wraz z towarzyszką obserwowałyśmy ponury krajobraz rozciągający się przed nami. Co gorsza, w miejscu, które wręcz nadawało się do schowania cukrowej błyskotki, nie było niczego, poza kolejną dawką bólu i zmarnowanego czasu.
- Wygląda na to, że będziemy musiały poszukać gdzie indziej. - Usłyszałam niezadowolony głos Pestki.
- Nie możemy jeszcze spróbować tutaj? Nie wierzę, żeby takie miejsce zostawiło nas bez niczego.
- Przestań, tutaj niczego nie ma! - Wydawała się być zirytowana, więc zakończyłam temat. Sprawnie odnalazłyśmy wyjście z jaskini i ruszyłyśmy na poszukiwanie rozwiązania. Zrzuciłam z siebie bandaże i spojrzałam na grzbiet. Mogło być lepiej, ale mówi się trudno. Zmaterializowałam świeże opatrunki i owinęłam się nimi. Westchnęłam pod nosem i zerknęłam na kompankę. Prawdopodobnie się nad czymś zastanawiała, tylko nad czym?
- Zmienić ci bandaże?
- Co? Nie, jeszcze są w dobrym stanie. - Przeniosła wzrok na jeden z nich i odetchnęła... Jakby z ulgą?
- Co tam masz? - Podeszłam zaciekawiona.
- Rany, jakbyś nie wiedziała. - Wywróciła oczami i ruszyła pośpiesznie przed siebie. - Idziemy? - Posłusznie dołączyłam do niej, by kontynuować poszukiwania.
***
Skrzyżowanie. Najgorsza część drogi. Nigdy nie wiadomo, którędy iść, a powrót może być uciążliwy. Ścieżka na wprost nie wydawała się różnić niczym, co do tej pory widywałyśmy. Tak samo wyglądający, ponury krajobraz. Na lewo również nic nie wyglądało inaczej, niż dotychczas, natomiast ścieżka w prawo była zagrodzona starymi, spróchniałymi już drzewami. Zgodnie stwierdziłyśmy, by kierować się zablokowaną obecnie ścieżką. Podeszłyśmy do przeszkody. Po drugiej stronie, wsłuchując się, można było usłyszeć cichutki dźwięk wody. Spojrzałyśmy po sobie z mieszanymi uczuciami. Poczułam nagły przypływ pragnienia. Nie, to nie ma sensu. Nawet, jeśli w pobliżu jest źródło, nie ma szans, by nie było skażone. Wyczarowałam nam schody, po których mogłyśmy przejść na drugą stronę. Rozglądając się po okolicy, omal nie zleciałam z niestabilnej budowli. Pestka również wyglądała na zaskoczoną. Powód naszego zdziwienia? Otóż teren nie przypomina ani trochę poprzedniego. Nie przypomina również tego cukierkowego z początku. Był... zwyczajny. Zielona, krótka trawa, krzewy, nieco dalej zdrowe, solidne drzewa... A po wodzie śladu brak. Zapewne jest dalej, niż nam się wydawało...
Uradowane rzuciłyśmy się jak szczeniaki i zaczęłyśmy tarzać po trawie. Nareszcie coś normalnego! Krótko po wybuchu radości, zdołałyśmy opanować emocje.
- Cicho. - Mruknęła do mnie towarzyszka, rozglądając się i nasłuchując.
- Co jest?
- Zamilcz. - Powtórzyła i zawiesiła wzrok w krzakach. - Zostań tu i nie zrób żadnej głupoty. - Wydała mi polecenie i zakradła się w zarośla. Położyłam się niezadowolona i przymknęłam oczy, wsłuchując się we wszelkie odgłosy. Ćwierkanie pobliskich ptaków, szum spowodowany lekkim powiewem wiatru i... Stukanie kopyt? Otworzyłam gwałtownie oczy i ujrzałam Pestkę uganiającą się za sarną. Nie zastanawiając się długo, wbiegłam w krzaki i czekając na odpowiedni moment, wyskoczyłam przed zwierzę. Najwidoczniej nie byłam wystarczająco sprytna, gdyż sarna odskoczyła ode mnie i odbiegła w innym kierunku. Wadera posłała mi wściekłe spojrzenie, na co ja uśmiechnęłam się przepraszająco i rzuciłam w pogoń. Zatrzymałam czas i rozejrzałam, by znaleźć dogodne miejsce na zapędzenie w nie zwierzyny. Nie musiałam szukać daleko i po ponownym "uruchomieniu" czasu, dałam znać Pestce, gdzie się kierować. Bezproblemowo zagoniłyśmy ofiarę w kąt utworzony ze skał.
***
Sprawnie upolowałyśmy obiad. Nareszcie poczucie głodu przepędzone zostało sytością. Jeszcze tylko pragnienie... Całkowicie zapominając o celu, w jakim tu przyszłyśmy, wróciłyśmy na szlak, by odnaleźć wodę. Szłyśmy przez jakiś czas, aż nareszcie ujrzałyśmy jezioro. Radośnie przyśpieszyłyśmy kroku. Już kawałek, jeszcze chwila i...
- Witam, panienki. - Usłyszałam niski, męski głos. Obróciłam się w stronę dźwięku, w obawie o najgorsze. Nie pomyliłam się zbytnio. Za nami stał basior z pierwszej wizji, z pyskiem wykrzywionym w uśmiech. Obydwie cofnęłyśmy się nieco. Różnica była taka, że jak ja drżałam ze strachu, tak kompanka wpatrywała się w niego z zainteresowaniem.
- Jak mniemam, pewna... wadera zdążyła wam już powiedzieć. Znalazłyście niewłaściwy kamień. - Uśmiech momentalnie zniknął z jego pyska, a pozostałe oko zdradzało piekielną wściekłość. - Żaden z tych kamieni nie miał prawa znaleźć się w waszych wścibskich łapskach! - Warknął na nas, próbując zachować ostatki spokoju. - Ale to nieistotne. Oddaj kamień, a nic się nikomu nie stanie. - Wzrok przeniósł na Pestkę. Ta zmarszczyła brwi i napięła mięśnie.
- Ale my nie mamy żadnego kamienia! - Zawołałam z nadzieją, że to coś da.
- Nie wtrącaj się, jeśli chcesz jeszcze kiedykolwiek wrócić do swojego świata. - Posłał mi nienawistne spojrzenie, po czym ponownie zerknął na towarzyszkę.
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz. - Jej głos brzmiał spokojnie, nie wyglądało na to, by kłamała, jednak wilk stojący przed nami miał odmienne zdanie.
- Kłamiesz. - Jego chłodny głos brzmiał na coraz bardziej zniecierpliwiony. - Oddaj mi to, a... - w tym momencie się zamyślił, po czym powiedział coś, czego raczej obie się nie spodziewałyśmy. - zagwarantuję wam powrót do domu. - Uradowana miałam przytaknąć, jednak Pestka nie dała się tak łatwo wrobić.
- Na jakiej podstawie mamy ci ufać? - Zapytała, posyłając mu przenikliwe spojrzenie.
- A na jakiej podstawie macie mi NIE ufać? Nie mówcie, że wierzycie w te puste słowa cukrowej lali ze skrzydłami? - Wybuchnął śmiechem, jednak nie był on wesoły. Zadrżałam.
- Dlaczego zakładasz, że mamy w ogóle jakiś kamień? - Zadała kolejne pytanie bez zawahania. Z jej głosu nie dało się wyczytać żadnej emocji.
- Nie jestem głupi ani ślepy, w przeciwieństwie do waszej dwójki. Śledziłem was od samego początku. - Wyszczerzył zęby w okropniejszy uśmiech, niż ten z początku.
- Pestka? - Spojrzałam na nią wyczekująco. Ukrywała coś przede mną? Dlaczego mi nie powiedziała? Wadera milczała, nie odwracając wzroku od basiora. Widocznie odpowiedzi nie dostanę...
- Koniec pogawędki, drogie panie, czas ucieka. - Niespodziewanie pojawił się za wilczycą, zrywając jeden z jej bandaży. W nim zawinięta była niewielka rzecz o nieregularnym kształcie. Towarzyszka rzuciła się na basiora, chcąc odebrać mu opatrunek. Bez większego wysiłku, uniósł waderę za szyję i rzucił nią o pobliskie drzewo. Ta osunęła się, jednak zdołała wstać. Jak mógł jej to zrobić? Zdenerwowana wyczarowałam łuk. Napięłam cięciwę i nabierając odpowiedni kąt, szybkim ruchem wypuściłam strzałę. Basior schylił głowę, dzięki czemu uniknął strzały. W momencie, gdy miał spuszczony wzrok, wypuściłam kolejne dwie strzały. Wilk zwinnie je wyminął i ziewnął.
- Nuuda. Zero z wami zabawy. - Przysiadł przy drzewie, obserwując nas z uśmiechem. Pestka zakradła się do niego od tyłu i chwyciła za bandaż.
- Nieładnie, kochanie. - Zaśmiał się cicho i szarpnął materiał w swoją stronę, tym samym przyciągając waderę. Chwycił jej ciało i przycisnął do drzewa.
- Pobawmy się trochę... - Przycisnął łapą jej szyję. Wyczarował również sztylet, którym przejechał po jej boku. Wadera była już najwyraźniej wściekła. Spróbowała rzucić się na basiora, jednak bez skutku. Był za silny. Wyjęłam trzy ostatnie strzały i namierzyłam je na wroga. Jedna zdołała trafić go w grzbiet. Wściekły pozbył się uwierającego przedmiotu i przełamał go na pół. Spojrzał w moją stronę i niespodziewanie zjawił się za mną, zostawiając Pestkę przywiązaną do drzewa.
- Zaczynasz mnie irytować. - Burknął i zmaterializował spory kamień. Przywiązał go do mnie i rzucił w stronę jeziora. Zbiornik wodny o dziwo był o wiele głębszy, niż mogłoby się zdawać. Bardzo szybko opadłam na dno, bez możności wydostania się.
***
Nagle cały krajobraz zmienił się na ten wcześniejszy. Wszystko znowu było spalone i wyniszczone.
- Tak bardzo nie chciałyście już tam tkwić, że nabrałyście się na najłatwiejszą sztuczkę - iluzję. - Zaśmiał się głośno i spojrzał w stronę jeziora. - Twoja przyjaciółeczka nie powinna długo tam zostawać, jeśli nie chce zdechnąć od trucizny.

<Suzanna? Co będzie dalej? ^^>

Uwagi: brak

niedziela, 6 marca 2016

Od Vanessy „Identyczna” cz. 4 (Cd.Astrid)

Po usłyszeniu tego pytania, na moim pysku zagościł uśmiech.
- Tak! – wykrzyknęłam. – Udało się!
- Tylko, czemu jesteśmy… w szpitalu? – zapytała Astrid.
- Jakiś wilk nas śledził. Zobaczył jak zjadamy te kwiatki. Potem podobno dostałyśmy drgawek, zaczęłyśmy wrzeszczeć wniebogłosy, a ciemna mgła zaczęła z nas wypływać i straciłyśmy przytomność… No i ten wilk teleportował się z nami tutaj. Tyle z tej historii – wzniosłam oczy ku niebu. – Ech, jestem tu już trzeci czy czwarty raz.
- A kim jest ten wilk?
- No właśnie… Podobno nikt z tej okolicy go nie zna… Teraz pytania: Kim on jest?, Co robił w tej okolicy?, I czemu nas szpiegował?…
- A wiesz pod jaką postacią był? – dopytywała As.
- Wilczą. Ale lekarze twierdzą, że gdy odchodził i już znikał we mgle, to zmienił swoją postać na ludzką.
- A jeśli to szpieg?! – poderwała się moja koleżanka. – Trzeba powiedzieć o wszystkim Alfom!
- Suzanna już o wszystkim wie – znikąd pojawił się lekarz. – A wy macie odpoczywać. Połóżcie się i spróbujcie przespać.
Z niechęcią wykonałyśmy jego polecenie. Wpatrzyłam się w sufit. Cały czas czułam radość spowodowaną wydostania się spod władzy demona. Wtedy naszła mnie dziwna myśl. Astrid także zjadła kwiatek. Z niej też wydobyła się czarna mgła. Ona też tu jest. W takim razie… Ona też była opętana?!
Gwałtownie odwróciłam łeb w jej stronę. Leżała z zamkniętymi oczami; próbowała zasnąć. Nie chciałam jej przeszkadzać, więc postanowiłam później z nią pogadać.
Pogrążyłam się w swoich myślach. Nawet nie zauważyłam, gdy odpłynęłam do słodkiej krainy snów…
***
Był już ranek. Astrid nadal spała, a ja na szczęście mogłam wyjść ze szpitala. Nie chciałam zostawiać tu mojej koleżanki, ale byłam bardzo głodna i miałam wrażenie że zaraz zemdleję, jeśli czegoś nie zjem. Wybrałam się więc na polowanie do Zielonego Lasu. Od razu wyczułam jelenia. Przeczołgałam się kawałek w gęstej trawie i go ujrzałam. Był tak duży, jak trzy sarny razem wzięte. Byłam jednak pewna, że dam radę zjeść go sama. Powoli wstałam i skupiłam się na zwierzęciu. Chwilę później huragan uderzył w niego z wielką siłą, porywając w powietrze na dobre pięćdziesiąt metrów. Jeleń spadł na ziemię, głową do dołu. Słychać było przeraźliwy trzask pękających kości i… po wszystkim. Mogłam najeść się do syta.
***
Najedzona wróciłam do watahy. Byłam pewna, że Astrid wyszła już ze szpitala i postanowiłam ją odwiedzić. Zmieniłam się więc w człowieka i szybko przebrałam w ciemnogranatowe dżinsy i tunikę w biało-brązowe pasy. Byłam już w drodze do mieszkania As, gdy nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Jej przeraźliwy krzyk. Przyspieszyłam tempa.

<Astrid? Ciebie też przepraszam za długie nie odpisywanie>

Uwagi: "Trzeba powiedzieć o wszystkim Alfom!" - to są jakieś inne Alfy prócz Suzi? Kii dla jasności już nie pełni żadnej szczególnej funkcji.

Od Yui "Sen" cz. 1 (Cd. chętna osoba)

Wyczerpana całodniową wyprawą, opadłam na pobliską skałę. "Pełnia" - mruknęłam cicho i przymknęłam oczy. Po dłuższej chwili, większość ran zniknęła. Przypadkowo zasnęłam podczas uleczania, a gdy ponownie się rozejrzałam, otaczała mnie ciemność. Było mi strasznie zimno, a całe łapy miałam zanurzone w wodzie. Uczucia wydawały się zbyt realistyczne jak na sen... Ruszyłam przed siebie, chociaż nie miałam zielonego pojęcia, gdzie się kieruję. Woda robiła się coraz głębsza i coraz bardziej utrudniała poruszanie się. Zaczęła też wydzielać przeraźliwy smród. Gdzie ja się wpakowałam? Całe szczęście, nareszcie znalazłam suchy ląd. No dobra... po prostu znalazłam ląd. Miejsce było nieco jaśniejsze od poprzedniego, więc miałam okazję się rozejrzeć. Wokół mnie rozpościerały się cuchnące kanały wodne i stare, zardzewiałe kraty. Nie wyglądało to przyjemnie... Postanowiłam nadal iść do przodu. W końcu natrafiłam na skrzyżowanie. Obydwie drogi były przyciemnione, więc nie wiedziałam, gdzie się kierować. W wyborze pomógł mi okropny wrzask z prawego odgałęzienia. Dźwięk wydawał się mieć blisko swoje źródło, więc w panice rzuciłam się do ucieczki, jednak zatrzymałam się i spróbowałam zatrzymać czas. Zdana na szczęście, zawróciłam i skierowałam się do miejsca, gdzie słyszałam wcześniejszy odgłos. Przede mną ukazała się spora sylwetka nieznanego stworzenia o czerwonych ślepiach i ostrych, wystających kłach. Obejrzałam ją ze wszystkich stron i gdy już miałam odetchnąć z ulgą, że jestem bezpieczna, bestia rzuciła mi wściekłe spojrzenie, a zaraz po tym zawarczała. Moja moc widocznie była zbyt słaba, by na długo wstrzymać jej czas. Popędziłam przed siebie, z nadzieją, że zdążę uciec. Niestety, krótko po tym usłyszałam kolejny ryk i odgłos kroków. Oczywiście, moje jakże wielkie "szczęście" postawiło na drodze kraty, przez które nie dało się przecisnąć. Mimo stresu, wyczarowałam kosę demonów. Wieki jej nie używałam, co było problematyczne już na samym początku... Dodatkowo szansa, że to na pewno demon, była nikła. Chwyciłam broń i stanęłam w miejscu, próbując zebrać odpowiednią ilość mocy. W końcu ujrzałam przed sobą potwora. Był wyraźnie zirytowany moją obecnością. Nie musiałam długo oczekiwać na jego ruch, gdyż prawie od razu rzucił się na mnie z pazurami. Zamachnęłam się na niego kosą, jednak nie trafiłam. W tym samym momencie poczułam, jak jego pazury wbijają się w mój grzbiet. Syknęłam z bólu i odskoczyłam na bok. Potwór rzucił się na mnie, wytrącając mi broń z pyska. Wpatrywał się we mnie przez chwilę, dociskając mnie do ziemi. Wykorzystałam ten moment i "usunęłam" kosę śmierci, a zamiast tego zmaterializowałam łuk. Wróg ocknął się i gdy naciągałam cięciwę, wbił się kłami w moje ciało. Pisnęłam z bólu, jednak wystrzeliłam strzałę, która trafiła go prosto w serce. Odsunęłam się szybko od znikającego ciała bestii i spojrzałam na swoją łapę. Ciekła z niej krew, chociaż rana nie wydawała się poważna. Po tym spotkaniu przestałam wierzyć, że jest to zwykły sen. Skuliłam się przy ścianie, by przeczekać sytuację aż do mojego przebudzenia.
- Ten sen nie jest przypadkowy. - Usłyszałam za sobą żeński głos i automatycznie obróciłam się w jego stronę, lecz niczego nie dostrzegałam.
- Słucham? Kim ty w ogóle jesteś? - Przyglądałam się ciemności, chcąc zobaczyć, kto to jest. Z mroku wyłoniła się wadera, chociaż dużo nie odbiegała od niego kolorem. Jedyne, co się wyróżniało, to niebieski wisiorek ze złotym łańcuchem na jej szyi.
- Jak już powiedziałam, nie znalazłaś się w tym śnie przez przypadek. Zostałaś przeklęta. - Odparła obojętnie, podchodząc do mnie bliżej.
- Jak to przeklęta? - Patrzyłam na nią tępo, przetwarzając sytuację.
- No, normalnie. Od razu mówię, że nie mam pojęcia, jak to przerwać. Oczywiście budzisz się każdego ranka, jakby nigdy nic, chociaż ten świat powraca co noc. Zostałam przeklęta jakieś trzy lata temu i nadal się nie uwolniłam... - Westchnęła z rezygnacją i przysiadła obok mnie. Wtedy, wcześniej opisana błyskotka, zaczęła emitować słabe światło. - Zdaje się, że zaczyna świtać. Do następnej nocy... - Obraz zaczął mi się rozmazywać, a ja opadłam bezwładnie na ziemię. Gdy wszystko zdawało się wracać do rzeczywistości, usłyszałam ostrzeżenie. - Jeszcze jedno! Pod żadnym pozorem nie dotykaj innego wilka, wtedy również wyląduje tu, z nami!

- Poczekaj! - Otworzyłam gwałtownie oczy i zerwałam się na równe łapy. Przypadkowo potknęłam się o kamień i wpadłam na stojącego przede mną wilka. Odskoczyłam od niego jak oparzona, przypominając sobie słowa wadery.
- O nie, nie, co ja zrobiłam! - Spojrzałam wystraszona na postać, a była nią...

<chętny?>

Uwagi: brak
<Ktoś dokończy? default smiley :) >

środa, 2 marca 2016

Od Vanessy "Zakochanie..." cz. 3 (cd. Toboe)

Usłyszałam słowa "Dzięki. Dobranoc!" chwilę przed wyjściem z jego jaskini. Wkroczyłam w ciemność z uśmiechem na pysku (Hahaha, o Matko, jak to brzmi). Powoli zawlokłam swoje lekko poobijane ciało do własnej jaskini. Potem padłam bez życia na posłanie.
***
Z miną wróżki-dobrodziejki wbiegłam do jaskini mojego nowego znajomego. Toboe spał, chrapiąc cicho.
- Wstawaj! - krzyknęłam. Gdy to nie poskutkowało, przyczołgałam się do wilka i mocno chuchnęłam w jego ucho. Wtedy dopiero poderwał się z miejsca. Przetarł zdziwiony oczy.
- Patrz, dzielny pacjencie, co dla ciebie mam! – pokazałam mu wielkiego lizaka.
- Ty wczoraj na serio…? – zaczął się śmiać.
- Nie, na żarty, Tobi – prychnęłam.
- Tobi? – przewrócił oczami.
- Tak, Tobi. Coś nie pasuje? – zamrugałam oczkami. Potrząsnął głową.
- A więc, Tobi, jeśli czujesz się na siłach, to zapraszam na małą wyprawę.
- Gdzie?
Nie odpowiedziałam, tylko wskazałam głową by poszedł za mną, co uczynił (chętnie lub niechętnie, co to za różnica).
Może być ciekawie…
***
Kierowaliśmy się na Wschód. Chciałam dojść do Plaży Wschodniej, jednak przed nią było jeszcze kilka terenów, między innymi Zielony Las, do którego właśnie wchodziliśmy.
Poczułam piękny zapach, charakterystyczny dla drzew. Gdy stąpałam po ziemi, moje pazury lekko w nią wchodziły, a pod nimi trzeszczały gałązki. Słychać było ptaka, który śpiewał na całe gardło. W oddali było małe źródełko, z którego piły wodę dwie sarny. Stosunkowo blisko nich, zając kicał, co chwila podjadając bujną, zieloną trawę. Sielankowy obraz tak mnie urzekł, że zapomniałam o Toboe, który przyglądał się, a to jak tarzam się w trawie, a to jak (w postaci człowieka) wspinam na drzewo lub biegam w kółko, oczarowana tym miejscem.
- Może już się uspokój królewno i chodźmy dalej - po braku mojej reakcji on również przemienił się w człowieka i stanowczo wziął mnie na ręce. I tak szliśmy sobie na przód. Ja oczywiście wyrywałam się, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. W końcu się uspokoiłam.
- Przestań się odchudzać - zażartował Tobi. - Jesteś taka lekka, że aż się o ciebie boję - zaśmiał się.
- Nie przesadzaj - uśmiechnęłam się szeroko. - Lepiej już mnie postaw.
Ale moje nogi poczuły ziemię dopiero gdy wyszliśmy z lasu.
- No dziękuję - otrzepałam się.
Parę minut dalszej wędrówki i dotarliśmy do Wodopoju. Oboje się napiliśmy i nie przedłużając poszliśmy dalej, znów jako wilki. Gdy ujrzałam ostatni przed Wschodnią Plażą teren, Wschodni Klif, po raz kolejny oniemiałam.
- Jak tu pięknie! - zaczęłam biec i po raz drugi w ciągu dwudziestu czterech godzin wpadłam na Toboe. - Oj, sorry, teraz to już na serio moja wina - pomogłam mu wstać.


<Toboe? XD Sorki że musiałeś tyle czekać>

Uwagi: Brak