Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 3 września 2016

Od Kai'ego "Watson, mamy problem! Cały świat się wali!" cz. 8 (cd. Sierra)

- Sierra? Co ty tu robisz? - warknąłem zniecierpliwiony.
- O to samo mogłabym spytać ciebie - zachichotała, przekrzywiając łeb w bok. - Co basior może robić w środku nocy podczas podglądania wader, które raczej nie są jego znajomymi?
- Nie twój interes, kobieto - mruknąłem z niezadowoleniem. Chyba nawet wolałem sobie nie wyobrażać, co sobie myślała Sierra. Cmoknęła z dezaprobatą.
- Nie uważam, aby to było normalne... No, ale jak tam chcesz. - Odwróciła się, chcąc odejść, ale zwróciła się do mnie jeszcze dwoma zdaniami: - Jeżeli uznasz za stosowne porozmawiać ze mną o tym, co ty do jasnej ciasnej tutaj odwalałeś, przyjdź do mnie. Aha, i w innym przypadku nawet się do mnie nie zbliżaj.
Wywróciłem oczami. Tak to jest, kiedy ktoś przychodzi w złym momencie i nie dość, że jest zaskoczony, to jeszcze tworzy własne domysły, z których za nic w świecie nie zamierza zrezygnować.
- Jasne, idź sobie - mruknąłem tak, aby usłyszała, po czym przeszedłem przez krzaki dzielące mnie od łąki, na której jeszcze przed chwilą widziałem waderę wydzielającym słodki zapach. Kilka spojrzeń wystarczyło mi, bym przypomniał sobie, w którym kierunku mogła pójść. Zdecydowałem się pobiec w jej kierunku. Dałem z siebie wszystko, by osiągnąć jak najlepsze tempo. Nie mogła mi uciec. Nie wtedy, kiedy byłem tak blisko! Teraz został tylko nikły zapach jej perfum, który nie zostanie tu na długo chociażby przez to, że poruszała się dostatecznie szybko. W duchu cieszyłem się, że determinacja pozwoliła mi powrócić do dawnej sprawności i nie łamało mnie w kościach. Treningi jednak są niezwykle pomocną rzeczą.
Mijały minuty, ja oddalałem się od Sierry coraz bardziej i bardziej. Jedyną rzeczą, którą sobie zaprzątałem głowę, było doścignięcie wadery. Bystrym wzrokiem lustrowałem okolicę, cały czas kontrolując, czy zapach nie zanika i czy jestem na dobrej drodze. Wielokrotnie wykonywała zwroty, ale na moje szczęście za każdym razem orientowałem się, w którym kierunku.
W końcu zapach robił się naprawdę ostry. Wyglądało na to, że jest w pobliżu. Zwolniłem i zacząłem się rozglądać. Gdzie ona mogła się podziewać? Twierdząc po zapachu, zmęczyła się i gdzieś tutaj ukryła. Powoli świtało. Jeśli przez pół nocy biegła do Watahy Magicznych Wilków, a drugie pół uciekała, mogła chcieć uciąć sobie drzemkę. Zapach nie słabł, więc usiadłem i zastanawiałem się, co dalej zrobić. Jedyną słuszną decyzją zdawało się być odczekać na jakiś ruch. Zawsze może robić się niewidzialna. Wyczuwałem jakieś myśli, jednak były skutecznie zagłuszane. Być może i ona miała zdolność czytania we wspomnieniach, jednak mniej wyćwiczoną, niż ja. Cały czas "nasłuchując umysłem", siedziałem i wpatrywałem się w skupieniu w punkt, z którego najlepiej fale były wyczuwalne. Nie chciałem się zbliżać, nie chcąc jej płoszyć. W końcu nie miałem jej pojmać, tylko śledzić oraz dowiedzieć się o jej miejscu zamieszkania.
W południe w końcu wyczułem ruch. Ruszyła dalej. Zorientowałem się po tym, że po prostu sygnał zniknął. Kierując się resztkami jej słodkiego zapachu, zmierzałem dalej, tym razem spokojnym krokiem, stawiając ostrożnie każdą łapę. Ona również nie poruszała się szczególnie prędko. Najwidoczniej uważała, że jest już bezpieczna. W ciszy przemierzałem gęsty las, aż w końcu nie zaczęły być wyczuwalne różne ostre wonie różnych wilków. Wataha. Na swoje nieszczęście szybko zgubiłem jej zapach. Nie miałem teraz absolutnej pewności, czy aby na pewno tutaj mieszka, czy może tylko przechodziła. Stałem tak przez dobrą chwilę, aż w końcu nie usłyszałem głosów.
- Haha! I co wtedy powiedział?
- Że lubi pasztet.
- Poważnie? - zaśmiała się jakaś wadera.
- On naprawdę już zostanie na zawsze sam.
- Wszystko jest lepsze od tego jak mu tam było... Pączka.
- Narzeczonego Alfy? Oczywiście - ponownie wybuch śmiechu - On bardziej od niej woli ludzkie słodkości.
Stałem jeszcze tak przez chwilę. Nie wyczuli mnie. Cichnące w oddali głosy dały mi znak, że poszli dalej. Mogę kontynuować śledztwo. Ostrożnie szedłem dalej, aż nie zatrzymał mnie zimny głos jakiegoś wilka.
- Stój. Nie ruszaj się, bo może się to źle skończyć.
Posłusznie zatrzymałem się i czekałem, aż wilk stanie tuż przede mną. Nie miałem większej chęci na ucieczkę. Pewnie zaraz dowiem się, czy czarno-czerwona wadera należy do tego stada, a następnie grzecznie przeproszę i odejdę. Nie mam chęci robić żadnej draki.
- Dlaczego szedłeś za Achitą?
Nagle w moich uszach zaczęło dzwonić. Zrobiło mi się trochę słabo. Wadera o imieniu Achita? Ze zdolnościami żywiołu umysłu?
- Ja... szukałem... - nie mogłem się wysłowić. Zaczęło mi się trudniej oddychać. Co jak co, ale od zawsze miałem z tym problem w stresujących momentach. Zawsze brakowało mi powietrza. - Zgubiłem się.
- Taki staruch jak ty? Młody wilk - zrozumiałbym, ale żeby tak doświadczony z braku innych pomysłów śledzący innego? Ponadto zmierzałeś z terenów, na których aż roi się od watah. Jesteś szpiegiem.
Wtedy do mojej głowy przyszła wymówka. Wyprostowałem się i częściowo odzyskując dech, przemówiłem:
- Wasza członkini... Achita, tak? Została przyłapana na wchodzeniu na tereny naszej watahy. Co zarządziłaby każda Alfa w takim wypadku? Cieszcie się, że w ogóle żyje.
To zamknęło mu usta. Był sam, więc zapewne namyślał się, cóż począć.
- Zaprowadzę cię do Alfy. Ona zadecyduje, co zrobić.
Wywróciłem oczami, ale się zgodziłem. Kłótnia z nim nie mogłaby się skończyć dobrze. W mojej piersi serce galopowało. Czułem, że niedaleko znajduje się wadera, która naprawdę mogła być moją córką. Żałowałem, że nie przyjrzałem się jej dokładniej. Nie jestem w stanie sobie teraz nawet dokładnie przypomnieć jej pyska. Niespokojnie wypatrywałem jej, wodząc wzrokiem po każdym zakamarku mijanych krzaków, ale niestety nie dostrzegłem żadnego skrawka czerwonego futra. Kiedy dotarliśmy do miejsca, które musiało być centrum, basior który mnie zatrzymał, stanął w miejscu. Popatrzyłem na niego zastanawiając się, czy sam się zastanawia, gdzież może się podziewać Alfa.
- A ten, to co za jeden? - usłyszałem za sobą warknięcie. Po obróceniu głowy ujrzałem może pięcioletnią waderę. Wysoko uniesiony podbródek i zarozumiałe spojrzenie wskazywało na to, że mam przed sobą Alfę. Niechętnie się odwróciłem i lekko skłoniłem.
- Przybysz z daleka. Przybył w ślad za Achitą. Podobno włamała się na tereny jego watahy. Zlecono mu dowiedzieć się, dlaczego to zrobiła.
Alfa uniosła lekko brew i zamyśliła się. Zaraz potem z krzaków wyłonił się brązowy basior z iskrzącymi się radością ślepiami. Ściskał w zębach koszyczek. Kiedy posłał mi przelotne spojrzenie, pojawiła się w nich jakaś drwiąca nutka, która mi się zdecydowanie nie spodobała. Wadera odwróciła się w jego kierunku.
- Kochanie, jak radzisz? Zabić go na miejscu, skazać na tortury, chłostę czy może zamknąć w celi?
Basior wypuścił z silnych szczęk koszyk, z którego wysypały się owoce. Na jego pysku pojawił się szeroki uśmiech.
- Jestem za torturami.
Wiedziałem, że nie będą litościwi. Może nie od razu, ale mogłem się tego po prostu domyślić. Być może Achita chciała zwyczajnie od nich uciec... tylko dlaczego wróciła?
- Nie możemy po prostu sobie tego wszystkiego wyjaśnić? Uwierzcie, że należę do znacznie potężniejszej watahy od waszej i...
Przerwał mi śmiech Alfy. Nie bardzo wiedziałem, co ją tak bawi, ale i basior wyglądał tak, jakby zaraz miał parsknąć śmiechem.
- Naprawdę sądziłeś, że puścimy wam to płazem? Podejrzewam, że nawet twoja wataha nie wie, w którym kierunku wyruszyłeś.
Miała rację. O mojej wyprawie wiedziały tylko te półgłówki... i Sierra. Pewnie przypomni sobie o moim istnieniu za miesiąc, albo i może nawet wcale. Być może to jest mój koniec.
- Inuś, mogę się nim zająć? Dawno tego nie robiłem. Jeszcze trochę i zapomnę o moich popisowych torturach - wyszczerzył się jak głupi. Zacząłem się wycofywać, ale wilk stojący u mojego boku rzucił na mnie jakieś zaklęcie, które powaliło mnie na ziemię. Syknąłem z bólu. Chwilę później straciłem przytomność.
***
Kiedy się ocknąłem, panowała noc. Naprzeciwko mnie siedział wilk będący zapewne rzekomym narzeczonym Alfy, którego żartobliwie nazywano "Pączkiem". Prócz futra koloru brązowego ciasta i pomarańczowych kropek na grzbiecie kojarzących się ze skórkami pomarańczy nie łączyło go z nim nic. Miał puszyste futro, ale nie był w każdym razie gruby. Prędzej nazwałbym go "Głupim Wyszczerzem", bo uśmiech nie znikał z jego pyska. Dookoła płonęły pochodnie. Przeszło mi przez myśl, że może ten jakże irytujący wilk ma za słaby wzrok, by widzieć dobrze w ciemności.
- Księżniczka już się obudziła?
Prychnąłem. Spróbowałem się podnieść, ale moje łapy były przykute do podłoża. Niech szlag to trafi. Znajdowaliśmy się na łące, na której był podest z łańcuchami, którymi zostałem spętany. Kątem oka dostrzegłem, że znajdowało się tam również wiele innych ostrych przedmiotów, których nawet nie umiałem w żaden sposób nazwać. Nie zapowiadało się to obiecująco.
- Ten twój uśmiech jest drażniący - stwierdziłem, siląc się na spokój.
- Nie odzywaj się, staruchu.
- Bo co? Wytniesz mi język? - zaśmiałem się ironicznie - Teraz już mi wszystko jedno. Nie czujesz się głupio mówiąc do osoby, która mogłaby być twoim ojcem? - zadrwiłem. Byłem od niego widocznie starszy, jednak i tak się speszył. Dopiero po chwili wypiął dumnie pierś i przemówił:
- Wiek tutaj nie gra żadnej roli. Teraz to ja jestem twoim PANEM i jeśli wypowiesz jeszcze choć słowo, śmierć będzie powolna i bolesna.
Prychnąłem. Opuścił uszy i zmarszczył nos. Zajrzałem na chwilę do jego umysłu. Zastanawiał się, o czym mógłby myśleć kat w chwilach, kiedy zamierza rozpocząć tortury "Jak tylko skończę z tym cholernym dziadygą, polecę do Marzenki po następną paczkę dountów. Nie da się żyć w takim stresie". Już się nie uśmiechał, więc tym razem to ja postanowiłem na swój pysk wpuścić odrobinę wesołości. Nie miał pewnie nawet zielonego pojęcia, że przed chwilą rozszyfrowałem jego plany pójścia do spożywczego. Zdecydowanie to nie była dobra chwila na radość, ale mój umysł był już tak skołowany, że nawet najgłupsza rzecz bawiła. To chyba zdenerwowało go jeszcze bardziej, bo trzasnął łapą o stalowy sprzęt, który z hukiem gruchnął o ziemię.
- Zginiesz marnie, śmieciu! Nikt nie jest w stanie stawić czoła bezlitosnemu Dravenowi!
Patrzyłem na niego bez wyrazu przez dobre kilka chwil, po czym oznajmiłem bez emocji:
- No i widzisz? Miałem rację. Jesteś moim synem.

<Sierra? Rzucisz się jak dzika na pomoc Kai'emu czy wolisz zostawić go na pastwę losu i paradować sobie po WMW i skarżyć się wilkom, jakim to starym zboczeńcem jest jej obiekt zainteresowania?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz