Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 20 marca 2019

Od Edel "Uważaj na dziarskie kocięta" cz. 1 (cd. Crane)

Kwiecień 2023
Światło delikatnie przebijało się przez czarne chmury. Nie nazwałabym tego poranną szarówką, lecz ciemność faktycznie zaczynała ustępować na rzecz dnia. Oznaczało to, że moja nocna wędrówka trwała znacznie dłużej, niż myślałam. Najbardziej zdziwiło mnie, że nie odczuwałam zmęczenia - a przynajmniej nie takiego, jak mogłabym się spodziewać. Oczywiście moje łapy nieznacznie drżały, a tempo raczej nie było zbyt wielkie, ale szłam przed siebie i nawet wiatr uparcie rozwiewający moją sierść nie mógł mnie powstrzymać.
Tereny watahy były opustoszałe ze względu na późną - lub wczesną - porę. Byłam tylko ja i moje myśli, co nie stanowiło dla mnie żadnej nowości. Myślałam, że zmiana miejsca zamieszkania wyrwie mnie z letargu. Zamiast tego wpadłam w jego inną odmianę.
W Zakonie byłam zmuszona do mniej lub bardziej dotkliwego kontaktu z innymi, natomiast tutaj za jedynych towarzyszy miałam Asa i Tori. Toksyczne deszcze sprawiały, że zostałam zmuszona do siedzenia w jaskini. Zresztą, podobnie jak pozostali członkowie stada. Nic dziwnego, że w takich okolicznościach życie towarzyskie żadnego z nas nie było zbyt interesujące.
W każdej chwili, gdy samopoczucie oraz brak opadów mi na to pozwalały, wychodziłam na krótkie spacery. Czasem towarzyszyli mi moi przyjaciele, jednak zdecydowana większość tych wędrówek była samotna.
Tak też było tej nocy. A przynajmniej do momentu, gdy zza nienaturalnie powiększonych roślin nie wyłoniła się sylwetka średniego wzrostu wilka. Wyglądał zaskakująco zwyczajnie - jego sierść była brązowo-szara, w kilku miejscach przybierała też kolor biały. Nic szczególnego. Sprawiał wrażenie zwykłego, niemagicznego samca. Wiedziałam jednak, że tacy nie kręciliby się w samym środku stada magicznych wilków.
Samiec zdawał się pogrążony we własnych myślach, jednak gdy tylko mnie zauważył, wyraźnie przyspieszył. Zmrużyłam oczy, nie wiedząc, czy chciał mnie ominąć czy właśnie dogonić. Niemal automatycznie przyspieszyłam, postanawiając wyjść mu naprzeciw. Jeśli nic nie będzie chciał, to po prostu szybko się miniemy, prawda?
Wilk jednak nie zamierzał ominąć mnie łukiem. Zamiast tego zatrzymał się tuż przede mną i zmierzył podejrzliwym spojrzeniem.
- Co tu robisz?
Jego głos nie brzmiał zbyt przyjemnie - powiedziałabym raczej, że był poważny i oficjalny. Nie zrozumiałam, czemu właściwie samiec mnie o to zapytał. Przecież tak samo jak on miałam prawo przebywać na zewnątrz, kiedy nie padał deszcz.
Wzruszyłam ramionami i delikatnie uniosłam łeb, by spojrzeć mu prosto w oczy. Były one całkiem ładne - bystre i brązowe z niewielką, niebieską plamką. Nigdy nie widziałam nikogo, kto miałby oko w dwóch kolorach. Wyglądało to intrygująco.
- Wyszłam na spacer.
Nietypowe oczy ponownie zmierzyły mnie podejrzliwym spojrzeniem. Westchnęłam cicho i postanowiłam rozwinąć myśl.
- Nie mogłam spać, a nocne powietrze jest dość orzeźwiające. A ty, co tu robisz?
- Patroluję tereny watahy i sprawdzam, czy nie ma tutaj intruzów takich jak ty - odpowiedział wilk nadal z pełną powagą.
Słysząc jego słowa, niemal zachłysnęłam się powietrzem. Co jak co, ale intruzem nie byłam. Przecież każdy ma prawo - ba, obowiązek - zasiedzieć się we własnej jaskini podczas tych dziwacznych deszczy.
- Nie jestem intruzem. Mieszkam tu od zeszłego lata - wyjaśniłam, mrużąc oczy z niezadowoleniem. Nie podobała mi się myśl, że wilk, którego nigdy wcześniej nie widziałam, posądzał mnie o najście terenów watahy, do której należałam.
Nieznajomy zmarszczył brwi i lekko pochylił w moją stronę, wdychając mój zapach. Liczyłam, że stara jaskinia była wystarczająco nim przesiąknięta, by ten przeszedł i na mnie.
- Hm... Nie pachniesz jak członek watahy - stwierdził w końcu.
Uniosłam wzrok ku górze z czystym zniecierpliwieniem.
- Ty także nie, a jednak twoja nadgorliwa postawa nie pozostawia wątpliwości, że zamieszkujesz te tereny.
Spojrzenie samca złagodniało, gdy usłyszał moje słowa.
- Jestem z Watahy Czarnego Kruka. To stado przyłączone do Watahy Magicznych Wilków - wyjaśnił.
Powoli skinęłam łbem, marszcząc przy tym brwi. Wataha Czarnego Kruka... Nazwa brzmiała znajomo, jednak bez jego pomocy nigdy bym sobie jej nie przypomniała. Całkiem zapomniałam istnieniu drugiej sfory. Jakby nie było, nie angażowałam się w wilcze życie, a zwłaszcza te innego oddziału wielkiej watahy, do której widocznie obydwoje należeliśmy. Moje małe zirytowanie ustąpiło miejsca wstydu, który starałam się jak najszybciej zamaskować.
- Ja natomiast należę do Watahy Magicznych Wilków. Nie nasiąkłam jeszcze tym zapachem ze względu na to, że większość czasu spędziłam we własnej jaskini.
Wilk pokiwał łbem, dając mi znak, że rozumie.
- Pozwól, że i tak znajdę kogoś, kto zaświadczy, że mówisz prawdę. W ramach czystej formalności.
Wzruszyłam ramionami. Rozumiałam, że ze względu na brak woni typowej dla członków watahy, wilk musiał trzymać mnie na dystans. Jakby nie było, to był jego obowiązek.
- Jak sobie życzysz, ale musisz wiedzieć, że znam tu jedynie Torance i Asgrima.
- Oni wystarczą - powiedział i ruszył w odpowiednią stronę. Szedł raczej powoli, więc bez większego trudu go dogoniłam, choć czułam, że moje łapy powoli zaczynają pobolewać. - Jak ci na imię? - spytał.
- Edel.
Wilk odwrócił łeb w moją stronę i posłał mi serdeczny uśmiech, całkiem odmienny od poważnego wyrazu pyska, który miał przez całą naszą rozmowę. Wyglądał o wiele bardziej przyjaźnie.
- Bardzo ładne.
Uśmiechnęłam się i trochę niepewnie podziękowałam. Nie przywykłam do tego, że ktoś mnie komplementował w jakikolwiek sposób.
- A czy ty, o patrolujący, zdradzisz mi własne imię czy ze względów bezpieczeństwa wolisz zachować je dla siebie? - spytałam. Szybko sobie zdałam, że przytyk mógł zabrzmieć trochę niemiło, więc czym prędzej wyszczerzyłam zęby, by załagodzić wydźwięk słów.
- Wspaniały patrolujący nazywa się Crane.
- Też niczego sobie - skinęłam łbem z pełną powagą.
Wilk uśmiechnął się, jednak nie powiedział nic więcej. Wokół nas zaległa cisza, jednak żadnemu z nas to nie przeszkadzało. Crane zdawał się oddany własnym myślom, a ja... Ja po prostu cieszyłam się towarzystwem jakiegokolwiek stworzenia.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Crane trochę niepewnie zajrzał do jaskini.
- Przepraszam, można?
Odpowiedziała nam cisza.
Wymieniłam spojrzenia z basiorem i wlazłam do środka. Szybko rozejrzałam się po niespecjalnie uporządkowanej jaskini. Pod jedną ze ścian, w pewnym oddaleniu od wejścia, dostrzegłam dwie obejmujące się sylwetki. Tori leżała zwinięta w kłębek tuż przy ciele Asa, który oplatał ją delikatnie przednią łapą. Był to czuły gest, prawdopodobnie całkiem nieświadomy, lecz przy tym wyrażający miłość.
Poczułam, jak coś zaciska mi się na żołądku. Nie było to jednak uczucie, które zapowiadało wymioty, a zwyczajna zazdrość. Sądziłam, że to głupie zauroczenie mi przeszło, jednak gdy zauważyłam ich razem, w takiej sytuacji, wszystko odżyło.
Prędko odwróciłam łeb i na ślepo wycofałam się z jaskini. W pewnym momencie uderzyłam w czyjeś ciało. Crane. Szybko wymamrotałam przeprosiny i nie patrząc w stronę jaskini, powiedziałam:
- Chyba... Chyba im przeszkadzamy.
Mój głos był ochrypły, przepełniony różnymi, może trochę sprzecznymi emocjami.
Samiec ponownie zajrzał do jaskini. Gdy się odwrócił, skinął łbem. Na jego pysku można było zauważyć spokój, przez co poczułam, jak robi mi się wstyd.
Jestem idiotką.
- Być może. Wobec tego chodźmy do Alf.
Gdzieś z jaskini dobiegło nas ciche szuranie. Niepewnie weszłam i zobaczyłam, jak para jeszcze mocniej się przytula. Ponownie niemal wybiegłam z jaskini.
- Tak, lepiej tak... - mruknęłam i nie czekając na odpowiedź, ruszyłam w odpowiednią stronę.
Crane szybko się ze mną zrównał. Ponownie szliśmy w ciszy, jednak ta tym razem znacznie bardziej mi ciążyła. Chciałam móc się komuś wyżalić, wysłuchać może jakiś rad i słów pocieszania. Poczuć pokrzepiający uścisk łap. Zobaczyć serdeczny uśmiech na czyimś pysku.
Dlaczego wszyscy oprócz mnie mogą się łączyć w pary i zakładać swoje rodziny? Niby takie proste, a jednak nigdy nie spełnię tego swojego głupiego marzenia jeszcze z lat dzieciństwa. Dlaczego ja?
Nieprzyjemne uczucie w żołądku się zmieniło. Było bardziej palące i nagłe. Otworzyłam szerzej oczy przerażona i bez słowa zawróciłam. Lęk przed tym, że Crane mógł mnie zobaczyć, dodał mi szybkości oraz siły na powstrzymywanie wymiotów. Wbiegłam w nienaturalnie wielkie zarośla i zwróciłam wszystko, co zostało mi po wczorajszym posiłku. Moje ciało wyginało się nieco spazmatycznie, chyba drżałam. Natomiast kiedy zauważyłam czerwone plamki w wymiocinach, nie mogłam powstrzymać szoku i przerażenia. Choroba postępowała...
- Edel? Co ci?
Odwróciłam się w stronę, z której nadchodził głos. Crane stał tuż obok mnie, a na jego pysku malował się niepokój. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, szybko skierowałam wzrok na własne łapy.
Zastanawiałam się, co powinnam odpowiedzieć. Wilk z pewnością widział wszystko, a nawet jeśli nie, to jedno spojrzenie na wymioty i moją żałosną sylwetkę było z pewnością wystarczające, by mógł wszystko poskładać w całość.
Odkaszlnęłam i splunęłam na ziemię, próbując pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Nie podniosłam jednak wzroku na towarzysza.
- To... Nic takiego... Chyba coś mi zaszkodziło - spróbowałam się uśmiechnąć, ale chyba wyszło to dość marnie.
- Nie jesteś chora? - spytał samiec. W jego głosie pobrzmiewał niepokój.
Nie takiego współczucia chciałam.
- Nie - odparłam, wpatrując się uparcie w swoje łapy. Mój głos nie brzmiał ani trochę przekonująco, przez co się skrzywiłam.
- Nie musisz kłamać.
- Ja nie... - zaczęłam, jednak szybko stwierdziłam, że to nie miało sensu. Widział zbyt wiele. - Nie chcę o tym rozmawiać. Możemy iść dalej?
Nie czekając na jego odpowiedź, wstałam. Z niepokojem zauważyłam, że moje łapy drżały i były aż zbyt słabe. Widocznie silne emocje, nocne wyprawy i wymioty to nie było dobre połączenie dla wymęczonego organizmu.
- Hej, jeśli nie dasz rady, nie muszę cię wlec do Alf. Sam ich spytam.
Uśmiechnęłam się krzywo, jednak nadal nie odwróciłam się w stronę basiora. Bałam się na niego spojrzeć. Dostrzec zmartwienie wymieszane z obrzydzeniem.
- Nie ma takiej potrzeby. Jestem silniejsza, niż może się zdawać.
Starałam się, żeby mój głos brzmiał dumnie i chyba nawet mi się to udało. Z pewnością mój ton zdołałby przekonać samca, gdyby akurat w tym momencie nie ugięły się pode mną łapy. Upadłam na ziemię.
Szybko wstałam, czując na sobie spojrzenie Crane'a. Basior w żaden sposób nie skomentował mojego upadku, za co byłam mu niezmiernie wdzięczna. Ogółem wilk był bardzo sympatyczny i nie mogłam powstrzymać wrażenia, że moglibyśmy w przyszłości zostać przyjaciółmi.
Pod warunkiem, że nie postanowi więcej ze mną rozmawiać. Jakby nie było, nie zachowywałam się zbyt... Uprzejmie - pomyślałam z goryczą - Powinnam go przeprosić, ale... Jak miałabym to zrobić? Jeśli nagle coś takiego powiem, może stwierdzić, że jestem wariatką. Niemniej... Chyba faktycznie powinnam spróbować.
Cicho westchnęłam i już otwierałam pysk, by wypowiedzieć te kilka (prawdopodobnie dość nieporadnych) słów przeprosin, gdy nagle odezwał się sam Crane.
- Nalegałbym żebyś zaczekała, a ja w tak zwanym międzyczasie pójdę do Suzanny i Hitama.
- Crane...  To bardzo miło z twojej strony. Ja... Dzięki za troskę - powiedział cicho, oblizując pysk ze zdenerwowania. Nie byłabym jednak sobą, gdybym na tym skończyła swoją wypowiedź. - Ale co jeśli Alfy nie poznają mnie jedynie po imieniu? Jesteś pewny, że moja obecność jest tam zbędna?
- Opiszę im jak wyglądasz oraz wspomnę, że znasz Asgrima i Torance. Niewiele wilków ostatnio dołączyło, powinni cię pamiętać.
- Chyba rzeczywiście tyle wystarczy. Zaczekam tu na ciebie. Nie chcę, żebyś mnie później oskarżył o ucieczkę jak na szpiega przystało - uśmiechnęłam się lekko.
Wilk go nie odwzajemnił - jego pysk był wypełniony powagą.
- Jeśli uciekniesz, będzie to tylko i wyłącznie moja wina - stwierdził i bez większych pożegnań, odszedł.
Usiadłam na ziemi i wpatrywałam się w jego oddalającą się sylwetkę. Nie znajdowaliśmy się daleko od Jaskini Alf - zaledwie kilka minut drogi powolnym marszem. Nic więc dziwnego, że Crane wrócił zaledwie kilka chwil później. Gdy znalazł się obok mnie, wstałam i uśmiechając się szeroko, spytałam:
- To jak? Przeprowadzisz na mnie egzekucję za najście?
- Nie, nie sądzę - pokręcił głową z lekkim uśmiechem. - Członków watahy za to nie skazują.
- Bardzo mnie to cieszy.
Nim wilk zdążył się odezwać, coś cicho zaszeleściło w zaroślach. Jak na komendę spojrzeliśmy z napięciem w tę stronę. Jakieś stworzenie zmierzało prosto na nas.
Crane ostrożnie podszedł do krzaków, przybrał obronną postawę i skamieniał, gdy spomiędzy gałązek wyłoniło się... Kocię.
Zwierzątko wyskoczyło radośnie prosto na łapę dorosłego samca i zaczęło bawić się jego długą sierścią, miaucząc wesoło. Roześmiałam się, widząc skołowaną minę basiora, co wzbudziło zainteresowanie kota, który odskoczył przestraszony. Szybko się jednak zreflektował i z zainteresowaniem podszedł w moją stronę.
Przypatrywałam się z uśmiechem młodemu - na oko trzyletniemu - kociakowi. Miał długie i puszyste futerko w odcieniach szarości wymieszanej z brązem. Nic specjalnego - zwykła, bura sierść w prążki, jaką można dostrzec u wielu kotów. Od spodu pyszczka po brzuch kociaka widniał lekko kremowy pas. W tym samym kolorze były cieniutkie linie otaczające duże oczy oraz krótkie skarpetki na drobnych łapkach. Wyciągnięty ku górze ogon był nieznacznie ciemniejszy od reszty futerka - mniej-więcej w barwie prążków zwierzątka. Kotek miał zielonożółte oczy z dużą domieszką szarego, który zabierał im intensywność. Nie przeszkadzało to jednak temu, by tęczówki pobłyskiwały nie tylko radością, a jeszcze w jakiś inny, całkiem odmienny sposób.
- Cześć! - zawołał kotek. Miał wysoki, niewątpliwie chłopięcy głosik. Kocurek spojrzał najpierw na mnie, potem na Crane'a - Mam nadzieję, że się nie przestraszyłeś, panie wielki.
Basior, który zdążył już się wyprostować, spojrzał w dół, prosto na kociaka.
- Nie, nie przestraszyłem.
- Zgubiłeś się? - wtrąciłam, wracając spojrzeniem do niespodziewanego rozmówcy.
- Nie - odparł dziarskim tonem, jednak zerknął niepewnie w stronę, z której nadbiegł. - Szukam domu.
Zmrużyłam oczy trochę zbita z tropu. Zerknęłam na Crane'a, jednak samiec miał minę typu nie-szukam-kota-i-nie-próbuj-mi-go-wciskać. Westchnęłam cicho.
- Jak masz na imię, skarbie? - spytałam łagodnie.
- Redian.
Skinęłam poważnie głową.
- Ja jestem Edel, a ten tutaj - wskazałam na wilka, który usiadł obok mnie - to Crane.
- Nawet ładne - stwierdził. - A co do tego... Byłbym naprawdę dobrym towarzyszem. Potrafię trochę czarować i jestem silniejszy, niż może się zdawać.
Zaskoczona otworzyłam szerzej oczy. Czy to mógł być przypadek, że mały kociak użył tego samego sformułowania co ja?
- Redianie, nie powinieneś wracać do rodziny? Twoi rodzice pewnie się o ciebie martwią - odezwał się nagle Crane.
Kociak opuścił wąsiki, by po chwili zgromić spojrzeniem basiora.
- Skoro mówiłem, że szukam domu, to chyba jasne, że nie mogę tam wrócić. - stwierdził (przynajmniej w założeniu) groźnym tonem. Crane, słysząc go, uniósł łapy na znak, że się poddaje - Mama kazała mi znaleźć dom, a wy jesteście wilkami. Możecie mnie przygarnąć.
Wymieniłam spojrzenia z Cranem, całkiem nie wiedząc, co powinnam na to odpowiedzieć. Basior zdawał się być równie zbity z tropu tym wszystkim, co ja.

<Crane?>

wtorek, 19 marca 2019

Od Lind "Zatopione stronnice" cz. 1 (cd. Leah/Cess/Torance/Asgrim)

Koniec marca 2023 r.
Rozgarnęłam łapami zawartość torby, żeby lepiej przyjrzeć się swojej własności. Od przybycia na tereny watahy, zebrałam całkiem sporo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów. Jedne znalazłam przypadkiem, innych specjalnie szukałam, a kilka kupiłam za zarobione Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Szkoda, że nie umiem policzyć ile mam dokładnie naszyjników. Gdybym chciała nosić je wszystkie na raz, wyglądałabym jak pupilek faraona. Uśmiechnęłam się pod nosem, odrobinę rozbawiona tą myślą. 
Okazało się, że pod naszyjnikami leżał przedmiot, o którego istnieniu całkiem już zapomniałam - flet z ciemnego drewna. Coś kojarzyłam, że podobno miał jakieś magiczne właściwości. Podniosłam instrument i obróciłam go w łapach. Była bardzo lekki. Ku niczyjemu zdziwieniu, nie było na nim żadnej podpowiedzi co do zastosowania. Hm... raczej nie jest niebezpieczny. O czymś takim raczej bym nie zapomniała. Bez dłuższego rozmyślania nad sytuacją, spróbowałam zagrać na tym flecie. Jednakże zamiast muzyki, odezwało się z niego jedynie nieokreślone zawodzenie. Położyłam po sobie uszy zniesmaczona. Nigdy nie uczyłam się na niczym grać, więc jakich efektów w ogóle oczekiwałam?
Podniosłam wzrok na mojego towarzysza. Leżał na brzuchu z tylnymi łapami w górze. Kontemplował obrazek z błyszczącego kubka, który wygrałam po zakończeniu festynu. Podeszłam do Odmieńca z fletem w pysku. Uznałam, że skoro pogrywa na banjo, być może wie też coś o innych instrumentach. Jeśli chcę się dowiedzieć, jak działa ten magiczny przedmiot, muszę spytać. 
- Ting - mruknęłam, żeby zwrócić jego uwagę. 
- Co? - Strażnik Wichury obrócił nieznacznie łeb w moją stronę. 
- Potrafisz na tym grać? - wypuściłam z pyska flet. 
Chuda łapa schwyciła instrument w locie, zanim spadł na ziemię. Spojrzałam na Odmieńca wyczekująco.
- Powiem ci, Pierzasta, że nie wiem. 
- To spróbuj - odparłam. 
Ting odstawił kubek na bok i usiadł. Chwilę zastanawiał się, jak ułożyć palce (zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jego szpony mogą poniszczyć drewno). Wreszcie odnalazłszy idealny sposób, zaczął grać. Sprawdził, jakie dźwięki może wydać flet, potem wydobył zeń jakąś prostą, lecz miłą dla ucha melodię. Nawet bardzo miłą. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w kolejne delikatne brzmienia. Poczułam dziwny spokój i rozluźnienie. Zdawało mi się, że osuwam się w jakąś przestrzeń, przestrzeń w której mogę bezwładnie dryfować przez wieczność...
Otworzyłam oczy. Z niemałym zaskoczeniem odkryłam, że leżę na ziemi. Ting stał nade mną i próbował mnie ocucić. Natychmiast wstałam na równe łapy. Odmieniec odskoczył.
- Co się stało? - powiedziałam szybko. 
- Mnie się pytasz, Pierzasta? - odparł mój towarzysz. - Nagle poleciałaś na pysk jak kłoda. To tyle - machnął niedbale łapą. 
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. 
- Zemdlałam? Tak po prostu?
- Tak.Tak po prostu - przedrzeźnił mnie.. 
- Dziwna sprawa... - rozejrzałam się dookoła. Próbowałam znaleźć powód tego dziwnego zjawiska. - Długo leżałam bez świadomości?
- Nie. Jak tylko wylądowałaś na ziemi przestałem grać i zająłem się budzeniem cię. Trwało to maksymalnie dwie minuty. 
- A... Aha - odparłam. - Chwila, ty grałeś na tym flecie! - oznajmiłam ożywiona. 
- Wielkie mi odkrycie - burknął Ting. 
- Pewnie TO jest jego właściwość - podniosłam pozostawiony na ziemi instrument. 
Mój towarzysz spojrzał na mnie i zmrużył oczy. Chyba żadne z nas nie spodziewało się takiego efektu. 
- To może być naprawdę bardzo przydatna rzecz - zaśmiałam się. - Ciekawe, czy działa na wszystkich. 
- Trzeba sprawdzić... - stwierdził Strażnik Wichury. 
- Trzeba! - ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini, jednak zatrzymałam się wpół kroku. - ...Kiedyś... przy okazji... - mruknęłam, patrząc na ulewę na zewnątrz. 
Przypomniałam sobie wówczas, od czego muszę zacząć, jak tylko będzie można opuścić jaskinię. Nie będzie to próba możenia snem towarzyszów Joela, a wyprawa do Biblioteki...
Wczoraj miałam pierwszy raz od dawna okazję porozmawiać z Leah. Jakoś wtedy zeszłyśmy na temat książek, które zostały wypożyczone i już raczej nie wrócą na miejsce. Wówczas nagle wyszłam z inicjatywą, żeby spróbować uratować coś więcej, niż te kilka losowych wydań. Moja przyjaciółka zareagowała bardzo pozytywnie i od razu wyraziła chęć zaangażowania się w takie przedsięwzięcie. Tak więc, ustaliłyśmy, że spotkamy się następnego dnia (czyli dzisiaj), jak tylko przestanie lać. Spod naszych jaskiń pójdziemy prosto do Biblioteki. Oczywiście... o ile ta jeszcze stoi, gdzie stała i jest nadal w jednym kawałku. 
Obróciłam się i wróciłam wgłąb swojej jaskini. Używając mocy wiatru, przesunęłam torbę gdzieś pod ścianę, żeby się oń nie potykać. Schowałam do niej z powrotem flet. 
- Idziesz z nami po te książki, prawda Ting? - postanowiłam jeszcze trochę porozmawiać z moim towarzyszem. 
- Nie wiem - znów siedział i patrzył na kubek. 
- Dodatkowa para łap nigdy nie zaszkodzi - wyszczerzyłam się. 
- Yhy... - mruknął bez wyrazu. 
- O co ci chodzi z tym kubkiem? - spytałam. - Od miesiąca gapisz się na niego cały czas.
- Tylko od trzech dni - poprawił mnie Odmieniec.
- Teraz każdy dzień w jaskini to dla mnie wieczność - jęknęłam. - Odpowiedz na pytanie. 
- Próbuję rozszyfrować co tu jest napisane i co za paskudne zwierze tu namalowali.
- Po jakiemu to w ogóle jest? - przechyliłam nieco głowę.
- Nie jestem pewien. Przypomina to jakiś język germański... 
Spojrzałam na sufit jaskini. Ciekawe czy ktoś u nas w watasze zna ten tajemniczy dialekt. Skąd Suzanna w ogóle wytrzasnęła taki kubek? Przecież wygląda na zupełnie nowy. 
- Wiesz co, Pierzasta... Jednak wam pomogę. 

***

Ulewa skończyła się późnym popołudniem. Mój wcześniejszy tryb życia sprawił, że byłam jeszcze śpiąca, ale zdołałam wyczołgać się z posłania i wyjść na zewnątrz. Zanim jednak wyruszyłam spotkać się z Leah, zaniosłam wszystkie magiczne przedmioty (poza Naszyjnikiem Nieśmiertelności, z którym się nie rozstaję) komuś na przechowanie. W pusty chlebak zmieści się więcej książek. Na początku chciałam podrzucić swój dobytek mojemu dobremu przyjacielowi Crane'owi. Niestety sympatyczny rudzielec był z kimś umówiony w jakiejś ważnej sprawie. Koniec końców zostawiłam zawartość torby u Magnusa. Pozbywszy się chwilowo zbędnego bagażu, poszłam z Tingiem na umówione miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, srebrzysta wilczyca nie czekała na nas sama. Obok niej stali także Torance i Asgrim. 
- Mamy szczęście, Lind - oznajmiła moja przyjaciółka zaraz po powitaniu naszej dwójki. - Po drodze wpadłam na Tori...
- Raczej Tori wpadła na ciebie - zachichotał As. Ruda wadera zamruczała niezadowolona i szturchnęła swojego partnera.
- Tak czy inaczej, mamy wsparcie - dokończyła krótko Leah.
- Świetnie! - ucieszyłam się, spoglądając na dodatkowych uczestników wyprawy.
Ruszyliśmy we właściwym kierunku. Dopóki nie skończył się wąski szlak, szliśmy jedno za drugim. Nie było widać zbyt wielu promieni słonecznych, ale przynajmniej znów chwilowo przestało wiać. 
- Słyszałam od Kahesi, że dwa dni temu na Bibliotekę przewrócił się ten stary dąb - oznajmiła Torance.
- Od dawna był spróchniały. Dziwne, że nie złamał się już pierwszego dnia burzy - mruknęła Leah. 
- Na początku osłaniały go inne drzewa - zaznaczyłam. 
- W sumie miałoby to sens - pokiwała głową srebrzysta wadera. 
- Huh. Niby te drzewa mają tak grube pnie, a łamią się łatwo jak cienkie patyki - stwierdził Asgrim.
- Jak zapałki - dodała Leah.
- Co to jest zapałka, Srebrzysta? - spytał Ting. 
- Wynalazek ludzi - wytłumaczyła biała wilczyca, uśmiechając się lekko. - Mały kawałek drewna z łatwopalną końcówką. 
- Chyba kiedyś widziałam coś takiego... - pomyślałam głośno. 
- Ten jeden z Watahy Czarnego Kruka używa zapałek do zapalania papierosów w formie ludzkiej - wtrąciła Tori. 
- Nie przypominaj mi o nim! Na samą myśl czuję ten paskudny smród - As zmarszczył zabawnie nos. 
Szliśmy żwawym krokiem. Przeszliśmy przez Wrzosowy Gąszcz i weszliśmy do Zielonego Lasu. Podzieliliśmy się między sobą paroma uwagami na temat tego depresyjnego obrazu zniszczenia, lecz szybko zeszliśmy na milsze tematy. Minęliśmy to, co zostało po naszych gorących źródłach, a następnie trafiliśmy na Szczenięcą Polankę. Obecnie ją także charakteryzowały wykorzenione rośliny i przerośnięte chwasty. Na tym etapie kilkoro z nas (w tym też i ja, ale nie przyznałam się) straciło już orientację w terenie. Wówczas na początek pochodu wyszedł As, twierdząc z entuzjazmem, że znajdzie odpowiednią trasę, a do tego krótszą. Jednakże Leah ostudziła jego zapał; bez słowa podleciała na skrzydłach z wiatru, żeby obejrzeć okolice z góry, po czym to ona wskazała nam kierunek. 
Nieopodal Jeziora natrafiliśmy na jeszcze jedną członkinię naszej watahy. Była to drobna, rogata wadera o długim rybim ogonie, nosząca imię Cess. Siedziała przy brzegu, wpatrzona brudną, niebieskawą od "deszczu" wodę. Szarawa samica zauważyła nas pierwsza i spytała jakby od niechcenia:
- Dokąd idziecie? Podobno nie wolno opuszczać jaskiń.
<Leah/Cess/Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

poniedziałek, 18 marca 2019

Od Leah "Raz, dwa, trzy, liczysz ty!"

Grudzień 2022
Po kilku gorących miesiącach niemal nieustannego pobytu w jaskini byłam wykończona. Zima przyniosła ulgę. Wreszcie wróciłam do w miarę normalnego funkcjonowania, udało mi się nawet trochę poćwiczyć w ludzkiej formie. Co jak co, ale mojej kondycji przydałaby się lekka poprawa.
Norma normą, o ile można tak mówić w obliczu przenosin całej watahy. Wieści szybko się rozchodzą. Cała ta farsa z mutującymi zwierzętami szybko skłoniła Alfy do zwołania rady i podjęcia takiej decyzji. Wiele wilków było zasmuconych, kilkoro starszych nie kryło oburzenia, jeszcze inni przyjęli to z zupełną obojętnością.
Czego niestety nie mogę powiedzieć o Arkanie.
Z początku ucieszył się jak nigdy, ale już po chwili po dobrym humorze nie pozostał żaden ślad. Ba, zezłościł się na coś okropnie. Ignorując moje sprzeciwy, zniknął na cały dzień. Wrócił dopiero wieczorem i skomentował krótko sytuację: oni nie znikną. Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Kusiło mnie, by spytać, ale ostatecznie więcej nie wróciłam do tematu. 
Znowu zbierało się na deszcz. Co jakiś czas błyskało, na krótką chwilę rozjaśniając okolicę. Akurat byłam w trakcie porządkowania jaskini. Uniosłam się na tylnych łapach, by przejrzeć ostatnią, najwyższą półkę. Wspomogłam się trochę skrzydłami wiatru i odłożyłam na ziemię zajmujące ją książki z Biblioteki
W obecnej sytuacji raczej już ich nie zwrócę. Przez myśl przemknęło mi, żeby zabrać je ze sobą, kiedy wyruszymy. Szybko oceniłam ile miejsca zajmą w mojej brzydkiej torbie i z rozczarowaniem stwierdziłam, że nie mogę zabrać wszystkich. Wielka szkoda. Może będą ostatnimi z bogatego zbioru Barwnej Duszy? 
Spróbuję podrzucić komuś pozostałe. 
Rozmyślania przerwał mi donośny łopot skrzydeł i przytłumiony huk, sygnalizujący, że Arkan nie wylądował zbyt zgrabnie. Fuknął, pozbierał z ziemi swoją dumę i położył się przy ścianie, ostrożnie składając skrzydła na grzbiecie.
- Wczoraj powiedziałbym, że nic jadalnego się tam nie pałęta - zaczął po dłuższym milczeniu.
- A dzisiaj co powiesz? - podniosłam wzrok znad książek.
Głowa smoka opadła ciężko na skalną posadzkę.
- Że nie ma tam nic, co ma prawo żyć.
Westchnęłam cicho w odpowiedzi.
W oddali zagrzmiało. Z przyzwyczajenia stuliłam uszy, mimo, że tym razem dźwięk nie mógł mi zaszkodzić. Ponownie spojrzałam na okładki grubych tomów. Zamyśliłam się, wodząc wzrokiem od jednego wydania do drugiego, studiując wzrokiem każdy szczegół. Bez problemu rozczytywałam tytuły, literka po literce. Z uśmiechem wróciłam wspomnieniem do tych wszystkich cierpiętniczych godzin przeznaczonych na naukę odczytywania tych dziwnych zawijasów, nazywanych przez nauczyciela pismem. Każdy z nas musiał umieć czytać, ale tak niewiele wilków zmieniało się w ludzi, że większość nie uwzględniała nauki pisania. W każdym razie, ja nigdy nawet o tym nie pomyślałam. Obecnie ta umiejętność wydawała mi się bardzo ciekawa. Podejmowałam już próby udania się na zajęcia, ale ostatecznie zawsze coś mi wypadało albo po prostu nie miałam ochoty. Chyba czas się za to wziąć. Kiedy tylko nadarzy się okazja, spróbuję jeszcze raz.
Mój wzrok zatrzymał się na jedynym symbolu, którego nie byłam w stanie rozszyfrować. Pionowa kreseczka z króciutkim daszkiem. Wiedziałam o niej tylko tyle, że to jakaś mała liczba. Z tego co udało mi się zrozumieć, gdy ktoś mi tłumaczył do czego służą tego rodzaju dziwactwa, to to, że cyfry to coś w rodzaju uzupełnienia mowy, rozbudowane, logiczne struktury, pozwalające segregować... w zasadzie wszystko. Brzmiało to jak coś, bez czego można sobie doskonale poradzić. A jednak coś mnie zafascynowało w tej... idei.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Arkan? - Podniosłam wzrok na swojego towarzysza.
- Co? - Burknął, nawet nie otwierając oczu.
Na swój sposób wyglądał uroczo, ciasno zwinięty pod ścianą jaskini, tak by zajmować jak najmniej miejsca.
- Umiesz liczyć? - spytałam bez ogródek.
Otworzył oczy, trochę ożywiony.
- Chyba coś jeszcze pamiętam. A co?
Uśmiechnęłam się wesoło.
- A mógłbyś mnie nauczyć?
- Hm - przerzucił wzrok na wyjście z jaskini. - Chyba tak. Masz jeszcze jakieś czyste kartki?

***

Nauka z wilkami jest o tyle prosta, że mentor może zawsze pokazać czy narysować co ma na myśli. Gestykulacja jest co prawda mocno ograniczona, a nabazgranie czegoś w piasku czy śniegu trwa stosunkowo długo i często nie obchodzi się bez wybuchów irytacji, ale kiedy za nauczyciela robi gad sporych gabarytów, nie posiadający zwinnych, przednich łap, zaczyna się doceniać starania wilczych belfrów. Odwzorowanie każdej cyferki tylko na podstawie opisu kogoś, kto nawet nie jest w stanie jej zapisać, to prawdziwa katorga. Potem te wszystkie mniejsze znaczki i mnóstwo zasad - po jakiejś godzinie musiałam poprosić o przerwę, bo głowa mi pękała od nadmiaru wiedzy. Nie załapałam praktycznie nic, poza zapisem pierwszych kilku liczb, a cały ten materiał mnożył się jak szalony...
Przynajmniej oboje mamy jakieś zajęcie.

Uwagi: brak

niedziela, 17 marca 2019

Od Lind "Wpadliśmy na chwilę" cz. 1 (cd. Torance/Asgrim)

Kwiecień 2023
Rozpoczęłam patrol w samo południe; kiedy przestał padać deszcz. Zgodnie z wytycznymi od Alf, miałam dziś wyruszyć drogą powietrzną wgłąb watahy. Akurat gdy wyszłam z jaskini i wystartowałam, wiatr zaczął słabnąć. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że odzwyczaiłam się od latania w warunkach określanych jako "normalne". Odnosiłam wrażenie, iż lot jest zbyt łatwy. Nic nie próbowało rozwiać mi skrzydeł, ani rzucić mnie z powrotem na ziemię. Nagle nie czułam praktycznie żadnego oporu. 
Terytorium naszego stada widziane z góry, nie przypominało już wcale obrazów, które miałam w pamięci. Setki drzew Lasu wyrwane z korzeniami albo złamane wpół, wszędzie dookoła ślady po licznych pożarach, a do tego zbiorniki wodne wystąpiły z brzegów. Stanowiło to dziwaczny kontrast z nienaturalnie wybujałą roślinnością na wszelkich polanach i łąkach. Nie byłam w stanie wypatrzeć Biblioteki, Parku, ani nawet Mostu Nieskończoności. Ciekawe, czy to dlatego, że zostały zniszczone, czy może zwyczajnie tracę orientację w terenie i szukam ich w złych miejscach. 
Po około godzinie poczułam, że na głowę spadło mi kilka zimnych kropel. Zadrżałam. Nie miałam żadnych wątpliwości - lada chwila znów lunie! Wykonałam gwałtowny zwrot i skierowałam się w stronę jaskiń. Poczułam na grzbiecie kolejne zalążki nadchodzącego deszczu. W przeciągu kilku sekund rozpędziłam się do maksymalnej prędkości. Za nic w świecie nie chciałam wystawiać się na działanie tego czegoś, co pada z chmur. Nigdy nie miałam w planach zostać wilkiem-mutantem! Przez chwilę próbowałam tworzyć osłonę z żywiołu, która uniemożliwiłaby kolejnym kroplom dosięgnięcia mnie, lecz z jakiegoś powodu nie utrzymałam bariery zbyt długo. Może miała z tym związek prędkość, z jaką poruszałam się w powietrzu, a może fakt, że z każdą chwilą byłam coraz bardziej zestresowana. Gdzieś w oddali wybrzmiało kilka grzmotów. 
Nareszcie dotarłam podnóża Gór. Obniżyłam nieco lot i niewiele zwalniając, poleciałam w stronę swojej nory. Nagle dostrzegłam na szlaku mojego towarzysza. Dlaczego on sterczy tutaj, zamiast szukać ukrycia w jaskini?! Z impetem wylądowałam przed nim, ledwo łapiąc równowagę.
- Co ty wyprawiasz? Zaczyna padać! - wykrzyknęłam do Odmieńca. 
- Widzę przecież - odparł Strażnik Wichury, przyklejając się do kamiennej ściany. - Chciałem sprawdzić, czy to zauważyłaś i czy już wracasz - jego głos brzmiał jakoś mniej obojętnie, niż zwykle. 
- Dzięki za troskę, jeszcze nic mi nie jest. Teraz wracamy do jaskini - zarządziłam.
Tingowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zaczął biec we właściwym kierunku. Zrobiłam to samo. Z przerażeniem dostrzegłam na kamieniach dookoła coraz więcej śladów kropli "deszczu". Spróbowałam osłonić się skrzydłami z wiatru, ale nie mam pojęcia, czy to coś dało. Po upływie niecałej minuty powinniśmy już dotrzeć do mojej nory, jednak za następnym zakrętem nie czekało nas wejście do jaskini, a jedynie sterta wielkich kamieni. Zahamowałam, wbijając pazury w ziemię. Pomyliliśmy drogę? - pomyślałam, lecz szybko zrozumiałam, że to nie to.
- Lawina... - oznajmiłam oczywiste. 
Spróbowałam ruszyć któryś z głazów, ale bez skutku. W międzyczasie Ting zrzucił swój płaszcz i podniósł go nad głowę jak baldachim. "Deszcz" padał coraz gęściej. 
- Zostaw, Pierzasta! - ryknął. - Musimy szukać innego schronienia!
- Tak... Masz rację, masz rację - wyjąkałam, zdając sobie sprawę, że tylko tracę czas. 
Złapałam Tinga za jego czarny kubrak i wrzuciłam sobie na grzbiet. Po tym zawróciłam i zaczęłam biec z powrotem na główny szlak, który zaprowadzi nas do innych jaskiń. Poczułam, jak Odmieniec wbija ostre szpony w mój grzbiet odrobinę za mocno. Zacisnęłam zęby, ale postanowiłam zwrócić mu uwagę później, jak już będziemy bezpieczni. Ślizgając się na niebieskawym nalocie, popędziłam w kierunku pierwszej jaskini, którą wypatrzyłam. Nie wiedziałam nawet do kogo należy. Miejmy nadzieję, że osoba ją zamieszkująca nie będzie miała nic przeciwko niespodziewanej wizycie innego członka stada i jego towarzysza. Po raz kolejny usłyszałam grzmot, tym razem znacznie bliżej. Zaskamlałam i położyłam po sobie uszy, lecz nie zatrzymałam się. Jeszcze kawałek!
Wpadłam bez przywitania do wspomnianej wcześniej nory. Zatrzymała mnie dopiero ściana, która była znacznie bliżej wejścia, niż bym się spodziewała. Syknęłam przez to nagłe zderzenie, ale pocieszał mnie fakt, że przynajmniej uciekliśmy przed ulewą. Ciężko dysząc, opadłam na ziemię. Ting przestał wbijać mi szpony w grzbiet i stanął na własnych łapach. 
- Cześć, Lind... - usłyszałam nagle głos Asgrima. 
Poderwałam się na równe nogi. Moim oczom ukazał się dobrze znany mi basior i jego partnerka Torance. Oboje patrzyli w naszą stronę, co najmniej zaskoczeni. Przyozdobiłam pyszczek nerwowym uśmiechem, żeby choć trochę rozluźnić niezręczną atmosferę. 
- Cześć... Strasznie przepraszam was za najście. Zaskoczył nas... "deszcz" i... e... 
- I nie mamy już jaskini - dodał Ting, zrzucając plecak.
- Naprawdę? Jak to się stało? - spytała ruda wadera. 
- Lawina odcięła zupełnie dostęp do środka - mruknęłam, oglądając niebieskawe coś na moim futrze. Średnio wiedziałam, co mam z tym zrobić. - Moglibyśmy przeczekać ulewę u was? 
- Nie ma problemu - oznajmiła Tori. - Prawda? - spojrzała na swojego partnera.
- Żadnego - wzruszył ramionami basior. 
- Dziękuję - westchnęłam, po czym odeszłam na bok, żeby się choć trochę otrzepać z tego czegoś, co obecnie pada z chmur. 
Kątem oka dostrzegłam, jak Odmieniec wykręca swój przemoczony płaszcz. Zsunął też nieco czaszkę z pyska i szybkim ruchem wycisnął "wodę" z pióropusza. Nie wystarczyło to niestety, bym zobaczyła jak wygląda jego (zapewne brzydka) morda. Kiedy oboje skoczyliśmy "jako-tako" pozbywać się z siebie resztek nienaturalnej ulewy, usiedliśmy pod ścianą naprzeciwko faktycznych właścicieli jaskini. Nie musiałam na szczęście długo słuchać ciszy między naszą czwórką, bo Ting, jak to miał w zwyczaju, wyciągnął z plecaka banjo i zaczął je stroić. 
- Co umiesz na tym zagrać? - zainteresował się Asgrim. 
- Dużo rzeczy - odparł mój towarzysz. 
- A tak na przykład? - kontynuował basior, oglądając z uwagą instrument. 
Odmieniec wybrzdąkał jakąś wesołą melodię. Ja znałam ją już bardzo dobrze; Strażnik Wichury nie omieszkał męczyć mnie nią co najmniej raz na dwa dni. W normalnych warunkach kazałabym mu zmienić repertuar, ale tym razem przekupiło mnie własne zmęczenie i wyjątkowe zainteresowanie utworem Asa. Ting szarpał struny jeszcze minutę, może dwie. Kiedy banjo znów zamilkło, basior wypytywał dalej:
- Ma to jakieś słowa?
- Są po grecku. Chyba żadne z was tu obecnych nie zna greki - mruknął właściciel instrumentu, zerkając na nas. 
Wywróciłam dyskretnie oczami. 
  

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak