Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 15 marca 2019

Od Magnusa "Akcja reaktywacja" cz. 1

Marzec 2023 r.
Pogoda paskudna tak jak wcześniej, z innymi wilkami widywałem się praktycznie tylko na polowaniach, humor dalej mi nie dopisywał. W zasadzie to nic się nie zmieniło od czasu, gdy z powodu burzy większość watahy zaczęła spędzać praktycznie cały swój czas w jaskiniach. 
Jedyną nowością była informacja o przenosinach, co po tak długim czasie niepewności wstrząsnęło w posadach naszym kruchym spokojem. 
Niby nic się jeszcze nie zmieniło, ale niemal czuć było coś innego w atmosferze, zmianę w nas samych. Cała ta monotonna szarość, która towarzyszy nam już tak długo, nagle rozjaśniła się całą swoją paletą odcieni. Nawet samotnie w czterech ścianach z upiornym oknem na nieuniknioną zagładę, niemal można odczuć niezwykłe ożywienie całej naszej małej społeczności.
Rzecz jasna, odczułem to. I były to chyba najwspanialsze chwile w życiu, które pamiętam. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mnie z monotonnego półsnu w autobusie, otoczonym deszczową aurą, gdzie po prostu nie da się odpłynąć w pełni. Chodziłem w kółko po całej jaskini z niesamowitej, stłumionej ekscytacji, powoli narastającej gdzieś w głębi świadomości. Spakowałem do torby kilka pamiątek i zestaw rzeczy, które na pewno będę chciał zachować, z niecierpliwością czekałem na każde polowanie czy patrol, uprzątnąłem nawet świecącą już pustkami jaskinię, pozostawiając na wierzchu tylko książki i posłanie. Aż w końcu nie zostało mi już nic poza pełnym napięcia oczekiwaniem.
Jednak tym razem nie potrafiłem tego znieść. Czułem się nieprzyjemnie rozbudzony i pełen energii, powrócił zapał do pracy, której nawet po wyczerpujących łowach było po prostu za mało. Musiałem szybko znaleźć sobie zajęcie, inaczej chyba bym nie wytrzymał. 
I tak oto jest. Niewielki, szaro-biały hipogryf, podążający za mną trochę niepewnie stawiając łapy. Szpony? Kopyta? Po prostu kroki? Cieszyłem się jak dzieciak, który dostał wymarzony prezent, pogodnie i radośnie, niemal płynąc w rześkim powietrzu. Niesamowite uczucie. 
A doszło do tego w sposób, o który nigdy bym się nie podejrzewał.
Chyba nigdy nie podjąłem decyzji tak szybko. Podczas bezcelowego kręcenia się po jaskini przez myśl przemknęły mi zasłyszane gdzieś wieści o możliwym wyginięcia niektórych gatunków z naszych, nie tak już odlegle, starych terenów. Nie wiadomo, czy żyją gdzieś jeszcze, więc to szczytny cel i tak dalej. Na krótko po sprawdzeniu obecności wymknąłem się z jaskini.
Ruszyłem w stronę gór, w myślach układając listę stworzeń naturalnie je zamieszkujących, jak i tych, które z powodu burzy się tam przeniosły. Starałem się utrzymywać stałe tempo, ale ostatecznie zwolniłem z truchtu do szybkiego marszu po tym jak niemal się wywróciłem. Zignorowałem obitą lewą, przednią łapę, myślami błądząc po potencjalnych kryjówkach niknących stworzeń.
Czasami, bardzo rzadko, zazwyczaj podczas polowań, widywałem niektóre z tych niesamowitych bestii. Dwa gryfy i xerale, po jednym smoku latającym i hydrze. Udałem się w miejsca, w których je widywałem, ale z marnym skutkiem. Raz mignęły mi dwa czy trzy gnolle, przez co trochę zrzedła mi mina, jednak poza tym nie widziałem nawet kozic. 
Czas mijał. Nie spodziewałem się natychmiastowych efektów, starałem się zachować cierpliwość. Z niepokojem patrzyłem na chmury i coraz wyższe urwiska. Dalej nic. 
Aż w końcu burza się zniecierpliwiła.
Lunęło tak nagle, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z kropel niebieskiej wody, uderzających w mój grzbiet. Rozejrzałem się szybko, z narastającym niepokojem stwierdzając, że nie mam gdzie się skryć. Przyspieszyłem do ostrożnego biegu, panicznie rozglądając się z jakimś tymczasowym schronem. Przede mną ciągnęła się stroma ścieżka biegnąca przy skale, z jednej strony otoczona morderczą pustką. Spojrzałem w dół. Stromy zjazd i półka skalna. Jest pewna szansa, że znajduje się tam większa wnęka w skale, o ile nie pomyliłem miejsc. Jeśli zdecydowałbym się tam zejść, a nie znalazłbym niczego odpowiedniego, nie byłbym w stanie wrócić na górę, przynajmniej nie podczas opadu. Gdzieś dalej, idąc z traktem, na pewno znajduje się coś odpowiedniego, ale jest zdecydowanie za daleko, bo o jakieś dwadzieścia minut stąd, żwawym truchtem pod górę.
Nie zdążyłem zarejestrować co właściwie się stało w tamtym momencie. Właściwie to równie dobrze mogłoby nie wydarzyć się nic. Efekt byłby taki sami. Ot, załamanie w czasie i przestrzeni, małe ustępstwo w sposobie działania Wszechświata. Dla mnie jedno i to samo. W jednej chwili stałem tam, na ścieżce, powoli moknąc, w drugiej wpatrywałem się w lepki mrok, zalegający w wąskiej wyrwie w ciele góry, dźwigając swoje obolałe jestestwo na nogi. Starając się nie myśleć o tym, że za mną najpewniej znajduje się teraz kilkudziesięciometrowa przepaść, czym prędzej wbiegłem do jaskini. Przejście było węższe niż te do których byłem przyzwyczajony, na tyle szerokie, by pomieścić dwa stojące w ścisku, dorosłe wilki. W norze pachniało czymś ostrym, ale nie drażniącym. Zapach był bardzo wyrazisty, delikatnie przeplatał się z mocną, metaliczną wonią, nie odbierając przy tym pełni ani sobie, ani jej. Istniały oddzielnie, równocześnie tworząc wspólnie delikatną, nieco wilgotną tkankę.
Otrzepałem się niezgrabnie. W oczekiwaniu na przejście deszczu, w miarę możliwości doczyściłem i ułożyłem futro. 
Przez dłuższy czas nie działo się nic. Prawie zasnąłem, wsłuchując się w spokojny szum deszczu, gdy nagle u wejścia groty rozległ się trzepot skrzydeł. Zerwałem się na nogi i cofnąłem, bacznie obserwując wejście.
To właśnie wtedy szczęście się do mnie uśmiechnęło. U wylotu nory stał nieduży, przygarbiony hipogryf. Ptasia "połowa" przypominała nie do końca udaną, ale dość ciekawą krzyżówkę orła z sokołem, ze znaczną przewagą tego drugiego. Wewnętrzna część skrzydeł, gardziel i pierś pokrywało białe pierze w czarne cętki, zaś grzbiet był jasnoszary. Zad, szerokie kopyta okryte długim, gęstym włosiem i masywne nogi stworzenia przywodziły na myśl konia pociągowego.
Hybryda nie wyglądała tak, jakby miała złe zamiary, wręcz przeciwnie, byłem niemal pewien, że szukała pomocy. Zagubiona w całym tym chaosie, nie znacząca wiele istota dostrzegła w wilkach ratunek. 
Gdy tylko przestało padać, wyszedłem z jaskini, bogatszy o nowy rodzaj radości. Po kilku długich próbach udało mi się pokonać stromiznę i wrócić na ścieżkę. 
Wtedy mój towarzysz tylko patrzył.

<C.D.N.>

Uwagi: brak

czwartek, 14 marca 2019

Od Lind "Skupienie..." cz. 1

Marzec 2023
Skupienie... Skupienie... Potrafię to. Dam radę... Zmieniam formę... Zmieniam for... Dlaczego banjo Tinga zamilkło?
- Co ty tak siedzisz Pierzasta? - usłyszałam głos Odmieńca.
Nie odpowiedziałam, ani nie otworzyłam nawet oczu. Zacisnęłam mocniej powieki i próbowałam za wszelką cenę nie rozkojarzyć się. Czułam, że już prawie to rozgryzłam. Zmieniam formę... Zmieniam formę ... Dlaczego nadal jestem wilkiem?!
- Piłaś tamtą deszczówkę? Mam lecieć po kogoś? - kontynuował mój towarzysz z wyraźnym niepokojem. Zaczekał chwilę na reakcję, która nie nastąpiła. 
Zmieniam formę... Zmie...
- Ty żyjesz Pierzasta? Powiedz coś! 
I... dałam się złamać. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, otworzyłam oczy i obróciłam głowę by spojrzeć na Tinga z wyrzutem. 
- Uff, jednak żyjesz - podsumował.
- Zapomniałeś, że noszę Medalion Nieśmiertelności? - spytałam z zażenowaniem i irytacją.
- Czemu udawałaś, że padłaś ofiarą Meduzy? - mruknął, jakby nie słyszał poprzedniego zdania. 
- Kogo? - zmieszałam się.
- Nieważne. Dlaczego tak siedziałaś? Nad czymś myślałaś?
- Ja... próbowałam zmienić się w człowieka - westchnęłam, przypomniawszy sobie, iż moje starania nie przyniosły żadnego efektu. 
- Doprawdy? - Strażnik Wichury poprawił ułożenie zakrywającej mu pysk czaszki . - Mówiłaś, że nie potrafisz.
- Chcę się nauczyć - westchnęłam. - Ale jak widać nic z tego - potrząsnęłam głową. 
- Ile razy już próbowałaś? 
- Raz... i zaraz spróbuję ponownie. 
Jednakże, zaraz po zamknięciu oczu znów usłyszałam głos Tinga:
- Czekaj, czekaj. Może robisz coś źle w takim razie?
- Co mogę robić źle? - burknęłam. - Jak trudna może być zmiana w człowieka? Wszyscy dookoła robią to ot tak, bez problemu!
Spróbowałam znów skoncentrować się na wyznaczonym sobie zadaniu. Szkoda tylko, że Odmieniec ani myślał mi na to pozwolić i gadał dalej:
- Ja tam nie wiem, ale skoro nie masz żadnego doświadczenia... pewnie popełniasz gdzieś błąd - wyjaśnił.
- Niemożliwe - rzuciłam, nadal nie uchylając powiek. - A teraz zamknij wreszcie pysk, próbuję się skoncentrować!
Zaraz pokażę temu Odmieńcowi, że nie ma racji. Robię wszystko dokładnie tak, jak trzeba. Muszę się tylko skupić i wszystko pójdzie jak należy... Wszystko pójdzie jak... 
- Nie masz dzisiaj warty? 
- Nie mam dzisiaj warty! - warknęłam. - Daj mi spokój!
Skupienie... Skupienie...
- Wydawało mi się, że wspominali o... 
- SIEDŹ CICHO!!! - ryknęłam, stając na równe łapy. - Jesteś jedynym powodem dlaczego jeszcze mi się nie udało zmienić!!! 
Na chwilę w jaskini zapadła cisza. Na bardzo krótką chwilę.
- Hm... Nie powiedziałbym - mruknął Odmieniec niewzruszony.
Miałam ochotę rzucić w niego czymś dużym. Najlepiej głazem. Odruchowo rozejrzałam się po jaskini. Jak na złość, nie było tutaj nic większego od mojej torby. Westchnęłam i zaszurałam zębami. Podeszłam do wyjścia, żeby sprawdzić, czy jeszcze pada. Niestety za progiem jaskini w dalszym ciągu czekał mnie dosłownie wodospad. Usiadłam przy brzegu kałuży, która powstała z napływającej do środka "wody". Dobrze chociaż, że ten nowo powstały staw znalazł ujście gdzieś na zewnątrz. W przeciwnym razie obawiałabym się zupełnego zalania mojego domu. Wpatrzona we wzburzoną, połyskującą na niebiesko taflę, zaczęłam trochę uspokajać nerwy. Zaczęłam rozmyślać, na co mi ta cała umiejętność zmiany w człowieka.
Ludzie to po prostu chude, łyse małpy, które mają patyki zamiast nóg. Na nic mi się to nie przyda. Na pewno jako wilk biegam szybciej, skaczę dalej. Te śmieszne istoty nie mają nawet pazurów, ani ostrych kłów. 
Powoli udawało mi się przekonać samą siebie, że moja obecna postać jest znacznie lepsza w każdej możliwej dziedzinie. Nie usunęło to jednak gorzkiego smaku porażki. Myślałam, że będę zmieniać w człowieka samą łatwością, z jaką przychodzi to Joelowi, Magnusowi, czy Leah, a tu... niespodzianka. Warknęłam pod nosem. Nienawidziłam takich niespodzianek. Odgarnęłam posklejane kosmyki włosów, które opadły mi na pysk. 
 Postawiłam sobie dwa kluczowe pytania - "Jak oni to robią?" oraz "Jak JA mogę to zrobić?'. Oparłam się o kamienną ścianę. Może... Może... Może należy skumulować w sobie magiczną moc, jak przed użyciem żywiołu? To nie brzmi głupio, nie zaszkodzi spróbować. Do trzech razy sztuka!
Wstałam, odsunęłam się nieco od wyjścia i wbiłam pazury w ziemię. Przybrałam pozę jak do ataku, po czym zastosowałam obraną wcześniej taktykę. 
Zmieniam formę! Teraz! - powiedziałam powiedziałam w myślach ostatni już raz.
Wtem zabrakło mi tchu. Świat dookoła zaczął wirować. Zachwiałam się i upadłam na ziemię. Zesztywniałam. Nagle całe moje ciało zaczął stopniowo obejmować straszny ból. Od czubka nosa, aż po końcówkę ogona. Miałam wrażenie, że coś rozrywa mi nogi, wykręca kości, wyrywa stawy. Ciemność przed oczami, w uszach szum i pisk. Chciałam zawołać pomocy, ale nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Mogłam najwyżej czekać w nadziei, że ta nagła agonia zniknie tak szybko, jak się pojawiła. Kiedy to nie nastąpiło, zdałam sobie sprawę, że po pysku ciekną mi gorące łzy. Nie wiedziałam gdzie jestem, czy ktoś przybiegł mi na pomoc, czy nie. Ile czasu już minęło? Minuta, godzina, a może tylko sekunda? 
Zrobiło się straszliwie zimno.


Szum deszczu i wycie wiatru, ale jakby cichsze. Widok kamiennej ściany, ale jakby mniej wyraźny. Zapach tej samej jaskini, ale dziwnie przytłumiony. To samo twarde podłoże, ale coś było z nim nie tak. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Nabrałam łapczywie wielki haust wilgotnego powietrza. Czułam się jakby wszystko mnie piekło od środka. Najgorszy ból w dużej mierze zniknął. Doskwierało mi za to zimno. Obróciłam się na bok. Spróbowałam zebrać myśli i zrozumieć co przed chwilą się wydarzyło i dlaczego. Bez skutku. Byłam zbyt skołowana. Chwilę tak jeszcze leżałam bez ruchu, czekając aż świat przestanie tańczyć mi przed oczami. Oparłam przednie łapy o ziemię, żeby wstać, ale znów zastygłam, tym razem z szoku. Nie miałam już przednich łap, a dwie, długie LUDZKIE kończyny! 
- U... udało mi się... - wydukałam, w mig przypominając sobie moje próby zmiany formy. - Udało mi się! - powtórzyłam na cały głos.
Spojrzałam w kąt jaskini, gdzie zwykle przesiaduje Ting. Z jakiegoś powodu było teraz znacznie ciemniej. Ledwo dostrzegłam sylwetkę Odmieńca.
- Udało mi się - powiedziałam jeszcze raz, roześmiana jak szczenię.
- ... To ty Pierzasta? - wydusił mój towarzysz.
- Ja! - pisnęłam radośnie i spróbowałam usiąść jak człowiek. 
Tymczasem mój towarzysz wstał z miejsca. Ewidentnie nie wiedział, jak ma reagować.
- Wyglądam jak człowiek, prawda? - spytałam.
- Tak myślę... - mruknął bez przekonania.
Dopełzłam na czworaka do swojego posłania, by ściągnąć z niego nakrycie. Teraz rozumiałam, dlaczego dotychczas było mi tak niewyobrażalnie zimno - ludzie nie mają grubego futra. Owinąwszy się miękką narzutą, zaczęłam oglądać zmiany, które we mnie zaszły. Nadal miałam długie, potargane włosy, jednak kosmyki stały się gładsze. Ich odcień przypominał teraz raczej jasny blond, niż biel śniegu. Przejechałam dłonią po głowie. Nie miałam już ani jednego pióra. Całkiem ciekawe uczucie. Wysunęłam spod nakrycia nogę. Z tej perspektywy nie wydawała się być taka chuda. Rysowały się na niej silne mięśnie. Chyba będę musiała sprawdzić, na co mnie stać w tej formie. Następnie wyciągnęłam przed siebie rękę i pomachałam długimi palcami. Szczególnie zaintrygował mnie wyjątkowo długi kciuk. Przypomniałam sobie, że Ting ma podobny. Podobno bardzo przydaje się do podnoszenia różnych przedmiotów. Niewiele myśląc, sięgnęłam po moją torbę. Owinęłam palce wokół paska i przyciągnęłam skórzany worek do siebie. Podniosłam klapę i wzięłam do ręki jeden z rubinów wyłowionych z Jeziora. Spróbowałam przytrzymać go, używając tylko dwóch palców. Mając do dyspozycji tak skonstruowaną dłoń, nie było to żadne wyzwanie. Odłożyłam drogi kamień na bok i wyjęłam z torby Błękitne Oko. Z fascynacją przekładałam wisiorek między dłońmi i owijałam wokół palców łańcuszek. Bawiłam się całkiem dobrze i dopiero po chwili dostrzegłam, że usiadł koło mnie mój współlokator. 
- Na co się tak patrzysz? - spytałam, poprawiając narzutę, którą byłam owinięta. 
- Na ciebie, Pierzasta - odparł Odmieniec.
- Wiesz co, powinieneś wymyślić mi inny tytuł, jeśli akurat jestem w formie ludzkiej - Powstrzymałam śmiech. Nadal miałam doskonały humor.

<C.D.N>

Uwagi: brak

środa, 13 marca 2019

Od Cess "Rogate korzenie" cz. 1

Marzec 2023
Nigdy nie byłam typem melancholika. Głębokie przemyślenia, siedzenie godzinami w miejscu, oglądanie zachodu słońca, cała ta nostalgia - nienawidziłam tego. Nie było mi to po prostu na rękę, nie dawało żadnych korzyści i przyjemności. O wiele lepsze było sprawdzanie siebie, ćwiczenie umiejętności, ruch i emocje. W moim przypadku w większości te negatywne. Zgryźliwość i oschłość jest wystarczającym powodem trzymania się innych ode mnie na dystans. Dość spory należy wspomnieć. Sam dystans jest u mnie czymś niezbyt często spotykanym. Komentarze na temat mojego wyglądu są dla mnie, jak pociski przeszywające mnie na wylot. Każdy boli bardziej od poprzedniego, a rany po nich zostają na lata. Dlatego staram się przykryć pod zasłoną wrednej i opryskliwej wadery. 
Są jednak dni, w których nachodzą mnie refleksje. Sprawiają one, że przez długi czas towarzyszy mi uczucie pustki i goryczy. Czasem są one tak silne, że w takich momentach najbardziej chciałabym nie czuć zupełnie nic. Zakłopotanie piszczy mi w głowie, a ja nie mogę nic zrobić. Kompletnie nic. 
Tak było też i tego dnia. Lało niemiłosiernie. Ciężka smuga deszczu, przez którą nic nie było widać, szumiała jeszcze głośniej niż zwykle. Uwięziona byłam w swojej jaskini. Ciasnej, pustej i niewygodnej. Nie znajdowało się w niej nic prócz mnie, dosłownie nic. Nie potrafiłam czytać - więc książki były mi zbędne. Nie umiałam rysować, śpiewać, konstruować. Niczym konkretnym się nie interesowałam. Nie posiadałam przydatnych przedmiotów, prywatnych i osobistych rzeczy. Nawet posłanie już dawno zostało zmiecione przez wiatr na zewnątrz. Łzy same cisnęły mi się na oczy. Nie miałam nic. Nie miałam historii, przyjaciół, rodziny. To wszystko zniknęło wraz z nadejściem burzy i zawaleniem się ruin zamku. Ile razy starałam się to odbudować, naprawić swoje błędy, naprawić siebie. Jednak to wszystko szło na marne. Zataczałam błędne, niekończące się koło pełne porażek. Tak pewnie będzie i tym razem, choć naprawdę mam nadzieję, że sprawy potoczą się inaczej. 
Spojrzałam na ową smugę deszczu. Podeszłam bliżej wyjścia z jaskini. Mogłabym rzec, że widziałam w niej swoje odbicie. Tak, to byłam ja. Zniekształcona kreatura pokroju wilka. Wielkie czerwone oczy i rogi zaprzeczały naturze wilka. Odstające długie uszy i naprawdę długi ogon, były kolejnym powodem, dla którego w ogóle nie przypominałam swoich towarzyszy w watasze. Znaki na mojej łapie i ogonie - nie znaczyły kompletnie nic. Kolczyki w uchu były kompletną głupotą. Warknęłam na siebie ze złości, gdy swój wzrok przeniosłam znów na rogi, a konkretnie na ten prawy - ten złamany w pół. Nawet nie pamiętałam w jakich okolicznościach go straciłam… A nie, jednak pamiętam. Było to tak dawno. Czemu ja miałam rogi? Czemu los tak mnie skrzywdził? Nie byłam nawet pierworodną, a co dopiero basiorem! Rogi posiadały właśnie pierworodne basiory! Z tej właśnie przyczyny wilki starsze ode mnie, pozbyły się jednego rogu. Na dowód mojej przypadłości. Dlatego, że nie byłam pierworodnym basiorem… Za to, że byłam kimś innym… 
Moja cierpliwość sięgała zenitu. Im dłużej wpatrywałam się w niewyraźny obraz mojej sylwetki i mojego wyglądu, tym bardziej działało mi to na nerwy. Nie mogłam wytrzymać. Byłam jakimś potworem. Istotą bez korzeni. Odmieńcem wśród innych, odmieńcem wśród odmieńców… Wściekła ruszyłam z impetem w stronę mojego odbicia w smudze ulewy. Nie myślałam dużo.
Zapomniałam, że z jaskiń wychodzić nie wolno. Nie przejmowałam się tym jednak i wyskoczyłam na zewnątrz. Niewiele myśląc ruszyłam w stronę jaskiń, w których akurat znajdowały się inne wilki. 
Weszłam do pierwszej napotkanej na swojej drodze jamy. Zupełnie bez uprzedzenia, przekroczyłam próg wejścia. Siedziały w niej trzy wilki - dwie wadery i jeden basior. Spoglądali na mnie zdziwieni, a ja kompletnie nie rozumiałam o co im chodzi. Odważnie i praktycznie bez zająknięcia się spytałam: 
- Co widzicie, gdy na mnie patrzycie? - ich wybałuszone oczy, wpatrywały się teraz we mnie ze zdziwieniem. Sama moja obecność była dla nich zaskoczeniem, a co dopiero nietypowe pytanie. 
- Demon z głębin… - mruknął basior o cynamonowym futrze. Mrużąc oczy, dokładnie zmierzył moją sylwetkę. - Ale nie najbrzydszy! - podniósł brew, wyraźnie oczekując mojej reakcji. Ruda wadera siedząca obok, spojrzała na niego z wymalowanym na twarzy grymasem. Mordercze spojrzenie przeszywało go na wylot, a ona doprawiła do tego szturchnięcie samca. Najwyraźniej nie spodobał jej się komentarz w moją stronę. Skierowała wzrok na mnie.
- Ciekawe pytanie… - zaczęła, oglądając mnie. - Jesteś chyba w porządku. Wybacz, nigdy się nie zastanawiałam. Jakby nie było, nie znamy się zbyt dobrze. - mruknęła ledwo wyraźnie i wysiliła się na niemrawy uśmiech. 
Zakręciłam się w miejscu zdenerwowana. Potwór z głębin? Skąd takie przypuszczenie? Może mam ogon i płetwę, ostre zęby i czerwone ślepia, rogi… Prawdę mówiąc, basior miał rację. Jednak czy mówił to szczerze? „Ale nie najbrzydszy”? Może widział gorsze… 
- Nigdy cię nie widziałam… - rzekł ktoś. Zlękłam się wadery, o której obecności zapomniałam. Słaba samica mrużyła oczy podejrzliwie. Czułam się głupio, bardzo głupio. Uśmiechnęłam się lekko do nich. 
- Przepraszam za najście… - burknęłam, patrząc na swoje łapy. - Jeśli wiecie lub jeszcze nie, jestem Cess. Jeszcze raz przepraszam… - powiedziałam wychodząc z ich jaskini. Nie obchodziły mnie zbytnio jak się nazywali lub kim byli. Nie byłoby to z mojej strony w porządku. Nadal osłupieni przyglądali mi się, gdy wyszłam z jamy. Nie do końca wiedziałam o co im konkretnie chodzi. Zignorowałam to i ruszyłam w stronę kolejnych wilków. 
- Mogę zadać pytanie? - zwróciłam się do rudawego basiora, idącego wzdłuż wejść jaskiń, tak aby uniknąć mocniejszego przemoczenia się. Spojrzał na mnie swoimi brązowymi ślepiami i kiwnął głową. - Co zobaczyłeś, gdy zwróciłeś na mnie teraz uwagę? 
- Widzę waderę, trochę inną, ale pełną wyjątkowego uroku, jeśli mogę być szczery. - uśmiechnął się, sprawiając, że zgłupiałam. Uniosłam brew. 
- Widok rogów, czerwonych oczu, czy nawet długiego ogona nie wzbudza w tobie odrazy? Czy nie przerażają cię te ostre zęby? - w tym momencie wyszczerzyłam się, pokazując kły. 
- Uwierz mi, niektórzy z Watahy Czarnego Kruka mają większe kły. - zaśmiał się nie złośliwie.
- Ale co z resztą? Nie wyglądam jak normalny wilk.
- To tylko drobne detale. Też masz cztery łapy, masz pysk, masz uszy - ciągnął dalej. - Temu nie możesz zaprzeczyć - dodał. Ja jednak nie chciałam dać za wygraną. 
- Dwumetrowy ogon nie jest drobnym detalem. - zmrużyłam oczy. Basior wyciągnął nieznacznie szyję, żeby spojrzeć na ogon.
- Nie zwróciłem na niego szczególnej uwagi. Sharp też ma rybi ogon, trzy razy większy. - stwierdził, a potem przeniósł wzrok z powrotem na mnie.
- Czyli nie jest ze mną, aż tak źle? - skrzywiłam się znacznie, oczekując odpowiedzi, najlepiej pozytywnej. 
- Nie powiedziałbym. - poprawił szalik. Odetchnęłam z pewnego rodzaju ulgą i zwróciła się do niego: 
- Jestem Cess, a ty?
- Crane. Pamiętam jak miałaś na imię. - mrugnął okiem, a ja odwróciłam na chwilę wzrok, starając się zachować powagę. 
- Skąd znasz moje imię? - przeraziłam się trochę.
- No... Długo już jesteś w watasze, co nie? - odpowiedział naturalnym głosem.
- W zasadzie to tak, ale wątpię, żeby było o mnie głośno. - ściszyłam głos, jakbym obawiała się, że ktoś nas usłyszy. 
- Głośno bywa ostatnio o tym, że prawie zalałaś umyślnie watahę.
- Ach no tak... To tornado... - zawstydziłam się i gdybym nie miała futra, byłoby widać soczyste rumieńce. 
- Według mnie wyglądało całkiem ciekawie. - powiedział, a ja uśmiechnęłam się pod nosem. Podobało mu się? Myślałam, że każdy pragnął za to mnie zakopać żywcem. 
- Tak, było... - przyznałam - Woda jest moją mocną stroną, chyba jedyną. A twoja?
- Sam chciałbym znać swoje mocne strony - westchnął. 
- Posiadasz jakieś moce, czy ich też nie znasz? - powiedziała już w lepszym humorze.
- Coś niby mi się rysuje, ale nie wiem o nich dużo - pokręcił głową. 
- Gdybym wiedziała jak, to chętnie bym tobie pomogła odkryć to i owo. - przekręciłam głowę. Chciałabym mu pomóc. 
- Nie, szkoda twojej fatygi…
- Naprawdę, nie byłoby problemu! W końcu jakoś byśmy doszli co w tobie drzemie. - zaśmiała się mimowolnie.
- Nie chcę nawet myśleć ile by to zajęło. - śmieje się.
- Mi opanowanie poruszania wodą zajęło kilka miesięcy. - zamyśliłam się - Najczęściej zawozili nas nad jezioro i zostawiali przez kilka dni na jego środku na tratwie. Albo użyjesz mocy, albo zostaniesz póki nikt ci nie pomoże. - prychnęłam, przypominając sobie tamte momenty. 
- Hm... wymuszanie nauki ... Dobrze, że mój ojciec na to nie wpadł…
- Naprawdę skuteczny sposób! 
- Chwila, jakim cudem, ty nie jesteś w ogóle mokra? - skrzywił się i zmierzył mnie. 
- Słucham? - zdziwiłam się i nie byłam pewna czy dobrze usłyszałam. - Przecież pada!
- Masz absolutnie suche futro.. - spojrzał na moją sierść, obchodząc mnie dookoła. Obejrzałam się na siebie i zrozumiałam, że basior miał rację. 
- A to ciekawe... Pierwszy raz zdarza mi się „rozstąpić deszcz” - pokręciłam się kilka razy wokół. Byłam zdumiona. - To pewnie wina emocji, grają one ważną rolę przy odkrywaniu swoich zdolności. - nadal jakby nakłaniałam go do podjęcia wyzwania w odkryciu jego mocy.
- Emocji? Ja zwykle staram się panować nad sobą - wzdycha ciężko.
- Mi to zbytnio nie wychodzi, ulegam presji... Tak samo było dzisiaj, gdy wściekła wyskoczyłam z jaskini.
- Ktoś cię sprowokował? - uniósł brew. 
- Moje odbicie... - przyznałam cicho.
- U... - patrzył na mnie ze współczuciem. - Teraz rozumiem skąd te nagłe pytanie od wejścia. 
- W przeszłości miałam dość dużo nieprzyjemności i jakoś zraziłam się do siebie. - mruknęłam niechętnie.
- Tak? - podszedł mnie bliżej. - Przykro to słyszeć...
- Córka Diabła na mnie wołano. - spojrzałam na niego - Zaszczytny tytuł to to nie jest...
- No nie... ale prędzej pomyślałbym, że odnosi się do czyjegoś charakteru, niż do wyglądu. Brzmi raczej jak taki typ obelgi. - wykrzywił się jeszcze bardziej. Wyglądał trochę komicznie. 
- Charakter też mam dość ciężki i paskudny. - westchnęłam - Cała jestem taka nie taka…
- E tam, każdy ma swoje za uszami! - uśmiechnął się pokrzepiająco.
- A ty co tam za swoimi masz? - spojrzałam prowokująco wprost w jego oczy. 
- Nie chcesz wiedzieć - przybrał niby groźny ton, oczywiste, że w żartach.
- A co jeśli chcę? - uśmiechnęłam się.
- Nie wiesz o co prosisz. - nie odpuszczał i tym razem.
- Właśnie chcę się tego dowiedzieć - zbliżam się do niego - Nie daj się prosić!
- Strzegę swoich sekretów bardzo zazdrośnie! - udaje, że zaczyna krążyć jak do ataku.
- A ja tajemnic, jak matka młode! - naśladuje go, krążąc w ten sam sposób.
- Skąd mogę mieć pewność? - nie zatrzymuje się ani na chwilę.
- Nie mam w zwyczaju kłamać. - warknęłam cicho i się zaśmiałam.
- A ja nie ufam waderom, którym tego samego dnia podałem imię. 
- Ja za to jestem bardzo ufna, bo podałam tobie imię pierwsza! - zakrzyknęłam oburzona.
- Może to był twój błąd? - zmarszczył brwi, warcząc.
- A może jednak nie? - zmniejszyłam odstęp między nami, nadal krążąc.
- Chcesz się przekonać? - odsłonił swoje kły.
- Ząbki mam większe i ostrzejsze - chwalę się swoim uzębieniem - więc uważaj! - Wycofał się nieznacznie, uważnie obserwując moje ruchy. - Zatem zdradź swój sekret, jeśli życie tobie miłe - zażartowałam.
- Wybacz, ale zmuszony jestem odmówić.. - zrozumiałam, że z nim nie wygram. Drugi raz już to zrobił, nie dał mi dopiąć swego. Stanęłam w miejscu.
- Nie nalegam, więc już więcej, chyba, że mamy się pogryźć. - uniosłam długie uszy ku górze - Szanuje twoją decyzję. - kłaniam się lekko. Robi to samo. 
- Jestem niezmiernie wdzięczny. - nie ukrywał, że podobały mu się te żarty. Sama nie mogłam temu zaprzeczyć.
- Więc rezygnujesz też z odkrywania swych mocy? - chciałam się upewnić jeszcze raz. 
- Samo przyjdzie, kiedy ma przyjść! - skwitował.
- Jeśli jednak zechcesz pomocy, to chętnie wyślę cię na środek jeziora - puściłam mu oczko
- Ja zaś podziękuję! - przełknął ślinę na moje słowa. Zaśmiałam się głośno i szczerze.
- Wybacz mi, lecz powinnam udać się dalej i więcej nie marnować twego czasu! - popatrzyłam na swoje łapy, a następnie znów na niego. 
- Jak chcesz. Do zobaczenia! - powiedział, a ja ruszyłam dalej. Chcę usłyszeć zdanie innych, choć mi to już w zupełności nie przeszkadza co myślą. Zrobię to dla czystej ciekawości. Crane poprawił mi humor, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna...

<C.D.N.>

Uwagi: Brak daty. Zdarza ci się zmieniać czas z przeszłego i teraźniejszy. 

wtorek, 12 marca 2019

Od Asgrima "Jak zostać człowiekiem? - poradnik dla początkujących"

Marzec 2023
Toksyczny deszcz szumiał za wejściem od jaskini. Krople miarowo uderzały o ziemię, nierzadko wpadając do nienaturalnie błękitnych kałuż. Od czasu do czasu tę pozorną ciszę przerywał huk pioruna. Wszechobecny półmrok panujący na dworze był rozpraszany przez fioletowawe błyskawice.
Wszystko wyglądało dziwacznie i dość przerażająco, ale po tak długim czasie, nawet nie zwracałem uwagę na burzowe odgłosy.
Siedziałem oparty o ścianę jaskini i czytałem w słabym świetle jeden z romansów, które z takim zapałem czytała moja partnerka. Nigdy nie sądziłem, że zniżę się do tego poziomu, ale gdy w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że znałem na pamięć te kilka powieści, które szczęśliwie wypożyczyłem z biblioteki przed tym całym szaleństwem, to zdesperowany zdecydowałem się sięgnąć po elfickie romanse. Były nudne, przewidywalne i mocno naciągane, ale z radością przyjmowałem każde nieznane mi wcześniej zdanie.
Już dawno porzuciłem wilczą postać, na rzecz wygodnych do przewracania kartek ludzkich dłoni. Z jakiegoś powodu potrafiłem przyjmować tę formę, więc żal byłoby nie korzystać z tej niezwykle przydatnej umiejętności. Co prawda ubrania nie były tak ciepłe jak nadal zimowa sierść, jednak z ulgą przyjmowałem, że zbliżała się wiosna i nawet burza nie mogła zapobiec temu, że robiło się coraz cieplej. Przynajmniej, kiedy nie było się na zewnątrz, a w ciepłej i suchej jaskini.
Kilka razy czułem na sobie spojrzenie mojej partnerki, jednak za każdym razem, gdy podnosiłem na nią wzrok, ta go odwracała. Nie rozumiałem, o co chodziło i jakoś nie miałem ochoty pytać. Tak wyjątkowo.
Nagle ciszę przerwał zamyślony głos Torance.
- Skoro Vestar potrafiła przyjąć formę człowieka, to ja też powinnam umieć, prawda?
Zmrużyłem oczy i odłożywszy książkę na bok, podniosłem na nią wzrok. Wilczyca przyglądała się mojemu ciału, jednocześnie jakby go nie widząc. Było to krępujące, nawet ze świadomością, że tylko myślała. A może to właśnie to sprawiało, że sytuacja była jeszcze bardziej niezręczna?
- Niewykluczone - odpowiedziałem. - Pamiętaj jednak, że nie wiadomo nic o twoim ojcu. Nawet nie wiemy, jaki miał żywioł, nie wspominając o mocach. Mogłaś nie odziedziczyć po Vestar tej zdolności ze względu na niego.
- Wiem, wiem - mruknęła, podnosząc wzroku ku stropowi jaskini. - Ale możemy spróbować? Proszę...
Skinąłem głową i powoli wstałem, by usiąść naprzeciwko niej.
- Co się stało, że postanowiłaś się tego nauczyć? - spytałem.
Tori wyglądała na zmieszaną, jednak próbowała szybko zebrać się w garść i odpowiedzieć coś pewnym tonem. Wspominałem kiedyś, jak marna była z niej aktorka?
- Po prostu - stwierdziła, prostując się.
Parsknąłem cichym śmiechem, narażając się tym samym na zniecierpliwione spojrzenie partnerki.
- Co mam zrobić?
Przymknąłem oczy, zastanawiając się. Przemiana w człowieka stała się dla mnie czymś naturalnym, zwykłą mocą, przy której nawet nie musiałem się dłużej skupiać. Teraz próbowałem sobie przypomnieć moje pierwsze próby nauczenia się tej umiejętności, najlepiej lekcje w Zakonie - bo co jak co, ale uczyć potrafili nieźle. W końcu odnalazłem odpowiednie wspomnienie.
- Zamknij oczy i wyobraź sobie, że twoje łapy się wydłużają, a sierść znika - poleciłem.
Mała posłusznie zacisnęła powieki, próbując się odpowiednio skupić. Gdy po dłuższym czasie, nic się nie wydarzyło, gwałtownie otworzyła oczy wyraźnie niezadowolona. Burknęła kilka razy coś pod nosem, aż w końcu postanowiła wlepić we mnie spojrzenie bladoniebieskich oczu.
- Nie wychodzi mi - oświadczyła wyraźnie zawiedziona.
- Spróbuj jeszcze raz. Nawet mi nie wyszło od razu.
Wilczyca chciała ponownie zacisnąć powieki, gdy postanowiłem jeszcze coś jej poradzić.
- Musisz się rozluźnić, Młoda. Jesteś zbyt spięta. Nie jesteśmy może pełnoprawnymi wilkołakami, ale też mamy w sobie coś z człowieka. Nie próbuj wyobrażać sobie tego na siłę. Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś.
- Po prostu poszukaj gdzieś wewnątrz siebie tego czegoś... - powtórzyła, niespecjalnie zadowolona moją radą.
Skinąłem łbem i złapałem jej łapę w swoją dłoń. Wadera westchnęła i powoli przymknęła oczy. Tym razem wyglądała raczej na spokojną, niż zniecierpliwioną i skupioną na siłę. Choć wolałem jej wesoły uśmiech, to było też coś ujmującego w tym poważnym wyrazie pyska.
Nagle ruda sierść zaczęła znikać, a kończyny rosnąć. Z zafascynowaniem przyglądałem się, jak futro ustępuje miejsca jasnej, upstrzonej w kilku miejscach piegami skórze. Łapa, którą trzymałem, zmieniła się w szczupłą i kobiecą dłoń, znacznie mniejszą od mojej.
Niepewnie podniosłem wzrok na twarz siedzącej naprzeciw wade... Kobiety. Tori miała ładną, całkiem symetryczną twarz w kształcie zwężającego się ku dole trójkąta. Zadarty nosek i policzki były pokryte piegami, co moim zdaniem jedynie dodawało jej uroku. Oczy pozostały duże, jasnoniebieskie i błyszczące. Natomiast usta przypominały jasnoróżowe serce.
Jej twarz była otoczona przez równie niepokorne co w formie wilczej włosy. Z tą różnicą, że były pozbawione grzywki, znacznie dłuższe - na oko sięgały jej pępka - i poskręcane w loczki. Zachowały jednak swoją ognistorudą barwę.
Wyglądała jak dorosła, choć nadal bardzo młoda kobieta. Choć gustowałem raczej w wilczycach, nie mogłem powstrzymać wrażenia, że była piękna.
Jak w transie pochyliłem się w jej stronę, chcąc zrobić coś, co widziałem wielokrotnie w Mieście. Nadal zszokowana dziewczyna, podniosła na mnie wzrok. Spojrzałem na swoje odbicie w jej jasnych oczach i niepewnie przytknąłem wargi do jej warg, co zdawało się jeszcze bardziej ją zdziwić. Po krótkiej chwili - równie niepewnie - oddała pocałunek.
Uczucie było niesamowite. Proste i piękne, w niczym nie przypominało tego, co znałem z formy wilka. Ludzkie usta były bardziej wrażliwe, co jedynie dodawało temu wszystkiemu uroku. Niemal od razu zrozumiałem, dlaczego ludzkie pary tak lubiły się całować. Było to zwyczajnie - i jednocześnie nadzwyczajnie - przyjemne.
Nagle coś się zmieniło. Zdezorientowany odsunąłem się i otworzyłem oczy. Przede mną siedziała Tori w postaci wilka. Uśmiechnąłem się, widząc, że na jej pysku widnieje lekkie rozmarzenie.
- Pierwsza przemiana czasem kończy się... Nagle - powiedziałem.
Wilczyca niemal automatycznie skinęła głową i przyjrzała mi się, mrużąc delikatnie oczy.
- Co to było?
- Co? - spytałem z szerokim uśmiechem, udając idiotę. Bardzo dobrze wiedziałem, co miała na myśli.
- To jak ty... Dotknąłeś mojego pyska swoim - odpowiedziała niepewnie.
- Ludzie nazywają to pocałunkiem.
Tori uśmiechnęła się wesoło i jednocześnie z lekkim - i całkiem uroczym - zawstydzeniem.
- Podobało mi się. Tylko to zakończenie nie było zachwycające - stwierdziła.
Następnie przymknęła oczy i ponownie przybrała formę człowieka. Tym razem nie była zszokowana - na jej twarzy widniało raczej zadowolenie i duma.
- Co powiesz na to, by spróbować jeszcze raz?
- Powiem, że bardzo mi się podoba ten pomysł - wyszeptałem, gdy ponownie się do niej zbliżyłem.
Kobieta odpowiedziała uśmiechem i dotknąwszy dłonią mojego policzka, diametralnie zmniejszyła dystans. Gdy tylko poczułem jej usta na swoich, instynktownie wplotłem dłoń w jej gęste włosy i pogłębiłem pocałunek. Tak jak tamten był czuły, delikatny i niepewny, tak z tego biła namiętność i większe zdecydowanie. Był... Nie do opisania.
Tym razem żadna niekontrolowana zmiana nam nie przerwała.