Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 4 marca 2019

Od Cess "Niepokój" cz. 2 (C.D. Magnus)

Sierpień 2022 r.
– To wszyscy? – wadera spojrzała na nas przenikliwym spojrzeniem, oczekując naszej odpowiedzi.
Każdy z nas coś niechętnie mruknął pod nosem, a ja nie mając większego prawa głosu, zgodziłam się z nimi.
– W takim razie ruszamy, zanim znowu zacznie padać. –  westchnęła, czekając aż łaskawie się ruszymy. Nadal nie rozumiałam o co chodzi.

***

Kilka godzin wcześniej obudziłam się, gdy jeszcze wokół panował tajemniczy mrok. Księżyca nigdzie nie było widać, a niemrawy blask słońca dopiero wychodził zza drzew. Wszędzie wokół panowała dziwna aura, która sprawiała, że czułam się naprawdę nieswojo. Wiatr szarpał korony owych drzew, był szczególnie silny i nieprzewidywalny. Od kilku dni coś niedobrego wisiało w powietrzu, bardzo rzadkim należy wspomnieć. Nagle w oddali dostrzegłam dziwne, fioletowe błyskawice i przeraziłam się wtedy nie na żarty. Nie wiedziałam czy pójść poszukać kogoś, czy jednak zostać w norze do przejaśnienia się nieba, choć sama nie byłam pewna czy takowe nastąpi. Burknęłam kpiąco, turlając się po swojej jaskini. Jej ściany były wilgotne, co świadczyło o bardzo zimnej nocy. Zebrałam wszystkie krople i stworzyłam małego rozmiaru kałużę przy wejściu. Przyjrzałam jej się bardzo dokładnie, mając wątpliwości do jej czystości. Jeśli coś wisiało w powietrzu, to może znajdowało się też w wodzie. Tak spoglądając na kałużę, postanowiłam nie pić jej, lecz pobawić się nią. Stworzyłam małe tornado wodne, które posłusznie krążyło wokół mojej sylwetki. Było wielkości małej wiewiórki.
Uśmiechnęłam się, przypominając sobie jakie to jest fajne. Ostatni raz robiłam to, jak byłam szczeniakiem. Wybiegłam z jaskini, ciągnąc za sobą moje małe, wodne tornado. Po drodze wciągało ono w siebie krople z wilgotnej trawy i nieznacznie rosło. Dopiero w tamtym momencie zauważyłam jego niebieski odcień i w duchu podziękowałam sobie, że nie wypiłam z tej kałuży. Weszłam na wrzosową polanę i stanęłam na jej środku. Popatrzyłam na mój twór (który był już większy - wielkości dorodnego zająca) i skupiłam się maksymalnie na tym, aby zebrać całą wilgoć z łąki, tak aby urósł on do wielkich rozmiarów. Przed oczyma mrugał mi co chwilę coraz większy, niebieski kształt. Masa wodna, która szybko mnie okrążała, była ode mnie dwa lub nawet trzy razy większa, a ja czułam, że nie przestanie rosnąć, bo po ulewach wody jest bardzo dużo. Zatrzymałam ją w miejscu, gdy była większa od drzew, aby dokładnie się jej przyjrzeć. Być może znalazłabym w końcu jakiś sposób, aby dokładnie pozbyć się z niej toksyn, czy czegokolwiek co znalazło się w tej wodzie. Wielkie tornado wirowało w miejscu, i co jakiś czas lśniło w skutek coraz częstszego pojawiania się błysków na niebie.
- Czy ty kompletnie zgłupiałaś?! - ktoś wrzasnął zza moich pleców i prawie straciłam panowanie nad tornadem. - Masz zamiar nas wszystkich podtopić, czy jak?! Ty zdajesz sobie sprawę, jakie może to mieć konsekwencje?! - wilk nadal darł się na mnie, a ja w milczeniu patrzyłam w dół. Nie chciałam się napotkać wzrokiem z nim, bo czułam, że jest gotowy rozszarpać mnie samym spojrzeniem. Nie do końca rozumiałam jeszcze co złego zrobiłam.
- Przepraszam... - powiedziałam po chwili, po cichu. Cofnęłam się kilka kroków i uniosłam wzrok. Przede mną stała Yuki. Wzdrygnęłam się i czułam się głupio, czekałam teraz tylko na dalsze ochrzanianie mnie za bodajże tornado...
- Co ty tu w ogóle robisz? W każdym momencie może zacząć lać, a wtedy nie możemy być poza jaskiniami! Ty wiesz co się dzieje? - nie dawała dojść mi do głosu, zarzucając mi kolejne rzeczy i coraz bardziej obarczając mnie winą. Wskazała na wirującą wodę. - Co to ma niby być? Zachciało ci się bawić mocą? Woda, tak? Pozbądź się tego jak najszybciej, bo będzie z tobą źle! - burknęła i odwróciła się ode mnie. - Zaraz zacznie padać, a gdy przestanie, masz się stawić na polowaniu. - odeszła.
Westchnęłam ciężko i spojrzałam do góry. Faktycznie zapowiadał się niezły deszcz, jak nie burza. Przeniosłam spojrzenie na wodne tornado, przez które miałam kłopoty.
- Mogłam zostać w jaskini... - mruknęłam do siebie i zaczęłam iść w stronę wodospadu. Postanowiłam, że tam „wyleje” wodę z tornada. Chciałam zrobić to nim zacznie lać. Bawiłam się świetnie, lecz chyba czas dorosnąć...

***

Lało niemiłosiernie przez dobre kilka godzin. Znudzona leżałam w jaskini, starając się zasnąć - bezskutecznie. Deszcz powoli cichł, czego nie można powiedzieć o burzy. Bolała mnie głowa, a pioruny i grzmoty nie dawały mi spokoju. Czułam się słabo i zrobiłam się głodna, bardzo głodna. Z niecierpliwością czekałam na koniec ulewy. Chciałam mieć polowanie za sobą. Bardziej od tego chciałam, aby znów wróciła normalna pogoda. Nawet lata mi brakowało. Najbardziej brakowało mi słońca i błękitnego nieba. Dawno nie słyszałam śpiewu ptaków, ani nie widziałam motyli. Jakby na złość właśnie w tym momencie, niedaleko jaskiń uderzył fioletowy piorun. Przestraszyłam się, odskakując lekko w bok.
- Jakbym chciała kontrolować pogodę… - powiedziałam.
Przestało padać. Więc postanowiłam udać się na to nieszczęsne polowanie. Mam nadzieję, że nikt nie będzie wspominał o tornadzie. Nawet jeśli Yuki uważa, że mogłam zalać watahę, to się myliła. Przecież całkowicie panowałam nad nim. Doskonale umiem sobie radzić sama, bez niczyjej pomocy. Z resztą może mogłabym im pomóc, ale nie! Musiałam pozbyć się tornada, a brakowało kilku chwil do oddzielenia wody od toksyn!
Wyszłam z jaskini i w biegu ruszyłam w stronę miejsca spotkania. Nie rozglądałam się, chciałam znaleźć się wśród innych polujących tak szybko, jak tylko się da. W końcu jeśli teraz piorun we mnie trafi, to kto mnie znajdzie? Przy okazji zrobiłam sobie niezłą rozgrzewkę. "Nie zawsze ma się okazje uciekać przed wiatrem..." - pomyślałam kpiąco, omijając duże kałuże.
Dotarłam na miejsce zdyszana, lecz gotowa do działania. Wilki patrzyły na mnie sceptycznie, jakby wiedziały już dokładnie wszystko to, czego w zasadzie nie powinny. Skuliłam ogon i stanęłam z tyłu grupy. Znajdowali się tutaj nie tylko polujący. Jak widać, odbędzie się bardzo duże polowanie. Miałam jednak złe przeczucia. Stęknęłam, widząc jak duża jest teraz nasza grupa. Czułam się nieswojo i ciągnęła się za resztą grupy. Zanim wytropią jakieś zwierzę, minie dużo czasu, a ja jestem zabijającą. Wykonuje zadanie jako ostatnia. Nie tylko ja ciągnęła się za nimi przybita. Spojrzałam na basiora, idącego kilka metrów przede mną. Jako, że dawno nie rozmawiałam z kimś (bo darcie się na mnie, nie można zaliczyć do interesującej rozmowy), postanowiłam zagadać go. Potruchtałam przed siebie, aby znaleźć się koło niego. Najwyraźniej wilk nie zauważył, że zbliżyłam się do niego, a zapewne w ogóle nie zwrócił uwagi, że ktoś jeszcze idzie na samym końcu. Chrząknęłam znacząco, nie do końca wiedząc, jak rozpocząć konwersacje. Basior wystraszył się mnie i odskoczył w bok, wlepiając we mnie pytające spojrzenie. Uśmiechnęłam się jak idiotka, pokazując swoje białe, ostre i lśniące kły. Zmarszczył brwi, a ja poczułam się głupio. Położyłam uszy wzdłuż łba.
- Cześć… - powiedziałam niepewnie. Nagle przyszły mi do głowy wszystkie możliwe scenariusze tej zapowiadającej się niezręcznej rozmowy. Pobladłam znacząco i zakręciło mi się w głowie. Nigdy nie byłam najlepsza w poznawaniu nowych osób. Już miałam zrezygnować i się wycofać. Pech chciał, że prawie wpadłam w wielką, niebieską kałużę, przed którą obroniłam się dzięki ogonowi na który przez przypadek stanął basior. - Aua… - mruknęłam, pochylona nad wodą. Byłam mu wdzięczna. On jednak nadal się nie odzywał, a ja zmartwiłam się, że zrobiłam coś nie tak.
- Mogłaś po prostu nie zachodzić mi drogi. - oprzytomniał po chwili i zszedł mi z ogona. Otworzyłam oczy szeroko oraz odsunęłam się od niego metr w bok. Pomiędzy nami znajdowała się już większa przerwa. Spuściłam łeb i ugryzłam się w język - nie dosłownie, bo to mogłoby bardzo boleć.
- Mi też miło. - burknęłam, postanawiając przyłączyć się do reszty grupy. Czułam, że to był zły pomysł oraz, że zrobiłam z siebie kompletnego głupka. Mój uśmiech znikł, a na jego miejsce pojawił się grymas niezadowolenia. Jedyną dobrą stroną tej sytuacji był fakt, że basior nie zwrócił uwagi na rogi, czerwone oczy albo chociażby płetwę na ogonie (którą praktycznie prawie zdeptał). Bez słowa oddaliłam się od niego. Nie potrwało jednak to zbyt długo, bowiem od razu, gdy zobaczyłam Yuki wśród innych wilków, wróciłam do grafitowego basiora, chowając się praktycznie za nim.
- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? - zmarszczył brwi i zatrzymał się, sprawiając, że weszłam w niego. Spojrzał na mnie z góry oczekując odpowiedzi. Jego szare oczy wierciły we mnie dziurę, a ja skulona mruczałam coś cicho pod nosem. - Jeśli nie usłyszałaś, zadałem pytanie. A na pytania zazwyczaj się odpowiada, prawda? - zdenerwowany, uniósł lekko głos.
- Ciszej… - powiedziałam, spoglądając co chwilę na grupę wilków. - Chowam się, nie widzisz? - syknęłam, popychając go lekko do przodu. - Jak nie zauważyłeś, zostaliśmy w tyle. Powinniśmy ich dogonić, ale ty musisz iść pierwszy.
- Nie. - powiedział krótko, nie zamierzając ruszyć się z miejsca. Zrozumiałam, że bardzo go zirytowałam i oczekiwał wyjaśnień. Nawet nie byłam pewna, czy uwierzy. Nawet mnie nie zna, a pewnie pomyśli nie wiadomo co.
- Chowam się przed Yuki… - odpowiedziałam, nie owijając w bawełnę. - Czy możesz się już ruszyć? Jesteś moją tarczą obronną, jak z resztą widzisz! - zaśmiałam się mimowolnie. Wilk zdawał się być nadal nieprzekonany. Westchnęłam z rezygnacją i spojrzałam się mu w oczy. Ten od razu odwrócił wzrok, jakby nie chciał utrzymać kontaktu wzrokowego. Uśmiechnęłam się szerzej i postanowiłam się przedstawić. - Jestem Cess, a ty?
- Miło mi. - rzekł ruszając przed siebie, zostawiając mnie w tyle z osłupieniem. Teraz to serio zadział mi na nerwy. Starałam się być miła. Wydałam z siebie jęk niezadowolenia i pobiegłam za nim.

Dogoniłam go, gdy znajdował się już wśród innych wilków. Wszyscy byli bardzo poruszeni i zawiedzeni. Wadera, która zebrała nas na polowanie, stanęła przed nami.
- To już kolejna zmutowana sarna… - spojrzała na nas smutnym wzrokiem. Dopiero teraz zauważyłam stojącą w oddali dużą i dziwnie wyglądającą sarnę. Wyglądała przerażająco. Przestraszyłam się jej. Pierwszy raz takową widziałam na oczy. - Musimy powiadomić Alfę, ale teraz chodźmy dalej! - zarządziła, odwracając się od nas i idąc prosto. Wszyscy poszliśmy za nią. Byłam pewna, że inne wilki wiedziały o tornadzie. Czułam ich wzrok na sobie. Choć może tak tylko mi się wydawało? Nadal unikałam Yuki, ale nie trzymałam się na końcu. Jakoś czułam, że ten basior niezbyt bardzo mnie polubił. Nawet się nie przedstawił…
- Jestem Magnus. - mruknął ktoś zza moich pleców. Dziś mam dzień zawałowy… Wzdrygnęłam się i zwróciłam ku niemu. - Tak w ogóle to cześć…

<Magnus?>

Uwagi: Tak, jak sama zauważyłaś, kilka razy zjadłaś końcówki. Poza tym nieliczne powtórzenia lub brak przecinków. Gdy piszemy w nawiasie, spację przed i po tekście są zbędne (w sensie zapisujemy to w ten sposób, a nie ( tak )).

niedziela, 3 marca 2019

Od Leah "Wędrowiec" cz. 3

Wrzesień 2022 r.
Arkan burknął pod nosem coś, co brzmiało jak wyjątkowo ładne w brzmieniu przekleństwo, podreptał ku wejściu jaskini i legł u mojego boku. W ciszy obserwował leśną panoramę z ciemnymi chmurami w tle. Szarpane podmuchami wiatru drzewa uginały się jak długa, falująca sierści monstrualnej istoty, skrytej w trzewiach ziemi. Fiołkowe błyskawice od czasu do czasu rozświetlały czarne niebo, ukazując zarysy chmur, zaś powietrze było dziwnie słodkie, do zdążyłam się już przyzwyczaić. Ostatnio ciężko o dzień, w którym pachniałoby zupełnie normalnie.
Spojrzałam ukradkiem na swojego towarzysza. Może mi się zdawało, ale odniosłam wrażenie, że jasna łuska na bokach wyverna jeszcze bardziej pobladła. Niemal chorobliwie. Dodatkowo wyraźnie schudł. Sprawiał wrażenie wymizerowanego smoczęcia (a przynajmniej bardziej niż zwykle) i tylko szlachetne rysy masywnego łba budziły pewne wątpliwości. No, może jeszcze skrzydła. Pozostały równie irytująco wielkie.
Sama chyba też nie wyglądałam najlepiej. Brak słońca i uziemienie w, jakby nie patrzeć, małej przestrzeni na tak długi czas nikomu nie zrobi dobrze. Moje futro zmatowiało, miewałam chwile w których było mi tak słabo, że nie mogłam się podnieść. Tęskniłam za samotnymi polowaniami, nieraz też ubolewałam nad swoją umierającą kondycją. A raczej nie zapowiadało się na to, że nagle przejaśnieje. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze okropna nuda. Czas urozmaicałam sobie głównie czytaniem i ćwiczeniem swoich umiejętności magicznych, Arkan ignorowaniem wszystkiego i wszystkich, czasem wymykaniem się na zewnątrz, by polatać. Przestałam go upominać, gdy przy ostrej wymianie zdań przyznał, że stara się pomóc w polowaniach.
Westchnęłam cicho, pozwalając swojej głowie opaść bezwładnie na łapy. Nie miałam ochoty po raz kolejny spoglądać na okładkę „Dziesięciu” czy „Zaginionego świata” ani po raz enty do perfekcji dopracowywać manipulację przedmiotami za pomocą wiatru. Pozostało mi tylko przenieść się bliżej wylotu nory i próbować przyłapać błyski na niebie, w międzyczasie oddając się rozmyślaniom. Mogłam się spodziewać jak to się skończy.
Nigdy nie dowiem się, czy Ronan naprawdę znał mojego ojca. Z czasem zaczęłam mieć wątpliwości, czy dobrze postąpiłam nie dając mu wtedy szansy. A może tak było lepiej?
Muszę przestać to rozpamiętywać. Powinniśmy skupić się na tym, co nas czeka.

Kwiecień 2021 r.
Na język cisnęło mi się mnóstwo pytań, ale nie zadałam żadnego. Nie podobało mi się to wszystko. Oczy wilka były zbyt przenikliwe, jego postawa zbyt pewna, nawet futro falowało w sposób tak dziwny, że miałam ochotę odwrócić wzrok. Zakręciło mi się w głowie.
Nie. Kłamca. Ojca tu nie ma. I nigdy nie będzie.
- Jeśli można spytać, Ronanie. – zaczął Arkan, uprzedzając mnie w przejęciu kontroli nad sytuacją.
- Słucham – zachęcił basior.
- Jaki jest twój żywioł?
Po pysku intruza przemknęło zaskoczenie. Strzał w dziesiątkę. Dlaczego o tym nie pomyślałam? Może to rzeczywiście szpieg, tylko… pod magiczną przykrywką? Iluzja? Umysł? A może materia?
- Dusze – odparł ostrożnie, po krótkim wahaniu.
Zdaje mi się, czy jego oczy zupełnie poczerniały? To istotne?
- Co potrafisz? – dopytywał wyvern.
- Rozmawiam ze zmarłymi i duchami miejsc – Ronan zachował kamienną maskę, ale zdradziło go nerwowe machnięcie ogonem.
- Tylko tyle? Żadnych umiejętności obronnych, szamanie? 
Wilk milczał.
- Co potrafisz? – smok ponowił pytanie, tym razem z większym naciskiem.
- Użyczają mi swoich zdolności – padła niechętna odpowiedź.
- Duchy?
- Tak…
- A jakiej użyczyły ci teraz?
Basior poderwał się gwałtownie. Wyraźnie się zezłościł, tym samym dając nam pewność, że coś zdecydowanie jest nie tak. Dał upust swojej frustracji kłapnięciem zębów na uśmiechającego się tryumfalnie Arkana. Prosty i raczej bezcelowy gest, ale myślę, że na jego miejscu zachowałabym się podobnie. Wpadł. I już się nie wywinie.
- Jak widać kłamstwo ma krótkie nogi – mruknęłam. – A teraz za mną. I nie próbuj żadnych numerów.
Westchnął z taką rezygnacją, że niemal zrobiło mi się go żal.

***

Wycieczka do jaskini Alf i wypędzenie niemającego siły się stawiać intruza potrwały praktycznie do świtu. Razem ze swoim towarzyszem wróciłam tam, gdzie schowałam zające. Gryzonie były praktycznie nienaruszone, poza jednym, który wyglądał jakby dopadła go łasica. Przypuszczenie potwierdził niknący za drzewem cień małego łowcy.
Nie spieszyło nam się. Razem z trzema zającami, resztkami czwartego i upolowanym po drodze jeleniem, ruszyliśmy z powrotem.
- Co o tym myślisz? – spytał Arkan, przerzucając na grzbiet trzymaną jak dotąd w pysku łanię.
- Co myślę o czym? – akurat siłowałam się z zamknięciem przepełnionej torby, zabranej po drodze z jaskini. Chyba nabyłam ją kiedyś w Mieście, ale niezdarne wykonanie raczej temu przeczy.
- O tym Ronanie i nie-Mathirze – sprecyzował. – Twój ojciec nazywa się Canon, prawda? 
- Tak – odparłam. – Ale wątpię, by chodziło mu akurat o niego. I… To było dziwne.
- Bardzo – zgodził się. – Ale, zakładając, że miał na myśli właśnie jego, to skąd mógł znać jego imię?
- Raczej rzadko się zdarza, by ktoś odchodził ze stada mojego taty. Ale to bardzo duża wataha, znacznie większa od naszej. Żyłam tam dość krótko, a kojarzę co najmniej dwa takie przypadki… W każdym razie, może kogoś spotkał, a on mu powiedział, bo…? – wbiłam wzrok w swoje łapy. - Ech… W mojej głowie to brzmiało mniej absurdalnie. Pewnie po prostu zwariował. Słyszałam, że niektóre wilki popadają w obłęd przez samotność – mruknęłam speszona.
Arkan tylko pokiwał głową w zamyśleniu.
- Zastanawia mnie jeszcze, czemu tak chętnie odpowiadał? 
Spojrzałam na niego pytająco.
- To nie brzmiało jakby zmyślił wszystko od góry do dołu. A na koniec był taki… - zastanowił się.
- Zdenerwowany? – podsunęłam.
- Właśnie. Zdenerwowany. – smok potrząsnął łbem, fukając z niedowierzaniem. – Wyglądał, jakby nie był stanie skłamać!
- Nie wiem. Jakoś mnie to nie przekonuje.
- Szkoda, że musiał odejść – westchnął. – Żałuję, że nie mogłem dłużej z nim porozmawiać.
Zaskoczył mnie tym. Ronan zaintrygował go tym, że zachowywał się jak pod wpływem Naszyjnika Prawdy? Dlaczego?
Tknęła mnie dziwna myśl.
- Arkan?
- Tak?
- Ten, em… Ronan nazwał cię "hybrydą"… O co mu chodziło? – spytałam.
- Och, rzeczywiście – ożywił się smok. – Widocznie ma niezłe oko. Nie jestem czystej krwi.
- Naprawdę?
- Pochodzę od… - zastanowił się chwilę. – smoków hiacyntu, oczywiście tylko po części. Odmiana smoków latających, chyba tu nie występują, a przynajmniej niezbyt licznie. Mówi się, że niektóre potrafią czarować, ale osobiście uważam, że to bujda. O, i część z nich jest mojego wzrostu!
- A spotkałeś kiedyś jakiegoś? – uśmiechnęłam się.
- Tak, dokładnie trójkę. Chyba kiedyś mieszkali w Podziemiach.
Horyzont zaróżowiła jutrzenka, delikatne światło nieśmiało przezierało zza poszarpanych chmur. Półmrok w budzącym się do życia lesie powoli znikał, ustępując miejsca białemu światłu. Cichy śpiew porannych ptaków, przyrównany kiedyś do głosu nadziei przez wilka, którego imienia nie pamiętam, płynął spokojnie w niczym innym niezmąconej ciszy.
Arkan, wyraźnie zamyślony, nie dodał już nic.
A ja starałam się nie myśleć.

Uwagi: brak

środa, 27 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 3 (c.d. Edel)

Kwiecień 2022
Kiedy czekałam na powrót Vestar, czas dłużył mi się niemiłosiernie. Wyobrażałam sobie, że wadera wraca wraz z grupą wilków gotowych rzucić się na mnie i Asa. Wątpiłam, by w takim wypadku samiec w ogóle to zauważył - jego uwagę zaprzątała właśnie jedna ze starych ksiąg. 
W końcu, gdy już powoli zasypiałam z nudów, do jaskini weszła Vestar. Wilczyca od razu usiadła naprzeciwko mnie i automatycznymi ruchami zaczęła przeczesywać sierść. Zauważyłam, że poduszki jej łap były błękitne.
- Spodziewałam się, że przyjdziecie - odezwała się nagle. - Wiedziałam od czasu, gdy zobaczyłam stan Asgrima. Zaklęcie jego ojca były niekontrolowane i słabe. Oczywistym było, że kiedy tylko wrócą do niego wspomnienia, wyruszycie w podróż.
- Przejrzałaś nas - mruknęłam. 
Na pysku Vestar zadrgał delikatny uśmiech. Wilczyca szybko jednak się opanowała i odchrząknęła. Niewiele jej to dało - jej głos nadal był zachrypnięty.
- Historia, którą chciałabym ci opowiedzieć, jest bardzo długa. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, żebym przekazała ci wszystkie wspomnienia, które jej dotyczą? Musiałabym wejść do twojego umysłu.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Mówisz, jakbyś tego nie zrobiła, gdy tylko mnie zobaczyłaś.
Wyczułam od niej lekkie rozbawienie, jednak jej pysk ani drgnął.
- Dobra odpowiedź - pochwaliła mnie. - Zaczniemy od samego początku, dnia, w którym straciłam siostrę.

Byłam młodą wilczycą. Szłam wraz ze swoją rodziną, próbując odnaleźć Watahę Magicznych Wilków - sławne stado, w którym mieliśmy nadzieję odnaleźć schronienie. Nikt z nas jednak nie wiedział, w którą właściwie stronę powinniśmy się udać. Wiedzieliśmy co nieco o historii, jednak kierunek, w którym powinniśmy iść, to była całkiem inna sprawa. Znaliśmy go jedynie mniej-więcej.
Pewnego dnia obudziliśmy się jak zwykle o świcie i zaczynaliśmy zbierać się do dalszej podróży, gdy zauważyłam brak mojej siostry. Myśląc, że wilczyca się przed nami schowała, zaczęłam jej szukać. Gdy jednak po dłuższym czasie nie usłyszałam żadnego chichotu, który zdradzałby położenie wadery, zaczęłam się martwić.
- Astrid zniknęła - oznajmiłam mojej matce. 
Wilczyca podniosła na mnie wzrok znad bajorka, z którego właśnie wybierała brudną wodę. Miała świra na punkcie czystości zbiorników wodnych.
- Pewnie gdzieś się schowała - uspokoiła mnie i wróciła do przerwanego zajęcia.
Pokręciłam głową, zirytowana tym, że mnie próbowała zbyć.
- Szukałam jej. Nigdzie jej nie ma! - upierałam się. Mama chyba zauważyła moje zdenerwowanie i cudem hamowaną panikę, bo westchnęła i postanowiła pomóc mi w poszukiwaniach.
Nie udało się jej.
Gdy tata wrócił z polowania, przejął się zniknięciem jednej z jego córek i dołączył do nas. Szukaliśmy wadery przez cały ranek, jednak nie udało nam się.
Astrid zniknęła.

Następne wspomnienie dotyczyło mojego - nie, Vestar... Chociaż, czyż w tym momencie nie stanowiłyśmy jedności? - pierwszego zauroczenia. Byłam dorosłą samicą, może trzyletnią. Nigdy nie trafiłam do watahy, której z takim zapałem poszukiwali moi rodzice, jednak nie czułam z tego powodu żalu.
Tamtej jesieni trafiłam przez przypadek na tereny skalane wojną. Walki trwały niemal każdego dnia, ziemia była pokryta brudną krwią i ciałami poległych. Okropne miejsce.
Chciałam uciec, jednak plany skutecznie udaremnił mi wilk pełniący patrol niedaleko jednego z tymczasowych obozów. Basior był ode mnie o ponad głowę niższy, jednak jego sylwetka była nadzwyczaj umięśniona. Krótkie, ognistorude futro było poprzetykane bliznami, a prawe ucho naderwane. 
Przedstawił się jako Rodholf, jednak poprosił, bym mówiła do niego per Rod. 
"Jest to skrót przeznaczony dla przyjaciół, a ja liczę, że zostaniemy przyjaciółmi."
Zabrał mnie do obozowiska i traktował jak damę. Samiec okazał się niezwykle szarmancki i inteligentny. Przyjemnie się z nim rozmawiało. W pewnym momencie zaproponował mi kilka kubków pysznego trunku i chyba trochę odleciałam.
Wtedy sądziłam, że to była najlepsza noc w moim życiu. Następnego ranka, gdy zaproponowałam Rodowi, byśmy uciekli razem z dala od wojny, wilk odmówił. Czułam się głupio, tak bardzo głupio. Jednak nie byłam zdenerwowana, o nie. Gniew przyszedł kilka tygodni później, gdy moim życiem wstrząsnęła okropna wiadomość.
Byłam w ciąży z wojownikiem, którego widziałam raz i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę.

Byłam już w zaawansowanej ciąży, jednak nie rezygnowałam z podróży. Zależało mi na znalezieniu własnego miejsca na świecie, watahy, która odwiodłaby moje myśli od tego wieczoru, który zmienił moje życie.
Któregoś dnia natrafiłam na niezwykle chudego wilka. Jego orzechowa sierść delikatnie powiewała na chłodnym, zimowym wietrze, a zimne oczy były nieruchome, wpatrzone prosto w moją sylwetkę. Dosłownie moment później wyczułam ciemnoniebieską aurę napierającą na moją. Wilk próbował dostać się do mojego umysłu.
Skupiłam się nad obroną, jednak - ku mojemu zaskoczeniu - nieznany wilk był silny. Po dłuższej walce z trudem udało mi się go pokonać, jednak ten wysiłek kosztował mnie wiele sił. Upadłam na pokrytą śniegiem ziemię.
- Kim jesteś? - usłyszałam czyiś chłodny głos tuż nad sobą. - Nie wolno ci tutaj być.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na idealnie obojętny pysk samca.
- Ach tak? - spytałam, próbując się podnieść. Udało mi się.
Basior pokiwał głową i zmierzył mnie wzrokiem. Zatrzymał się na moim ciążowym brzuchu.
- Vestar - mruknęłam w końcu, próbując odwrócić jego uwagę od szczeniaka, którego w sobie nosiłam. Samiec szybko się zreflektował, jednak sam się nie przedstawił. 
- Jesteś uzdolniona - stwierdził jakby w zamyśleniu - I piękna.
Uniosłam brew, słysząc jego słowa.
- Owszem.
Zamilkł na chwilę. Zamyślenie na jego pysku było aż za bardzo widoczne.
- Stoję na czele najsilniejszej organizacji jaką widziała nasza ziemia. Nasza wiara pewnego dnia sprawi, że osiągniemy życie wieczne. Jednak najpierw musimy opanować magię Umysłu. Zechcesz do nas dołączyć?
Spojrzałam na niego jak na wariata. Organizacja religijna z fiołem na punkcie nieśmiertelności? Brzmiało to głupio, jednak pewne siebie słowa samca wywarły na mnie spore wrażenie. Kształcą się w moim żywiole... Mogłabym się nauczyć czegoś więcej, a przecież zawsze kochałam uczyć się nowych sztuczek. Manipulować umysłami nieświadomych wilków. 
- Oczywiście zapewnimy ci potrzebną opiekę oraz przyszłą edukację dla twoich szczeniaków. Jeśli posiadają odpowiednie zdolności. Jaki żywioł ma ich ojciec?
- Nie wiem.
Basior uniósł brew, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Czekał na moją odpowiedź.
- Z chęcią do was dołączę.

Ból. Nieznośny, okropny ból. Potem nagły koniec.
Obróciłam łeb i spojrzałam na malutką kulkę rudej sierści. Instynktownie polizałam samiczkę po głowie, a ta w odpowiedzi cicho pisnęła.
- Niedługo zostanie ci odebrana i przyłączona do pozostałych szczeniąt.
- Wiem - westchnęłam, spoglądając jak moja córeczka niepewnie się do mnie przesuwa, poszukując ciepła.
- Jednak możesz wybrać jej imię, jeśli zechcesz.
Skinęłam głową i zamilkłam na dłuższą chwilę, próbując wybrać odpowiednie. Zastanawiając się nad tym, przyglądałam się malutkiemu stworzonku.
- Torance - zdecydowałam w końcu. Samiczka jakby rozumiejąc, że chodzi o nią, podniosła na mnie główkę i ponownie pisnęła.

Minęło sporo czasu, nim ponownie zobaczyłam moją siostrę. Jednak gdy tylko ją zobaczyłam, od razu ją poznałam. Samica choć urosła, nadal miała w sobie coś ze szczeniaka. Poza tym, wystarczyło zaledwie kilka telepatycznych rozmów, bym już na zawsze rozpoznała jej głos.
- Vestar - powiedziała ze wzruszeniem, niepewnie mnie przytulając. Drżała.
- Tęskniłam... - mruknęłam, niezręcznie ją obejmując. 
- Nigdy nie sądziłam, że... No wiesz... Głupio się przyznać, że zapomniałam o twoim istnieniu, ale... - plątała się w tym, co chciała powiedzieć. - Miło cię widzieć.
Puściłam ją i wskazałam jej łapą, by podążyła za mną. Poszłyśmy do mojej jaskini i rozmawiałyśmy przez całą noc. Nie obyło się bez łez i cichych śmiechów z jej strony oraz tamowanych uczuć z mojej.
Gdy temat zszedł na nasze rodziny i partnerów, czułam się strasznie niezręcznie. Obawiałam się opowiedzieć Astrid o Rodzie i Torance. Jednak, gdy to zrobiłam, samica szczęśliwie się do tego nie odniosła i opowiadała ze wzruszeniem o swoim partnerze i małej córeczce. 
- Nie powiedziałam im, dokąd się wybieram. To było takie głupie z mojej strony... Ale zrozumiałam to, gdy było już za późno by wracać... - mówiła ze łzami w oczach. - A wiesz, co jest najgorsze? Że mogę ich już nigdy nie zobaczyć.
- Czemu tak mówisz? - spytałam, choć znałam odpowiedź. Wystarczyło jedno spojrzenie na zmęczony pysk samicy, by to zauważyć.
- Ves, ja umieram. Najpewniej nie dożyję końca podróży. Nigdy nie zobaczę jak Navri dorasta. Nie zestarzeję się razem z Dante... 
Wpatrywałam się w rozpacz wymalowaną na pysku As. W tym momencie żałowałam, że w ogóle się z nią skontaktowałam. Prawdopodobnie zabrałam jej ostatnie chwile z rodziną. Nie byłam tego warta.
- Wracaj - nakazałam jej.
- Co?
- Wracaj do rodziny, As.
- Ale... - zaczęła, jednak gdy posłałam jej groźne spojrzenie, umilkła. - Dobra, ale jeśli nie wrócę, przekaż im... 
Wilczyca zamiast skończyć zdanie, ponownie mnie objęła. Tym razem na pożegnanie.
- Jasne. Przekaż pozdrowienia - uśmiechnęłam się, już nie tamując łez, zbierających mi się w oczach.
- Nie martw się o to - powiedziała i wyszła z jaskini. Obserwowałam jej oddalającą się sylwetkę do momentu, aż zniknęła za jednym ze wzgórz.

Czułam na sobie spojrzenie Wielkiego Mistrza, jednak nie zamierzałam na nie odpowiedzieć. Nie dam mu tej satysfakcji.
- Ona musi odejść.
- Jest szansa, że jeszcze odkryje w sobie odpowiednie zdolności - stwierdziłam. Mój głos był chłodny.
- Dałem jej więcej czasu niż innym, a ona nadal nie potrafi nawet wykryć aury. Przykro mi, Vestar.
Położył delikatnie łapę na mojej. Z trudem opanowałam drżenie. Nienawidziłam tego, jak na mnie patrzył, jednak pozycja... Tak, Nevra mógł mi ją zapewnić.
- Spraw chociaż by nie była sama. Żeby była bezpieczna - poprosiłam. Wilk westchnął i mruknął coś na znak zgody. - I zostaw jej imię.
- Wiesz, że...
- Obiecałeś mi, że dasz jej wykształcenie. Skoro to niemożliwe, to chociaż spraw, by była sobą. Tyle możesz zrobić.
- To będzie cię kosztować - mruknął, przybliżając pysk do mojego ucha. Jego oddech rozwiewał moją sierść, jednak ja nawet nie drgnęłam.
- Z przyjemnością zrobię co trzeba, jeśli dotrzymasz słowa - odparłam i nie czekając na jego reakcję, wstałam. Odchodząc, musnęłam jeszcze swoim ogonem nos basiora. 

- Vestar, musisz mi pomóc. Niedługo nawet nie będę znał własnego imienia... - błagał basior. Przyglądałam się rozpaczy, malującej się na jego twarzy.
- Skontaktuję się z tobą i powiem ci, gdzie masz iść. Torance się tobą zaopiekuje - powiedziałam w końcu. Asgrim wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca.
- Dziękuję ci, tak bardzo ci dziękuję...
- Dbaj o siebie - nakazałam.
Asgrim w odpowiedzi skinął łbem i nie czekając dłużej, odbiegł.

Z ulgą przyjęłam powrót do swojego ciała i umysłu. Wspomnienia Vestar nadal były gdzieś w mojej głowie, ale nie tak żywe. Nie czułam już jej hamowanych uczuć, nie myślałam już jak ona. Na szczęście.
Marszczyłam brwi, powoli układając sobie w głowie to wszystko, co zobaczyłam. W końcu, gdy moje myśli w miarę pojaśniały, podniosłam wzrok na wilczycę.
- Chcesz powiedzieć, że jestem nieplanowanym szczeniakiem dla którego bezpieczeństwa oraz, oczywiście, pozycji jesteś z Wielkim Mistrzem tego całego Zakonu?
Vestar jedynie skinęła łbem.
- I... Że całkiem przypadkowo natrafiłam na watahę, której poszukiwałaś ze swoimi rodzicami i do której należała moja ciotka? Ta ciotka, która jest jednocześnie matką mojej przyjaciółki z wilczej szkoły?
Ponownie skinięcie.
- Nie wierzę... - mruknęłam, potrząsając łbem. - Znaczy, wierzę, ale... O Losie...
Vestar otworzyła pysk, jednak zanim zdążyła się odezwać do jaskini weszła jakaś postać.
- Mistrzyni... - wydyszała, sądząc po głosie, samica. - Wielki... Mistrz... Nagłe... Wezwanie...
Ledwo skończyła wymawiać ostatnie słowo, zwymiotowała.
Moja matka ledwo zauważalnie się skrzywiła, obserwując wyginającą się przybyłą.
- Już idę - mruknęła i wymijając samicę, wyszła.
Korzystając z zamieszania zerknęłam na Asa, który wpatrywał się z niedowierzaniem w sylwetkę chorej. Czułam, jak się o nią martwi.
- Edel? - zapytał, gdy tylko wilczyca się wyprostowała.
Samica podeszła w naszą stronę - oraz tym samym w stronę niewielkiej latarenki, która od razu oświetliła jej pysk - i przyjrzała się najpierw mojemu partnerowi, potem mnie.
- As? Tori? Co wy tutaj robicie? Myślałam, że...
- Edel, to naprawdę ty? - przerwał jej Asgrim.
Samica ukłoniła się niepewnie.
- Co ci się stało? Ty zawsze...
Edel pokręciła powoli łbem.
- Najpierw wy opowiecie mi swoją historię. Nie rozumiem, co się właśnie dzieję, a nie lubię żyć w niewiedzy - powiedziała, siadając. Sprawiała wrażenie znacznie silniejszej, niż wyglądała. Jednak wymiociny przy wejściu oraz emanujące z niej uczucia kazały mi stwierdzić, że umiała całkiem dobrze grać. Albo skupiać się na czymś innym niż choroba.

<Edel?>

wtorek, 26 lutego 2019

Od Beherita "Dzień spadających kruków" cz. 1 (c.d. Lind)

Luty 2023
Będąc w połowie drogi do kolejnego klienta, od którego miałem zabrać zamówienie, spostrzegłem, że na mojej lewej dłoni mam pazury zamiast paznokci. Niech to szlag! Dlaczego takie rzeczy muszą mi się zdarzać w pracy? Nie może to być przykładowo w mieście, gdzie jestem w stanie ukryć dłonie w kieszeniach spodni, ale teraz? Nie jestem w stanie tego schować, gdyż muszę zapisać zamówienie w głupim notesiku! Bez zbędnego przedłużania chodu w kierunku kobiety, która chciała zamówić, schowałem dłoń w dość nietypowy sposób, gdyż przekartkowałem notesik, aby je chować pod stertą kartek.
- Co dla pani? - rzekłem spokojnie, aby nie było słychać w moim głosie, że bardzo mi spieszno.
- Jeszcze chwilkę.
No bo zaraz chyba zejdę tutaj! Jak tak można? Babo, wołasz kelnera, to powinnaś już mieć wybrane danie, które chcesz zamówić, przecież to jest nienormalne!
- To tak, poproszę wuzetkę oraz do tego cappuccino albo nie, latte. Poleca pan latte?
Starałem się naprawdę nie wyjść z siebie, ale było to bardzo trudne.
- Dzisiaj polecamy mokke. - rzekłem bez zająknięcia.
- To jednak ja poproszę o to cappuccino, niech pan wybaczy, nie znam się na kawach - po tych słowach cisnęło mi się wiele słów na język, jednak powstrzymałem się przed komentarzami w jej stronę, nie chcę stracić tej pracy.
- Coś jeszcze?
- Poleca pan może jeszcze coś?
- Mamy w atrakcyjnej cenie szarlotkę oraz sernik - westchnąłem lekko znudzony.
- Podziękuję.
W końcu! Boże, babo, ile można zamawiać głupią kawę!?
Ruszyłem szybko w stronę blatu, po czym powiedziałem Stivowi, że musi podać jej kawę, bo mi autobus zaraz ucieknie. Jedyny plus tego wszystkiego to to, że kończyłem właśnie swoją zmianę i nie dostanę pouczenia, że wyszedłem pięć minut za wcześnie.
Chłopak popatrzył na mnie podejrzliwie, a ja w tym czasie pozbyłem się obciachowego fartuszka, gnając do szatni, aby zostawić swój roboczy ciuch.
Wybiegłem z kawiarni z prędkością światła, ruszając w stronę lasu, gdzie będąc już na jego początku, przemieniłem się w wilka. Brakowało mi tego. Nie pamiętam już nawet, jak to jest biegać na czterech łapach, a to przez ten okres, który spędziłem w ciele człowieka. Cóż, lubiłem swoje ciało, było ono specyficzne, przez co zawsze się wyróżniałem z tłumu. Zresztą, teraz też się wyróżniam, bo kto widział wilka śmierci w kolorze śniegu?
Ruszyłem dumnie przed siebie, spoglądając na moje ślady, które bezlitośnie pozbawiały życia roślinność na ziemi.
Lubiłem ten widok, lecz to była, można powiedzieć, moja wada, gdyż łatwo mnie teraz wytropić, przynajmniej jeszcze przez dwie minuty.
Stanąłem przy wodzie i spojrzałem w niebo. To, co zobaczyłem, wywołało u mnie lekkie zakłopotanie. Przecież tutaj powinno świecić słońce, przecież ten las prawie niczym się nie różni, a na pewno nigdy nie różnił się niebem. Ptactwo wyglądało jakby, przed czymś uciekało, sarny czy zające pędziły na złamanie karku, nie patrząc, co się dzieje przed nimi, przez co kilka z nich wpadło na mnie, lecz ja byłem zbyt skołowany, aby złapać jakiegoś zająca w zęby i się pożywić. Co tutaj się stało?
Jak to mówią ludzie - „Im dalej w las, tym więcej śmieci”. Tak też było. Spotykałem jakieś dziwnie wyglądające stworzenia. Był to niby ptak, ale posiadał on dwie głowy, czy zauważyłem w oddali sarnę z sześcioma nogami. Robiło się coraz dziwniej, a ja nie wiedziałem co mam teraz zrobić. Wracać? Iść dalej czy po prostu tutaj zostać?
Przemyślałem wszelkie kwestie za i przeciw postanawiając jednak, że pójdę naprzód. Zobaczę, co mnie jeszcze tutaj spotka.
Cóż na zwrot akcji nie musiałem czekać długo, gdyż usłyszałem szelest w krzakach po lewej stronie mojego ciała.
Nie zdążyłem nawet zareagować, a już leżałem na ziemi, starając się dostrzec, co właśnie przygwoździło mnie do podłoża. Z zarysu mogę określić tylko tyle, że to był inny wilk, na dodatek koloru białego, przynajmniej tak mi zdaje. Zawsze to mógł być jakiś pies myśliwski.
- Kim jesteś i co tutaj robisz?! - usłyszałem damski głos.
Czy naprawdę powaliła mnie dziewczyna? Jaki wstyd.
- Jak ze mnie zejdziesz, to ci powiem, do choinki! - warknąłem, próbując wstać.
- Nie zejdę, póki mi nie powiesz, po co tutaj przyszedłeś! Wkroczyłeś na tereny podlegające pod watahę!
- Dziewczyno, przestań w końcu krzyczeć, uszy mi więdną. Wróciłem do lasu po dłuższym czasie. Chcę po prostu zniknąć.
Po moich słowach wadera dała mi się podnieść z ziemi i cofnęła się kilka kroków.
- Co to za wataha? - zapytałem, robiąc krok w jej stronę.
Widziałem jej chwilowe zawahanie się, kiedy ściółka leśna zaczęła umierać pod moimi łapami.
Taki straszny jestem? Co za brednie, gdybym miał złe zamiary, to dawno bym się na nią rzucił.
Usiadłem i patrzyłem na nią wyczekująco Czekałem na jakiejś jej słowa, cokolwiek.
- W... Wiesz, co tutaj się dzieje? - zapytała.
- Nie, sam jestem zaniepokojony.
W tej chwili przede mną padł ptak, który właśnie przelatywał nad nami. To nie była moja sprawka, proszę mnie nie oskarżać.
Spojrzałem na to zwierzę, co było chyba złym pomysłem, bo zacząłem czuć się winny, choć nie jestem!
Zapatrzyłem się w nieruchome ciało i trąciłem je łapą. Było jeszcze ciepłe, ale czułem, że z duszy nic już nie zostało.
Nie minęła chwila, a kolejne ptactwo padło.
- Uciekajmy stąd! - krzyknęła wadera. Nie wiedziałem dokładnie, czy chcę iść za nią, ale kiedy jedno z ciał trafiło w mój grzbiet, nie czekałem długo i ruszyłem za nią.
- Gdzie ty w ogóle biegniesz?
- Do watahy. Muszę powiadomić Alfę, co się dzieje.
- A ja mam co zrobić? Biec dalej?
- Jeśli chcesz dołączyć, to porozmawiasz z Alfą.
Nie był to głupi pomysł, gdyż wiedziałem, że tam może najdę schronienie i nie będę musiał wiecznie uciekać.

***

Po dotarciu rozmówiłem się z Alfą, która okazała się waderą. Na początku patrzyła w moim kierunku niepewnie. Cóż, nie wyglądam zbyt przyjaźnie, co stawiało mnie pod wielkim znakiem zapytania. W końcu się zgodziła na okres próbny, który muszę przejść pomyślnie. Jeśli do niczego nie przyłożę łapy, to zostanę.
Wyszedłem z jej jaskini i chciałem się przejść po terenach, jednak unosząc łeb, zobaczyłem przed sobą waderę z piórkami.
- Co chcesz? - zapytałem, czekają na odpowiedź.


<Lind?>

Uwagi: Brak daty. Po "cóż" powinno się dawać przecinek. Czasem piszesz pytania, jednak nie kończysz ich znakiem zapytania. Nie wiem, czy jest reguła na to zezwalająca - nie mogę znaleźć na ten temat żadnych informacji, jednak - proszę - zwróć na to uwagę. Zdarza ci się nie oddzielać w żaden sposób wtrąceń. "(...) przynajmniej tak mnie się, przynajmniej zdaje." - domyślam się, że miałaś na myśli "przynajmniej tak mi się zdaje". Niektóre zdania mogłabyś spokojnie podzielić na kilka. "Alfa" jest u nas tytułem, który ze względu na szacunek powinniśmy pisać z wielkiej litery.