Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 2 lutego 2017

Od Dante "Kiedy zaśpiewa słowik" cz. 1 (c.d. Moone)

Grudzień 2018 r.
Cieszyłem się na wieść, że Astrid jest w ciąży. Jednak kiedy tylko mi powiedziała o tym, że przyszła do niej Desari ze strzykawką, a teraz przez to źle się czuje, zacząłem mieć podejrzenia. W końcu jak mówiła Sohara, została zaatakowana przez wilka z umiejętnością zmiany postaci. To bardzo niebezpieczne. Szczególnie, że Desari od dawna nie ma już w Watasze Magicznych Wilków. To nie mogła być ona. Ja to po prostu czułem.
Już od tygodni trwają poszukiwania śladów owego tajemniczego wilka. Nic. Kompletnie zero jakichkolwiek poszlak. Astrid ma niedługo urodzić. Boję się o nią i o szczeniaka. O ile teraz z maluchem jest podobno wszystko w porządku, tak nigdy nie wiadomo, co się stanie przy porodzie. Szczególnie, że moją partnerkę boli brzuch tak bardzo, że nie może spać po nocach. Martwię się o nią. Może nie wytrzymać przy porodzie.
Alfa zdecydowała się nawet zwolnić mnie częściowo ze stanowiska, bym mógł opiekować się żoną. Całe dnie biegałem jak szalony, starając się jej jak najbardziej udogodnić leżenie w jaskini. A to przynieść jej książkę, a to zaparzyć jakieś zioła, a to przynieść coś do jedzenia. Początkowo twierdziła, że przesadzam, jednak widząc, że nie przyjmę jej sprzeciwu i będę dalej robił swoje, dała sobie spokój i zaczęła mnie wykorzystywać jako służącego lub chłopca na posyłki. Nie przeszkadzało mi to. Ważne, żeby wypoczywała i miała dobre samopoczucie. Szczególnie w takim stanie.
Tego dnia poprosiła, abym przyniósł jej aż osiem ksiąg z biblioteki. Jako, że nie wpadłem na pomysł przyniesienia jakiejś torby lub koszyka, wszystkie ułożyłem w równym rządku na swoim grzebiecie i wolnym, równym krokiem skierowałem się w kierunku jaskini. Jednak coś z mojej głupoty zawsze pozostanie.
Kiedy byłem mniej więcej w połowie drogi, mała istotka przebiegła mi drogę, powodując, że chcąc się gwałtownie zatrzymać, spowodowałem, że książki zsunęły się z mojego grzbietu. Przekląłem w duchu. W bibliotece ktoś mi pomógł je ułożyć tak, aby się nie przewróciły, a teraz nawet sam nie dałbym rady tego zrobić. Dopiero uświadomiłem sobie, że zawsze mogę się zmienić w człowieka i zanieść to na rękach. Głupek. Zerknąłem w stronę zdumionego wilczka, który chwilę temu przegrodził mi drogę. Była to mała, chudziutka waderka o dużych, różowych oczach. Z jej grzbietu wyrastały maleńkie skrzydła.
- Przepraszam pana... Nic się nie stało? Może pomóc? - pisnęła cicho, jednak nie wyglądała na przestraszoną.
- Tak, poproszę... - mruknąłem - Czy mogłabyś pomóc mi je pozbierać?
- Oczywiście - odparła pogodnie, przesuwając łapkami i noskiem na zmianę jedną z lżejszych książek.
- Tylko błagam, nie zniszcz, bo wszystkie są z biblioteki. - Poprosiłem, zmieniając się w człowieka. To jednak jej napędziło niezłego stracha. Fakt, przemiana wyglądała dość... ciekawie. Obwąchała pospiesznie moją nogę, a kiedyś upewniła się, że jestem tą samą osobą, wróciła do porządkowania.
- Nigdy nie widziałaś przemiany w człowieka? - zapytałem, zbierając najbliższe tomy z ziemi. Ocierałem nadgarstkiem grudki zmarzniętej ziemi, które przywarły do okładek.
- Nie, jeszcze nie. Mam dopiero rok - powiedziała dumnie.
- To już duża z ciebie dziewczyna - oznajmiłem, przypominając sobie stałe teksty osób w moim wieku wobec dzieci.
- Już prawie dorosła!
- Mała kobietka - zaśmiałem się, przyjmując od niej ostatnią książkę - Tak właściwie, to jak ci na imię? Ja jestem Dante.
- Moone! - popatrzyła na stertę książek, którą trzymałem pod pachą - Umiesz czytać? Dużo tego wziąłeś. Masz tyle czasu, aby to wszystko przeczytać? Zazdroszczę, bo ja muszę chodzić na lekcje, które są taakie nudne...
- Umiem, ale nie płynnie. To dla mojej partnerki. Ja raczej nie przepadam za książkami - uśmiechnąłem się lekko - I zupełnie jak ty również chodziłem do szkoły i musiałem się uczyć. Dopiero teraz żałuję, że nie przykładałem się do nauki bardziej. Wielu rzeczy wciąż nie umiem, a miałem szansę. Dobrze ci radzę, weź się w garść i nie narzekaj na swoje obowiązki. Może i nawet to polubisz. Trochę zaangażowania, a nauczyciele będą patrzeć na ciebie przychylniej.
- Ale to głupie! Ciągle siedzieć i udawać, że się słucha. Przez ten czas mogłabym się pobawić w berka z pozostałymi szczeniakami!
- Rozumiem, o co ci chodzi, ale nic ci na to nie poradzę. Tak musi być i już. Lepiej się uczyć, żeby nie wyjść na głupka przy innych i dostać dobre stanowisko - powiedziałem cicho. Wolno ruszyłem przed siebie, jednak Moone musiała biec, aby na tych swoich krótkich łapkach mogła mnie dogonić.
- Nie rozumiesz, bo jesteś już dorosły - burknęła.
- W duchu pozostałem dzieckiem - zaśmiałem się - Musisz mi zaufać.
- Jaaasne... - mruknęła - A ta twoja partnerka lubi czytać? I skąd ma na to czas?
- Jest w ciąży i musi leżeć całymi dniami w jaskini. Nic dziwnego, że chce się czymś zająć. Jak wychodziłem, przykładowo układała drewniane klocki.
- W ciąży? Czyli będzie miała dzidziusia? - podekscytowała się Moone.
- Tak... Termin porodu zbliża się wielkimi krokami.
- Będziemy mieli nowego szczeniaka do zabawy! - wykrzyknęła radośnie.
- Prawdopodobnie.
- Basior czy wadera? Chciałabym, aby to była samica!
- A ja, żeby to był chłopiec. Nie wiemy, zorientujemy się dopiero po porodzie.
- Ale super! Nie mogę się doczekać! Będę się z nią bawić! I w chowanego! I w berka! Nowa koleżanka!
- Lub kolega - dodałem, jednak ona już mnie nie słuchała. Dalej przedstawiała swoje plany, jakie zrealizuje z moim dzieckiem lub dziećmi. Miło się tego słuchało, ale jakiś głos z tyłu głowy cały czas mi powtarzał, że przecież nawet może się nie narodzić i przy tym stracę również Astrid. Nieświadomie wbiłem paznokcie w okładkę jednej z książek. To nie mogła być prawda. Wszystko się ułoży i będziemy jedną, wielką szczęśliwą rodziną. Nawet jeśli Valka zaginęła, moi rodzice nie żyją, a Sohara ma objawy obłędu. Wszystko się ułoży... musi. Co może pójść źle?
Wszystko. Wszystko popaść w ruiny. Ja, moi bliscy i każdy z członków tej watahy. To jakaś klątwa. Szaleństwo. Zła passa. Zniszczy nas wszystkich.
- Dante, co się dzieje? - zapytała zaniepokojona Moone.
- Słucham? - odezwałem się, wytrącony ze swego rodzaju transu.
- Mruczałeś coś sam do siebie.
Czyli też oszalałem. To źle? Na pewno nie dobrze. Czemu choć raz los nie może się do mnie uśmiechnąć? Dlaczego teraz wszystko zaczęło się walić?
- Chcesz odwiedzić Astrid? Na pewno ucieszy się na twój widok.
- W sensie twoją partnerkę?
- Tak.
- I będę mogła zobaczyć, jak mała kopie? - podekscytowała się. Zdawała się całkiem zapomnieć o tym, że jeszcze chwilę temu majaczyłem.
- Pewnie tak.
- Jasne, że chcę iść! Później będę mogła powiedzieć Halsey, że widziałam, jak była w brzuszku! Na pewno mi nie uwierzy!
Zaskakujące, jak obcy szczeniak cieszył się na kogoś, kogo jeszcze nigdy nie widział. Nawet nadał jej imię. Na dziecko całkowicie obcych wilków. Przeszło mi przez myśl, że jeśli jednak stracę swoją najbliższą rodzinę, którą dopiero co udało mi się zbudować, mogę zawsze przyjąć pod opiekę Moone... Nie, nie myśl tak. Twój syn lub córka się narodzi, a Astrid niedługo potem wróci do pełni sił.
Jakiś czas później stanęliśmy przed wejściem do naszej jaskini.
- Astrid! Już jestem! Mamy gościa! - krzyknąłem u progu. Odłożyłem książki, zmieniłem się w wilka i skierowałem w miejsce, gdzie lubiła sypiać Astrid. Wtedy mnie zamurowało. Między jej łapami spoczywał nieruchomy, biały wilczek. Był naprawdę drobny. Moja partnerka leżała na boku, ledwo dysząc z bólu.
- Dobry Boże... - wyszeptałem, pospiesznie się zbliżając. As się lekko uśmiechnęła.
- Ledwo oddycha.
Dopiero z tej odległości dostrzegłem, że rzeczywiście krucha klatka piersiowa się unosiła i opadała. Futro było rzadkie, skóra trochę obwisła a pyszczek wyjątkowo szczupły. Moją uwagę przykuła dziwna, szarawa narośl na grzbiecie szczeniaka. Wyglądała jak napuchnięty strup. Nachyliłem się, aby ogrzać trochę maleństwo swoim ciepłym oddechem.
- Co się stało? - Podbiegła Moone. As dała jej znak, aby była cicho. Kiedy dostrzegła małego wilka-albinosa, trochę ją zamurowało.
- Tak wyglądają małe wilczki?
- Poniekąd - powiedziałem ostrożnie, zerkając na As. Spodziewałem się, że dziecko przejmie niebieską sierść po rodzicach, ale z jakiegoś powodu tak się nie stało.
- Dziecko listonosza? - zapytałem, z trudem powstrzymując złość.
- Danny, ale ty jesteś listonoszem - zachichotała moja partnerka. Wyglądała tak, jakby coś brała, ale z drugiej strony miała rację - Albinosy się czasem zdarzają i nie mamy na to wpływu. Może tę cechę przejęła po jakiejś dalszej rodzinie?
Skinąłem głową. Złość minęła. Patrzyłem zafascynowany na małą, zwiniętą kulkę. Niemożliwe jest, aby As dopuściła się zdrady. Nie było innej opcji. To naprawdę moje potomstwo.
- Mogę się z nią pobawić? - dopytała Moone.
- Skąd wiesz, że to dziewczynka? - zapytała zaskoczona As.
- Zgadywałam. To mogę?
- Jest jeszcze za malutka. Przez pierwszy miesiąc będzie praktycznie cały czas spać. Przykro mi - uśmiechnęła się blado.
- Oj, to za dużo!
- Ciii, bo się obudzi... - szepnąłem. Moone już się ułożyła obok śpiącego szczeniaczka, najwyraźniej z zamiarem uważnej obserwacji śpiącej kulki. Nie miałem serca jej wyganiać. Kto wie, może się kiedyś zaprzyjaźnią?
- Jak się czujesz? Już ci lepiej? Nic cię nie boli? Mała jest nakarmiona? Jak z porodem? - pytałem, w pełni świadom, że przez te godziny, kiedy mnie nie było, musiało mnie wiele ominąć.
- Jestem tylko zmęczona... I tak, już się napiła. Nie za wiele, ale lepsze to niż nic - zaśmiała się zachrypniętym głosem.
Ułożyłem się obok partnerki, wciąż nie odrywając wzroku od córeczki.
- Jak ją nazwiemy? - zapytałem.
- Halsey! - wtrąciła Moone, jednak As zdawała się jej nie usłyszeć.
- Zawsze podobały mi się imiona na literę "n". Co ty na to?
- Może być. Tylko jakie konkretniej?
- Może... - zamyśliła się - Nathalie?
- Zbyt pospolite. Nie pasuje.
- N... N... Navri?
- Brzmi w porządku. Takie... egzotyczne - zaśmiałem się cicho - Moone, proszę, nie dotykaj jej pyszczka, bo się obudzi.

<Moone?>

Uwagi: Kilkakrotnie przekręciłaś imię "Moone" na "Monne".

Podsumowanie stycznia

Oceniam ten miesiąc jako w miarę dobry, ale bez fajerwerków. Może to kwestia tego, że styczeń był miesiącem ferii zimowych (ja na przykład jak się pewnie niektórzy zorientowali po ilości op. mam teraz, hehe). Jest odrobinę lepiej, niż w poprzednich, aczkolwiek jak sami widzicie jest nas tutaj coraz mniej i muszę wyrzucać osoby, które się zapowiadały na tak dobrych członków stada... Mówi się trudno. Jedni przychodzą, drudzy odchodzą. Gorzej, jeśli nie przychodzi nikt.
Mam nadzieję, że to tylko przejściowe, a już niebawem wszystko wróci do dawnej normy. Jeśli nie... chyba doskonale wiecie, co nas wtedy czeka. Cały czas mnie to martwi.
W każdym razie jestem do końca przyszłego tygodnia do Waszej dyspozycji i odpisuję najszybciej, jak tylko mogę. Macie dobry pomysł na serię - możecie ją skierować do któregoś z moich wilków (jak ktoś się nie zorientował - na chwilę obecną jest to tylko Suzanna i Kai. Fermitate w sumie też). Właściwie jak na chwilę obecną mam tylko jedno opowiadanie do dokończenia (jeszcze rok temu zawsze miałam coś koło 11...) i jeszcze zaczynam nowe serie. Co się porobiło z tym światem. xd

Nie wiem co jeszcze dodać, chyba przedłużam już na siłę. No to zapraszam na moje trzy inne blogi (o ile ktoś ma sporo czasu i będzie nadal aktywny i tu, i tam):
Sposób na szkołę każdego dnia: Blog opowiada o codziennym życiu zwyczajnych, polskich uczniów szkoły podstawowej i gimnazjum. Jeśli ktoś chce odpocząć od siekanki japońskich animu&mango czarodziejek, magicznych wilczków, czy idealnych biszi boiów i kałai dziewczynek, jest to idealna odskocznia.
Czarne Królestwo: To same uniwersum, co Wataha Magicznych Wilków, jednak w innym klimacie, bardziej zbliżonym do średniowiecza. Królestwo to dopiero budująca się kraina, którą możesz wspomóc swoją postacią. Wszyscy członkowie są wyjątkowo ze sobą zżyci. Uroki mniejszych blogów.
Sekrety Magii: Tu akurat nie można dołączyć. Są tam moje opowiadania. Jeśli ktoś chce się bliżej zaznajomić z moją twórczością poprzez czytanie mojej ukochanej opowieści, którą plotę już od dzieciaka, to serdecznie zapraszam. Czekam również na komentarze z Waszymi opiniami na temat tej historii.

Ponadto zapraszam do korzystania z zapoznania oraz innych przygód. Przypominam również o konkursach.

Wilki, które brały czynny udział w pełnionym stanowisku:
RADA ŻYWIOŁÓW
Obecni na zebraniu: -
Kto napisał op.: -

POLOWANIA
Rano: -
Popołudnie: -
Wieczór: -

SZPITAL
Kto napisał op.: -

WOJSKO I PATROL
Kto napisał op.: -

ROZRYWKOWE I INNE
Kto napisał op.:

SZKOŁA
Kto napisał op. (z nauczycieli): -

*****************************
Leniwe Alfy:

Suzanna: 0 (+0 = 0)
---------------------------------------------
Aokigahara: 3 (+1 = 4)
Shiryu: 2  (+2 = 4) <-- Beta
Moone: 1 (+3 = 4)
Zirael: 2 (+1 = 3) <--- Gamma
Sarah: 2 (+0 = 2) <--- Delta
Kai: 1 (+0 = 1) 
Miniru: 1 (+0 = 1)
Sohara: 0 (+1 = 1)
Dante: 0 (+1 = 1)
Sierra: 0 (+1 = 1)
Renethrain: 0 (+0 = 0)
Mizuki: 0 (+0 = 0)
Serill: 0 (+0 = 0)
Yuki: 0 (+0 = 0)
Astrid: 0 (+0 = 0)
Nirvaren: 0 (+0 = 0)

Za zostanie Betą dostaje się 15 SG i 40 pkt., Gammą 10 SG i 30 pkt., a Deltą 5 SG i 20 pkt.

Okres próbny ukończyli:
Zirael: 2 (5)
Aokigahara: 3 (5)
***
Sierra: 0 (1) (masz czas do 12.02 na napisanie 3 op., inaczej będę zmuszona wyrzucić Twojego wilka!)

Skreślone są te, które nie przeszły. Wilki, które napisały poniżej 3 op. i są dość długo na watasze zostają wyrzucone, a te mające powyżej 4 op. są już pełnoprawnymi członkami. Zaznaczone na fioletowo mają drugą szansę.
Tak, ilość napisanych op. podczas okresu próbnego też ma znaczenie! 

Dodaję po 6 pkt. umiejętności i 3 pkt. mocy każdemu wilkowi (jak to zawsze czynię po podsumowaniu) za kolejny miesiąc członkostwa. 

ZAPOZNANIE, LUTY 2017

Tak dla przypomnienia - aby otrzymać bonus, należy napisać op. do osoby wskazanej przez strzałkę.
Za op. należy się bonus + 3 pkt. do wszystkich umiejętności i + 1 pkt. do mocy (liczy się tylko za pierwsze op., ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby kontynuować serię dalej. Ba! To jest nawet wskazane). Temat na op. jest absolutnie dowolny.
Abym zaliczyła op. do tej oto "promocji", wystarczy napisać pod skończonym op. "ZAPOZNANIE, LUTY 2017". :)
  1. Kai → Shiryu
  2. Dante → Moone
  3. Sohara → Miniru
  4. Suzanna → Moone
  5. Yuki → Kai
  6. Mizuki → Suzanna
  7. Sarah → Aokiharara
  8. Serill → Sierra
  9. Miniru → Sarah
  10. Renethrain → Yuki
  11. Moone → Serill
  12. Aokigahara → Renethrain
  13. Zirael → Mizuki
  14. Shiryu → Sohara
  15. Sierra → Dante
W razie pytań... zapoznanie październikowe wciąż jest aktualne. Jego ważność zakończy się dopiero w momencie ogłoszenia zapoznania listopadowego, więc wciąż można na nie pisać op. Link: klik!

środa, 1 lutego 2017

Od Kiiyuko "Co do..." cz. 4

 Najprawdopodobniej lato 2017 r.
Kilka godzin temu byłam w szpitalu. Chciałam zobaczyć, w jakim stanie są jest dwójka poszkodowanych członków watahy. Nikt dokładnie nie wiedział, co się stało. O ile w przypadku Astrid było oczywiste, że została zaatakowana, tak Kazuma pozostawała jedną wielką zagadką. Przynajmniej dla mnie. Choć była dla mnie całkowicie obca, praktycznie czułam jej ból.
Zaniepokojenie. To jedyna rzecz, która towarzyszyła mi przez najbliższe godziny. Brak możliwości snu, nerwowe chodzenie w tę i we w tę. Pod skórą czułam, że ma się coś wydarzyć. Jeszcze nie wiedziałam, co. Coś na pewno.
Nie chciałam jeść, ani pić. Chodziłam i myślałam. To napięcie było wprost nie do zniesienia. Nawet nie mogłam zgrywać słynnej, wesolutkiej Kiiyuko. Zbyt przejęta byłam własnymi rozmyślaniami. Dlaczego niczego nie pamiętałam? Co się działo wcześniej? Nikt mi nie powiedział całej prawdy. Dopiero teraz zaczęłam żałować, że wcześniej nie wypytywałam dogłębniej pozostałych wilków o swoje losy. Brakowało mi wielu elementów tej chorej układanki. Zdołałam się domyślić, że jestem starsza, niż początkowo podejrzewałam. Mam więcej, niż raptem trzy lub cztery lata. Czy zawsze nazywana byłam Kiiyuko? To jedna z niewielu rzeczy, których jestem pewna. Członkowie stada wymawiają moje imię z takim przekonaniem, jakby powtarzali je przez całe swoje życie.
Znałam wszystkich, ale samej siebie nie. Niby taka dobra przyjaciółka, a siebie samą znienawidziłam. Potrzebowałam do tego zaledwie kilku godzin. Dotychczas, żyjąc szybko nie miałam takich rozmyślań. Liczyło się tu i teraz. Nie wpadłam na to, że zaczepienie losowych imprezowiczów w Mieście, wpakowanie się do ich samochodu i wspólny wyjazd wcale nie był takim dobrym pomysłem. Skończyło się wypadkiem. Oni trafili do szpitala... ja... cóż, jestem nieśmiertelna. Nic mi się nie stało. Wtedy nawet nie myślałam o tym, że mogą być chorzy do końca życia. Co najgorsze, podobnych wybryków miałam więcej. Coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę z własnej głupoty.
Na co ja tak właściwie czekam? Aż coś się wydarzy? Czy może raczej powinnam sama pchnąć akcję do przodu?
- Kiiyuko... - usłyszałam słaby, bardzo zachrypnięty głos. Z przestrachem się odwróciłam. Przede mną stał nie kto inny, jak Kazuma. Wyglądała tak, jakby miała zaraz upaść i już nigdy nie wstać. Jej całe ciało było rozdygotane. Wyczerpane do granic możliwości.
- Matko... - wyszeptałam. Zignorowała moją reakcję, wykonując dziwny ruch głową.
- Chodź...
Wskazywała mi drogę. Niepewnie ruszyłam w kierunku, który pokazywała pyskiem. Chwiejnym krokiem postąpiła za mną. Szłam na tyle wolno, że już po chwili zrównała się ze mną. Choć widziałam ból na jej pysku i determinację, nigdzie się tak właściwie nie spieszyła.
- Gdzie idziemy? Pozwolili ci wyjść ze szpitala?
Nie odpowiedziała. Była skupiona na tym, gdzie idzie. Często mrugała zapuchniętymi oczami. Wyglądała jak straszydło. Ilekroć dokładniej przyglądałam się jej poranionej, brudnej i zarobaczonej skórze, zbierało mi się na wymioty. Jak ona z tym wytrzymywała?
Minęłyśmy Zielony Las, wkraczając tym samym w teren zalany pomarańczowymi liśćmi.
- Jesteś byłą Alfą Watahy Magicznych Wilków. Zawsze siadałaś pod Pomarańczowym Drzewem, by wygłosić różne ważne informacje. Słuchali cię. Mieli cię za autorytet. Wszystko się dobrze układało - powiedziała to w taki sposób, jakby sporo wypiła - wolno i nie całkiem wyraźnie. Spojrzałam na nią zdumiona.
- Co?
- To co usłyszałaś - warknęła cicho.
Następnie przeszłyśmy obok Drzewa Wiedzy. Nie tuż pod nim, lecz w pewnej odległości. Wiedziałam, że było ono tak samo ważne, jak i niebezpieczne. Patrzyłam na nie z fascynacją. Nigdy nie byłam tak blisko. Nie miałam właściwie powodu, by zapuszczać się w te tereny.
- Często tu przychodziłaś. Nigdy nie wiedziałaś, po co. Lubiłaś patrzeć na to drzewo. Zupełnie jak nagrobki swoich bliskich. Zbliżałaś się zawsze do tego, co niebezpieczne. Nigdy jednak na tyle, by bezpośrednio zagrozić samej sobie.
- Nagrobki? - zapytałam drżącym głosem. Wchodziłyśmy na teren Żółtego Lasu. - To w takim razie jak długo już żyję?
- Dokładnie dwanaście i pół roku.
Z sykiem wypuściłam z płuc powietrze. Tego się nie spodziewałam. Sądziłam, że mam w granicach może ośmiu lat... ale nie więcej. Wtedy coś jeszcze zrozumiałam.
- Skoro jestem byłą Alfą... dlaczego zdjęto mnie ze stanowiska?
- Oddałaś je córce.
Suzanna to moja córka. Zrobiło mi się trochę słabo. Dlaczego akurat Kazuma chciała mi powiedzieć o tym wszystkim? Dlaczego teraz? Chciała to zrobić przed śmiercią? Czemu? Do moich oczu napłynęły łzy. Już niczego nie rozumiałam. A co jeśli cały czas mnie okłamywała? Nie, ta wersja jednak miała w sobie coś, co dawało mi poczucie, że to jednak prawda.
- Często przychodziłaś z nią tutaj, kiedy była mała. Razem z Rafaelem. Czasem nie było was całe dnie, bo bawiliście się w podchody.
Mój oddech zrobił się cięższy. Łapy mi drżały.
- Rafael? To mój partner, tak?
Skinęła głową.
- Dał ci ten naszyjnik - mówiąc to, spojrzała na srebrny wisiorek w kształcie gwiazdy. Słowa ugrzęzły mi w gardle. Jak to? Jak wiele jeszcze przegapiłam? Ile pięknych chwil?
Przez kilka minut szłyśmy w kompletnym milczeniu. Wciąż nie mogłam przyjąć tego wszystkiego do wiadomości. To się nie działo naprawdę. To niemożliwe. Dlaczego chciałam tego wszystkiego zapomnieć? Co mnie do tego skłoniło? A może to był tylko głupi wypadek? Byłam szczęśliwa, ale ktoś mnie zmusił do wypicia tej cholernej wody?
Wkroczyłyśmy do Parku w watasze. Róże o tej porze rozwinęły się do swej pełni okazałości i pyszniły się soczystym, różowym kolorem. Zerwałam jedną i przytrzymując w długim ogonie, wąchałam. Czyli róże to moje ulubione kwiaty? Zerknęłam na Kazumę. Nie patrzyła na mnie. Zdawała się być zamyślona. Zamyślona i cierpiąca. Odczuwałam silną chęć pomocy, jednak wiedziałam, że ta mnie odtrąci. Nie chciała czyjegoś wsparcia. Już mi chyba nawet kiedyś o tym mówiła. Było mi jeszcze bardziej jej żal.
Weszłyśmy do Różowego Lasu, na co zerknęłam na nią rozbawiona.
- To miejsce dla zakochanych. Nie mów tylko, że chcesz mi się oświadczyć.
Prychnęła tylko i zmieniła temat:
- Mówiłaś, że zawsze chciałaś pokazać to miejsce synkowi. Będąc jeszcze w ciąży biadoliłaś o tym, że nie możesz się już doczekać, aż tutaj się zaręczy ze swoją ukochaną.
- To ja mam jeszcze syna? - zapytałam. Wszystko to zdawało się być jeszcze bardziej nieprawdopodobne. Kazuma skinęła głową.
- Co się z nim stało? Jest w watasze? Czy może poszedł w świat? Dlaczego Suzi jest Alfą, a nie on?
Na to już nie odpowiedziała. Odwróciła głowę. Westchnęłam, rozczarowana. Czyli jednak nie zamierzała mi powiedzieć wszystkiego.
- Dlaczego tak właściwie mi to wszystko mówisz? I skąd to wiesz?
- Jestem twoją siostrą.
Aż zachłysnęłam się powietrzem.
- Co?
- Czy ty naprawdę musisz dziwić się takimi głupotami? - prychnęła z dezaprobatą.
- Wybacz, to wszystko to dla mnie kompletna nowość... i... to jest dla mnie trochę... zaskakujące. Nikt mi o tym nie powiedział. I ty... ty...
Spojrzała na mnie pytająco.
- Nie jesteś do mnie w ogóle podobna. Która z nas jest starsza? - zapytałam, uśmiechając się krzywo.
- Ty. Szczegóły naszej jakże wzruszającej historii rodzinnej już sobie daruję. Zostawię to na inny raz.
- Nie obraź się, ale może już nie być innego razu. Umierasz - powiedziałam cicho. Odzyskać siostrę i zaraz potem ją stracić. Nawet jeśli wygląda jak straszydło i zachowuje się jak bestia bez serca. Jednak pozostajemy rodziną, a rodziny nie powinno się odtrącać.
- I dobrze - mruknęła, zanosząc się kaszlem. Pluła drobinami krwi. Niedobrze. Zaczęłam panikować. Kazuma prawie, że upadła. Kiedy atak już minął, wyprostowała się, otrząsnęła i jak gdyby nigdy nic szła dalej. Pomijając, że łapy jej się trzęsły jak oszalałe.
- Może ci pomóc...?
- Nie - warknęła.
Ziemia zaczęła się robić coraz wilgotniejsza. Zerknęłam zaskoczona na siostrę (dziwnie się czułam, myśląc o niej w ten sposób), jednak ta nie wyglądała na ani trochę wystraszoną. Nigdy nie byłam w tym miejscu. Stopniowo różowe drzewa zaczęły się przerzedzać, a my brodząc już po kolana w wodzie, brnęłyśmy dalej. Zaczęłam się poważnie niepokoić.
- Kazuma, gdzie idziemy?
Otworzyła pysk, żeby mi odpowiedzieć, ale nagle jej kręgosłup wygiął się w łuk, a ona wrzasnęła. Krzyk był wprost ogłuszający. Aż się skuliłam. Nie pasował do niej. Był zbyt silny, piskliwy i... dziewczęcy. Z jej ciała zaczęły odchodzić fragmenty czarnego, zniszczonego futra, lecąc do góry i zupełnie, jakby się spalając. Pod spodem pojawił się przeszywający blask. Rozpadała się?!
- Kazuma! - krzyknęłam, starając się podbiec, jednak odbiłam się o coś, co musiało być niewidzialną ścianą. Tymczasem od mojej młodszej siostrzyczki odchodziły teraz już całe płaty skóry. Dopiero po chwili daremnych prób rzucania się jej na ratunek ze wszystkich stron, zauważyłam, że pod spodem znajdowało się idealnie białe, lśniące futro. Czyżby Kazuma wychodziła z kokonu niczym gąsienica przeobrażająca się w motyla? Jak na zawołanie spod jednego z odpadłych płatów starego ciała wyłoniło się wielkie, białe skrzydło. Z wrażenia o mało nie upadłam. Za chwilę to samo stało się z drugiej strony. I wtedy... blask zniknął. Nie zmieniła się do końca. Posłała mi przerażone spojrzenie, a później... upadła.
Prędko do niej podbiegłam, rozbryzgując we wszystkie strony wodę. Nie spotkawszy oporu ze strony żadnej niewidzialnej ściany, wyłowiłam ją na coś, co chyba mogłam nazwać brzegiem. Zaczęła kaszleć, wypluwając wodę zmieszaną z krwią, a później gwałtownie nabrała powietrza. Podniosła się.
Zaniemówiłam. Teraz podobieństwo do mnie było natychmiast zauważalne. Stała się jeszcze szczuplejsza i drobniejsza ode mnie, miała młodsze rysy pyska i piękne, fiołkowe oko. Futro przypominało trochę w dotyku biały aksamit. Cała lśniła... Pomijając szarawe plamki dawnego futra, które było krótkie i zniszczone. Część pyska również pozostała w niezmienionej formie. Jedno z oczu wciąż było jaskrawozielone.
- Twój medalion... - wyszeptała. Spuściłam łeb. Jeden z noszonych przeze mnie talizmanów, tym razem ten symbolizujący słońce połączone z księżycem, unosił się. Dosłownie lewitował. Nie zauważyłam tego w tym całym zamieszaniu. Już miałam coś powiedzieć, kiedy poczułam znajome mrowienie na plecach. Kiedy się odwróciłam, dojrzałam swoje własne, nieco mniejsze od tych Kazumy, skrzydła.
- Wygląda na to, że wróciłam do bycia Amzuką - uśmiechnęła się nieśmiało moja siostra. Nie miałam już nawet chęci pytania, o co jej chodziło. Liczyło się to, że teraz nagle była już całkowicie zdrowa. - Wiesz co... Wydaje mi się, że to wydarzyło się przez to, że doszłam do wniosku, że nie warto zgrywać absolutnie złej. Nikt nie jest czarny ani biały... Nie mogłam się z tym pogodzić. Od dawna dusiłam w sobie chęć powiedzenia ci prawdy. Teraz... zdaje mi się, że mamy przed sobą całą wieczność.
- Co masz przez to na myśli?
Zadarła łeb do góry. Mrużyła ślepia, wpatrując się w białe chmury.
- Widzisz... tam u góry było kiedyś Królestwo Pór Roku. Wilki mieszkające tam władały nad prognozą pogody oraz były pośrednikami Niebios. Ty jesteś kluczem. Pomimo tego, że rzekomo nie możesz tam nigdy powrócić, sądzę, że możemy spróbować. Odbudować nasze rodzime Miasto Pogody. Od lat nie było mowy o całkowitej harmonii. Możemy to zmienić. To właśnie brak Królestwa Pór Roku powodował większe zamieszanie na Ziemi.
Patrzyłam na nią w bezruchu. Skąd ona u diaska to wzięła? I skąd o tym wszystkim ma taką wiedzę?
- Skąd ta pewność, że możemy wrócić?
Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę.
- Jakkolwiek głupio to nie zabrzmi, miałam wizję, kiedy tak leżałam w szpitalu.
- Jaką? Od kogo?
Prychnęła. Jednak jakiś ślad po jej poprzednim wcieleniu zawsze pozostanie.
- Naprawdę, nie musisz zadawać tylu pytań. Nie wiem, ale sądzę, że powrót na górę może być jedyną możliwą szansą uzyskania odpowiedzi.
- I co? Będziemy mogły tutaj jeszcze wrócić?
- Wątpię.
- Możemy chociaż iść się pożegnać...? Chciałabym powiedzieć córeczce, że ją kocham... - powiedziałam, czując spływającą po policzku łzę.
- Byle szybko - westchnęła. Uradowana wzbiłam się w powietrze i najszybciej jak tylko byłam w stanie, poleciałam w kierunku centrum watahy. Kazuma - a raczej Amzuka - frunęła tuż za mną, jednak jej skrzydła były dużo mniej pewne. Chwiała się. Kilka razy o mało nie wpadła na jakieś drzewo.
Odnalezienie Suzanny wcale nie było takie trudne. Była zajęta nerwowym chodzeniem po terenach. Kiedy się zbliżyłam, zadarła łeb i otworzyła szerzej zdumione oczy. Uśmiechnęłam się do niej. Zerknęła również na Amzukę. Widziałam na jej pysku duże zdezorientowanie.
- Córeczko... już tutaj nie wrócimy... Chciałam ci powiedzieć, że cię kocham. Zawsze kochałam. Nawet jeśli przez długi czas nie wiedziałam, że jesteśmy rodziną. Wiem, jak to idiotycznie brzmi. A teraz... musimy odejść. Mamy ważną misję do spełnienia. Już się raczej nigdy nie zobaczymy.
Nie zdążyłam dodać czegokolwiek więcej, bo medalion prysnął lśniącym promieniem, który wybił mnie i Amzukę wysoko, w górę. Leciałyśmy w zawrotnym tempie. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale nie mogłam powstrzymać falujących skrzydeł. Ziemia była coraz dalej od nas. Co teraz? Nie zdołałam się nawet dobrze pożegnać!
Wylądowałyśmy na chmurze, tuż przed częściowo zniszczoną, złotą bramą.
- Wygląda na to, że to właśnie jest nasze powołanie. Odbudować tę krainę. Nie mamy teraz innej opcji - oświadczyła Amzuka, a kiedy się odwróciła, w zdumieniu dostrzegła, że się rozpłakałam na dobre.