Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

sobota, 31 grudnia 2016

Od Sohary "Powrót Purpurowego Huraganu" cz. 3

Jesień 2018 r.
Minęło kilka tygodni, może i nawet miesięcy. Cały czas nie mogłam się pozbyć przeświadczenia, iż jestem śledzona. Nie ważne, gdzie szłam. Ciągle to samo spojrzenie. Bałam się. Coraz częściej unikałam dyżurów w WhyPaw-ie, przez co grozili mi, że mnie wyrzucą. Choć obowiązywała tam dość spora dyscyplina, z jakiegoś powodu ja akurat jak się okazuje byłam uprzywilejowana. Na samych pogróżkach się skończyło.
Wypalając już drugą paczkę papierosów tego dnia, minęłam stalowe drzwi wejściowe do tajnej bazy naszej organizacji.
- Haro! - Wykrzyknął rozradowany mój partner.
- Daruj sobie, Jayson - Odpowiedziałam nieco mrukliwym głosem. Spowodowały to pewnie ilości fajek, które jestem w stanie dziennie wypalić.
- Brzmisz jak stara baba - stwierdził po chwili wahania. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie i usiadłam przy zakurzonym i obsypanym papierami biurku. Oparłam nogi o jego blat i strząsnęłam popiół z papierosa do popielniczki.
- Dawno cię coś nie było - skomentował ostrożnie Lary, który tradycyjnie siedział przy swoim biurku i porządkował akta spraw.
- Gdzie jest Madeen? - zmieniłam temat, rozglądając się po bazie. Zrobiło się cicho. Spojrzałam podejrzliwie na towarzyszy.
- Ona... zginęła na misji - powiedział po chwili Jayson. Popatrzyłam na niego w osłupieniu. Miał spuszczony wzrok. - Jedna z watah posiadła tajemniczą moc i rozerwało ją na strzępy.
- Która? - przemówiłam przez zaciśnięte gardło - Która wataha?
- Niejaka Wataha Błękitnego Snu. Należały do niej wilko-elfy, które czerpały moc z magicznego kamienia.
- Czyli już ich nie ma? - zapytałam. Ręka z papierosem zastygła mi w połowie drogi.
- Nie ma. Ulotnili się, gdy zaginął ich kamień. Niestety też nie wiemy, co się z nim stało - wyjaśnił Lary mocno zmęczonym głosem.
- Nie możemy wykryć jakiegoś silniejszego źródła mocy...?
- Nie - odpowiedział krótko mężczyzna, nachylając się nad notatkami. Znowu zrobiło się cicho. - I uważaj, żeby niczego nie podpalić. Te papiery są naprawdę ważne.
Z westchnieniem zdusiłam niedopałka w popielniczce i tam zostawiłam. Przez chwilę jeszcze unosił się z niego szary dym. Ta cisza stawała się irytująca. Nawet Jayson nie gadał jak opętany i nie włączał radia z tymi jego ckliwymi balladami o nieobchodzących nikogo bzdurach. Sama już nie wiedziałam, czy to ja popadam w obłęd, czy może rzeczywiście nic nie wyglądało tak, jak powinno. Do naszej części bazy wszedł Urlich z kolejnym plikiem kartek, który odłożył na biurko Lary'ego, ale on również niczego nie powiedział. Poszedł. W końcu nie wytrzymałam i wypaliłam:
- Jestem tutaj tylko i włącznie przez przywileje, prawda? Dzięki byciu córką jednego z Purpurowych Bliźniaków?
Jayson i Lary zesztywnieli. Żaden niczego nie powiedział.
- Mam rację, czyż nie? - warknęłam, zdejmując nogi z blatu biurka. - Przyznajcie to.
- Takie decyzje podejmuje się w centrali. To nie zależy od nas. Musiałabyś tam postawić to pytanie... - powiedział w końcu najstarszy z nas. Prychnęłam i zerwałam się z krzesła. Wyszłam z pomieszczenia i niemalże pobiegłam przez korytarz, prowadzący do serca całej podziemnej bazy, w gdzie znajdowały się kwatery wszystkich agentów. Nie pukając wpadłam do najpotężniejszej sali, w której mieściło się dowództwo. Kilku z ludzi obejrzało się na mnie w fotelach nie kryjąc lekkiego zdumienia. Zastępca przywódcy czerwony na twarzy podniósł się z siedzenia.
- Soharo Purpura, proszę nie przerywać w naszej obradzie, inaczej będziemy zmuszeni pani dać ostrzeżenie...
- Ostrzeżenie?! Każdy inny Kowalski byłby już wyrzucony na zbity pysk! - podeszłam bliżej, zaciskając ręce w pięści. - Widzicie we mnie moją matkę, prawda? A może wujka? Jeśli tak, to wiedzcie, że nie jestem nimi i nigdy nie będę. Dlaczego zostałam przyjęta JA, a nie Dante? To jest przecież jego marzenie! JEGO, a nie MOJE!! - Krzycząc ostatnie słowo uderzyłam pięścią w szklany stół. Blat w tej samej chwili pękł, a moja ręka została zalana deszczem ostrych odłamków. Automatycznie ją cofnęłam i z przerażeniem patrzyłam, jak cała porozcinana pokrywała się czerwoną, gorącą cieczą.
- WYNOŚ SIĘ STĄD! - ryknął w końcu mój szef - Skoro nie chcesz, abyśmy spełnili życzenie twojej matki, masz się stąd WYNIEŚĆ, i to W TEJ CHWILI!
Był naprawdę wściekły. Na roztrzęsionych nogach wyszłam z sali. Choć tego właśnie chciałam, teraz zaczęłam mieć wątpliwości. Przecież to właśnie sprawiało, że czułam się w jakiś sposób wartościowa i miałam środki do przeprowadzania różnych śledztw. Kiedy stanęłam w drzwiach naszej obskurnej i zaśmierdłej dymem papierosowym bazie, po moich policzkach pociekły łzy. Przyciskałam zranioną rękę do piersi, dlatego koszulkę również miałam brudną. Gdy tylko Jayson mnie zauważył, natychmiast oderwał się od biurka, o które tak lubił się opierać i spoglądając na moją rękę, mocno zaszokowany zapytał:
- Co się stało?
- To, czego chciałam - wymamrotałam, czując, że moja ręka robi się zimna.
- Lary, dawaj apteczkę! Trzeba wyciągnąć te odłamki - wydał rozkaz, próbując wyciągać palcami większe ze szkieł. Przez zaciśnięte zęby wydawałam z siebie ciche okrzyki bólu. Byłam wściekła i rozżalona. Tracąc siły w nogach, oparłam się o ścianę, a następnie osunęłam na ziemię. Jayson przykucnął tuż obok, nie przerywając pracy. W końcu dostąpił do nas również Lary z pęsetą w ręce. Kiedy już po części zatamowali krwawienie opatrunkiem z grubą warstwą bandażu, spróbowałam uśmiechnąć się przez zły, ale zapewne wyglądało to raczej jak jakiś cierpki grymas bólu. Mój partner ostrożnie zdjął z mojego nosa okulary i za pomocą chusteczki delikatnie otarł łzy. Zdrową ręką sięgnęłam po całe pudełko leżące na stoliku obok i ocierałam drugi policzek, ale nie mogłam przestać płakać. Próba wydmuchania nosa również nie skończyła się do końca dobrze.
- Haro, co się stało? - zapytał ponownie zmartwiony Jayson. Wzięłam głęboki wdech.
- Od dziś tutaj nie pracuję.
- C-co? - odwrócił twarz w kierunku Lary'ego, który również wyraźnie osłupiał. Nie wiedzieli, co powiedzieć. - Odchodzisz?
Skinęłam głową, bo nie wiedziałam, co innego powiedzieć. O swojej głupocie? Wolałam, aby dowiedzieli się już po moim odejściu. Po ich twarzach widziałam, że się naprawdę martwili. Lary powoli wstał na równe nogi.
- Nadal będziemy się widywać, prawda? - zapytał Jayson roztrzęsionym głosem.
- Raczej nie...
Nim zdołałam dodać cokolwiek więcej, poczułam na swoich ustach ciepło warg mojego partnera. Miałam wrażenie, że cały świat wywrócił się w tej chwili do góry nogami. Wplótł drżące palce w moje włosy, a ja byłam zbyt zaskoczona, by jakkolwiek zareagować, więc po prostu położyłam roztrzęsione dłonie na jego ramionach, kiedy Lary głośno odchrząknął. Niemalże o nim zapomniałam. Jayson pospiesznie się ode mnie odsunął. Jakaś cząstka mnie była z tego powodu zawiedziona. Poczułam również, że teraz cierpiało również moje złamane serce. Już nigdy go nie zobaczę. Wyglądało na to, że w ten sposób zadeptałam jego szansę na większe uczucie. Jak mogłam być tak ślepa i nie dostrzec, że on mnie kochał? Mogliśmy... mogliśmy...
- Chyba powinnam się już zbierać - powiedziałam, spoglądając nerwowo za drzwi prowadzące na korytarz. Do oczu ponownie zebrały mi się łzy. Nie chciałam, aby dostrzegli, że się załamuję.
- Może da się zrobić coś, abyś wróciła...? - zaproponował Lary, który najwidoczniej zorientował się, że żałuję swojej decyzji. Nie odpowiedziałam, tylko wstałam z podłogi. Podeszłam do szafki przeznaczonej dla mnie i wyciągnęłam z niej torbę zostawioną kilka tygodni temu. Zarzuciłam ją na ramię, delikatnie przymknęłam drzwiczki i nim odeszłam, zatrzymałam się na chwilę w progu.
- Żegnajcie...
Nie odpowiedzieli. To była jedna z niewielu momentów, kiedy ani Lary, ani Jayson nie mieli żadnego pomysłu, co zrobić. Wyszłam tylnymi drzwiami bazy. Na dworze już panował półmrok. Wypuściłam z płuc powietrze i na miękkich nogach odeszłam. Zadeptałam wyraz dobrej woli mojej mamy. Nigdy nie mówiła mi, w jakiej roli mnie widzi. Nigdy nie sądziłam, żeby to właśnie ona poleciła mnie WhyPaw-ie. Była przecież taka opiekuńcza... czemu wybrała mnie, a nie jego? Dante byłby zachwycony. Ja wyłącznie czuję się teraz zawiedziona sobą. Co ją do tego skłoniło? Albo... kto?
Zamarłam, czując ponownie na sobie świdrujące spojrzenie. I tak nikogo tam nie ma - myślałam - tylko ci się zdaje. Idź dalej i zignoruj to uczucie. Jednakże były ono znacznie wyraźniejsze, niż zwykle. Powoli odwróciłam się za siebie i o mało nie upadłam, widząc za sobą ludzką sylwetkę. Poznałam go od razu. Mężczyzna z mojego snu. O orzechowych oczach i twarzą skrytą za maską. Oparłam się o najbliższe drzewo, czując się tak, jakby wymierzył mi cios w brzuch.
- Kim jesteś i czego chcesz? - zapytałam przez zaciśnięte gardło. Połowa jego twarzy była nadal widoczna, więc dostrzegłam, że się uśmiecha. Powoli zaczął się zbliżać w moim kierunku.
- Wiem, kim jesteś, córko Valixy Purpury i Przeklętego Leonadra, zwanego również Shadow'em. Wiem również, czego najbardziej od życia pragniesz.
Z bijącym sercem wycofałam się o kilka kroków, a później tracąc grunt pod nogami, upadłam do dołku w ziemi. Stał tuż nade mną.
- K-kim jesteś? - ponowiłam pytanie. Zrobiło mi się duszno. Przykucnął tuż obok mnie i pogładził mój policzek swoją dłonią. Patrzyłam w jego ciemne oczy, nie wiedząc, cóż innego mogłabym w tej sytuacji uczynić.
- Potrzebujesz choć krzty zrozumienia i prawdy. Ja ci mogę je zaoferować.
Gwałtownie odepchnęłam jego dłoń, dźwigając się sprawnie na równe nogi. Jako, że oparłam się  na zranionej ręce, znowu uderzyła mnie fala bólu. Mimowolnie skrzywiłam się na twarzy. On również wstał. Swoją zręcznością zaczął mi przypominać kota.
- Mogę ci ją uzdrowić, jeśli tylko tego zechcesz - zaoferował ze stoickim spokojem.
- I co? W zamian mi odetniesz drugą? - syknęłam, ponownie starając się wycofać, lecz tym razem kątem oka spoglądałam, czy na nic nie wejdę. Zaśmiał się lekko. Nawet rozbawiony zadał się być strasznie męski. Przeszły mnie ciarki. Jayson był przy nim płaczliwą dziewczynką. Nie podobało mi się to wszystko.
Nagle rzuciłam się przed siebie sprintem. Od bazy dzieliło mnie raptem trzysta metrów. Nawet się nie zmęczyłam, kiedy gwałtownie otworzyłam drzwi i z hukiem zatrzasnęłam je za sobą. Miałam problem ze złapaniem oddechu raczej ze strachu.
- Szybko wróciłaś - powiedział zaskoczony Jayson. Odwróciłam się przez ramię.
- Tam ktoś jest. On... mi... obiecał dziwne rzeczy - oznajmiłam, nie mogąc do końca ubrać tego w słowa. Jayson uniósł brew.
- I nie mogłaś mu po prostu przywalić z pięści?
Nie odpowiedziałam. Rzadko kiedy bywało, abym w takiej sytuacji nie śmiała tego zrobić. Miał w sobie coś, co powodowało, że nawet nie miałam chęci uczynienia mu krzywdy. Niewidzialna aura nietykalności. Jayson sprawnie pochwycił zestaw ostrzy do rzucania oraz pierwszy lepszy pistolet. Ostrożnie wychylił się zza drzwi z uniesioną bronią, a kiedy upewnił się, że nie ma nikogo w pobliżu, udał się na przeczesanie okolicy. Oparłam się o ścianę. Musiałam jakoś uspokoić oddech.
- Kawy? - zaproponował ostrożnie Lary, na co ja pokręciłam głową. Choć miałam wrażenie, że na mojej klatce piersiowej zacisnęła się stalowa obręcz, wygrzebałam z kieszeni spodni nieco spłaszczoną od upadku paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Kiedy wrócił Jayson, niemalże skończyła mi się fajka.
- Haro, jesteś pewna, że ktoś tam był? Niemożliwe, aby zdołał uciec w tak krótkim czasie, szczególnie że nasza baza znajduje się na zboczu góry... Zauważyłbym go - posłał mi zrozpaczone spojrzenie. Prawie upuściłam papierosa. Niemożliwe jest, abym miała zwidy.

<C.D.N.>

Uwagi: Pisz częściej op., abym nie musiała Ci non stop wpisywać zagrożeń!

niedziela, 25 grudnia 2016

Od Sierry "Powrót" cz. 1 (cd. Kai)

Granica drzew dała mi znać, że dotarłam do Polany. Nawet nie pamiętałam, jak ona się nazywała, ale zapach stada był nie do pomylenia – to zdecydowanie był mój dom.
Wataha Magicznych Wilków.
Przyspieszyłam, chociaż czułam, że te miesiące wędrówki zupełnie mnie wykończyły i osłabiły organizm. Moje łapy monotonnie uderzały w liście wyściełające leśne podłoże, a że mnie upływała wszelka energia.
A czego ja się, do jasnej cholery, spodziewałam?
Że po połowie roku spędzonej na szukaniu Kai'a, a później watahy, będę w pełni sił?
Wycieńczenie dopadało mnie w każdej części ciała, ale nie podawałam się i biegłam dalej, ku światłu, które przedzierało się przez ostatnie pnie drzew.
W końcu wypadłam na polanę, a kilka wilków spojrzało na mnie że zdziwieniem i przerażeniem.
No tak, przecież uznali, że umarłam, a wyglądałam podejrzanie, jako czarny, wychudzony wilk, oblepiony zaschniętą krwią.
Grupka wilków ruszyła w moim kierunku, dyskretnie powarkując. Nie miałam siły na posłanie im choćby ironicznego uśmiechu, a co dopiero jednego z moich stępionych noży... Dlatego stałam, trzęsąc się jak ten idiota, że zjeżonym futrem i wysuniętymi kłami.
Widząc, że nie jestem w tej chwili zagrożeniem, grupa zbliżająca się do mnie przewróciła mnie bez problemu.
– Zabierzemy cię do Alfy, złociutka. – zacmokał jeden z wilków złowieszczo. – Od kiedy są z nami wilki z Watahy Czarnego Kruka, nie miałem szansy zobaczyć żadnej dobrej egzekucji.
Po tych słowach jego pięść wylądowała bezbłędnie na mojej potylicy, a ja straciłam przytomność.
***
Odzyskałam świadomość w jakimś duszącym pomieszczeniu, czując dojmujący ból głowy. Czułam, że jestem skrępowana, a moje oczy są zakryte czymś, co cuchnęło pleśnią. Mój umysł, pozbawiony stymulacji, podesłał mi jedynie wizję przedostatniego dnia mojej tułaczki.
Od dwóch dni nie miałam nic w pysku. Już dawno temu pogodziłam się z myślą, że już nie znajdę Kai'a, ale to przekraczało już moje możliwości – mówię tutaj o utracie zdrowia, resztek człowieczeństwa oraz watahy. Moja psychika nie wytrzymywała ciężaru wspomnień, bolesnych i niemożliwych do wytrzymania w normalnej sytuacji (a co dopiero teraz), co w połączeniu z wycieńczeniem fizycznym wiązało się z nikłą szansą dotrwania do końca tej wędrówki – terenu jakiejkolwiek watahy. Wyliczyłam, że moje szanse są niemal zerowe, jeśli chodzi o prawdopodobieństwo osiągnięcia sukcesu.
Wlokłam się krok za krokiem, a w moim umyśle pojawiła się rozpaczliwa myśl: "Chciałabym powiedzieć temu debilowi, że go kocham..."
"Że go kocham..."
"Kocham..."
Moje rozmyślania przerwał huk, oraz warknięcie osiłka, który zapewne mnie pilnował (jedyne, co nie ucierpiało na mojej wędrówce, to słuch):
– Alfa chce cię widzieć.

<Kai? Gdzie znajdziesz Sierrę?>

Boże Narodzenie

Chyba przyszła pora na życzenia.
Co z tego, że większość z Was pewnie składa je sobie w Wigilię... ja jednak sądzę, że dzisiaj są tak samo, a może i nawet bardziej ważne, gdyż "wigilia" oznacza dzień przed. Czyli dzisiaj jest prawdziwe Boże Narodzenie. Sądzę, że wiecie, o co chodzi.
Niestety nie jest najlepsza w składaniu życzeń, więc po prostu napiszę, że chciałabym, abyście zdołali spełnić swoje wszystkie marzenia już teraz, w przyszłym roku lub innym, niedalekim czasie. Dużo szczęścia, pomyślności i zdrowia. Poza tym oczywiście również weny oraz rozwijania swoich pasji bądź odkrycia nowych. Dobrych ocen w szkole (o ile nadal się uczycie), prawdziwych przyjaciół i tak dalej...
To chyba tyle. Wiem, niezbyt to oryginalne, ale cóż poradzić.
Znalezione obrazy dla zapytania deviantart photo christmas

Pozdrawiam i do zobaczenia!
Alfa Suzanna/Adminka Simka Animka

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Od Miniru "Nowonarodzona" cz. 6 (C.D. Zirael)

Kwiecień 2018
  Martwiłam się o Zirael, bo od dłuższego czasu nie wracała. Może coś jej się stało? Kręciłam się po mojej jaskini bez celu. Bałam się wyjść, mogłabym kogoś skrzywdzić... Tak jak prawie... Na samą myśl przeszły mnie dreszcze. Przez jakiś czas się jeszcze wahałam. W końcu, gdy nie zjawiła się po godzinie, postanowiłam jej poszukać.
  Było ciemno, a ja nie wiedziałam gdzie mogę zacząć. Trzęsłam się. Zobaczyłam zjawy i podążyłam za nimi, choć nie bardzo byłam pewna swej szybkiej decyzji. Biegliśmy przez las i polanę. Dotarliśmy do jakiegoś jeziora i tam poczułam zapach Ziri. Wadera była tutaj z dobre dwie godziny temu. Przeszłam się po okolicy i zastałam leżącą przy starym przewalonym pniu Ziri.
- Zirael, obudź się! - musiała się mocno uderzyć, bo nie reagowała na moje krzyki. Bałam się, że stało się jej coś poważniejszego... Nie dałam rady jej podnieść i czułam też, że mogę zaraz znów zmienić się w straszną bestie... Położyłam się obok mojej przyjaciółki i trwałam przy niej póki nie zasnęłam...
***
  Obudziłam się zanim słońce wzeszło na niebo. Wadera nadal się nie ruszała.
- Ziri, ocknij się... Proszę... - mówiłam przez łzy. Nagle poczułam, że coś się ruszyła. Ogarnęła mnie radość i miałam więcej siły, więc wzięłam ją na plecy i ruszyłam do... Właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że nie bardzo wiem, gdzie jesteśmy. Drzewa... Wszystkie drzewa wyglądały tak samo. Zdałam się na przeczucie. Biegłam w byle jaką stronę, by tylko dotrzeć do szpitala.
- Wiesz, z tobą to nie da się dnia normalnie przeżyć... Ale ja to lubię. Ciebie też. - mówiłam do wadery, choć tak naprawdę to chyba do siebie, bo Zirael była nieprzytomna. - Jak dobrze, że mnie masz, a ja mam ciebie. Razem będziemy się wspierać. Obiecuję ci...
  Reszta tej drogi bez celu minęła w rozkosznym milczeniu, tylko Zirael czasem coś tam mruknęła. Ku mojemu zdziwieniu dotarłyśmy bez najmniejszych problemów do szpitala. Tam Astrid - trochę zmartwiona pechem Ziri, przywitała nas... to znaczy mnie i zabrała moją towarzyszkę. Po sekundzie coś walnęło mnie w głowę.
  Obudziłam się znów pod pniem przy Zirael. Było około drugiej w nocy. Wadera była nie przytomna, ale coś mruknęła.
- Nie wiem jak to się stało, Ziri... Przed chwilą byłyśmy u Astrid... Razem... - mówiłam - Obudź się, proszę!
  Wyruszyłam, tylko w inną stronę niż wcześniej. Drzewa były strasznie wysuszone. Nie jest to możliwe, bo jest przecież wiosna... Ziri mamrotała, lecz ja nie zwracałam na to uwagi. Zrobiło się cicho...
- Luram... Luram... - wołał ktoś z oddali.
Nagle miałam wizję... Przedstawiała ona smukłą waderę o turkusowych oczach, szarej sierści i z runami takimi jak moje, tylko były one pomarańczowe. Na uszach miała czerwono-pomarańczowe przebarwienia. Ja też posiadałam przebarwienia... Jednak po chwili straciłam przytomność...
  Zbudziłam się koło przyjaciółki... Znowu...
- To się robi nudne - warknęłam.
- Co się robi nudne? - powiedziała ochrypniętym głosem Zirael.
- Ty żyjesz! - krzyknęłam ze szczęścia i przytuliłam się do zaskoczonej wadery. - Jak ja się o ciebie bałam... Chodźmy do szpitala.
- Po co do szpitala? - zapytała.
- Jak to po co? Uderzyłaś się w głowę i... - nie skończyłam bo wadera rozpłynęła się w powietrzu. Poczułam, że wszystko wokół zaczyna znikać, a ja sama spadałam w dół...
  Uderzyłam z mocną siłą w ziemię...
- To znowu był sen... - zdenerwowana wymamrotałam
- Nie wiem co tu się dzieje Miniru, ale cały czas wracam do tego samego momentu... - powiedziała zmartwiona Zirael
- Ty też?! Czekaj... Jesteś kolejnym złudzeniem?
- Nie... Ale tutaj dzieje się coś dziwnego... Na dodatek widzę jakieś cienie...
- Zjawy... - szepnęłam do siebie.
- Wytłumaczysz mi?
- Ale co? - udawałam Greka... Po chwili jednak postanowiłam jej powiedzieć... - Zjawy... To stworzenia, które przeważnie widzę tylko ja... Są to może wymysły mojej wyobraźni... Tak twierdziłam do teraz. Może to coś poważniejszego... No... Nie pamiętam...
- Czego nie pamiętasz?
- Dosłownie to nie wiem... Kiedyś na pewno dziadek wspominał o tych cieniach, albo ktokolwiek z mojej byłej watahy... Powinnam Ci teraz opowiedzieć moją historię? - zapytałam się nie wiedząc co mam robić...
- Nie wiem... Ale zabierajmy się stąd. Głowa mnie boli... - wstałyśmy z ziemi i wyruszyłyśmy w drogę powrotną.

<Zirael?>

 Uwagi: Na końcu op. powinnaś również pisać, do kogo je kierujesz! Ponadto od połowy zaczęły się pojawiać literówki czy braki w przecinkach oraz kilka powtórzeń.