Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

wtorek, 19 marca 2019

Od Lind "Zatopione stronnice" cz. 1 (cd. Leah/Cess/Torance/Asgrim)

Koniec marca 2023 r.
Rozgarnęłam łapami zawartość torby, żeby lepiej przyjrzeć się swojej własności. Od przybycia na tereny watahy, zebrałam całkiem sporo mniej lub bardziej przydatnych przedmiotów. Jedne znalazłam przypadkiem, innych specjalnie szukałam, a kilka kupiłam za zarobione Srebrne Gwiazdki i Złote Księżyce. Szkoda, że nie umiem policzyć ile mam dokładnie naszyjników. Gdybym chciała nosić je wszystkie na raz, wyglądałabym jak pupilek faraonaUśmiechnęłam się pod nosem, odrobinę rozbawiona tą myślą. 
Okazało się, że pod naszyjnikami leżał przedmiot, o którego istnieniu całkiem już zapomniałam - flet z ciemnego drewna. Coś kojarzyłam, że podobno miał jakieś magiczne właściwości. Podniosłam instrument i obróciłam go w łapach. Była bardzo lekki. Ku niczyjemu zdziwieniu, nie było na nim żadnej podpowiedzi co do zastosowania. Hm... raczej nie jest niebezpieczny. O czymś takim raczej bym nie zapomniała. Bez dłuższego rozmyślania nad sytuacją, spróbowałam zagrać na tym flecie. Jednakże zamiast muzyki, odezwało się z niego jedynie nieokreślone zawodzenie. Położyłam po sobie uszy zniesmaczona. Nigdy nie uczyłam się na niczym grać, więc jakich efektów w ogóle oczekiwałam?
Podniosłam wzrok na mojego towarzysza. Leżał na brzuchu z tylnymi łapami w górze. Kontemplował obrazek z błyszczącego kubka, który wygrałam po zakończeniu festynu. Podeszłam do Odmieńca z fletem w pysku. Uznałam, że skoro pogrywa na banjo, być może wie też coś o innych instrumentach. Jeśli chcę się dowiedzieć, jak działa ten magiczny przedmiot, muszę spytać. 
- Ting - mruknęłam, żeby zwrócić jego uwagę. 
- Co? - Strażnik Wichury obrócił nieznacznie łeb w moją stronę. 
- Potrafisz na tym grać? - wypuściłam z pyska flet. 
Chuda łapa schwyciła instrument w locie, zanim spadł na ziemię. Spojrzałam na Odmieńca wyczekująco.
- Powiem ci, Pierzasta, że nie wiem. 
- To spróbuj - odparłam. 
Ting odstawił kubek na bok i usiadł. Chwilę zastanawiał się, jak ułożyć palce (zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jego szpony mogą poniszczyć drewno). Wreszcie odnalazłszy idealny sposób, zaczął grać. Sprawdził, jakie dźwięki może wydać flet, potem wydobył zeń jakąś prostą, lecz miłą dla ucha melodię. Nawet bardzo miłą. Przymknęłam oczy, wsłuchując się w kolejne delikatne brzmienia. Poczułam dziwny spokój i rozluźnienie. Zdawało mi się, że osuwam się w jakąś przestrzeń, przestrzeń w której mogę bezwładnie dryfować przez wieczność...
Otworzyłam oczy. Z niemałym zaskoczeniem odkryłam, że leżę na ziemi. Ting stał nade mną i próbował mnie ocucić. Natychmiast wstałam na równe łapy. Odmieniec odskoczył.
- Co się stało? - powiedziałam szybko. 
- Mnie się pytasz, Pierzasta? - odparł mój towarzysz. - Nagle poleciałaś na pysk jak kłoda. To tyle - machnął niedbale łapą. 
Popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. 
- Zemdlałam? Tak po prostu?
- Tak.Tak po prostu - przedrzeźnił mnie.. 
- Dziwna sprawa... - rozejrzałam się dookoła. Próbowałam znaleźć powód tego dziwnego zjawiska. - Długo leżałam bez świadomości?
- Nie. Jak tylko wylądowałaś na ziemi przestałem grać i zająłem się budzeniem cię. Trwało to maksymalnie dwie minuty. 
- A... Aha - odparłam. - Chwila, ty grałeś na tym flecie! - oznajmiłam ożywiona. 
- Wielkie mi odkrycie - burknął Ting. 
- Pewnie TO jest jego właściwość - podniosłam pozostawiony na ziemi instrument. 
Mój towarzysz spojrzał na mnie i zmrużył oczy. Chyba żadne z nas nie spodziewało się takiego efektu. 
- To może być naprawdę bardzo przydatna rzecz - zaśmiałam się. - Ciekawe, czy działa na wszystkich. 
- Trzeba sprawdzić... - stwierdził Strażnik Wichury. 
- Trzeba! - ruszyłam w stronę wyjścia z jaskini, jednak zatrzymałam się wpół kroku. - ...Kiedyś... przy okazji... - mruknęłam, patrząc na ulewę na zewnątrz. 
Przypomniałam sobie wówczas, od czego muszę zacząć, jak tylko będzie można opuścić jaskinię. Nie będzie to próba możenia snem towarzyszów Joela, a wyprawa do Biblioteki...
Wczoraj miałam pierwszy raz od dawna okazję porozmawiać z Leah. Jakoś wtedy zeszłyśmy na temat książek, które zostały wypożyczone i już raczej nie wrócą na miejsce. Wówczas nagle wyszłam z inicjatywą, żeby spróbować uratować coś więcej, niż te kilka losowych wydań. Moja przyjaciółka zareagowała bardzo pozytywnie i od razu wyraziła chęć zaangażowania się w takie przedsięwzięcie. Tak więc, ustaliłyśmy, że spotkamy się następnego dnia (czyli dzisiaj), jak tylko przestanie lać. Spod naszych jaskiń pójdziemy prosto do Biblioteki. Oczywiście... o ile ta jeszcze stoi, gdzie stała i jest nadal w jednym kawałku. 
Obróciłam się i wróciłam wgłąb swojej jaskini. Używając mocy wiatru, przesunęłam torbę gdzieś pod ścianę, żeby się oń nie potykać. Schowałam do niej z powrotem flet. 
- Idziesz z nami po te książki, prawda Ting? - postanowiłam jeszcze trochę porozmawiać z moim towarzyszem. 
- Nie wiem - znów siedział i patrzył na kubek. 
- Dodatkowa para łap nigdy nie zaszkodzi - wyszczerzyłam się. 
- Yhy... - mruknął bez wyrazu. 
- O co ci chodzi z tym kubkiem? - spytałam. - Od miesiąca gapisz się na niego cały czas.
- Tylko od trzech dni - poprawił mnie Odmieniec.
- Teraz każdy dzień w jaskini to dla mnie wieczność - jęknęłam. - Odpowiedz na pytanie. 
- Próbuję rozszyfrować co tu jest napisane i co za paskudne zwierze tu namalowali.
- Po jakiemu to w ogóle jest? - przechyliłam nieco głowę.
- Nie jestem pewien. Przypomina to jakiś język germański... 
Spojrzałam na sufit jaskini. Ciekawe czy ktoś u nas w watasze zna ten tajemniczy dialekt. Skąd Suzanna w ogóle wytrzasnęła taki kubek? Przecież wygląda na zupełnie nowy. 
- Wiesz co, Pierzasta... Jednak wam pomogę. 

***

Ulewa skończyła się późnym popołudniem. Mój wcześniejszy tryb życia sprawił, że byłam jeszcze śpiąca, ale zdołałam wyczołgać się z posłania i wyjść na zewnątrz. Zanim jednak wyruszyłam spotkać się z Leah, zaniosłam wszystkie magiczne przedmioty (poza Naszyjnikiem Nieśmiertelności, z którym się nie rozstaję) komuś na przechowanie. W pusty chlebak zmieści się więcej książek. Na początku chciałam podrzucić swój dobytek mojemu dobremu przyjacielowi Crane'owi. Niestety sympatyczny rudzielec był z kimś umówiony w jakiejś ważnej sprawie. Koniec końców zostawiłam zawartość torby u Magnusa. Pozbywszy się chwilowo zbędnego bagażu, poszłam z Tingiem na umówione miejsce. Ku mojemu zdziwieniu, srebrzysta wilczyca nie czekała na nas sama. Obok niej stali także Torance i Asgrim. 
- Mamy szczęście, Lind - oznajmiła moja przyjaciółka zaraz po powitaniu naszej dwójki. - Po drodze wpadłam na Tori...
- Raczej Tori wpadła na ciebie - zachichotał As. Ruda wadera zamruczała niezadowolona i szturchnęła swojego partnera.
- Tak czy inaczej, mamy wsparcie - dokończyła krótko Leah.
- Świetnie! - ucieszyłam się, spoglądając na dodatkowych uczestników wyprawy.
Ruszyliśmy we właściwym kierunku. Dopóki nie skończył się wąski szlak, szliśmy jedno za drugim. Nie było widać zbyt wielu promieni słonecznych, ale przynajmniej znów chwilowo przestało wiać. 
- Słyszałam od Kahesi, że dwa dni temu na Bibliotekę przewrócił się ten stary dąb - oznajmiła Torance.
- Od dawna był spróchniały. Dziwne, że nie złamał się już pierwszego dnia burzy - mruknęła Leah. 
- Na początku osłaniały go inne drzewa - zaznaczyłam. 
- W sumie miałoby to sens - pokiwała głową srebrzysta wadera. 
- Huh. Niby te drzewa mają tak grube pnie, a łamią się łatwo jak cienkie patyki - stwierdził Asgrim.
- Jak zapałki - dodała Leah.
- Co to jest zapałka, Srebrzysta? - spytał Ting. 
- Wynalazek ludzi - wytłumaczyła biała wilczyca, uśmiechając się lekko. - Mały kawałek drewna z łatwopalną końcówką. 
- Chyba kiedyś widziałam coś takiego... - pomyślałam głośno. 
- Ten jeden z Watahy Czarnego Kruka używa zapałek do zapalania papierosów w formie ludzkiej - wtrąciła Tori. 
- Nie przypominaj mi o nim! Na samą myśl czuję ten paskudny smród - As zmarszczył zabawnie nos. 
Szliśmy żwawym krokiem. Przeszliśmy przez Wrzosowy Gąszcz i weszliśmy do Zielonego Lasu. Podzieliliśmy się między sobą paroma uwagami na temat tego depresyjnego obrazu zniszczenia, lecz szybko zeszliśmy na milsze tematy. Minęliśmy to, co zostało po naszych gorących źródłach, a następnie trafiliśmy na Szczenięcą Polankę. Obecnie ją także charakteryzowały wykorzenione rośliny i przerośnięte chwasty. Na tym etapie kilkoro z nas (w tym też i ja, ale nie przyznałam się) straciło już orientację w terenie. Wówczas na początek pochodu wyszedł As, twierdząc z entuzjazmem, że znajdzie odpowiednią trasę, a do tego krótszą. Jednakże Leah ostudziła jego zapał; bez słowa podleciała na skrzydłach z wiatru, żeby obejrzeć okolice z góry, po czym to ona wskazała nam kierunek. 
Nieopodal Jeziora natrafiliśmy na jeszcze jedną członkinię naszej watahy. Była to drobna, rogata wadera o długim rybim ogonie, nosząca imię Cess. Siedziała przy brzegu, wpatrzona brudną, niebieskawą od "deszczu" wodę. Szarawa samica zauważyła nas pierwsza i spytała jakby od niechcenia:
- Dokąd idziecie? Podobno nie wolno opuszczać jaskiń.
<Leah/Cess/Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

poniedziałek, 18 marca 2019

Od Leah "Raz, dwa, trzy, liczysz ty!"

Grudzień 2022
Po kilku gorących miesiącach niemal nieustannego pobytu w jaskini byłam wykończona. Zima przyniosła ulgę. Wreszcie wróciłam do w miarę normalnego funkcjonowania, udało mi się nawet trochę poćwiczyć w ludzkiej formie. Co jak co, ale mojej kondycji przydałaby się lekka poprawa.
Norma normą, o ile można tak mówić w obliczu przenosin całej watahy. Wieści szybko się rozchodzą. Cała ta farsa z mutującymi zwierzętami szybko skłoniła Alfy do zwołania rady i podjęcia takiej decyzji. Wiele wilków było zasmuconych, kilkoro starszych nie kryło oburzenia, jeszcze inni przyjęli to z zupełną obojętnością.
Czego niestety nie mogę powiedzieć o Arkanie.
Z początku ucieszył się jak nigdy, ale już po chwili po dobrym humorze nie pozostał żaden ślad. Ba, zezłościł się na coś okropnie. Ignorując moje sprzeciwy, zniknął na cały dzień. Wrócił dopiero wieczorem i skomentował krótko sytuację: oni nie znikną. Nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Kusiło mnie, by spytać, ale ostatecznie więcej nie wróciłam do tematu. 
Znowu zbierało się na deszcz. Co jakiś czas błyskało, na krótką chwilę rozjaśniając okolicę. Akurat byłam w trakcie porządkowania jaskini. Uniosłam się na tylnych łapach, by przejrzeć ostatnią, najwyższą półkę. Wspomogłam się trochę skrzydłami wiatru i odłożyłam na ziemię zajmujące ją książki z Biblioteki
W obecnej sytuacji raczej już ich nie zwrócę. Przez myśl przemknęło mi, żeby zabrać je ze sobą, kiedy wyruszymy. Szybko oceniłam ile miejsca zajmą w mojej brzydkiej torbie i z rozczarowaniem stwierdziłam, że nie mogę zabrać wszystkich. Wielka szkoda. Może będą ostatnimi z bogatego zbioru Barwnej Duszy? 
Spróbuję podrzucić komuś pozostałe. 
Rozmyślania przerwał mi donośny łopot skrzydeł i przytłumiony huk, sygnalizujący, że Arkan nie wylądował zbyt zgrabnie. Fuknął, pozbierał z ziemi swoją dumę i położył się przy ścianie, ostrożnie składając skrzydła na grzbiecie.
- Wczoraj powiedziałbym, że nic jadalnego się tam nie pałęta - zaczął po dłuższym milczeniu.
- A dzisiaj co powiesz? - podniosłam wzrok znad książek.
Głowa smoka opadła ciężko na skalną posadzkę.
- Że nie ma tam nic, co ma prawo żyć.
Westchnęłam cicho w odpowiedzi.
W oddali zagrzmiało. Z przyzwyczajenia stuliłam uszy, mimo, że tym razem dźwięk nie mógł mi zaszkodzić. Ponownie spojrzałam na okładki grubych tomów. Zamyśliłam się, wodząc wzrokiem od jednego wydania do drugiego, studiując wzrokiem każdy szczegół. Bez problemu rozczytywałam tytuły, literka po literce. Z uśmiechem wróciłam wspomnieniem do tych wszystkich cierpiętniczych godzin przeznaczonych na naukę odczytywania tych dziwnych zawijasów, nazywanych przez nauczyciela pismem. Każdy z nas musiał umieć czytać, ale tak niewiele wilków zmieniało się w ludzi, że większość nie uwzględniała nauki pisania. W każdym razie, ja nigdy nawet o tym nie pomyślałam. Obecnie ta umiejętność wydawała mi się bardzo ciekawa. Podejmowałam już próby udania się na zajęcia, ale ostatecznie zawsze coś mi wypadało albo po prostu nie miałam ochoty. Chyba czas się za to wziąć. Kiedy tylko nadarzy się okazja, spróbuję jeszcze raz.
Mój wzrok zatrzymał się na jedynym symbolu, którego nie byłam w stanie rozszyfrować. Pionowa kreseczka z króciutkim daszkiem. Wiedziałam o niej tylko tyle, że to jakaś mała liczba. Z tego co udało mi się zrozumieć, gdy ktoś mi tłumaczył do czego służą tego rodzaju dziwactwa, to to, że cyfry to coś w rodzaju uzupełnienia mowy, rozbudowane, logiczne struktury, pozwalające segregować... w zasadzie wszystko. Brzmiało to jak coś, bez czego można sobie doskonale poradzić. A jednak coś mnie zafascynowało w tej... idei.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Arkan? - Podniosłam wzrok na swojego towarzysza.
- Co? - Burknął, nawet nie otwierając oczu.
Na swój sposób wyglądał uroczo, ciasno zwinięty pod ścianą jaskini, tak by zajmować jak najmniej miejsca.
- Umiesz liczyć? - spytałam bez ogródek.
Otworzył oczy, trochę ożywiony.
- Chyba coś jeszcze pamiętam. A co?
Uśmiechnęłam się wesoło.
- A mógłbyś mnie nauczyć?
- Hm - przerzucił wzrok na wyjście z jaskini. - Chyba tak. Masz jeszcze jakieś czyste kartki?

***

Nauka z wilkami jest o tyle prosta, że mentor może zawsze pokazać czy narysować co ma na myśli. Gestykulacja jest co prawda mocno ograniczona, a nabazgranie czegoś w piasku czy śniegu trwa stosunkowo długo i często nie obchodzi się bez wybuchów irytacji, ale kiedy za nauczyciela robi gad sporych gabarytów, nie posiadający zwinnych, przednich łap, zaczyna się doceniać starania wilczych belfrów. Odwzorowanie każdej cyferki tylko na podstawie opisu kogoś, kto nawet nie jest w stanie jej zapisać, to prawdziwa katorga. Potem te wszystkie mniejsze znaczki i mnóstwo zasad - po jakiejś godzinie musiałam poprosić o przerwę, bo głowa mi pękała od nadmiaru wiedzy. Nie załapałam praktycznie nic, poza zapisem pierwszych kilku liczb, a cały ten materiał mnożył się jak szalony...
Przynajmniej oboje mamy jakieś zajęcie.

Uwagi: brak

niedziela, 17 marca 2019

Od Lind "Wpadliśmy na chwilę" cz. 1 (cd. Torance/Asgrim)

Kwiecień 2023
Rozpoczęłam patrol w samo południe; kiedy przestał padać deszcz. Zgodnie z wytycznymi od Alf, miałam dziś wyruszyć drogą powietrzną wgłąb watahy. Akurat gdy wyszłam z jaskini i wystartowałam, wiatr zaczął słabnąć. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że odzwyczaiłam się od latania w warunkach określanych jako "normalne". Odnosiłam wrażenie, iż lot jest zbyt łatwy. Nic nie próbowało rozwiać mi skrzydeł, ani rzucić mnie z powrotem na ziemię. Nagle nie czułam praktycznie żadnego oporu. 
Terytorium naszego stada widziane z góry, nie przypominało już wcale obrazów, które miałam w pamięci. Setki drzew Lasu wyrwane z korzeniami albo złamane wpół, wszędzie dookoła ślady po licznych pożarach, a do tego zbiorniki wodne wystąpiły z brzegów. Stanowiło to dziwaczny kontrast z nienaturalnie wybujałą roślinnością na wszelkich polanach i łąkach. Nie byłam w stanie wypatrzeć Biblioteki, Parku, ani nawet Mostu Nieskończoności. Ciekawe, czy to dlatego, że zostały zniszczone, czy może zwyczajnie tracę orientację w terenie i szukam ich w złych miejscach. 
Po około godzinie poczułam, że na głowę spadło mi kilka zimnych kropel. Zadrżałam. Nie miałam żadnych wątpliwości - lada chwila znów lunie! Wykonałam gwałtowny zwrot i skierowałam się w stronę jaskiń. Poczułam na grzbiecie kolejne zalążki nadchodzącego deszczu. W przeciągu kilku sekund rozpędziłam się do maksymalnej prędkości. Za nic w świecie nie chciałam wystawiać się na działanie tego czegoś, co pada z chmur. Nigdy nie miałam w planach zostać wilkiem-mutantem! Przez chwilę próbowałam tworzyć osłonę z żywiołu, która uniemożliwiłaby kolejnym kroplom dosięgnięcia mnie, lecz z jakiegoś powodu nie utrzymałam bariery zbyt długo. Może miała z tym związek prędkość, z jaką poruszałam się w powietrzu, a może fakt, że z każdą chwilą byłam coraz bardziej zestresowana. Gdzieś w oddali wybrzmiało kilka grzmotów. 
Nareszcie dotarłam podnóża Gór. Obniżyłam nieco lot i niewiele zwalniając, poleciałam w stronę swojej nory. Nagle dostrzegłam na szlaku mojego towarzysza. Dlaczego on sterczy tutaj, zamiast szukać ukrycia w jaskini?! Z impetem wylądowałam przed nim, ledwo łapiąc równowagę.
- Co ty wyprawiasz? Zaczyna padać! - wykrzyknęłam do Odmieńca. 
- Widzę przecież - odparł Strażnik Wichury, przyklejając się do kamiennej ściany. - Chciałem sprawdzić, czy to zauważyłaś i czy już wracasz - jego głos brzmiał jakoś mniej obojętnie, niż zwykle. 
- Dzięki za troskę, jeszcze nic mi nie jest. Teraz wracamy do jaskini - zarządziłam.
Tingowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zaczął biec we właściwym kierunku. Zrobiłam to samo. Z przerażeniem dostrzegłam na kamieniach dookoła coraz więcej śladów kropli "deszczu". Spróbowałam osłonić się skrzydłami z wiatru, ale nie mam pojęcia, czy to coś dało. Po upływie niecałej minuty powinniśmy już dotrzeć do mojej nory, jednak za następnym zakrętem nie czekało nas wejście do jaskini, a jedynie sterta wielkich kamieni. Zahamowałam, wbijając pazury w ziemię. Pomyliliśmy drogę? - pomyślałam, lecz szybko zrozumiałam, że to nie to.
- Lawina... - oznajmiłam oczywiste. 
Spróbowałam ruszyć któryś z głazów, ale bez skutku. W międzyczasie Ting zrzucił swój płaszcz i podniósł go nad głowę jak baldachim. "Deszcz" padał coraz gęściej. 
- Zostaw, Pierzasta! - ryknął. - Musimy szukać innego schronienia!
- Tak... Masz rację, masz rację - wyjąkałam, zdając sobie sprawę, że tylko tracę czas. 
Złapałam Tinga za jego czarny kubrak i wrzuciłam sobie na grzbiet. Po tym zawróciłam i zaczęłam biec z powrotem na główny szlak, który zaprowadzi nas do innych jaskiń. Poczułam, jak Odmieniec wbija ostre szpony w mój grzbiet odrobinę za mocno. Zacisnęłam zęby, ale postanowiłam zwrócić mu uwagę później, jak już będziemy bezpieczni. Ślizgając się na niebieskawym nalocie, popędziłam w kierunku pierwszej jaskini, którą wypatrzyłam. Nie wiedziałam nawet do kogo należy. Miejmy nadzieję, że osoba ją zamieszkująca nie będzie miała nic przeciwko niespodziewanej wizycie innego członka stada i jego towarzysza. Po raz kolejny usłyszałam grzmot, tym razem znacznie bliżej. Zaskamlałam i położyłam po sobie uszy, lecz nie zatrzymałam się. Jeszcze kawałek!
Wpadłam bez przywitania do wspomnianej wcześniej nory. Zatrzymała mnie dopiero ściana, która była znacznie bliżej wejścia, niż bym się spodziewała. Syknęłam przez to nagłe zderzenie, ale pocieszał mnie fakt, że przynajmniej uciekliśmy przed ulewą. Ciężko dysząc, opadłam na ziemię. Ting przestał wbijać mi szpony w grzbiet i stanął na własnych łapach. 
- Cześć, Lind... - usłyszałam nagle głos Asgrima. 
Poderwałam się na równe nogi. Moim oczom ukazał się dobrze znany mi basior i jego partnerka Torance. Oboje patrzyli w naszą stronę, co najmniej zaskoczeni. Przyozdobiłam pyszczek nerwowym uśmiechem, żeby choć trochę rozluźnić niezręczną atmosferę. 
- Cześć... Strasznie przepraszam was za najście. Zaskoczył nas... "deszcz" i... e... 
- I nie mamy już jaskini - dodał Ting, zrzucając plecak.
- Naprawdę? Jak to się stało? - spytała ruda wadera. 
- Lawina odcięła zupełnie dostęp do środka - mruknęłam, oglądając niebieskawe coś na moim futrze. Średnio wiedziałam, co mam z tym zrobić. - Moglibyśmy przeczekać ulewę u was? 
- Nie ma problemu - oznajmiła Tori. - Prawda? - spojrzała na swojego partnera.
- Żadnego - wzruszył ramionami basior. 
- Dziękuję - westchnęłam, po czym odeszłam na bok, żeby się choć trochę otrzepać z tego czegoś, co obecnie pada z chmur. 
Kątem oka dostrzegłam, jak Odmieniec wykręca swój przemoczony płaszcz. Zsunął też nieco czaszkę z pyska i szybkim ruchem wycisnął "wodę" z pióropusza. Nie wystarczyło to niestety, bym zobaczyła jak wygląda jego (zapewne brzydka) morda. Kiedy oboje skoczyliśmy "jako-tako" pozbywać się z siebie resztek nienaturalnej ulewy, usiedliśmy pod ścianą naprzeciwko faktycznych właścicieli jaskini. Nie musiałam na szczęście długo słuchać ciszy między naszą czwórką, bo Ting, jak to miał w zwyczaju, wyciągnął z plecaka banjo i zaczął je stroić. 
- Co umiesz na tym zagrać? - zainteresował się Asgrim. 
- Dużo rzeczy - odparł mój towarzysz. 
- A tak na przykład? - kontynuował basior, oglądając z uwagą instrument. 
Odmieniec wybrzdąkał jakąś wesołą melodię. Ja znałam ją już bardzo dobrze; Strażnik Wichury nie omieszkał męczyć mnie nią co najmniej raz na dwa dni. W normalnych warunkach kazałabym mu zmienić repertuar, ale tym razem przekupiło mnie własne zmęczenie i wyjątkowe zainteresowanie utworem Asa. Ting szarpał struny jeszcze minutę, może dwie. Kiedy banjo znów zamilkło, basior wypytywał dalej:
- Ma to jakieś słowa?
- Są po grecku. Chyba żadne z was tu obecnych nie zna greki - mruknął właściciel instrumentu, zerkając na nas. 
Wywróciłam dyskretnie oczami. 
  

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

sobota, 16 marca 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 3 (C.D. Cess)

Sierpień 2022 r.
Nie zachowałem się dobrze w stosunku do Cess.
Narzekam na ubogie życie towarzyskie, a gdy ktoś sam wychodzi z propozycją rozmowy, odrzucam go. Podchodzi pod hipokryzję. Nie do tego dążę. Muszę się przemóc i załagodzić sytuację.
– Jestem Magnus – mruknąłem.
Wadera odwróciła się w moją stronę. Na jej pysku wymalowało się coś, co mogę opisać jako oschłą nadzieję.
– Tak w ogóle to cześć – dodałem niepewnie.
Wadera uśmiechnęła się usatysfakcjonowana.
– Cess. – powtórzyła i kiwnęła głową w stronę grupy.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że łowcy oddalili się od nas na znaczną odległość. Bez słowa ruszyłem za wilczycą, ukradkiem przyglądając się jej sylwetce. Cess była wilczycą o dość... nietypowej urodzie. W bandzie kolorowych psowatych, władających siłami natury, dość ciężko się wyróżnić, a prawie dwumetrowy ogon, rogi i godne demonicznego lisa oczy zdecydowanie przyciągały uwagę. Orientalna piękność, skwitowałby Einar. Może to dlatego to określenie jakoś mnie nie przekonuje?
Dołączyliśmy do reszty akurat wtedy, kiedy jeden z tropicieli powrócił wraz z wieściami o dwóch kozicach i jeleniu. Z uwagi na to, że stworzenia znajdowały się w pewnym oddaleniu od siebie, Ireng zarządziła rozdzielenie grupy. Ja i nowo poznana wadera, wraz z siedmioma innymi wilkami, trafiliśmy do mniejszego grona, dowodzonego przez Dante. Naszym celem był byk. W przypadku dostrzeżenia innej zwierzyny łownej, mieliśmy dokonywać podziałów na mniejsze zespoły, aż do momentu, kiedy w każdym pozostanie minimalnie po jednym zabijającym, goniącym i atakującym.
Byliśmy zmuszeni znacznie przyspieszyć. Groźba zaskoczenia nas przez deszcz była aż nadto realna, więc tym bardziej się denerwowaliśmy. Cess widocznie nie była zachwycona narzuconym tempem, o czym nie omieszkała się wspomnieć. Dante tylko przewrócił oczami.
– No coś takiego – prychnęła. – Rzeczywiście sprawdzimy się doskonale z zadyszką – dodała z wyrzutem.
– Trudno się nie zgodzić – mruknąłem w odpowiedzi.
Wszystkie rozmowy powoli cichły.
Po kilkunastu minutach wolnego biegu przystanęliśmy na chwilę, by się rozejrzeć i złapać oddech. Mieliśmy do wyboru dwie ścieżki – jedną wąską, wiszącą tuż nad stromym żebrem skalnym, drugą znacznie bezpieczniejszą, biegnącą w bezpośrednim kontakcie z rumowiskiem. Przy obu można było wyczuć świeży trop poszukiwanego przez nas zwierzęcia. Jeleń wyraźnie się tu kręcił. I to całkiem niedawno.
Ktoś wykrztusił coś, co brzmiało jak stłumione "hej!", rozległo się parę warknięć i oburzonych krzyków. Nim zdążyłem się odwrócić, by sprawdzić o co chodzi, ktoś popchnął mnie z ogromną siłą. Zderzenie ze skałą na chwilę pozbawiło mnie oddechu, tępy ból rozlał się po czaszce. Otrząsnąłem się z lekkiego oszołomienia i zacząłem szukać wzrokiem sprawcy wypadku.
Wysoki, rudy wilk pędził na złamanie karku drugim z traktów, nawet się na nas nie oglądając. Dopiero wtedy dostrzegłem, że na jego końcu stanął nasz jeleń. W kilku susach pokonał dzielącą go od niego odległość i ruszył dalej, nawet nie oglądając się na zwierzę. Potężny byk nie zwrócił na niego uwagi. W oczy rzucały się nienaturalnie rozrośnięte poroże, dodatkowa para przednich kończyn i obszary wydłużonej, błękitnej sierści. Kolejny mutant.
Powietrze przeszył nieprzyjemny, skrzekliwy okrzyk. Odruchowo odskoczyłem, jednocześnie spoglądając w stronę źródła dźwięku, niemal wpadając przy tym na równie zdezorientowanego co ja, wilka. Nad rozstajem ścieżek zawisł prawie trzykrotnie większy od dorosłego wilka ciemnobrązowy gryf. Miarowo bił skrzydłami, stopniowo je unieruchamiając, gdy potężne kończyny uderzyły głucho o ziemię. Nad lekko rozchylonym dziobem lśniły wściekłe, bladożółte oczy, a boki stworzenia pokrywały nadpalone pióra i ślady oparzeń.
Hybryda skoczyła w sam środek naszej grupy. Skrzecząc wściekle, zamachnęła się na Cess, która uskoczyła z trudem. Zaślepiona złością na wszystko, co żywe, istota nie zwróciła uwagi na naszą znaczną przewagę liczebną, raz po raz atakując uciekające spod jej szponów wilki. Z trudem uchyliłem się przed jej skrzydłem, którym usiłowała strącić mnie ze ścieżki, co prawdopodobnie by się jej udało, gdyby ktoś w porę mnie nie ostrzegł. W uszach szumiało mi tak, że słowa ledwie do mnie dotarły, a i tak już po chwili zapomniałem o ich treści i źródle. 
Dwa basiory z Watahy Czarnego Kruka kontratakowały jako pierwsze, jeden usiłował wytrącić gryfa z równowagi, ciskając w chude, ptasie nogi odłamami skalnymi, drugi zaatakował ogniem, co wyraźnie jeszcze bardziej go rozzłościło. Chwilę po nich Dante puścił się biegiem dookoła stworzenia, wyczekując, aż odsłoni poranione boki, zaś Cess przyjęła pozycję obronną i lekko się wycofując, uformowała z niebieskiej wody kilka lśniących pocisków i niewielkich konstrukcji, jak się domyślałem, w formie magazynów. 
Pozostała część grupy, łącznie ze mną, okrążyła gryfa, w pełnej gotowości do walki. Bestia trzepotała wściekle skrzydłami, usilnie próbując dosięgnąć szponami któregoś z przeciwników, ale ostatecznie odpuściła, by móc obronić się przed płomieniami. W jasnych oczach błysnął strach; zdała sobie sprawę, że ma marne szanse na wygraną. 
Ostatecznie gryf runął na bok, próbując osłonić się skrzydłami.
– Dobra – zdyszany wilk ziemi obrzucił nas szybkim spojrzeniem. – Co to było?
Bestia próbowała odsunąć się od nas jak najdalej.
– Hm, no nie wiem... Może wściekły gryf na przykład? – warknął ktoś.
Gryf zaskrzeczał wściekle i poderwał się gwałtownie, odtrącając dwa wilki skrzydłem. Odruchowo cofnąłem się o krok, tylko po to by z przerażeniem stwierdzić, że stworzenie rzuca się w moim kierunku z rozcapierzonymi szponami.
Odniosłem wrażenie, że moje serce zatrzymuje się na sekundę, zmrożone panicznym strachem. Nie miałem pojęcia jak sobie poradzić, a użycie mocy uniemożliwiły mi chmury. Zawróciłem, niemal tracąc przy tym równowagę i rzuciłem się do ucieczki.
W przeciągu krótkiej chwili dostrzegłem i zdałem sobie sprawę z kilku istotnych rzeczy. Po pierwsze, sześcionogi jeleń zniknął, a na jego miejscu stał rdzawo-rudy wilk. Natychmiast wystrzelił w moim kierunku. Po drugie, ścieżka była co prawda dość szeroka, ale gryf nie należy do małych stworzeń i byłem niemal pewny, że zajął całą dostępną przestrzeń, tym samym blokując przejście dla reszty grupy. Byłem zdany tylko na siebie. A przynajmniej taka myśl błysnęła gdzieś w głębi mojego umysłu w tym krótkim jak mrugnięcie oka, morderczym momencie.
Ze wszystkich sił starając się nie spanikować, stanąłem naprzeciw obcemu wilkowi, licząc na to, że łowcy odciągną uwagę gryfa. Zjeżyłem się, przyjąłem pozycję obronną i zawarczałem najgroźniej jak tylko potrafiłem. Kątem oka dostrzegłem, że latający drapieżca odwraca głowę do tyłu i usilnie stara się coś od siebie odrzucić. Przynajmniej tyle.
Rudzielec zatrzymał się kilka kroków przede mną. Obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem, wyraźnie bijąc się z myślami. Co chwila zerkał w stronę gryfa.
Był bardzo wysoki. Pod skórą, pokrytą średniej długości futrem, rysowały się świetnie wyrobione mięśnie. Odwracał wzrok, gdy próbowałem lepiej przyjrzeć się szarozielonym, przymrużonym ślepiom. Czułem się przy nim jak zając w potrzasku, obok wygłodniałego lisa. Z drugiej strony odniosłem niejasne wrażenie, że to po prostu łagodny olbrzym, który zrobił coś bardzo nie tak i wstyd było mu się przyznać. Jakiejś części mnie zrobiło się go szkoda.
– To się porobiło – basior zaśmiał się nerwowo.
Spojrzałem na niego wrogo, jeszcze raz powarkując.
– Słuchaj, Arvid, to nie miało tak wyjść, serio. Wybacz mi. Zaraz wszystko naprawię.
Nadstawiłem uszu.
– Ale skąd ty...?
Basior skoczył nagle ku mnie. Cofnąłem się odruchowo, ale ten po prostu odepchnął mnie w tył. Zachwiałem się, podnosząc na niego wzrok. Uśmiechnął się przepraszająco, po czym wytworzył wokół siebie dwie ogniste kule, którymi cisnął w, w dalszym ciągu zajętego łowcami, gryfa. Hybryda zawyła jak obdzierany ze skóry kot. Wystrzeliła niezgrabnie w stronę rudego, który natychmiast ruszył do ataku. Uskakując przed dziobem przeciwnika, odbił się od podłoża. Uderzył w jego bok i z całej siły odepchnął od siebie. 
Gryf stracił równowagę i zleciał ze skalnej półki. Z nieprzyjemnym trzaskiem runął na kamienie i zaczął się zsuwać. Rozpaczliwie próbował znaleźć punkt zaczepienia, ale tylko zrzucił na siebie kolejne kamienie. Z rozrywającym uszy wrzaskiem przekręcił się na brzuch i uderzył kilka razy skrzydłami. Przeleciał kawałek i wylądował ciężko. Jego grzbiet przypominał rozszarpany kawałek brązowego materiału, którym ktoś wrzucił do puszki z czerwoną farbą. Pióra fruwały wokół tak chaotycznie, jakby ktoś nadał im własną wolę.
Gryf odwrócił się ku nam z lekko rozchylonym dziobem. Nawet z takiej odległości widać było drżenie zgarbionej, zakrwawionej sylwetki. Obrzucił nas pustym wzrokiem, powoli rozkładając skrzydła. 
A potem legł bezwładnie z pustym, kamiennym hukiem.
Ledwo do mnie dotarło, że wilki obskoczyły mnie jak sarnę, by spytać, czy wszystko w porządku, przyjrzeć się lepiej miejscu zdarzenia albo wymienić spostrzeżeniami. Mruknąłem coś i kiwnąłem głową, nie mogąc zdobyć się na lepszą odpowiedź. W mojej głowie pobrzmiewał niejasnym echem wesoły okrzyk rudego wilka. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy usłyszałem go naprawdę, w krótkim momencie, który jawił mi się jako czarna plama, niby atrament wylewający się z zepsutego pióra, czy tylko go sobie wyobraziłem.
Wilk zniknął.

<Cess?>

Uwagi: brak