Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 17 marca 2019

Od Lind "Wpadliśmy na chwilę" cz. 1 (cd. Torance/Asgrim)

Kwiecień 2023
Rozpoczęłam patrol w samo południe; kiedy przestał padać deszcz. Zgodnie z wytycznymi od Alf, miałam dziś wyruszyć drogą powietrzną wgłąb watahy. Akurat gdy wyszłam z jaskini i wystartowałam, wiatr zaczął słabnąć. Wkrótce zdałam sobie sprawę, że odzwyczaiłam się od latania w warunkach określanych jako "normalne". Odnosiłam wrażenie, iż lot jest zbyt łatwy. Nic nie próbowało rozwiać mi skrzydeł, ani rzucić mnie z powrotem na ziemię. Nagle nie czułam praktycznie żadnego oporu. 
Terytorium naszego stada widziane z góry, nie przypominało już wcale obrazów, które miałam w pamięci. Setki drzew Lasu wyrwane z korzeniami albo złamane wpół, wszędzie dookoła ślady po licznych pożarach, a do tego zbiorniki wodne wystąpiły z brzegów. Stanowiło to dziwaczny kontrast z nienaturalnie wybujałą roślinnością na wszelkich polanach i łąkach. Nie byłam w stanie wypatrzeć Biblioteki, Parku, ani nawet Mostu Nieskończoności. Ciekawe, czy to dlatego, że zostały zniszczone, czy może zwyczajnie tracę orientację w terenie i szukam ich w złych miejscach. 
Po około godzinie poczułam, że na głowę spadło mi kilka zimnych kropel. Zadrżałam. Nie miałam żadnych wątpliwości - lada chwila znów lunie! Wykonałam gwałtowny zwrot i skierowałam się w stronę jaskiń. Poczułam na grzbiecie kolejne zalążki nadchodzącego deszczu. W przeciągu kilku sekund rozpędziłam się do maksymalnej prędkości. Za nic w świecie nie chciałam wystawiać się na działanie tego czegoś, co pada z chmur. Nigdy nie miałam w planach zostać wilkiem-mutantem! Przez chwilę próbowałam tworzyć osłonę z żywiołu, która uniemożliwiłaby kolejnym kroplom dosięgnięcia mnie, lecz z jakiegoś powodu nie utrzymałam bariery zbyt długo. Może miała z tym związek prędkość, z jaką poruszałam się w powietrzu, a może fakt, że z każdą chwilą byłam coraz bardziej zestresowana. Gdzieś w oddali wybrzmiało kilka grzmotów. 
Nareszcie dotarłam podnóża Gór. Obniżyłam nieco lot i niewiele zwalniając, poleciałam w stronę swojej nory. Nagle dostrzegłam na szlaku mojego towarzysza. Dlaczego on sterczy tutaj, zamiast szukać ukrycia w jaskini?! Z impetem wylądowałam przed nim, ledwo łapiąc równowagę.
- Co ty wyprawiasz? Zaczyna padać! - wykrzyknęłam do Odmieńca. 
- Widzę przecież - odparł Strażnik Wichury, przyklejając się do kamiennej ściany. - Chciałem sprawdzić, czy to zauważyłaś i czy już wracasz - jego głos brzmiał jakoś mniej obojętnie, niż zwykle. 
- Dzięki za troskę, jeszcze nic mi nie jest. Teraz wracamy do jaskini - zarządziłam.
Tingowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast zaczął biec we właściwym kierunku. Zrobiłam to samo. Z przerażeniem dostrzegłam na kamieniach dookoła coraz więcej śladów kropli "deszczu". Spróbowałam osłonić się skrzydłami z wiatru, ale nie mam pojęcia, czy to coś dało. Po upływie niecałej minuty powinniśmy już dotrzeć do mojej nory, jednak za następnym zakrętem nie czekało nas wejście do jaskini, a jedynie sterta wielkich kamieni. Zahamowałam, wbijając pazury w ziemię. Pomyliliśmy drogę? - pomyślałam, lecz szybko zrozumiałam, że to nie to.
- Lawina... - oznajmiłam oczywiste. 
Spróbowałam ruszyć któryś z głazów, ale bez skutku. W międzyczasie Ting zrzucił swój płaszcz i podniósł go nad głowę jak baldachim. "Deszcz" padał coraz gęściej. 
- Zostaw, Pierzasta! - ryknął. - Musimy szukać innego schronienia!
- Tak... Masz rację, masz rację - wyjąkałam, zdając sobie sprawę, że tylko tracę czas. 
Złapałam Tinga za jego czarny kubrak i wrzuciłam sobie na grzbiet. Po tym zawróciłam i zaczęłam biec z powrotem na główny szlak, który zaprowadzi nas do innych jaskiń. Poczułam, jak Odmieniec wbija ostre szpony w mój grzbiet odrobinę za mocno. Zacisnęłam zęby, ale postanowiłam zwrócić mu uwagę później, jak już będziemy bezpieczni. Ślizgając się na niebieskawym nalocie, popędziłam w kierunku pierwszej jaskini, którą wypatrzyłam. Nie wiedziałam nawet do kogo należy. Miejmy nadzieję, że osoba ją zamieszkująca nie będzie miała nic przeciwko niespodziewanej wizycie innego członka stada i jego towarzysza. Po raz kolejny usłyszałam grzmot, tym razem znacznie bliżej. Zaskamlałam i położyłam po sobie uszy, lecz nie zatrzymałam się. Jeszcze kawałek!
Wpadłam bez przywitania do wspomnianej wcześniej nory. Zatrzymała mnie dopiero ściana, która była znacznie bliżej wejścia, niż bym się spodziewała. Syknęłam przez to nagłe zderzenie, ale pocieszał mnie fakt, że przynajmniej uciekliśmy przed ulewą. Ciężko dysząc, opadłam na ziemię. Ting przestał wbijać mi szpony w grzbiet i stanął na własnych łapach. 
- Cześć, Lind... - usłyszałam nagle głos Asgrima. 
Poderwałam się na równe nogi. Moim oczom ukazał się dobrze znany mi basior i jego partnerka Torance. Oboje patrzyli w naszą stronę, co najmniej zaskoczeni. Przyozdobiłam pyszczek nerwowym uśmiechem, żeby choć trochę rozluźnić niezręczną atmosferę. 
- Cześć... Strasznie przepraszam was za najście. Zaskoczył nas... "deszcz" i... e... 
- I nie mamy już jaskini - dodał Ting, zrzucając plecak.
- Naprawdę? Jak to się stało? - spytała ruda wadera. 
- Lawina odcięła zupełnie dostęp do środka - mruknęłam, oglądając niebieskawe coś na moim futrze. Średnio wiedziałam, co mam z tym zrobić. - Moglibyśmy przeczekać ulewę u was? 
- Nie ma problemu - oznajmiła Tori. - Prawda? - spojrzała na swojego partnera.
- Żadnego - wzruszył ramionami basior. 
- Dziękuję - westchnęłam, po czym odeszłam na bok, żeby się choć trochę otrzepać z tego czegoś, co obecnie pada z chmur. 
Kątem oka dostrzegłam, jak Odmieniec wykręca swój przemoczony płaszcz. Zsunął też nieco czaszkę z pyska i szybkim ruchem wycisnął "wodę" z pióropusza. Nie wystarczyło to niestety, bym zobaczyła jak wygląda jego (zapewne brzydka) morda. Kiedy oboje skoczyliśmy "jako-tako" pozbywać się z siebie resztek nienaturalnej ulewy, usiedliśmy pod ścianą naprzeciwko faktycznych właścicieli jaskini. Nie musiałam na szczęście długo słuchać ciszy między naszą czwórką, bo Ting, jak to miał w zwyczaju, wyciągnął z plecaka banjo i zaczął je stroić. 
- Co umiesz na tym zagrać? - zainteresował się Asgrim. 
- Dużo rzeczy - odparł mój towarzysz. 
- A tak na przykład? - kontynuował basior, oglądając z uwagą instrument. 
Odmieniec wybrzdąkał jakąś wesołą melodię. Ja znałam ją już bardzo dobrze; Strażnik Wichury nie omieszkał męczyć mnie nią co najmniej raz na dwa dni. W normalnych warunkach kazałabym mu zmienić repertuar, ale tym razem przekupiło mnie własne zmęczenie i wyjątkowe zainteresowanie utworem Asa. Ting szarpał struny jeszcze minutę, może dwie. Kiedy banjo znów zamilkło, basior wypytywał dalej:
- Ma to jakieś słowa?
- Są po grecku. Chyba żadne z was tu obecnych nie zna greki - mruknął właściciel instrumentu, zerkając na nas. 
Wywróciłam dyskretnie oczami. 
  

<Torance/Asgrim?>

Uwagi: brak

sobota, 16 marca 2019

Od Magnusa "Niepokój" cz. 3 (C.D. Cess)

Sierpień 2022 r.
Nie zachowałem się dobrze w stosunku do Cess.
Narzekam na ubogie życie towarzyskie, a gdy ktoś sam wychodzi z propozycją rozmowy, odrzucam go. Podchodzi pod hipokryzję. Nie do tego dążę. Muszę się przemóc i załagodzić sytuację.
– Jestem Magnus – mruknąłem.
Wadera odwróciła się w moją stronę. Na jej pysku wymalowało się coś, co mogę opisać jako oschłą nadzieję.
– Tak w ogóle to cześć – dodałem niepewnie.
Wadera uśmiechnęła się usatysfakcjonowana.
– Cess. – powtórzyła i kiwnęła głową w stronę grupy.
Dopiero wtedy zorientowałem się, że łowcy oddalili się od nas na znaczną odległość. Bez słowa ruszyłem za wilczycą, ukradkiem przyglądając się jej sylwetce. Cess była wilczycą o dość... nietypowej urodzie. W bandzie kolorowych psowatych, władających siłami natury, dość ciężko się wyróżnić, a prawie dwumetrowy ogon, rogi i godne demonicznego lisa oczy zdecydowanie przyciągały uwagę. Orientalna piękność, skwitowałby Einar. Może to dlatego to określenie jakoś mnie nie przekonuje?
Dołączyliśmy do reszty akurat wtedy, kiedy jeden z tropicieli powrócił wraz z wieściami o dwóch kozicach i jeleniu. Z uwagi na to, że stworzenia znajdowały się w pewnym oddaleniu od siebie, Ireng zarządziła rozdzielenie grupy. Ja i nowo poznana wadera, wraz z siedmioma innymi wilkami, trafiliśmy do mniejszego grona, dowodzonego przez Dante. Naszym celem był byk. W przypadku dostrzeżenia innej zwierzyny łownej, mieliśmy dokonywać podziałów na mniejsze zespoły, aż do momentu, kiedy w każdym pozostanie minimalnie po jednym zabijającym, goniącym i atakującym.
Byliśmy zmuszeni znacznie przyspieszyć. Groźba zaskoczenia nas przez deszcz była aż nadto realna, więc tym bardziej się denerwowaliśmy. Cess widocznie nie była zachwycona narzuconym tempem, o czym nie omieszkała się wspomnieć. Dante tylko przewrócił oczami.
– No coś takiego – prychnęła. – Rzeczywiście sprawdzimy się doskonale z zadyszką – dodała z wyrzutem.
– Trudno się nie zgodzić – mruknąłem w odpowiedzi.
Wszystkie rozmowy powoli cichły.
Po kilkunastu minutach wolnego biegu przystanęliśmy na chwilę, by się rozejrzeć i złapać oddech. Mieliśmy do wyboru dwie ścieżki – jedną wąską, wiszącą tuż nad stromym żebrem skalnym, drugą znacznie bezpieczniejszą, biegnącą w bezpośrednim kontakcie z rumowiskiem. Przy obu można było wyczuć świeży trop poszukiwanego przez nas zwierzęcia. Jeleń wyraźnie się tu kręcił. I to całkiem niedawno.
Ktoś wykrztusił coś, co brzmiało jak stłumione "hej!", rozległo się parę warknięć i oburzonych krzyków. Nim zdążyłem się odwrócić, by sprawdzić o co chodzi, ktoś popchnął mnie z ogromną siłą. Zderzenie ze skałą na chwilę pozbawiło mnie oddechu, tępy ból rozlał się po czaszce. Otrząsnąłem się z lekkiego oszołomienia i zacząłem szukać wzrokiem sprawcy wypadku.
Wysoki, rudy wilk pędził na złamanie karku drugim z traktów, nawet się na nas nie oglądając. Dopiero wtedy dostrzegłem, że na jego końcu stanął nasz jeleń. W kilku susach pokonał dzielącą go od niego odległość i ruszył dalej, nawet nie oglądając się na zwierzę. Potężny byk nie zwrócił na niego uwagi. W oczy rzucały się nienaturalnie rozrośnięte poroże, dodatkowa para przednich kończyn i obszary wydłużonej, błękitnej sierści. Kolejny mutant.
Powietrze przeszył nieprzyjemny, skrzekliwy okrzyk. Odruchowo odskoczyłem, jednocześnie spoglądając w stronę źródła dźwięku, niemal wpadając przy tym na równie zdezorientowanego co ja, wilka. Nad rozstajem ścieżek zawisł prawie trzykrotnie większy od dorosłego wilka ciemnobrązowy gryf. Miarowo bił skrzydłami, stopniowo je unieruchamiając, gdy potężne kończyny uderzyły głucho o ziemię. Nad lekko rozchylonym dziobem lśniły wściekłe, bladożółte oczy, a boki stworzenia pokrywały nadpalone pióra i ślady oparzeń.
Hybryda skoczyła w sam środek naszej grupy. Skrzecząc wściekle, zamachnęła się na Cess, która uskoczyła z trudem. Zaślepiona złością na wszystko, co żywe, istota nie zwróciła uwagi na naszą znaczną przewagę liczebną, raz po raz atakując uciekające spod jej szponów wilki. Z trudem uchyliłem się przed jej skrzydłem, którym usiłowała strącić mnie ze ścieżki, co prawdopodobnie by się jej udało, gdyby ktoś w porę mnie nie ostrzegł. W uszach szumiało mi tak, że słowa ledwie do mnie dotarły, a i tak już po chwili zapomniałem o ich treści i źródle. 
Dwa basiory z Watahy Czarnego Kruka kontratakowały jako pierwsze, jeden usiłował wytrącić gryfa z równowagi, ciskając w chude, ptasie nogi odłamami skalnymi, drugi zaatakował ogniem, co wyraźnie jeszcze bardziej go rozzłościło. Chwilę po nich Dante puścił się biegiem dookoła stworzenia, wyczekując, aż odsłoni poranione boki, zaś Cess przyjęła pozycję obronną i lekko się wycofując, uformowała z niebieskiej wody kilka lśniących pocisków i niewielkich konstrukcji, jak się domyślałem, w formie magazynów. 
Pozostała część grupy, łącznie ze mną, okrążyła gryfa, w pełnej gotowości do walki. Bestia trzepotała wściekle skrzydłami, usilnie próbując dosięgnąć szponami któregoś z przeciwników, ale ostatecznie odpuściła, by móc obronić się przed płomieniami. W jasnych oczach błysnął strach; zdała sobie sprawę, że ma marne szanse na wygraną. 
Ostatecznie gryf runął na bok, próbując osłonić się skrzydłami.
– Dobra – zdyszany wilk ziemi obrzucił nas szybkim spojrzeniem. – Co to było?
Bestia próbowała odsunąć się od nas jak najdalej.
– Hm, no nie wiem... Może wściekły gryf na przykład? – warknął ktoś.
Gryf zaskrzeczał wściekle i poderwał się gwałtownie, odtrącając dwa wilki skrzydłem. Odruchowo cofnąłem się o krok, tylko po to by z przerażeniem stwierdzić, że stworzenie rzuca się w moim kierunku z rozcapierzonymi szponami.
Odniosłem wrażenie, że moje serce zatrzymuje się na sekundę, zmrożone panicznym strachem. Nie miałem pojęcia jak sobie poradzić, a użycie mocy uniemożliwiły mi chmury. Zawróciłem, niemal tracąc przy tym równowagę i rzuciłem się do ucieczki.
W przeciągu krótkiej chwili dostrzegłem i zdałem sobie sprawę z kilku istotnych rzeczy. Po pierwsze, sześcionogi jeleń zniknął, a na jego miejscu stał rdzawo-rudy wilk. Natychmiast wystrzelił w moim kierunku. Po drugie, ścieżka była co prawda dość szeroka, ale gryf nie należy do małych stworzeń i byłem niemal pewny, że zajął całą dostępną przestrzeń, tym samym blokując przejście dla reszty grupy. Byłem zdany tylko na siebie. A przynajmniej taka myśl błysnęła gdzieś w głębi mojego umysłu w tym krótkim jak mrugnięcie oka, morderczym momencie.
Ze wszystkich sił starając się nie spanikować, stanąłem naprzeciw obcemu wilkowi, licząc na to, że łowcy odciągną uwagę gryfa. Zjeżyłem się, przyjąłem pozycję obronną i zawarczałem najgroźniej jak tylko potrafiłem. Kątem oka dostrzegłem, że latający drapieżca odwraca głowę do tyłu i usilnie stara się coś od siebie odrzucić. Przynajmniej tyle.
Rudzielec zatrzymał się kilka kroków przede mną. Obrzucił mnie niepewnym spojrzeniem, wyraźnie bijąc się z myślami. Co chwila zerkał w stronę gryfa.
Był bardzo wysoki. Pod skórą, pokrytą średniej długości futrem, rysowały się świetnie wyrobione mięśnie. Odwracał wzrok, gdy próbowałem lepiej przyjrzeć się szarozielonym, przymrużonym ślepiom. Czułem się przy nim jak zając w potrzasku, obok wygłodniałego lisa. Z drugiej strony odniosłem niejasne wrażenie, że to po prostu łagodny olbrzym, który zrobił coś bardzo nie tak i wstyd było mu się przyznać. Jakiejś części mnie zrobiło się go szkoda.
– To się porobiło – basior zaśmiał się nerwowo.
Spojrzałem na niego wrogo, jeszcze raz powarkując.
– Słuchaj, Arvid, to nie miało tak wyjść, serio. Wybacz mi. Zaraz wszystko naprawię.
Nadstawiłem uszu.
– Ale skąd ty...?
Basior skoczył nagle ku mnie. Cofnąłem się odruchowo, ale ten po prostu odepchnął mnie w tył. Zachwiałem się, podnosząc na niego wzrok. Uśmiechnął się przepraszająco, po czym wytworzył wokół siebie dwie ogniste kule, którymi cisnął w, w dalszym ciągu zajętego łowcami, gryfa. Hybryda zawyła jak obdzierany ze skóry kot. Wystrzeliła niezgrabnie w stronę rudego, który natychmiast ruszył do ataku. Uskakując przed dziobem przeciwnika, odbił się od podłoża. Uderzył w jego bok i z całej siły odepchnął od siebie. 
Gryf stracił równowagę i zleciał ze skalnej półki. Z nieprzyjemnym trzaskiem runął na kamienie i zaczął się zsuwać. Rozpaczliwie próbował znaleźć punkt zaczepienia, ale tylko zrzucił na siebie kolejne kamienie. Z rozrywającym uszy wrzaskiem przekręcił się na brzuch i uderzył kilka razy skrzydłami. Przeleciał kawałek i wylądował ciężko. Jego grzbiet przypominał rozszarpany kawałek brązowego materiału, którym ktoś wrzucił do puszki z czerwoną farbą. Pióra fruwały wokół tak chaotycznie, jakby ktoś nadał im własną wolę.
Gryf odwrócił się ku nam z lekko rozchylonym dziobem. Nawet z takiej odległości widać było drżenie zgarbionej, zakrwawionej sylwetki. Obrzucił nas pustym wzrokiem, powoli rozkładając skrzydła. 
A potem legł bezwładnie z pustym, kamiennym hukiem.
Ledwo do mnie dotarło, że wilki obskoczyły mnie jak sarnę, by spytać, czy wszystko w porządku, przyjrzeć się lepiej miejscu zdarzenia albo wymienić spostrzeżeniami. Mruknąłem coś i kiwnąłem głową, nie mogąc zdobyć się na lepszą odpowiedź. W mojej głowie pobrzmiewał niejasnym echem wesoły okrzyk rudego wilka. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy usłyszałem go naprawdę, w krótkim momencie, który jawił mi się jako czarna plama, niby atrament wylewający się z zepsutego pióra, czy tylko go sobie wyobraziłem.
Wilk zniknął.

<Cess?>

Uwagi: brak

piątek, 15 marca 2019

Od Magnusa "Akcja reaktywacja" cz. 1

Marzec 2023 r.
Pogoda paskudna tak jak wcześniej, z innymi wilkami widywałem się praktycznie tylko na polowaniach, humor dalej mi nie dopisywał. W zasadzie to nic się nie zmieniło od czasu, gdy z powodu burzy większość watahy zaczęła spędzać praktycznie cały swój czas w jaskiniach. 
Jedyną nowością była informacja o przenosinach, co po tak długim czasie niepewności wstrząsnęło w posadach naszym kruchym spokojem. 
Niby nic się jeszcze nie zmieniło, ale niemal czuć było coś innego w atmosferze, zmianę w nas samych. Cała ta monotonna szarość, która towarzyszy nam już tak długo, nagle rozjaśniła się całą swoją paletą odcieni. Nawet samotnie w czterech ścianach z upiornym oknem na nieuniknioną zagładę, niemal można odczuć niezwykłe ożywienie całej naszej małej społeczności.
Rzecz jasna, odczułem to. I były to chyba najwspanialsze chwile w życiu, które pamiętam. Miałem wrażenie, że ktoś wyrwał mnie z monotonnego półsnu w autobusie, otoczonym deszczową aurą, gdzie po prostu nie da się odpłynąć w pełni. Chodziłem w kółko po całej jaskini z niesamowitej, stłumionej ekscytacji, powoli narastającej gdzieś w głębi świadomości. Spakowałem do torby kilka pamiątek i zestaw rzeczy, które na pewno będę chciał zachować, z niecierpliwością czekałem na każde polowanie czy patrol, uprzątnąłem nawet świecącą już pustkami jaskinię, pozostawiając na wierzchu tylko książki i posłanie. Aż w końcu nie zostało mi już nic poza pełnym napięcia oczekiwaniem.
Jednak tym razem nie potrafiłem tego znieść. Czułem się nieprzyjemnie rozbudzony i pełen energii, powrócił zapał do pracy, której nawet po wyczerpujących łowach było po prostu za mało. Musiałem szybko znaleźć sobie zajęcie, inaczej chyba bym nie wytrzymał. 
I tak oto jest. Niewielki, szaro-biały hipogryf, podążający za mną trochę niepewnie stawiając łapy. Szpony? Kopyta? Po prostu kroki? Cieszyłem się jak dzieciak, który dostał wymarzony prezent, pogodnie i radośnie, niemal płynąc w rześkim powietrzu. Niesamowite uczucie. 
A doszło do tego w sposób, o który nigdy bym się nie podejrzewał.
Chyba nigdy nie podjąłem decyzji tak szybko. Podczas bezcelowego kręcenia się po jaskini przez myśl przemknęły mi zasłyszane gdzieś wieści o możliwym wyginięcia niektórych gatunków z naszych, nie tak już odlegle, starych terenów. Nie wiadomo, czy żyją gdzieś jeszcze, więc to szczytny cel i tak dalej. Na krótko po sprawdzeniu obecności wymknąłem się z jaskini.
Ruszyłem w stronę gór, w myślach układając listę stworzeń naturalnie je zamieszkujących, jak i tych, które z powodu burzy się tam przeniosły. Starałem się utrzymywać stałe tempo, ale ostatecznie zwolniłem z truchtu do szybkiego marszu po tym jak niemal się wywróciłem. Zignorowałem obitą lewą, przednią łapę, myślami błądząc po potencjalnych kryjówkach niknących stworzeń.
Czasami, bardzo rzadko, zazwyczaj podczas polowań, widywałem niektóre z tych niesamowitych bestii. Dwa gryfy i xerale, po jednym smoku latającym i hydrze. Udałem się w miejsca, w których je widywałem, ale z marnym skutkiem. Raz mignęły mi dwa czy trzy gnolle, przez co trochę zrzedła mi mina, jednak poza tym nie widziałem nawet kozic. 
Czas mijał. Nie spodziewałem się natychmiastowych efektów, starałem się zachować cierpliwość. Z niepokojem patrzyłem na chmury i coraz wyższe urwiska. Dalej nic. 
Aż w końcu burza się zniecierpliwiła.
Lunęło tak nagle, że dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z kropel niebieskiej wody, uderzających w mój grzbiet. Rozejrzałem się szybko, z narastającym niepokojem stwierdzając, że nie mam gdzie się skryć. Przyspieszyłem do ostrożnego biegu, panicznie rozglądając się z jakimś tymczasowym schronem. Przede mną ciągnęła się stroma ścieżka biegnąca przy skale, z jednej strony otoczona morderczą pustką. Spojrzałem w dół. Stromy zjazd i półka skalna. Jest pewna szansa, że znajduje się tam większa wnęka w skale, o ile nie pomyliłem miejsc. Jeśli zdecydowałbym się tam zejść, a nie znalazłbym niczego odpowiedniego, nie byłbym w stanie wrócić na górę, przynajmniej nie podczas opadu. Gdzieś dalej, idąc z traktem, na pewno znajduje się coś odpowiedniego, ale jest zdecydowanie za daleko, bo o jakieś dwadzieścia minut stąd, żwawym truchtem pod górę.
Nie zdążyłem zarejestrować co właściwie się stało w tamtym momencie. Właściwie to równie dobrze mogłoby nie wydarzyć się nic. Efekt byłby taki sami. Ot, załamanie w czasie i przestrzeni, małe ustępstwo w sposobie działania Wszechświata. Dla mnie jedno i to samo. W jednej chwili stałem tam, na ścieżce, powoli moknąc, w drugiej wpatrywałem się w lepki mrok, zalegający w wąskiej wyrwie w ciele góry, dźwigając swoje obolałe jestestwo na nogi. Starając się nie myśleć o tym, że za mną najpewniej znajduje się teraz kilkudziesięciometrowa przepaść, czym prędzej wbiegłem do jaskini. Przejście było węższe niż te do których byłem przyzwyczajony, na tyle szerokie, by pomieścić dwa stojące w ścisku, dorosłe wilki. W norze pachniało czymś ostrym, ale nie drażniącym. Zapach był bardzo wyrazisty, delikatnie przeplatał się z mocną, metaliczną wonią, nie odbierając przy tym pełni ani sobie, ani jej. Istniały oddzielnie, równocześnie tworząc wspólnie delikatną, nieco wilgotną tkankę.
Otrzepałem się niezgrabnie. W oczekiwaniu na przejście deszczu, w miarę możliwości doczyściłem i ułożyłem futro. 
Przez dłuższy czas nie działo się nic. Prawie zasnąłem, wsłuchując się w spokojny szum deszczu, gdy nagle u wejścia groty rozległ się trzepot skrzydeł. Zerwałem się na nogi i cofnąłem, bacznie obserwując wejście.
To właśnie wtedy szczęście się do mnie uśmiechnęło. U wylotu nory stał nieduży, przygarbiony hipogryf. Ptasia "połowa" przypominała nie do końca udaną, ale dość ciekawą krzyżówkę orła z sokołem, ze znaczną przewagą tego drugiego. Wewnętrzna część skrzydeł, gardziel i pierś pokrywało białe pierze w czarne cętki, zaś grzbiet był jasnoszary. Zad, szerokie kopyta okryte długim, gęstym włosiem i masywne nogi stworzenia przywodziły na myśl konia pociągowego.
Hybryda nie wyglądała tak, jakby miała złe zamiary, wręcz przeciwnie, byłem niemal pewien, że szukała pomocy. Zagubiona w całym tym chaosie, nie znacząca wiele istota dostrzegła w wilkach ratunek. 
Gdy tylko przestało padać, wyszedłem z jaskini, bogatszy o nowy rodzaj radości. Po kilku długich próbach udało mi się pokonać stromiznę i wrócić na ścieżkę. 
Wtedy mój towarzysz tylko patrzył.

<C.D.N.>

Uwagi: brak

czwartek, 14 marca 2019

Od Lind "Skupienie..." cz. 1

Marzec 2023
Skupienie... Skupienie... Potrafię to. Dam radę... Zmieniam formę... Zmieniam for... Dlaczego banjo Tinga zamilkło?
- Co ty tak siedzisz Pierzasta? - usłyszałam głos Odmieńca.
Nie odpowiedziałam, ani nie otworzyłam nawet oczu. Zacisnęłam mocniej powieki i próbowałam za wszelką cenę nie rozkojarzyć się. Czułam, że już prawie to rozgryzłam. Zmieniam formę... Zmieniam formę ... Dlaczego nadal jestem wilkiem?!
- Piłaś tamtą deszczówkę? Mam lecieć po kogoś? - kontynuował mój towarzysz z wyraźnym niepokojem. Zaczekał chwilę na reakcję, która nie nastąpiła. 
Zmieniam formę... Zmie...
- Ty żyjesz Pierzasta? Powiedz coś! 
I... dałam się złamać. Wypuściłam głośno powietrze z płuc, otworzyłam oczy i obróciłam głowę by spojrzeć na Tinga z wyrzutem. 
- Uff, jednak żyjesz - podsumował.
- Zapomniałeś, że noszę Medalion Nieśmiertelności? - spytałam z zażenowaniem i irytacją.
- Czemu udawałaś, że padłaś ofiarą Meduzy? - mruknął, jakby nie słyszał poprzedniego zdania. 
- Kogo? - zmieszałam się.
- Nieważne. Dlaczego tak siedziałaś? Nad czymś myślałaś?
- Ja... próbowałam zmienić się w człowieka - westchnęłam, przypomniawszy sobie, iż moje starania nie przyniosły żadnego efektu. 
- Doprawdy? - Strażnik Wichury poprawił ułożenie zakrywającej mu pysk czaszki . - Mówiłaś, że nie potrafisz.
- Chcę się nauczyć - westchnęłam. - Ale jak widać nic z tego - potrząsnęłam głową. 
- Ile razy już próbowałaś? 
- Raz... i zaraz spróbuję ponownie. 
Jednakże, zaraz po zamknięciu oczu znów usłyszałam głos Tinga:
- Czekaj, czekaj. Może robisz coś źle w takim razie?
- Co mogę robić źle? - burknęłam. - Jak trudna może być zmiana w człowieka? Wszyscy dookoła robią to ot tak, bez problemu!
Spróbowałam znów skoncentrować się na wyznaczonym sobie zadaniu. Szkoda tylko, że Odmieniec ani myślał mi na to pozwolić i gadał dalej:
- Ja tam nie wiem, ale skoro nie masz żadnego doświadczenia... pewnie popełniasz gdzieś błąd - wyjaśnił.
- Niemożliwe - rzuciłam, nadal nie uchylając powiek. - A teraz zamknij wreszcie pysk, próbuję się skoncentrować!
Zaraz pokażę temu Odmieńcowi, że nie ma racji. Robię wszystko dokładnie tak, jak trzeba. Muszę się tylko skupić i wszystko pójdzie jak należy... Wszystko pójdzie jak... 
- Nie masz dzisiaj warty? 
- Nie mam dzisiaj warty! - warknęłam. - Daj mi spokój!
Skupienie... Skupienie...
- Wydawało mi się, że wspominali o... 
- SIEDŹ CICHO!!! - ryknęłam, stając na równe łapy. - Jesteś jedynym powodem dlaczego jeszcze mi się nie udało zmienić!!! 
Na chwilę w jaskini zapadła cisza. Na bardzo krótką chwilę.
- Hm... Nie powiedziałbym - mruknął Odmieniec niewzruszony.
Miałam ochotę rzucić w niego czymś dużym. Najlepiej głazem. Odruchowo rozejrzałam się po jaskini. Jak na złość, nie było tutaj nic większego od mojej torby. Westchnęłam i zaszurałam zębami. Podeszłam do wyjścia, żeby sprawdzić, czy jeszcze pada. Niestety za progiem jaskini w dalszym ciągu czekał mnie dosłownie wodospad. Usiadłam przy brzegu kałuży, która powstała z napływającej do środka "wody". Dobrze chociaż, że ten nowo powstały staw znalazł ujście gdzieś na zewnątrz. W przeciwnym razie obawiałabym się zupełnego zalania mojego domu. Wpatrzona we wzburzoną, połyskującą na niebiesko taflę, zaczęłam trochę uspokajać nerwy. Zaczęłam rozmyślać, na co mi ta cała umiejętność zmiany w człowieka.
Ludzie to po prostu chude, łyse małpy, które mają patyki zamiast nóg. Na nic mi się to nie przyda. Na pewno jako wilk biegam szybciej, skaczę dalej. Te śmieszne istoty nie mają nawet pazurów, ani ostrych kłów. 
Powoli udawało mi się przekonać samą siebie, że moja obecna postać jest znacznie lepsza w każdej możliwej dziedzinie. Nie usunęło to jednak gorzkiego smaku porażki. Myślałam, że będę zmieniać w człowieka samą łatwością, z jaką przychodzi to Joelowi, Magnusowi, czy Leah, a tu... niespodzianka. Warknęłam pod nosem. Nienawidziłam takich niespodzianek. Odgarnęłam posklejane kosmyki włosów, które opadły mi na pysk. 
 Postawiłam sobie dwa kluczowe pytania - "Jak oni to robią?" oraz "Jak JA mogę to zrobić?'. Oparłam się o kamienną ścianę. Może... Może... Może należy skumulować w sobie magiczną moc, jak przed użyciem żywiołu? To nie brzmi głupio, nie zaszkodzi spróbować. Do trzech razy sztuka!
Wstałam, odsunęłam się nieco od wyjścia i wbiłam pazury w ziemię. Przybrałam pozę jak do ataku, po czym zastosowałam obraną wcześniej taktykę. 
Zmieniam formę! Teraz! - powiedziałam powiedziałam w myślach ostatni już raz.
Wtem zabrakło mi tchu. Świat dookoła zaczął wirować. Zachwiałam się i upadłam na ziemię. Zesztywniałam. Nagle całe moje ciało zaczął stopniowo obejmować straszny ból. Od czubka nosa, aż po końcówkę ogona. Miałam wrażenie, że coś rozrywa mi nogi, wykręca kości, wyrywa stawy. Ciemność przed oczami, w uszach szum i pisk. Chciałam zawołać pomocy, ale nie mogłam wydać żadnego dźwięku. Mogłam najwyżej czekać w nadziei, że ta nagła agonia zniknie tak szybko, jak się pojawiła. Kiedy to nie nastąpiło, zdałam sobie sprawę, że po pysku ciekną mi gorące łzy. Nie wiedziałam gdzie jestem, czy ktoś przybiegł mi na pomoc, czy nie. Ile czasu już minęło? Minuta, godzina, a może tylko sekunda? 
Zrobiło się straszliwie zimno.


Szum deszczu i wycie wiatru, ale jakby cichsze. Widok kamiennej ściany, ale jakby mniej wyraźny. Zapach tej samej jaskini, ale dziwnie przytłumiony. To samo twarde podłoże, ale coś było z nim nie tak. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Nabrałam łapczywie wielki haust wilgotnego powietrza. Czułam się jakby wszystko mnie piekło od środka. Najgorszy ból w dużej mierze zniknął. Doskwierało mi za to zimno. Obróciłam się na bok. Spróbowałam zebrać myśli i zrozumieć co przed chwilą się wydarzyło i dlaczego. Bez skutku. Byłam zbyt skołowana. Chwilę tak jeszcze leżałam bez ruchu, czekając aż świat przestanie tańczyć mi przed oczami. Oparłam przednie łapy o ziemię, żeby wstać, ale znów zastygłam, tym razem z szoku. Nie miałam już przednich łap, a dwie, długie LUDZKIE kończyny! 
- U... udało mi się... - wydukałam, w mig przypominając sobie moje próby zmiany formy. - Udało mi się! - powtórzyłam na cały głos.
Spojrzałam w kąt jaskini, gdzie zwykle przesiaduje Ting. Z jakiegoś powodu było teraz znacznie ciemniej. Ledwo dostrzegłam sylwetkę Odmieńca.
- Udało mi się - powiedziałam jeszcze raz, roześmiana jak szczenię.
- ... To ty Pierzasta? - wydusił mój towarzysz.
- Ja! - pisnęłam radośnie i spróbowałam usiąść jak człowiek. 
Tymczasem mój towarzysz wstał z miejsca. Ewidentnie nie wiedział, jak ma reagować.
- Wyglądam jak człowiek, prawda? - spytałam.
- Tak myślę... - mruknął bez przekonania.
Dopełzłam na czworaka do swojego posłania, by ściągnąć z niego nakrycie. Teraz rozumiałam, dlaczego dotychczas było mi tak niewyobrażalnie zimno - ludzie nie mają grubego futra. Owinąwszy się miękką narzutą, zaczęłam oglądać zmiany, które we mnie zaszły. Nadal miałam długie, potargane włosy, jednak kosmyki stały się gładsze. Ich odcień przypominał teraz raczej jasny blond, niż biel śniegu. Przejechałam dłonią po głowie. Nie miałam już ani jednego pióra. Całkiem ciekawe uczucie. Wysunęłam spod nakrycia nogę. Z tej perspektywy nie wydawała się być taka chuda. Rysowały się na niej silne mięśnie. Chyba będę musiała sprawdzić, na co mnie stać w tej formie. Następnie wyciągnęłam przed siebie rękę i pomachałam długimi palcami. Szczególnie zaintrygował mnie wyjątkowo długi kciuk. Przypomniałam sobie, że Ting ma podobny. Podobno bardzo przydaje się do podnoszenia różnych przedmiotów. Niewiele myśląc, sięgnęłam po moją torbę. Owinęłam palce wokół paska i przyciągnęłam skórzany worek do siebie. Podniosłam klapę i wzięłam do ręki jeden z rubinów wyłowionych z Jeziora. Spróbowałam przytrzymać go, używając tylko dwóch palców. Mając do dyspozycji tak skonstruowaną dłoń, nie było to żadne wyzwanie. Odłożyłam drogi kamień na bok i wyjęłam z torby Błękitne Oko. Z fascynacją przekładałam wisiorek między dłońmi i owijałam wokół palców łańcuszek. Bawiłam się całkiem dobrze i dopiero po chwili dostrzegłam, że usiadł koło mnie mój współlokator. 
- Na co się tak patrzysz? - spytałam, poprawiając narzutę, którą byłam owinięta. 
- Na ciebie, Pierzasta - odparł Odmieniec.
- Wiesz co, powinieneś wymyślić mi inny tytuł, jeśli akurat jestem w formie ludzkiej - Powstrzymałam śmiech. Nadal miałam doskonały humor.

<C.D.N>

Uwagi: brak