Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

środa, 27 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 3 (c.d. Edel)

Kwiecień 2022
Kiedy czekałam na powrót Vestar, czas dłużył mi się niemiłosiernie. Wyobrażałam sobie, że wadera wraca wraz z grupą wilków gotowych rzucić się na mnie i Asa. Wątpiłam, by w takim wypadku samiec w ogóle to zauważył - jego uwagę zaprzątała właśnie jedna ze starych ksiąg. 
W końcu, gdy już powoli zasypiałam z nudów, do jaskini weszła Vestar. Wilczyca od razu usiadła naprzeciwko mnie i automatycznymi ruchami zaczęła przeczesywać sierść. Zauważyłam, że poduszki jej łap były błękitne.
- Spodziewałam się, że przyjdziecie - odezwała się nagle. - Wiedziałam od czasu, gdy zobaczyłam stan Asgrima. Zaklęcie jego ojca były niekontrolowane i słabe. Oczywistym było, że kiedy tylko wrócą do niego wspomnienia, wyruszycie w podróż.
- Przejrzałaś nas - mruknęłam. 
Na pysku Vestar zadrgał delikatny uśmiech. Wilczyca szybko jednak się opanowała i odchrząknęła. Niewiele jej to dało - jej głos nadal był zachrypnięty.
- Historia, którą chciałabym ci opowiedzieć, jest bardzo długa. Mam nadzieję, że nie będziesz miała nic przeciwko, żebym przekazała ci wszystkie wspomnienia, które jej dotyczą? Musiałabym wejść do twojego umysłu.
W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.
- Mówisz, jakbyś tego nie zrobiła, gdy tylko mnie zobaczyłaś.
Wyczułam od niej lekkie rozbawienie, jednak jej pysk ani drgnął.
- Dobra odpowiedź - pochwaliła mnie. - Zaczniemy od samego początku, dnia, w którym straciłam siostrę.

Byłam młodą wilczycą. Szłam wraz ze swoją rodziną, próbując odnaleźć Watahę Magicznych Wilków - sławne stado, w którym mieliśmy nadzieję odnaleźć schronienie. Nikt z nas jednak nie wiedział, w którą właściwie stronę powinniśmy się udać. Wiedzieliśmy co nieco o historii, jednak kierunek, w którym powinniśmy iść, to była całkiem inna sprawa. Znaliśmy go jedynie mniej-więcej.
Pewnego dnia obudziliśmy się jak zwykle o świcie i zaczynaliśmy zbierać się do dalszej podróży, gdy zauważyłam brak mojej siostry. Myśląc, że wilczyca się przed nami schowała, zaczęłam jej szukać. Gdy jednak po dłuższym czasie nie usłyszałam żadnego chichotu, który zdradzałby położenie wadery, zaczęłam się martwić.
- Astrid zniknęła - oznajmiłam mojej matce. 
Wilczyca podniosła na mnie wzrok znad bajorka, z którego właśnie wybierała brudną wodę. Miała świra na punkcie czystości zbiorników wodnych.
- Pewnie gdzieś się schowała - uspokoiła mnie i wróciła do przerwanego zajęcia.
Pokręciłam głową, zirytowana tym, że mnie próbowała zbyć.
- Szukałam jej. Nigdzie jej nie ma! - upierałam się. Mama chyba zauważyła moje zdenerwowanie i cudem hamowaną panikę, bo westchnęła i postanowiła pomóc mi w poszukiwaniach.
Nie udało się jej.
Gdy tata wrócił z polowania, przejął się zniknięciem jednej z jego córek i dołączył do nas. Szukaliśmy wadery przez cały ranek, jednak nie udało nam się.
Astrid zniknęła.

Następne wspomnienie dotyczyło mojego - nie, Vestar... Chociaż, czyż w tym momencie nie stanowiłyśmy jedności? - pierwszego zauroczenia. Byłam dorosłą samicą, może trzyletnią. Nigdy nie trafiłam do watahy, której z takim zapałem poszukiwali moi rodzice, jednak nie czułam z tego powodu żalu.
Tamtej jesieni trafiłam przez przypadek na tereny skalane wojną. Walki trwały niemal każdego dnia, ziemia była pokryta brudną krwią i ciałami poległych. Okropne miejsce.
Chciałam uciec, jednak plany skutecznie udaremnił mi wilk pełniący patrol niedaleko jednego z tymczasowych obozów. Basior był ode mnie o ponad głowę niższy, jednak jego sylwetka była nadzwyczaj umięśniona. Krótkie, ognistorude futro było poprzetykane bliznami, a prawe ucho naderwane. 
Przedstawił się jako Rodholf, jednak poprosił, bym mówiła do niego per Rod. 
"Jest to skrót przeznaczony dla przyjaciół, a ja liczę, że zostaniemy przyjaciółmi."
Zabrał mnie do obozowiska i traktował jak damę. Samiec okazał się niezwykle szarmancki i inteligentny. Przyjemnie się z nim rozmawiało. W pewnym momencie zaproponował mi kilka kubków pysznego trunku i chyba trochę odleciałam.
Wtedy sądziłam, że to była najlepsza noc w moim życiu. Następnego ranka, gdy zaproponowałam Rodowi, byśmy uciekli razem z dala od wojny, wilk odmówił. Czułam się głupio, tak bardzo głupio. Jednak nie byłam zdenerwowana, o nie. Gniew przyszedł kilka tygodni później, gdy moim życiem wstrząsnęła okropna wiadomość.
Byłam w ciąży z wojownikiem, którego widziałam raz i prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę.

Byłam już w zaawansowanej ciąży, jednak nie rezygnowałam z podróży. Zależało mi na znalezieniu własnego miejsca na świecie, watahy, która odwiodłaby moje myśli od tego wieczoru, który zmienił moje życie.
Któregoś dnia natrafiłam na niezwykle chudego wilka. Jego orzechowa sierść delikatnie powiewała na chłodnym, zimowym wietrze, a zimne oczy były nieruchome, wpatrzone prosto w moją sylwetkę. Dosłownie moment później wyczułam ciemnoniebieską aurę napierającą na moją. Wilk próbował dostać się do mojego umysłu.
Skupiłam się nad obroną, jednak - ku mojemu zaskoczeniu - nieznany wilk był silny. Po dłuższej walce z trudem udało mi się go pokonać, jednak ten wysiłek kosztował mnie wiele sił. Upadłam na pokrytą śniegiem ziemię.
- Kim jesteś? - usłyszałam czyiś chłodny głos tuż nad sobą. - Nie wolno ci tutaj być.
Podniosłam wzrok i spojrzałam na idealnie obojętny pysk samca.
- Ach tak? - spytałam, próbując się podnieść. Udało mi się.
Basior pokiwał głową i zmierzył mnie wzrokiem. Zatrzymał się na moim ciążowym brzuchu.
- Vestar - mruknęłam w końcu, próbując odwrócić jego uwagę od szczeniaka, którego w sobie nosiłam. Samiec szybko się zreflektował, jednak sam się nie przedstawił. 
- Jesteś uzdolniona - stwierdził jakby w zamyśleniu - I piękna.
Uniosłam brew, słysząc jego słowa.
- Owszem.
Zamilkł na chwilę. Zamyślenie na jego pysku było aż za bardzo widoczne.
- Stoję na czele najsilniejszej organizacji jaką widziała nasza ziemia. Nasza wiara pewnego dnia sprawi, że osiągniemy życie wieczne. Jednak najpierw musimy opanować magię Umysłu. Zechcesz do nas dołączyć?
Spojrzałam na niego jak na wariata. Organizacja religijna z fiołem na punkcie nieśmiertelności? Brzmiało to głupio, jednak pewne siebie słowa samca wywarły na mnie spore wrażenie. Kształcą się w moim żywiole... Mogłabym się nauczyć czegoś więcej, a przecież zawsze kochałam uczyć się nowych sztuczek. Manipulować umysłami nieświadomych wilków. 
- Oczywiście zapewnimy ci potrzebną opiekę oraz przyszłą edukację dla twoich szczeniaków. Jeśli posiadają odpowiednie zdolności. Jaki żywioł ma ich ojciec?
- Nie wiem.
Basior uniósł brew, ale nie skomentował tego w żaden sposób. Czekał na moją odpowiedź.
- Z chęcią do was dołączę.

Ból. Nieznośny, okropny ból. Potem nagły koniec.
Obróciłam łeb i spojrzałam na malutką kulkę rudej sierści. Instynktownie polizałam samiczkę po głowie, a ta w odpowiedzi cicho pisnęła.
- Niedługo zostanie ci odebrana i przyłączona do pozostałych szczeniąt.
- Wiem - westchnęłam, spoglądając jak moja córeczka niepewnie się do mnie przesuwa, poszukując ciepła.
- Jednak możesz wybrać jej imię, jeśli zechcesz.
Skinęłam głową i zamilkłam na dłuższą chwilę, próbując wybrać odpowiednie. Zastanawiając się nad tym, przyglądałam się malutkiemu stworzonku.
- Torance - zdecydowałam w końcu. Samiczka jakby rozumiejąc, że chodzi o nią, podniosła na mnie główkę i ponownie pisnęła.

Minęło sporo czasu, nim ponownie zobaczyłam moją siostrę. Jednak gdy tylko ją zobaczyłam, od razu ją poznałam. Samica choć urosła, nadal miała w sobie coś ze szczeniaka. Poza tym, wystarczyło zaledwie kilka telepatycznych rozmów, bym już na zawsze rozpoznała jej głos.
- Vestar - powiedziała ze wzruszeniem, niepewnie mnie przytulając. Drżała.
- Tęskniłam... - mruknęłam, niezręcznie ją obejmując. 
- Nigdy nie sądziłam, że... No wiesz... Głupio się przyznać, że zapomniałam o twoim istnieniu, ale... - plątała się w tym, co chciała powiedzieć. - Miło cię widzieć.
Puściłam ją i wskazałam jej łapą, by podążyła za mną. Poszłyśmy do mojej jaskini i rozmawiałyśmy przez całą noc. Nie obyło się bez łez i cichych śmiechów z jej strony oraz tamowanych uczuć z mojej.
Gdy temat zszedł na nasze rodziny i partnerów, czułam się strasznie niezręcznie. Obawiałam się opowiedzieć Astrid o Rodzie i Torance. Jednak, gdy to zrobiłam, samica szczęśliwie się do tego nie odniosła i opowiadała ze wzruszeniem o swoim partnerze i małej córeczce. 
- Nie powiedziałam im, dokąd się wybieram. To było takie głupie z mojej strony... Ale zrozumiałam to, gdy było już za późno by wracać... - mówiła ze łzami w oczach. - A wiesz, co jest najgorsze? Że mogę ich już nigdy nie zobaczyć.
- Czemu tak mówisz? - spytałam, choć znałam odpowiedź. Wystarczyło jedno spojrzenie na zmęczony pysk samicy, by to zauważyć.
- Ves, ja umieram. Najpewniej nie dożyję końca podróży. Nigdy nie zobaczę jak Navri dorasta. Nie zestarzeję się razem z Dante... 
Wpatrywałam się w rozpacz wymalowaną na pysku As. W tym momencie żałowałam, że w ogóle się z nią skontaktowałam. Prawdopodobnie zabrałam jej ostatnie chwile z rodziną. Nie byłam tego warta.
- Wracaj - nakazałam jej.
- Co?
- Wracaj do rodziny, As.
- Ale... - zaczęła, jednak gdy posłałam jej groźne spojrzenie, umilkła. - Dobra, ale jeśli nie wrócę, przekaż im... 
Wilczyca zamiast skończyć zdanie, ponownie mnie objęła. Tym razem na pożegnanie.
- Jasne. Przekaż pozdrowienia - uśmiechnęłam się, już nie tamując łez, zbierających mi się w oczach.
- Nie martw się o to - powiedziała i wyszła z jaskini. Obserwowałam jej oddalającą się sylwetkę do momentu, aż zniknęła za jednym ze wzgórz.

Czułam na sobie spojrzenie Wielkiego Mistrza, jednak nie zamierzałam na nie odpowiedzieć. Nie dam mu tej satysfakcji.
- Ona musi odejść.
- Jest szansa, że jeszcze odkryje w sobie odpowiednie zdolności - stwierdziłam. Mój głos był chłodny.
- Dałem jej więcej czasu niż innym, a ona nadal nie potrafi nawet wykryć aury. Przykro mi, Vestar.
Położył delikatnie łapę na mojej. Z trudem opanowałam drżenie. Nienawidziłam tego, jak na mnie patrzył, jednak pozycja... Tak, Nevra mógł mi ją zapewnić.
- Spraw chociaż by nie była sama. Żeby była bezpieczna - poprosiłam. Wilk westchnął i mruknął coś na znak zgody. - I zostaw jej imię.
- Wiesz, że...
- Obiecałeś mi, że dasz jej wykształcenie. Skoro to niemożliwe, to chociaż spraw, by była sobą. Tyle możesz zrobić.
- To będzie cię kosztować - mruknął, przybliżając pysk do mojego ucha. Jego oddech rozwiewał moją sierść, jednak ja nawet nie drgnęłam.
- Z przyjemnością zrobię co trzeba, jeśli dotrzymasz słowa - odparłam i nie czekając na jego reakcję, wstałam. Odchodząc, musnęłam jeszcze swoim ogonem nos basiora. 

- Vestar, musisz mi pomóc. Niedługo nawet nie będę znał własnego imienia... - błagał basior. Przyglądałam się rozpaczy, malującej się na jego twarzy.
- Skontaktuję się z tobą i powiem ci, gdzie masz iść. Torance się tobą zaopiekuje - powiedziałam w końcu. Asgrim wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca.
- Dziękuję ci, tak bardzo ci dziękuję...
- Dbaj o siebie - nakazałam.
Asgrim w odpowiedzi skinął łbem i nie czekając dłużej, odbiegł.

Z ulgą przyjęłam powrót do swojego ciała i umysłu. Wspomnienia Vestar nadal były gdzieś w mojej głowie, ale nie tak żywe. Nie czułam już jej hamowanych uczuć, nie myślałam już jak ona. Na szczęście.
Marszczyłam brwi, powoli układając sobie w głowie to wszystko, co zobaczyłam. W końcu, gdy moje myśli w miarę pojaśniały, podniosłam wzrok na wilczycę.
- Chcesz powiedzieć, że jestem nieplanowanym szczeniakiem dla którego bezpieczeństwa oraz, oczywiście, pozycji jesteś z Wielkim Mistrzem tego całego Zakonu?
Vestar jedynie skinęła łbem.
- I... Że całkiem przypadkowo natrafiłam na watahę, której poszukiwałaś ze swoimi rodzicami i do której należała moja ciotka? Ta ciotka, która jest jednocześnie matką mojej przyjaciółki z wilczej szkoły?
Ponownie skinięcie.
- Nie wierzę... - mruknęłam, potrząsając łbem. - Znaczy, wierzę, ale... O Losie...
Vestar otworzyła pysk, jednak zanim zdążyła się odezwać do jaskini weszła jakaś postać.
- Mistrzyni... - wydyszała, sądząc po głosie, samica. - Wielki... Mistrz... Nagłe... Wezwanie...
Ledwo skończyła wymawiać ostatnie słowo, zwymiotowała.
Moja matka ledwo zauważalnie się skrzywiła, obserwując wyginającą się przybyłą.
- Już idę - mruknęła i wymijając samicę, wyszła.
Korzystając z zamieszania zerknęłam na Asa, który wpatrywał się z niedowierzaniem w sylwetkę chorej. Czułam, jak się o nią martwi.
- Edel? - zapytał, gdy tylko wilczyca się wyprostowała.
Samica podeszła w naszą stronę - oraz tym samym w stronę niewielkiej latarenki, która od razu oświetliła jej pysk - i przyjrzała się najpierw mojemu partnerowi, potem mnie.
- As? Tori? Co wy tutaj robicie? Myślałam, że...
- Edel, to naprawdę ty? - przerwał jej Asgrim.
Samica ukłoniła się niepewnie.
- Co ci się stało? Ty zawsze...
Edel pokręciła powoli łbem.
- Najpierw wy opowiecie mi swoją historię. Nie rozumiem, co się właśnie dzieję, a nie lubię żyć w niewiedzy - powiedziała, siadając. Sprawiała wrażenie znacznie silniejszej, niż wyglądała. Jednak wymiociny przy wejściu oraz emanujące z niej uczucia kazały mi stwierdzić, że umiała całkiem dobrze grać. Albo skupiać się na czymś innym niż choroba.

<Edel?>

wtorek, 26 lutego 2019

Od Beherita "Dzień spadających kruków" cz. 1 (c.d. Lind)

Luty 2023
Będąc w połowie drogi do kolejnego klienta, od którego miałem zabrać zamówienie, spostrzegłem, że na mojej lewej dłoni mam pazury zamiast paznokci. Niech to szlag! Dlaczego takie rzeczy muszą mi się zdarzać w pracy? Nie może to być przykładowo w mieście, gdzie jestem w stanie ukryć dłonie w kieszeniach spodni, ale teraz? Nie jestem w stanie tego schować, gdyż muszę zapisać zamówienie w głupim notesiku! Bez zbędnego przedłużania chodu w kierunku kobiety, która chciała zamówić, schowałem dłoń w dość nietypowy sposób, gdyż przekartkowałem notesik, aby je chować pod stertą kartek.
- Co dla pani? - rzekłem spokojnie, aby nie było słychać w moim głosie, że bardzo mi spieszno.
- Jeszcze chwilkę.
No bo zaraz chyba zejdę tutaj! Jak tak można? Babo, wołasz kelnera, to powinnaś już mieć wybrane danie, które chcesz zamówić, przecież to jest nienormalne!
- To tak, poproszę wuzetkę oraz do tego cappuccino albo nie, latte. Poleca pan latte?
Starałem się naprawdę nie wyjść z siebie, ale było to bardzo trudne.
- Dzisiaj polecamy mokke. - rzekłem bez zająknięcia.
- To jednak ja poproszę o to cappuccino, niech pan wybaczy, nie znam się na kawach - po tych słowach cisnęło mi się wiele słów na język, jednak powstrzymałem się przed komentarzami w jej stronę, nie chcę stracić tej pracy.
- Coś jeszcze?
- Poleca pan może jeszcze coś?
- Mamy w atrakcyjnej cenie szarlotkę oraz sernik - westchnąłem lekko znudzony.
- Podziękuję.
W końcu! Boże, babo, ile można zamawiać głupią kawę!?
Ruszyłem szybko w stronę blatu, po czym powiedziałem Stivowi, że musi podać jej kawę, bo mi autobus zaraz ucieknie. Jedyny plus tego wszystkiego to to, że kończyłem właśnie swoją zmianę i nie dostanę pouczenia, że wyszedłem pięć minut za wcześnie.
Chłopak popatrzył na mnie podejrzliwie, a ja w tym czasie pozbyłem się obciachowego fartuszka, gnając do szatni, aby zostawić swój roboczy ciuch.
Wybiegłem z kawiarni z prędkością światła, ruszając w stronę lasu, gdzie będąc już na jego początku, przemieniłem się w wilka. Brakowało mi tego. Nie pamiętam już nawet, jak to jest biegać na czterech łapach, a to przez ten okres, który spędziłem w ciele człowieka. Cóż, lubiłem swoje ciało, było ono specyficzne, przez co zawsze się wyróżniałem z tłumu. Zresztą, teraz też się wyróżniam, bo kto widział wilka śmierci w kolorze śniegu?
Ruszyłem dumnie przed siebie, spoglądając na moje ślady, które bezlitośnie pozbawiały życia roślinność na ziemi.
Lubiłem ten widok, lecz to była, można powiedzieć, moja wada, gdyż łatwo mnie teraz wytropić, przynajmniej jeszcze przez dwie minuty.
Stanąłem przy wodzie i spojrzałem w niebo. To, co zobaczyłem, wywołało u mnie lekkie zakłopotanie. Przecież tutaj powinno świecić słońce, przecież ten las prawie niczym się nie różni, a na pewno nigdy nie różnił się niebem. Ptactwo wyglądało jakby, przed czymś uciekało, sarny czy zające pędziły na złamanie karku, nie patrząc, co się dzieje przed nimi, przez co kilka z nich wpadło na mnie, lecz ja byłem zbyt skołowany, aby złapać jakiegoś zająca w zęby i się pożywić. Co tutaj się stało?
Jak to mówią ludzie - „Im dalej w las, tym więcej śmieci”. Tak też było. Spotykałem jakieś dziwnie wyglądające stworzenia. Był to niby ptak, ale posiadał on dwie głowy, czy zauważyłem w oddali sarnę z sześcioma nogami. Robiło się coraz dziwniej, a ja nie wiedziałem co mam teraz zrobić. Wracać? Iść dalej czy po prostu tutaj zostać?
Przemyślałem wszelkie kwestie za i przeciw postanawiając jednak, że pójdę naprzód. Zobaczę, co mnie jeszcze tutaj spotka.
Cóż na zwrot akcji nie musiałem czekać długo, gdyż usłyszałem szelest w krzakach po lewej stronie mojego ciała.
Nie zdążyłem nawet zareagować, a już leżałem na ziemi, starając się dostrzec, co właśnie przygwoździło mnie do podłoża. Z zarysu mogę określić tylko tyle, że to był inny wilk, na dodatek koloru białego, przynajmniej tak mi zdaje. Zawsze to mógł być jakiś pies myśliwski.
- Kim jesteś i co tutaj robisz?! - usłyszałem damski głos.
Czy naprawdę powaliła mnie dziewczyna? Jaki wstyd.
- Jak ze mnie zejdziesz, to ci powiem, do choinki! - warknąłem, próbując wstać.
- Nie zejdę, póki mi nie powiesz, po co tutaj przyszedłeś! Wkroczyłeś na tereny podlegające pod watahę!
- Dziewczyno, przestań w końcu krzyczeć, uszy mi więdną. Wróciłem do lasu po dłuższym czasie. Chcę po prostu zniknąć.
Po moich słowach wadera dała mi się podnieść z ziemi i cofnęła się kilka kroków.
- Co to za wataha? - zapytałem, robiąc krok w jej stronę.
Widziałem jej chwilowe zawahanie się, kiedy ściółka leśna zaczęła umierać pod moimi łapami.
Taki straszny jestem? Co za brednie, gdybym miał złe zamiary, to dawno bym się na nią rzucił.
Usiadłem i patrzyłem na nią wyczekująco Czekałem na jakiejś jej słowa, cokolwiek.
- W... Wiesz, co tutaj się dzieje? - zapytała.
- Nie, sam jestem zaniepokojony.
W tej chwili przede mną padł ptak, który właśnie przelatywał nad nami. To nie była moja sprawka, proszę mnie nie oskarżać.
Spojrzałem na to zwierzę, co było chyba złym pomysłem, bo zacząłem czuć się winny, choć nie jestem!
Zapatrzyłem się w nieruchome ciało i trąciłem je łapą. Było jeszcze ciepłe, ale czułem, że z duszy nic już nie zostało.
Nie minęła chwila, a kolejne ptactwo padło.
- Uciekajmy stąd! - krzyknęła wadera. Nie wiedziałem dokładnie, czy chcę iść za nią, ale kiedy jedno z ciał trafiło w mój grzbiet, nie czekałem długo i ruszyłem za nią.
- Gdzie ty w ogóle biegniesz?
- Do watahy. Muszę powiadomić Alfę, co się dzieje.
- A ja mam co zrobić? Biec dalej?
- Jeśli chcesz dołączyć, to porozmawiasz z Alfą.
Nie był to głupi pomysł, gdyż wiedziałem, że tam może najdę schronienie i nie będę musiał wiecznie uciekać.

***

Po dotarciu rozmówiłem się z Alfą, która okazała się waderą. Na początku patrzyła w moim kierunku niepewnie. Cóż, nie wyglądam zbyt przyjaźnie, co stawiało mnie pod wielkim znakiem zapytania. W końcu się zgodziła na okres próbny, który muszę przejść pomyślnie. Jeśli do niczego nie przyłożę łapy, to zostanę.
Wyszedłem z jej jaskini i chciałem się przejść po terenach, jednak unosząc łeb, zobaczyłem przed sobą waderę z piórkami.
- Co chcesz? - zapytałem, czekają na odpowiedź.


<Lind?>

Uwagi: Brak daty. Po "cóż" powinno się dawać przecinek. Czasem piszesz pytania, jednak nie kończysz ich znakiem zapytania. Nie wiem, czy jest reguła na to zezwalająca - nie mogę znaleźć na ten temat żadnych informacji, jednak - proszę - zwróć na to uwagę. Zdarza ci się nie oddzielać w żaden sposób wtrąceń. "(...) przynajmniej tak mnie się, przynajmniej zdaje." - domyślam się, że miałaś na myśli "przynajmniej tak mi się zdaje". Niektóre zdania mogłabyś spokojnie podzielić na kilka. "Alfa" jest u nas tytułem, który ze względu na szacunek powinniśmy pisać z wielkiej litery.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 2

Kwiecień 2022
Od rana czułam się, jakby niewidzialna dłoń uciskała mój żołądek. Nerwy całkiem opanowały mój umysł, nie pozwalając mi skupić się na czymkolwiek innym poza spotkaniem, które zbliżało się z każdym moim krokiem.
- Może zrobimy przerwę? - zaproponowałam, przebierając niepewnie łapami.
As zmierzył mnie zmartwionym spojrzeniem, pod którym zrobiło mi się głupio.
- Tor, stoimy kilkanaście długości ogona od miejsca, w którym zaczyna się terytorium Zakonu.
- Tak, wiem, ale... - mój głos był zabarwiony obawą - Jestem zmęczona.
Basior westchnął przeciągle i uniósł wzrok na pokryte nienaturalnie ciemnymi chmurami niebo.
- Tori... 
- Słucham? - spytałam, siląc się na beztroski ton. Wyszło to, delikatnie mówiąc, marnie.
Wilk jedynie pokręcił głową w niedowierzaniu i położył łapę na mojej.
- Musimy iść.
Przyglądałam się przez chwilę jego pokrytej pyłem łapie, by nagle podnieść wzrok na zmartwiony pysk. Samiec niemal nie zmienił się przez ostatni rok. Nadal ciągle uśmiechał się w ten swój radosny, czasem nieco zwariowany sposób. Jego oczy wciąż błyszczały zainteresowaniem, gdy tylko ktoś wspomniał o magii lub czymś dotyczącym roślin. Był ciągle Asem, szczeniakiem, który odnalazł mnie w dzień, w który porzuciła mnie Anna.
Kiedy tak na niego patrzyłam, ciężko było mi uwierzyć, że zimą samiec skończy pięć lat. Z drugiej strony nie byłam od niego o wiele młodsza, a przecież też nie czułam się tak staro, jak mógłby świadczyć o tym mój rzeczywisty wiek. Moja dusza miała zdecydowane dwa lub trzy lata i tego wolałam się trzymać.
- Musimy - przyznałam w końcu, wzdychając głęboko.
As pokiwał głową i uśmiechnąwszy się pokrzepiająco, ruszył w stronę niewielkiej sosny, wyznaczającej początek terytorium Zakonu.
Gdy powoli mijaliśmy miejsca, przez które - według Asa - niegdyś przechodziliśmy wiele razy, zdenerwowanie powoli zastępowała ciekawość. Przyglądałam się każdemu drzewu, każdej skale czy wzniesieniu, szukając czegoś, co mogłabym poznać. Nadaremnie. Moja pamięć została idealnie wymazana, a próby przywołania wspomnień były zbyt niebezpieczne.
As wspominał, że tereny Zakonu zawsze były pewne wilków. Gdy znaleźliśmy się w samym centrum i nadal nie spotkaliśmy żywej duszy, zaczynałam w to wątpić. Chociaż obserwując minę mojego partnera, mogłam zauważyć, że coś nie grało.
- Idziemy do czyjej jaskini? - zaryzykowałam pytanie. Basior nie odpowiedział. - As?
Cisza.
Zerknęłam w jego stronę, jednak basiora nie było obok mnie. Momentalnie serce podskoczyło mi do gardła. Wystraszona obróciłam się, szukając Asa. Na moje - i jego - szczęście stał koło niewielkiego głazu, wpatrując się tępo w przestrzeń.
- As? - podbiegłam do niego - Ziemia do Asgrima. Co się stało?
Wilk lekko podskoczył, jakby wybudzony z głębokiego transu.
- Ja... - zaczął, potrząsając głową. - Nieważne. Chodź, zaprowadzę cię do jej jaskini.
- Czyjej?
As uniósł brwi.
- Jak to: "czyjej"? Vestar, oczywiście. Wybacz, ale jakoś nie mam ochoty spotkać się ze swoim ojcem.
Pokiwałam głową i wskazałam łapą zejście z wzgórza, na którym się znajdowaliśmy.
- No tak. Jasne. Prowadź.
Basior wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu.
- Z miłą chęcią.

W momencie, gdy wspinaliśmy się na górę zamieszkiwaną przez kapłanów o wyższej randze, natknęliśmy się na kogoś. Nie byłam zaskoczona - spodziewałam się spotkania z kimś już od momentu, w którym położyłam łapę na terytorium Zakonu. Dlatego jedynym, co mnie zdziwiło, był fakt, że zdążyliśmy przejść niemal całą drogę.
Wilk, który mrużył oczy, przyglądając się nam, wyglądał młodo - jak szczeniak, wkraczający dopiero w dorosłość. Możliwe, że był dopiero uczniem, który wracał z zajęć ze swoim mentorem. Niemniej samiec z pewnością był niebezpieczny. W końcu należał do Zakonu, więc jego umiejętności raczej nie kończyły się na lekkiej manipulacji wspomnieniami.
Zmierzyłam go szybkim spojrzeniem. Był posiadaczem muskularnej sylwetki godnej wojownika oraz ogromnego wzrostu. Stwierdziłam, że z pewnością dorównywał Danowi - najwyższemu samcowi z naszej watahy. Wątpiłam jednak, by był równie szybki, co choćby ja.
- Kim jesteście? - warknął.
- Przybywamy w pokoju, spokojnie - As zignorował pytanie nieznanego samca. Odsłonięte kły były jawną oznaką, że temu się to nie spodobało. 
- To już osądzi Wielki Mistrz. Za mną - polecił, posyłając nam groźne spojrzenie.
Zerknęłam z niepokojem na Asa, który zdawał się całkiem nieporuszony całą sytuacją. Mało tego! Na jego pysku widniał delikatny uśmiech, jakby wcale nie miał zaraz się spotkać z kimś, kto był odpowiedzialny za wszystko, co spotkało go w jego życiu.
Czując na sobie mój wzrok, wilk odwrócił się i wskazał łapą, żebym ruszyła za nieznanym szczeniakiem.
- Wszystko jest pod kontrolą, Mała.
- Jasne - prychnęłam, automatycznie wykonując jego polecenie.
- Zaufaj mi - poprosił, zrównując się ze mną.
- Cicho!
Ponownie zerknęłam w stronę mojego partnera, który teraz przewracał wymownie oczyma.
Ktoś tu jest nerwowy - usłyszałam w swoim umyśle głos basiora.
Oj tak. Szczeniaczek próbuje być groźny...  - prychnęłam w myślach z rozbawieniem. Cała ta sytuacja była w pewnym stopniu zabawna. Nigdy nie sądziłam, że gdy znajdę się w watasze, z której pochodzę, złapie mnie byle szczeniak.
Zrobiliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy zza wzgórza wyłoniła się wysoka sylwetka wilczycy. Długie futro o ciemnej barwie powiewało na wietrze, ujawniając smukłą sylwetkę. Nie musiałam widzieć jej z bliska, by zauważyć, że wyglądało ładnie i kobieco. Nawet, gdy sierść normalnie sięgająca jej zapewne za pierś, wpadała do jej pyska, psując cały majestat.
Basiorek, idący dotychczas krok za nami, podbiegł do samicy i ukłonił jej się. Widziałam, jak coś do niej mówi, jednak wiatr porwał jego słowa. Cokolwiek to było, zdawało się nie zrobić żadnego wrażenia na wysokiej piękności, która jedynie pokiwała głową i powiedziawszy coś do wilka, podniosła na nas wzrok.
Gdy na mnie spojrzała, poczułam się... Dziwnie. Nagle przez moją głowę przeszło kilkadziesiąt myśli, wspomnień z życia, które prowadziłam dotychczas oraz tych... Tych, które nie spodziewałam się jeszcze kiedykolwiek posiadać. Wspomnień życia w Zakonie.
- Vestar... - wyszeptałam, ledwo zdając sobie sprawę z tego, że coś mówię.
Nawet nie zauważyłam, kiedy szczeniak zniknął, a ja i As znaleźliśmy się tuż przed wilczycą, która przyglądała się z niepokojem.
- Zawsze musicie dać się przyłapać, prawda? - spytała, kręcąc z niedowierzaniem łbem. Jej głos był niski i zachrypnięty, a przy tym silny. 
As skinął łbem, uśmiechając się delikatnie.
- Witaj, Ve...
Samica nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Zamiast tego rozglądała się, zapewne sprawdzając, czy w okolicy nie ma nikogo innego. Gdy upewniła się, że jesteśmy sami, wskazała łapą kierunek, w którym wcześniej zmierzaliśmy.
- Wasze szczęście, że moja jaskinia jest niedaleko. Chodźcie 
Nie powiedziawszy nic więcej, odwróciła się i ruszyła w odpowiednią stronę. Jej kroki były żwawe i długie, więc musiałam truchtać, by za nią nadążyć. As nie miał takich problemów. Zastanawiało mnie jak to możliwe, że tak wielka wilczyca wydała na świat takiego mikrusa jak ja...
Szybko doszliśmy do groty, która wielkością przypominała mi Jaskinię Alf w naszej watasze. Z tą różnicą, że ta była wypełniona różnego rodzaju księgami, ziołami i... Kurzem. Wszystko wyglądało tak, jakby było nieużywane od dawna.
- Wybaczcie mi za bałagan. Już od dawna tutaj nie mieszkam - wyjaśniła, siadając z dala od wejścia. 
Usiadłam naprzeciwko niej i przyglądałam się jak układa swoją rozwichrzoną sierść. Moja prawdopodobnie wyglądała identycznie, jednak ja nie zamierzałam się tym przejmować. Miałam ważniejsze sprawy na głowie niż rozczochrane futro.
Bez słowa przyglądałam się jej pyskowi, próbując odnaleźć coś, co bym odnalazła w sobie. Z pewnością miałyśmy równie długą sierść oraz identyczne, jasnoniebieskie oczy, jednak czy coś jeszcze? Czy to moja wyobraźnia, czy nos wilczycy był lekko niebieskawy, a uszy ciemniejsze od reszty futra?
Usłyszałam chrząknięcie, dobiegające z mojej lewej strony. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Asa, który siedział, nerwowo przebierając łapami.
- Vestar... Ty... Skąd wiedziałaś, gdzie mam szukać Tori?
Odpowiedziało mu głośne westchnięcie.
- Od razu do rzeczy? Nie spytacie co u mnie? Nie opowiecie, jak wam się wiedzie jako para? Kiedy zostanę babcią? - spytała, uśmiechając się nieco nieprzyjemnie.
- Skąd wiesz...? - wtrąciłam zszokowana.
- Och, Torance, błagam cię. Już od pierwszego dnia było widać, że Asgrim ci się podoba. Jemu zajęło to trochę więcej czasu, ale zanim został mi przydzielony, już był tobą zauroczony. Dziwi mnie, że zajęło wam to aż tyle... - zamilkła na moment, który wykorzystałam na otwarcie pyska w niemym zdziwieniu i wymienieniu zszokowanych spojrzeń z Asem. - Chociaż Eydis wam raczej nie sprzyjała.
Zimny głos wilczycy pobrzmiewał rozbawieniem, a oczy błyszczały, gdy patrzyła to na mnie, to na Asa.
Po dłuższej chwili zdołałam się otrząsnąć i odezwać:
- Opowiedz mi, skąd wiedziałaś, że należę do Watahy Magicznych Wilków i gdzie ona leży. Czemu pozwoliłaś mi żyć wśród ludzi nieświadoma swojego pochodzenia? Czemu w ogóle musiałam odejść? I czemu...
Wadera uniosła łapę, nakazując mi zamilknąć.
- Zadajesz za dużo pytań - stwierdziła. Odpowiedziałam jej niezadowolonym prychnięciem. - To długa historia, a ja nie mam zbyt wiele czasu.
- Ale...
Vestar posłała mi groźne spojrzenie, pod którym natychmiastowo umilkłam.
- Muszę powiedzieć Nevrze, że nie wrócę na noc oraz, że nie życzę sobie, by mi przeszkadzano. Poczekacie tutaj do czasu, aż wrócę, jasne?
Poczułam nagły wybuch niedowierzania tuż obok mnie.
- Nie wrócisz na noc do...?
- Mojego partnera. Wielki Mistrz i ja założyliśmy rodzinę. Mamy szczeniaka, Nilsa - odpowiedziała wilczyca i nie zwracając uwagi na naszą reakcję, wyszła z groty.
Wpatrywałam się zszokowana w pysk Asgrima, który - ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu - uśmiechał się. Chwilę po nim nastąpił głośny wybuch histerycznego śmiechu.
Basior śmiał się i śmiał, a ja czułam się, jakby grunt osunął mi się pod łapami.
- Ma... Mają... Szcze... niaka... - powiedział między wybuchami śmiechu samiec. Spojrzałam w niego zdenerwowana i szybką myślą, nakazałam mu opanować histerię.
Przyglądałam mu się, gdy oddychał głęboko. Gdy zdołał się uspokoić, podniósł na mnie wzrok i skinął lekko w podzięce.
- Co... Co o tym myślisz? - spytałam, siląc się na spokojny ton.
- Myślę, że to jest nienormalne - odpowiedział - Mamy przyrodniego brata. Tego samego brata.
Po chwili milczenia, zapytał:
- A ty, co o tym sądzisz?
Ja tylko głośno przeklęłam.

<C.D.N.>

niedziela, 24 lutego 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 4

Sierpień 2022 r.
Była noc. Rzadko kiedy zdarzało się, żeby o tej porze na terenach było tak pusto. Cicho jak makiem zasiał, cicho tak, że aż dzwoniło mi w uszach... Yuki w pewnym momencie potknęła się o wystający korzeń, ale nie upadła na ziemię. Kiedy obróciłem się do niej, żeby zapytać czy wszystko w porządku, po prostu bez słowa chwyciła mocno moją dłoń i dała znak głową, żebym się nie zatrzymywał. Tak też zrobiłem. Szliśmy za rękę. Dziwne uczucie. Ja dwa kroki przed nią, ona stąpając po moich śladach i bacznie obserwując to, co miała pod nogami. Pewnie nie przywykła do tego, że nie widziała nic w ciemnościach. Wilki mają na ogół dość dobry wzrok, nawet o tej porze...
Powietrze było wilgotne. Dość ciężkie. Nie wydawało się, aby wymieszało się z jakimiś toksynami z opadów. Ba, określiłbym je nawet jako dość orzeźwiające... Słodkie i energetyzujące. Może tylko mi się zdawało? Po raz kolejny spojrzałem na wlokącą się za mną kobietę. Miała zwieszoną głowę, ale nadal widziałem jasny rąbek jej cery widoczny we wcięciu jej koszulki. Nawet w świetle księżyca mogłem bez wahania powiedzieć, że jest idealnie gładka. Pogłaskałem kciukiem jej dłoń, przez co uniosła głowę i spojrzała na mnie ciut zmieszana. Chyba nikt jej tak nigdy nie robił.
- Spokojnie, po prostu sprawdzam czy dłonie też masz tak idealnie gładkie... - wyjaśniłem z uśmiechem. Zaczerwieniła się i odwróciła głowę. Wtedy zobaczyłem drobny przebłysk tej Yuki, jaką znałem wcześniej. Gniewną i oburzoną za razem.
- Wiesz... będąc człowiekiem widzę twój rumieniec. Nie ukryje się pod futrem - Zaśmiałem się.
- Zamknij się i po prostu idź - mruknęła, ponownie wpatrując się w swoje stopy. Chwilę wcześniej potknęła się o jakiś drobniejszy kamyczek. Pokręciłem głową z rozbawieniem i spełniłem jej polecenie.

Kiedy trafiła nam się jakaś skarpa, szedłem jako pierwszy i bez większego kłopotu zeskakiwałem. Yuki wciąż była niepewna swojej sprawności w formie ludzkiej, więc wyciągnąłem do niej zachęcająco ręce.
- Możesz skoczyć. Złapię cię.
- Na pewno? - zapytała z wahaniem w głosie.
- Na pewno. Tylko nie bierz rozbiegu. Patrz, podam ci rękę - wyciągnąłem do niej dłoń. Po chwili namysłu postanowiła się nachylić, chwycić ją i dopiero wtedy zsunąć się z zaspy. Nie była aż tak wysoka, więc złapałem ją bez problemu, zatrzymując w swoich objęciach.
- Widzisz? Nic się nie stało.
Nie odpowiedziała. Dalej tak stała. Kiedy chciałem ją już puścić, ku mojemu zdumieniu sama postanowiła się wtulić. Ukryła twarz w moim ramieniu i po prostu tak staliśmy. Skarpa nas skutecznie zasłaniała przed najczęściej uczęszczanym terenem w watasze.
- Yuki...? - zapytałem nieśmiało. Wówczas się ode mnie odsunęła, udając, że nic się nie stało. Westchnąłem cicho. Miałem nadzieję, że ta wadera ma w sobie choć odrobinę czułości.
- Jesteśmy już blisko - dopowiedziałem. Skinęła głową i tym razem ona mnie wyprzedziła. Dogoniłem ją.
- Obraziłaś się?
- Nie. Po prostu nie chcę się ślimaczyć.
Zmarszczyłem brwi, bo przecież to ona sama się zatrzymała. To popierało moją tezę o tym, że kobiety są dziwne i nijak da się je zrozumieć.

Pozostałą część trasy przeszliśmy w milczeniu. No, może prawie, nie licząc okazjonalnego "uważaj na korzeń" czy "schyl się, gałąź!". Po drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo. Wszyscy prawdopodobnie nadal tkwili w jaskiniach, bojąc się wyjść na zewnątrz. Ziemia była podmokła od dziwacznej deszczówki. Nie tak ciężka jak od zwyczajnej, tylko połyskująca i miękka. Nie mogłem w żaden sposób tego wytłumaczyć. Trochę jakbyśmy chodzili po jakiejś gąbce. Wątpiłem, aby mi się to zdawało. Buty mieliśmy pokryte niebieskim nalotem... Zupełnie jakby były brokatowe. Obrzydlistwo.
Od samego Miasta dzielił nas tylko dziurawy druciany płot. Yuki nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy go ujrzała. Prawdopodobnie niejednokrotnie go widywała podczas patroli. Przeszedłem jako pierwszy, dając jej instrukcje jak to zrobić, aby się nie podrapać. O dziwo zrobiła to z zaskakującą gracją. Najwyraźniej już przyzwyczajała się do swojego ludzkiego ciała. Uśmiechnąłem się triumfalnie, chwyciłem znowu za jej dłoń i pociągnąłem w dół zbocza prowadzącego do Miasta. Tam również było cicho, ciemno i pusto... No, może nie licząc bladego światła latarni.
Wciągnąłem powietrze i wypuściłem z nieukrywaną satysfakcją.
- Tak dawno tu nie byłem... Tęskniłem za tymi rzędami blokowisk.
- Blokowisk?
- Bloki. Takie budynki. Jak ten, widzisz? - mówiąc to, wskazałem na jedno z osiedli. Chwilę błądziła wzrokiem, a później skinęła głową.
- Mieszkasz tam?
- Nie. Nieco dalej - odparłem
- Mhm... - mruknęła. Rozglądała się dookoła. Dłoń się jej odrobinę spociła, czułem napięcie jej mięśni. Nie czuła się zbyt komfortowo.
- Nic się nie stanie. Jesteś człowiekiem, a ludzie tutaj są normą - powiedziałem spokojnie. W duchu niezmiernie się cieszyłem na myśl o odwiedzeniu swojego mieszkania. Będę mieć sporo półek do odkurzenia i podłogę do zamiatania, ale przynajmniej w końcu położę się na łóżku... Muszę też sprawdzić jak tam woda w kranie. Po tak długiej przerwie różnie z nią bywa.
- O, już widać moją kamienicę - stwierdziłem nagle, wskazując na szarawy, ciut zniszczony budynek. Teraz był zalany niebieskimi zaciekami...
- To już nie jest blok? - zapytała zmieszana.
- Nie. Kamienica to taki starszy blok, ładniejszy i mniejszy.
- Ile masz lat? - wypaliła nagle.
- Proszę...? - zdziwiłem się. Nie wiedziałem skąd jej się wzięło w ogóle takie pytanie.
- Skoro kamienica jest starsza niż blok to musisz mieć wiele lat, skoro ją wybudowałeś...
- Nie, nie... Nie wybudowałem - zaśmiałem się cicho - Mieszkanie można kupić. Budową zajmuje się ekipa budowlana.
- Coś jak nasi myśliwi...?
- No, można powiedzieć. Tylko to nie jest z czystego obowiązku, ale z chęci zarobku. Płatna praca.
- Słyszałam, że wilki z naszej watahy też pracują za pieniądze, ale na utrzymanie tego mieszkania...
- No to zasada jest identyczna. Ja również pracowałem właśnie z tego powodu... I mam trzydzieści lat.
- Trzydzieści...? - powtórzyła zdumiona.
- Ludzie inaczej starzeją się niż wilki... Przy okazji ty też możesz powiedzieć, ile sobie liczysz. Tak żeby był remis. Powiem, że wyglądasz na ludzkie dziewiętnaście, a wilcze... - zamyśliłem się, wykonując w głowie szybkie obliczenia - ...około trzy. Może ciut mniej. Wiem, że masz ten naszyjnik, więc podejrzewam, że to nie jest twój prawdziwy wiek...
- Mam... osiem lat - mruknęła.
- I jak rozumiem dzięki temu medalionowi stale wyglądasz na te trzy? I nigdy się to nie zmieni?
- Tak... dzięki niemu również goją się wszystkie moje rany - dopowiedziała. Akurat dotarliśmy pod wejście do klatki kamienicy. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. Jak zwykle były otwarte. Niemal od razu wyczułem, że znowu czyjś pies postanowił oznaczyć swój teren... Zapach skisłego moczu nie był zbyt przyjemny, szczególnie dla kogoś, kto nawet w formie ludzkiej ma minimalnie lepszy węch od przeciętnego mieszkańca Miasta. Yuki pozostawiła to na szczęście bez komentarza.
Poprowadziłem ją po schodach na pierwsze piętro, gdzie miałem swoje mieszkanie. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że chyba zostawiłem klucz u wujostwa... Miałem ochotę przekląć pod nosem, ale najpierw postanowiłem sprawdzić pod drzwiami, gdzie zazwyczaj je upychałem. Na szczęście moja pamięć mnie zawiodła. Musiałem go podrzucić wujostwu przy innej okazji. Wygrzebałem przedmiot ze szparki, podniosłem się z podłogi i przekręciłem klucz w zamku.

<C.D.N.>