Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

poniedziałek, 25 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz. 2

Kwiecień 2022
Od rana czułam się, jakby niewidzialna dłoń uciskała mój żołądek. Nerwy całkiem opanowały mój umysł, nie pozwalając mi skupić się na czymkolwiek innym poza spotkaniem, które zbliżało się z każdym moim krokiem.
- Może zrobimy przerwę? - zaproponowałam, przebierając niepewnie łapami.
As zmierzył mnie zmartwionym spojrzeniem, pod którym zrobiło mi się głupio.
- Tor, stoimy kilkanaście długości ogona od miejsca, w którym zaczyna się terytorium Zakonu.
- Tak, wiem, ale... - mój głos był zabarwiony obawą - Jestem zmęczona.
Basior westchnął przeciągle i uniósł wzrok na pokryte nienaturalnie ciemnymi chmurami niebo.
- Tori... 
- Słucham? - spytałam, siląc się na beztroski ton. Wyszło to, delikatnie mówiąc, marnie.
Wilk jedynie pokręcił głową w niedowierzaniu i położył łapę na mojej.
- Musimy iść.
Przyglądałam się przez chwilę jego pokrytej pyłem łapie, by nagle podnieść wzrok na zmartwiony pysk. Samiec niemal nie zmienił się przez ostatni rok. Nadal ciągle uśmiechał się w ten swój radosny, czasem nieco zwariowany sposób. Jego oczy wciąż błyszczały zainteresowaniem, gdy tylko ktoś wspomniał o magii lub czymś dotyczącym roślin. Był ciągle Asem, szczeniakiem, który odnalazł mnie w dzień, w który porzuciła mnie Anna.
Kiedy tak na niego patrzyłam, ciężko było mi uwierzyć, że zimą samiec skończy pięć lat. Z drugiej strony nie byłam od niego o wiele młodsza, a przecież też nie czułam się tak staro, jak mógłby świadczyć o tym mój rzeczywisty wiek. Moja dusza miała zdecydowane dwa lub trzy lata i tego wolałam się trzymać.
- Musimy - przyznałam w końcu, wzdychając głęboko.
As pokiwał głową i uśmiechnąwszy się pokrzepiająco, ruszył w stronę niewielkiej sosny, wyznaczającej początek terytorium Zakonu.
Gdy powoli mijaliśmy miejsca, przez które - według Asa - niegdyś przechodziliśmy wiele razy, zdenerwowanie powoli zastępowała ciekawość. Przyglądałam się każdemu drzewu, każdej skale czy wzniesieniu, szukając czegoś, co mogłabym poznać. Nadaremnie. Moja pamięć została idealnie wymazana, a próby przywołania wspomnień były zbyt niebezpieczne.
As wspominał, że tereny Zakonu zawsze były pewne wilków. Gdy znaleźliśmy się w samym centrum i nadal nie spotkaliśmy żywej duszy, zaczynałam w to wątpić. Chociaż obserwując minę mojego partnera, mogłam zauważyć, że coś nie grało.
- Idziemy do czyjej jaskini? - zaryzykowałam pytanie. Basior nie odpowiedział. - As?
Cisza.
Zerknęłam w jego stronę, jednak basiora nie było obok mnie. Momentalnie serce podskoczyło mi do gardła. Wystraszona obróciłam się, szukając Asa. Na moje - i jego - szczęście stał koło niewielkiego głazu, wpatrując się tępo w przestrzeń.
- As? - podbiegłam do niego - Ziemia do Asgrima. Co się stało?
Wilk lekko podskoczył, jakby wybudzony z głębokiego transu.
- Ja... - zaczął, potrząsając głową. - Nieważne. Chodź, zaprowadzę cię do jej jaskini.
- Czyjej?
As uniósł brwi.
- Jak to: "czyjej"? Vestar, oczywiście. Wybacz, ale jakoś nie mam ochoty spotkać się ze swoim ojcem.
Pokiwałam głową i wskazałam łapą zejście z wzgórza, na którym się znajdowaliśmy.
- No tak. Jasne. Prowadź.
Basior wyszczerzył zęby w wymuszonym uśmiechu.
- Z miłą chęcią.

W momencie, gdy wspinaliśmy się na górę zamieszkiwaną przez kapłanów o wyższej randze, natknęliśmy się na kogoś. Nie byłam zaskoczona - spodziewałam się spotkania z kimś już od momentu, w którym położyłam łapę na terytorium Zakonu. Dlatego jedynym, co mnie zdziwiło, był fakt, że zdążyliśmy przejść niemal całą drogę.
Wilk, który mrużył oczy, przyglądając się nam, wyglądał młodo - jak szczeniak, wkraczający dopiero w dorosłość. Możliwe, że był dopiero uczniem, który wracał z zajęć ze swoim mentorem. Niemniej samiec z pewnością był niebezpieczny. W końcu należał do Zakonu, więc jego umiejętności raczej nie kończyły się na lekkiej manipulacji wspomnieniami.
Zmierzyłam go szybkim spojrzeniem. Był posiadaczem muskularnej sylwetki godnej wojownika oraz ogromnego wzrostu. Stwierdziłam, że z pewnością dorównywał Danowi - najwyższemu samcowi z naszej watahy. Wątpiłam jednak, by był równie szybki, co choćby ja.
- Kim jesteście? - warknął.
- Przybywamy w pokoju, spokojnie - As zignorował pytanie nieznanego samca. Odsłonięte kły były jawną oznaką, że temu się to nie spodobało. 
- To już osądzi Wielki Mistrz. Za mną - polecił, posyłając nam groźne spojrzenie.
Zerknęłam z niepokojem na Asa, który zdawał się całkiem nieporuszony całą sytuacją. Mało tego! Na jego pysku widniał delikatny uśmiech, jakby wcale nie miał zaraz się spotkać z kimś, kto był odpowiedzialny za wszystko, co spotkało go w jego życiu.
Czując na sobie mój wzrok, wilk odwrócił się i wskazał łapą, żebym ruszyła za nieznanym szczeniakiem.
- Wszystko jest pod kontrolą, Mała.
- Jasne - prychnęłam, automatycznie wykonując jego polecenie.
- Zaufaj mi - poprosił, zrównując się ze mną.
- Cicho!
Ponownie zerknęłam w stronę mojego partnera, który teraz przewracał wymownie oczyma.
Ktoś tu jest nerwowy - usłyszałam w swoim umyśle głos basiora.
Oj tak. Szczeniaczek próbuje być groźny...  - prychnęłam w myślach z rozbawieniem. Cała ta sytuacja była w pewnym stopniu zabawna. Nigdy nie sądziłam, że gdy znajdę się w watasze, z której pochodzę, złapie mnie byle szczeniak.
Zrobiliśmy zaledwie kilka kroków, kiedy zza wzgórza wyłoniła się wysoka sylwetka wilczycy. Długie futro o ciemnej barwie powiewało na wietrze, ujawniając smukłą sylwetkę. Nie musiałam widzieć jej z bliska, by zauważyć, że wyglądało ładnie i kobieco. Nawet, gdy sierść normalnie sięgająca jej zapewne za pierś, wpadała do jej pyska, psując cały majestat.
Basiorek, idący dotychczas krok za nami, podbiegł do samicy i ukłonił jej się. Widziałam, jak coś do niej mówi, jednak wiatr porwał jego słowa. Cokolwiek to było, zdawało się nie zrobić żadnego wrażenia na wysokiej piękności, która jedynie pokiwała głową i powiedziawszy coś do wilka, podniosła na nas wzrok.
Gdy na mnie spojrzała, poczułam się... Dziwnie. Nagle przez moją głowę przeszło kilkadziesiąt myśli, wspomnień z życia, które prowadziłam dotychczas oraz tych... Tych, które nie spodziewałam się jeszcze kiedykolwiek posiadać. Wspomnień życia w Zakonie.
- Vestar... - wyszeptałam, ledwo zdając sobie sprawę z tego, że coś mówię.
Nawet nie zauważyłam, kiedy szczeniak zniknął, a ja i As znaleźliśmy się tuż przed wilczycą, która przyglądała się z niepokojem.
- Zawsze musicie dać się przyłapać, prawda? - spytała, kręcąc z niedowierzaniem łbem. Jej głos był niski i zachrypnięty, a przy tym silny. 
As skinął łbem, uśmiechając się delikatnie.
- Witaj, Ve...
Samica nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Zamiast tego rozglądała się, zapewne sprawdzając, czy w okolicy nie ma nikogo innego. Gdy upewniła się, że jesteśmy sami, wskazała łapą kierunek, w którym wcześniej zmierzaliśmy.
- Wasze szczęście, że moja jaskinia jest niedaleko. Chodźcie 
Nie powiedziawszy nic więcej, odwróciła się i ruszyła w odpowiednią stronę. Jej kroki były żwawe i długie, więc musiałam truchtać, by za nią nadążyć. As nie miał takich problemów. Zastanawiało mnie jak to możliwe, że tak wielka wilczyca wydała na świat takiego mikrusa jak ja...
Szybko doszliśmy do groty, która wielkością przypominała mi Jaskinię Alf w naszej watasze. Z tą różnicą, że ta była wypełniona różnego rodzaju księgami, ziołami i... Kurzem. Wszystko wyglądało tak, jakby było nieużywane od dawna.
- Wybaczcie mi za bałagan. Już od dawna tutaj nie mieszkam - wyjaśniła, siadając z dala od wejścia. 
Usiadłam naprzeciwko niej i przyglądałam się jak układa swoją rozwichrzoną sierść. Moja prawdopodobnie wyglądała identycznie, jednak ja nie zamierzałam się tym przejmować. Miałam ważniejsze sprawy na głowie niż rozczochrane futro.
Bez słowa przyglądałam się jej pyskowi, próbując odnaleźć coś, co bym odnalazła w sobie. Z pewnością miałyśmy równie długą sierść oraz identyczne, jasnoniebieskie oczy, jednak czy coś jeszcze? Czy to moja wyobraźnia, czy nos wilczycy był lekko niebieskawy, a uszy ciemniejsze od reszty futra?
Usłyszałam chrząknięcie, dobiegające z mojej lewej strony. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Asa, który siedział, nerwowo przebierając łapami.
- Vestar... Ty... Skąd wiedziałaś, gdzie mam szukać Tori?
Odpowiedziało mu głośne westchnięcie.
- Od razu do rzeczy? Nie spytacie co u mnie? Nie opowiecie, jak wam się wiedzie jako para? Kiedy zostanę babcią? - spytała, uśmiechając się nieco nieprzyjemnie.
- Skąd wiesz...? - wtrąciłam zszokowana.
- Och, Torance, błagam cię. Już od pierwszego dnia było widać, że Asgrim ci się podoba. Jemu zajęło to trochę więcej czasu, ale zanim został mi przydzielony, już był tobą zauroczony. Dziwi mnie, że zajęło wam to aż tyle... - zamilkła na moment, który wykorzystałam na otwarcie pyska w niemym zdziwieniu i wymienieniu zszokowanych spojrzeń z Asem. - Chociaż Eydis wam raczej nie sprzyjała.
Zimny głos wilczycy pobrzmiewał rozbawieniem, a oczy błyszczały, gdy patrzyła to na mnie, to na Asa.
Po dłuższej chwili zdołałam się otrząsnąć i odezwać:
- Opowiedz mi, skąd wiedziałaś, że należę do Watahy Magicznych Wilków i gdzie ona leży. Czemu pozwoliłaś mi żyć wśród ludzi nieświadoma swojego pochodzenia? Czemu w ogóle musiałam odejść? I czemu...
Wadera uniosła łapę, nakazując mi zamilknąć.
- Zadajesz za dużo pytań - stwierdziła. Odpowiedziałam jej niezadowolonym prychnięciem. - To długa historia, a ja nie mam zbyt wiele czasu.
- Ale...
Vestar posłała mi groźne spojrzenie, pod którym natychmiastowo umilkłam.
- Muszę powiedzieć Nevrze, że nie wrócę na noc oraz, że nie życzę sobie, by mi przeszkadzano. Poczekacie tutaj do czasu, aż wrócę, jasne?
Poczułam nagły wybuch niedowierzania tuż obok mnie.
- Nie wrócisz na noc do...?
- Mojego partnera. Wielki Mistrz i ja założyliśmy rodzinę. Mamy szczeniaka, Nilsa - odpowiedziała wilczyca i nie zwracając uwagi na naszą reakcję, wyszła z groty.
Wpatrywałam się zszokowana w pysk Asgrima, który - ku mojemu jeszcze większemu zdziwieniu - uśmiechał się. Chwilę po nim nastąpił głośny wybuch histerycznego śmiechu.
Basior śmiał się i śmiał, a ja czułam się, jakby grunt osunął mi się pod łapami.
- Ma... Mają... Szcze... niaka... - powiedział między wybuchami śmiechu samiec. Spojrzałam w niego zdenerwowana i szybką myślą, nakazałam mu opanować histerię.
Przyglądałam mu się, gdy oddychał głęboko. Gdy zdołał się uspokoić, podniósł na mnie wzrok i skinął lekko w podzięce.
- Co... Co o tym myślisz? - spytałam, siląc się na spokojny ton.
- Myślę, że to jest nienormalne - odpowiedział - Mamy przyrodniego brata. Tego samego brata.
Po chwili milczenia, zapytał:
- A ty, co o tym sądzisz?
Ja tylko głośno przeklęłam.

<C.D.N.>

niedziela, 24 lutego 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 4

Sierpień 2022 r.
Była noc. Rzadko kiedy zdarzało się, żeby o tej porze na terenach było tak pusto. Cicho jak makiem zasiał, cicho tak, że aż dzwoniło mi w uszach... Yuki w pewnym momencie potknęła się o wystający korzeń, ale nie upadła na ziemię. Kiedy obróciłem się do niej, żeby zapytać czy wszystko w porządku, po prostu bez słowa chwyciła mocno moją dłoń i dała znak głową, żebym się nie zatrzymywał. Tak też zrobiłem. Szliśmy za rękę. Dziwne uczucie. Ja dwa kroki przed nią, ona stąpając po moich śladach i bacznie obserwując to, co miała pod nogami. Pewnie nie przywykła do tego, że nie widziała nic w ciemnościach. Wilki mają na ogół dość dobry wzrok, nawet o tej porze...
Powietrze było wilgotne. Dość ciężkie. Nie wydawało się, aby wymieszało się z jakimiś toksynami z opadów. Ba, określiłbym je nawet jako dość orzeźwiające... Słodkie i energetyzujące. Może tylko mi się zdawało? Po raz kolejny spojrzałem na wlokącą się za mną kobietę. Miała zwieszoną głowę, ale nadal widziałem jasny rąbek jej cery widoczny we wcięciu jej koszulki. Nawet w świetle księżyca mogłem bez wahania powiedzieć, że jest idealnie gładka. Pogłaskałem kciukiem jej dłoń, przez co uniosła głowę i spojrzała na mnie ciut zmieszana. Chyba nikt jej tak nigdy nie robił.
- Spokojnie, po prostu sprawdzam czy dłonie też masz tak idealnie gładkie... - wyjaśniłem z uśmiechem. Zaczerwieniła się i odwróciła głowę. Wtedy zobaczyłem drobny przebłysk tej Yuki, jaką znałem wcześniej. Gniewną i oburzoną za razem.
- Wiesz... będąc człowiekiem widzę twój rumieniec. Nie ukryje się pod futrem - Zaśmiałem się.
- Zamknij się i po prostu idź - mruknęła, ponownie wpatrując się w swoje stopy. Chwilę wcześniej potknęła się o jakiś drobniejszy kamyczek. Pokręciłem głową z rozbawieniem i spełniłem jej polecenie.

Kiedy trafiła nam się jakaś skarpa, szedłem jako pierwszy i bez większego kłopotu zeskakiwałem. Yuki wciąż była niepewna swojej sprawności w formie ludzkiej, więc wyciągnąłem do niej zachęcająco ręce.
- Możesz skoczyć. Złapię cię.
- Na pewno? - zapytała z wahaniem w głosie.
- Na pewno. Tylko nie bierz rozbiegu. Patrz, podam ci rękę - wyciągnąłem do niej dłoń. Po chwili namysłu postanowiła się nachylić, chwycić ją i dopiero wtedy zsunąć się z zaspy. Nie była aż tak wysoka, więc złapałem ją bez problemu, zatrzymując w swoich objęciach.
- Widzisz? Nic się nie stało.
Nie odpowiedziała. Dalej tak stała. Kiedy chciałem ją już puścić, ku mojemu zdumieniu sama postanowiła się wtulić. Ukryła twarz w moim ramieniu i po prostu tak staliśmy. Skarpa nas skutecznie zasłaniała przed najczęściej uczęszczanym terenem w watasze.
- Yuki...? - zapytałem nieśmiało. Wówczas się ode mnie odsunęła, udając, że nic się nie stało. Westchnąłem cicho. Miałem nadzieję, że ta wadera ma w sobie choć odrobinę czułości.
- Jesteśmy już blisko - dopowiedziałem. Skinęła głową i tym razem ona mnie wyprzedziła. Dogoniłem ją.
- Obraziłaś się?
- Nie. Po prostu nie chcę się ślimaczyć.
Zmarszczyłem brwi, bo przecież to ona sama się zatrzymała. To popierało moją tezę o tym, że kobiety są dziwne i nijak da się je zrozumieć.

Pozostałą część trasy przeszliśmy w milczeniu. No, może prawie, nie licząc okazjonalnego "uważaj na korzeń" czy "schyl się, gałąź!". Po drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo. Wszyscy prawdopodobnie nadal tkwili w jaskiniach, bojąc się wyjść na zewnątrz. Ziemia była podmokła od dziwacznej deszczówki. Nie tak ciężka jak od zwyczajnej, tylko połyskująca i miękka. Nie mogłem w żaden sposób tego wytłumaczyć. Trochę jakbyśmy chodzili po jakiejś gąbce. Wątpiłem, aby mi się to zdawało. Buty mieliśmy pokryte niebieskim nalotem... Zupełnie jakby były brokatowe. Obrzydlistwo.
Od samego Miasta dzielił nas tylko dziurawy druciany płot. Yuki nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy go ujrzała. Prawdopodobnie niejednokrotnie go widywała podczas patroli. Przeszedłem jako pierwszy, dając jej instrukcje jak to zrobić, aby się nie podrapać. O dziwo zrobiła to z zaskakującą gracją. Najwyraźniej już przyzwyczajała się do swojego ludzkiego ciała. Uśmiechnąłem się triumfalnie, chwyciłem znowu za jej dłoń i pociągnąłem w dół zbocza prowadzącego do Miasta. Tam również było cicho, ciemno i pusto... No, może nie licząc bladego światła latarni.
Wciągnąłem powietrze i wypuściłem z nieukrywaną satysfakcją.
- Tak dawno tu nie byłem... Tęskniłem za tymi rzędami blokowisk.
- Blokowisk?
- Bloki. Takie budynki. Jak ten, widzisz? - mówiąc to, wskazałem na jedno z osiedli. Chwilę błądziła wzrokiem, a później skinęła głową.
- Mieszkasz tam?
- Nie. Nieco dalej - odparłem
- Mhm... - mruknęła. Rozglądała się dookoła. Dłoń się jej odrobinę spociła, czułem napięcie jej mięśni. Nie czuła się zbyt komfortowo.
- Nic się nie stanie. Jesteś człowiekiem, a ludzie tutaj są normą - powiedziałem spokojnie. W duchu niezmiernie się cieszyłem na myśl o odwiedzeniu swojego mieszkania. Będę mieć sporo półek do odkurzenia i podłogę do zamiatania, ale przynajmniej w końcu położę się na łóżku... Muszę też sprawdzić jak tam woda w kranie. Po tak długiej przerwie różnie z nią bywa.
- O, już widać moją kamienicę - stwierdziłem nagle, wskazując na szarawy, ciut zniszczony budynek. Teraz był zalany niebieskimi zaciekami...
- To już nie jest blok? - zapytała zmieszana.
- Nie. Kamienica to taki starszy blok, ładniejszy i mniejszy.
- Ile masz lat? - wypaliła nagle.
- Proszę...? - zdziwiłem się. Nie wiedziałem skąd jej się wzięło w ogóle takie pytanie.
- Skoro kamienica jest starsza niż blok to musisz mieć wiele lat, skoro ją wybudowałeś...
- Nie, nie... Nie wybudowałem - zaśmiałem się cicho - Mieszkanie można kupić. Budową zajmuje się ekipa budowlana.
- Coś jak nasi myśliwi...?
- No, można powiedzieć. Tylko to nie jest z czystego obowiązku, ale z chęci zarobku. Płatna praca.
- Słyszałam, że wilki z naszej watahy też pracują za pieniądze, ale na utrzymanie tego mieszkania...
- No to zasada jest identyczna. Ja również pracowałem właśnie z tego powodu... I mam trzydzieści lat.
- Trzydzieści...? - powtórzyła zdumiona.
- Ludzie inaczej starzeją się niż wilki... Przy okazji ty też możesz powiedzieć, ile sobie liczysz. Tak żeby był remis. Powiem, że wyglądasz na ludzkie dziewiętnaście, a wilcze... - zamyśliłem się, wykonując w głowie szybkie obliczenia - ...około trzy. Może ciut mniej. Wiem, że masz ten naszyjnik, więc podejrzewam, że to nie jest twój prawdziwy wiek...
- Mam... osiem lat - mruknęła.
- I jak rozumiem dzięki temu medalionowi stale wyglądasz na te trzy? I nigdy się to nie zmieni?
- Tak... dzięki niemu również goją się wszystkie moje rany - dopowiedziała. Akurat dotarliśmy pod wejście do klatki kamienicy. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. Jak zwykle były otwarte. Niemal od razu wyczułem, że znowu czyjś pies postanowił oznaczyć swój teren... Zapach skisłego moczu nie był zbyt przyjemny, szczególnie dla kogoś, kto nawet w formie ludzkiej ma minimalnie lepszy węch od przeciętnego mieszkańca Miasta. Yuki pozostawiła to na szczęście bez komentarza.
Poprowadziłem ją po schodach na pierwsze piętro, gdzie miałem swoje mieszkanie. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że chyba zostawiłem klucz u wujostwa... Miałem ochotę przekląć pod nosem, ale najpierw postanowiłem sprawdzić pod drzwiami, gdzie zazwyczaj je upychałem. Na szczęście moja pamięć mnie zawiodła. Musiałem go podrzucić wujostwu przy innej okazji. Wygrzebałem przedmiot ze szparki, podniosłem się z podłogi i przekręciłem klucz w zamku.

<C.D.N.>

sobota, 23 lutego 2019

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 4

Lipiec 2022
Od dwóch dni bez przerwy leje deszcz. Oczywiście, jeśli to można nazwać "deszczem". Zwykła woda nie zostawia świecącego nalotu i zdecydowanie nie sprawia, że rośliny momentalnie stają się dwa razy większe. Nie mniej jednak, przez to zjawisko nadal jestem uwięziona w jaskini i w dalszym ciągu umieram z nudów. Leżałem na posłaniu, opierając głowę na łapach. Powieki miałam ciężkie, jak rzadko kiedy. 
- Ting... - zaczęłam, powstrzymując ziewnięcie. 
Z początku Odmieniec nie zwrócił na mnie uwagi. Zajmował się polerowaniem Błękitnego Oka. Od wczoraj zdążył już wyczyścić prawie wszystkie medaliony, które znalazł w mojej torbie.
- Ting! - powtórzyłam nieco głośniej jego imię. 
- Co znowu, Pierzasta? - Strażnik Wichury podniósł na mnie wzrok. 
- Pomyśl o jakimś zwierzęciu.
- Po co? - zdziwił się. 
- Spróbuję zgadnąć, o czym pomyślałeś. 
- Jaki ma to mieć cel? Podejrzewasz u siebie zdolność czytania w myślach? - Odmieniec chuchnął znów na wisiorek i wytarł go rękawem. 
- Nudzę się. Znasz taką grę, jak "Dwandzieścia pytań"?
- Chyba raczej "dwadzieścia" - poprawił mnie.
- Mniejsza o wymowę. Więc znasz zasady? 
- Nie... - Ting wstał z miejsca i podszedł bliżej mnie. - Streść je jakoś - odrzucił Błękitne Oko gdzieś na bok.
Podniosłam głowę. Ciekawe, udało mi się go zainteresować. 
- Tak więc... - zaczęłam, siadając na posłaniu. Powoli odechciewało mi się spać. - Jedno z nas musi pomyśleć o jakimś zwierzęciu, roślinie albo rzeczy. Drugie próbuje zgadnąć co to, zadając dwandzieścia pytań...
- "Dwadzieścia", powtórz - przerwał mi mój towarzysz.
- Dwa-dzie-ścia - powtórzyłam, żeby się odczepił. - Pytania mają być skonstruowane tak, by dało się odpowiedzieć na nie "tak" lub "nie" - dokończyłam. 
- Hmm... Podoba mi się taka koncepcja... - pokiwał głową Ting. - Tylko... Czy ty wiesz, ile to dwadzieścia? - wyszczerzył złośliwie zęby. 
- Nie muszę, ty będziesz liczyć - z uśmiechem uniosłam pyszczek.
- Niech ci będzie, Pierzasta. Najpierw ja mam o czymś pomyśleć, tak? 
- Yhym - przytaknęłam. - Dobra... Już mam - oznajmił Strażnik Wichury. - Zwierzę. 
- Czy to coś porusza się na czterech łapach? 
- Tak. Pierwsze pytanie.
- Czy to coś... poluje?
- Nie... ale nie mam pewności - podrapał się po głowie. 
- Nic nie szkodzi, w takich sytuacjach mów "raczej nie" - wyjaśniłam.
- Drugie pytanie. 
- Czy to coś potrafi czarować? - kontynuowałam. 
- Tak. Trzecie pytanie.
- Czy to coś jest zwierzęciem stadnym?
- Nie. Piąte pytanie - z zachowania mojego towarzysza wyczytałam, iż jemu też przypadł do gustu taki sposób na zabicie czasu. Utwierdzałam się w przekonaniu, że ja jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek grała z nim w jakiekolwiek gry. 
***

Wygrałam pierwszą rundę. Wykorzystałam wszystkie pytania, ale odgadłam, że Ting myślał o Xeralu. Posiadałam o nich "jako-taką", podstawową wiedzę, jednak tyle wystarczyło, żeby zdobyć punkt. Byłam z siebie bardzo zadowolona. W drugiej rundzie to Odmieniec musiał się domyślić, co wybrałam. Padło na roślinę, a konkretnie niebieski agrest. Mój towarzysz także wykorzystał wszystkie pytania i podał prawidłową odpowiedź. To mnie tylko zmotywowało do zaproponowania rewanżu. Postanowiłam, że będziemy grać, aż będzie można jednoznacznie stwierdzić, kto wygrał. 
Znowu ja zadawałam pytania. Tym razem Strażnik Wichury wybrał znacznie trudniejsze zwierzę. Czas mijał, a ja pomimo zdobywania coraz większych zasobów informacji, nadal nie wiedziałam, co Ting może mieć na myśli. Koniec końców, musiałam strzelać i niestety przegrałam. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że dobrze się z tym czułam. Co, jak co, ale odkąd pamiętam, ze zgadywaniem nigdy nie miałam problemu.
Postanowiłam, że nie będę już dawać przeciwnikowi forów. Wybrałam najbardziej obszerną grupę - rzeczy. Pomyślałam o szmaragdzie i czekałam, aż Odmieniec skończy zadawać pytania i poniesie porażkę. Podczas pierwszych odpowiedzi byłam bardzo pewna swego, jednak z czasem zaczęłam się obawiać, że mój współlokator jest na dobrej drodze. Minęło kilka minut, a jeszcze nie skończyły mu się pytania. Odniosłam wrażenie, że ja nie miałam do dyspozycji aż tyle. Wkrótce Ting podał właściwą odpowiedź. Zacisnęłam zęby. 
- Dobrze - burknęłam. 
- Czemu tak nagle spoważniałaś, Pierzasta? - spytał mój towarzysz, widocznie rozweselony faktem, że prowadzi. - Dalej, teraz ty. Wybieram zwierzęta. 
- Na pewno zadałeś tylko dwandzieścia pytań? - mruknęłam, patrząc na Odmieńca niezbyt przychylnie. 
- Liczyłem przecież. Dwadzieścia - wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - rzuciłam. - Ja na pewno zadałam ci ich znacznie mniej.
- Wstydziłabyś się, Pierzasta. Oskarżasz mnie o oszukiwanie na podstawie swoich "odczuć".
- Nie mydl mi już oczu - obruszyłam się. - Graj sobie sam ze sobą, skoro nie potrafisz grać uczciwie! - położyłam się z powrotem na posłanie. 
Zachowanie Tinga wyjątkowo mnie zdenerwowało. Zamknęłam oczy i spróbowałam zasnąć. Oby wkrótce przestało padać, żebym mogła wyrwać się z tej jaskini i iść na wartę.
Wkrótce moja świadomość zaczęła odpływać. 
Wbiłam pazury w skalną ścianę. Pode mną jest przepaść, której dna nie widać. Nie mam czego się złapać, odnoszę wrażenie, że tracę równowagę. Moje złamane skrzydło wisi bezwładnie. Parę metrów wyżej widać jakiś ciemny kształt, przypominający zwierzę. Nie widzę go dokładnie, ponieważ dookoła panuje mrok, ale na pewno dostrzegam jego świecące, czerwone oczy i rzędy błyszczących zębów. Cień zeskakuje niżej, bliżej mnie. Chciałabym uciec, ale nie mam dokąd. Serce wali mi jak młotem, paraliżuje mnie strach. 
Podskoczyłam na posłaniu, słysząc bojowy ryk Tinga. W ciągu sekundy stanęłam na równe łapy i zaczęłam szukać wzrokiem mojego towarzysza. Nagle przed moimi oczami przemyka jakieś czarne stworzenie. Znany mi Odmieniec nie jest daleko za nim. Schwycił go w locie za kark i przycisnął do ściany. Dziwne zwierzę rzuca się i kłapie białymi zębami. Próbuje kąsać mojego towarzysza.
W jaskini panował półmrok, rozbijany jedynie przez blask odsłoniętej Wichury Płomieni. Zamrugałam. To coś, co złapał Ting, do złudzenia przypominało kształt, który widziałam w swoim koszmarze. 
- Co się dzieje? - spytałam zmieszana.
Nikt mi nie odpowiedział. Mój towarzysz całych sił próbował przetrzymać nieproszonego gościa, jednak ten wkrótce wyrwał się z uścisku jego szponów. Odzyskawszy swobodę, czarny stwór spojrzał na mnie kilkoma parami czerwonych oczu, po czym czmychnął na zewnątrz. Przeskakując kałuże przed wejściem, wypadłam z jaskini i pognałam za nim. Pościg nie trwał długo. Czarne zwierzę zniknęło w ciemności nocy. Zatrzymałam się i zdałam sobie sprawę, że przestało padać. To znaczy, że o wschodzie słońca udam się na patrol. Wróciłam do jaskini, żeby czym prędzej schować się przed silnym wiatrem. 
- Co to było, Ting? - spytałam Odmieńca. 
- Nie wiem... - mruknął w odpowiedzi. Dostrzegłam, że ma rozdarty rękaw płaszcza. 
- Jesteś ranny? - spytałam zaniepokojona i podeszłam do mojego towarzysza. Chciałam podciągnąć poszarpany materiał, ale Strażnik Wichury odsunął się ode mnie. 
- To tylko draśnięcie. On mocniej oberwał. 
Spojrzałam na wyjście, jakbym spodziewała się zobaczyć tam stworzenie, które jeszcze przed chwilą ganiało po jaskini.
- Co się tutaj działo, jak spałam? - spytałam. 
- Cień wkradł się do jaskini tak cicho, że nawet ja go nie usłyszałem. Zobaczyłem, że siedzi nad tobą, więc zaatakowałem. Odparował i spróbował uciec. Resztę widziałaś sama, Pierzasta - streścił. 
Przełknęłam ślinę.
- Widziałam go w swoim śnie. W koszmarze, gwoli ścisłości... 
- Dziwne... - Ting zmrużył oczy. 
Zapadła między nami cisza. Usiadłam na ziemi, wpatrzona w świat zewnętrzny. Odmieniec usiadł obok mnie. Przez chwilę chciałam zacząć na nowo rozmowę, ale szybko mi to przeszło. 

<c.d.n.>

Uwagi: brak

piątek, 22 lutego 2019

Od Lind "Przybycie" cz. 2 (c.d. Natanael)

Lipiec 2022
Deszcz przestał padać nad ranem. Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, byłam w tej sytuacji zobowiązana do udania się na granicę naszego terytorium. Podróż nie trwała długo, ale loty w tak ekstremalnych warunkach nigdy nie należały do przyjemnych . Dotarłszy na miejsce, wylądowałam i osłoniłam się swoimi skrzydłami z wiatru. Jakiś czas temu odkryłam, że mogą służyć jako bariera, chroniąca przed gwałtownymi uderzeniami nienaturalnego wichru. Co więcej, taka falująca kopuła z powietrza pozwalała mi otwierać normalnie oczy i wiele więcej usłyszeć. Odpowiednio przygotowana do patrolu, ruszyłam bez pośpiechu przed siebie. Otaczały mnie tylko nagie skały i wycie burzy. Przyspieszyłam nieco kroku, podnosząc uszy i rozglądając się uważnie dookoła. Spojrzałam na skąpane w mroku niziny. Z dnia na dzień wyglądały dla mnie coraz bardziej obco. Okolica zmienia się nie do poznania. 
Wkrótce zrobiło się odrobinę jaśniej. Trudno było to dostrzec, bo chmury nadal zasłaniały całe niebo. Zamierzałam lada chwila wrócić do nory, lecz nagle dotarł do mnie dźwięk miarowego uderzania łap o ziemię. Zatrzymałam się, rozłożyłam skrzydła i poleciałam w odpowiednim kierunku. Przede wszystkim musiałam upewnić się, że to żaden z członków naszego stada. Po kilku minutach wypatrzyłam sylwetkę wilka. Zmrużyłam oczy. Nie byłam w stanie określić, czy go znam. Tajemniczy osobnik zbliżał się do Wilczego Szpitala. Wylądowałam w bezpiecznej odległości, na już pokonanej przez niego trasie i zbliżyłam nos do ziemi. Nie rozpoznałam zapachu. Więc po naszym terytorium pałęta się intruz. Uderzyłam dwa razy skrzydłami, by na nowo zlokalizować obcego. Dotarł do Wrzosowej Łąki. Szybko wróciłam na ziemię i zaczęłam biec. Dawno nie odwiedzałam tej polany. Obecnie trawa i wszelkie zielsko były kilkukrotnie wyższe od wilka. Zatonęłam w szumiącej, przerośniętej roślinności. Postanowiłam zaskoczyć obcego; okrążyć go i odciąć mu drogę ucieczki. Wtem usłyszałam, jak intruz zawraca i pędzi z powrotem w stronę gór. Przyspieszyłam. Wypadłam z wysokiej trawy i odkryłam, iż tajemniczy osobnik zniknął z pola widzenia. Zatrzymałam się. Nie czułam w powietrzu magii, więc raczej nie wyparował. Pewnie ukrywa się gdzieś w pobliżu. Zdecydowałam, że zaczekam na ruch, który zdradzi jego położenie. Wtem zza wielkiego głazu wyskoczył niezbyt wielki wilk o jasnobeżowym futrze. Natychmiast wystrzeliłam w jego kierunku i złapałam zębami za nogę, jeszcze zanim wylądował. Jedno szarpnięcie wystarczyło, by przewrócić go na grzbiet. 
- Co tutaj robisz i kim jesteś?! - warknęłam, odsłaniając kły. Schwyciłam łapy, którymi próbował mnie odepchnąć. 
- Jestem Natanael - padła natychmiastowa odpowiedź. - Wyprowadziłem się od rodziców i szukam watahy, o której opowiadał mi ojciec - wyjaśnił szybko samiec.
Ojciec? Brzmiało to całkiem ciekawie i nie przypominało typowego tłumaczenia szpiega. Te zwykle sprowadzały się do błądzenia i polowania. 
- Kim był twój ojciec, że opowiadał ci o naszej watasze? - spytałam, nieco spokojniej, acz nadal niezbyt przychylnie. 
- Mieszkał tu przez jakiś czas - oznajmił basior. - Podobno był tu kimś "ważnym"... przez jakiś czas. Ale z jego fantazjami to nigdy nie wiadomo. Do tej pory nie wiem czy to, co mi mówił było prawdą. Szczególnie o tym miejscu. - Wilk o jasnym futrze omiótł wzrokiem okolicę. - Nic nie wspominał o czarnych chmurach, zmutowanej zwierzynie i przerośniętych krzakach Co tu się stało? 
- Sama chciałabym wiedzieć - pozwoliłam sobie powiedzieć na głos, co myślę. 
Powoli wypuszczałam z uścisku tego gadułę. Co jak co, ale niewielu intruzów zwierza mi się od razu jak wygląda cała sytuacja. Zaczęłam się zastanawiać, czy może słyszałam o jego ojcu. W końcu ta wataha ma całkiem bogatą historię, której dużą część już poznałam. Natanael wstał z ziemi, otrzepał się, po czym kontynuował rozmowę:
- Nie możecie pozbyć się tych dziwnych zjawisk za pomocą zaklęć? Założę się, że...
- Myślisz, że nie próbowaliśmy? - weszłam mu w słowo. - Nie jesteśmy tępi. Te zjawiska są odporne na naszą magię. Nic się nie dało zrobić i został taki stan rzeczy - powiedziałam jednym tchem.
Zapadła cisza. Wtem przypomniałam sobie o czymś, co basior mówił wcześniej. 
- Wspominałeś coś o jakiejś zmutowanej zwierzynie... Przypominało to jakieś czarne zwierzę z poranioną nogą, czy coś w ten deseń? - spytałam. Z początku założyłam, że chodziło mu o niebezpieczne istoty, które od zawsze zamieszkiwały nasze terytorium. Ich nazwa akurat wyleciała mi z głowy. 
- Chodzi ci o tę potworę wysokości łosia, która przebiegła mi przed oczami? Z tego, co zobaczyłem, zbytnio czarna nie była. Miała niebieski "porost" na grzbiecie i bardzo silne nogi... Trochę czarna była, ale raczej nie tak, jak byś chciała. Kuleć też nie kulała.
Zaczęłam się zastanawiać. Nie brzmiało to jak coś, co zwykle tu występuje. Niewykluczone, że "potwora" ma związek z burzą i tym deszczem... Ba, to bardzo prawdopodobne! 
- Zabieram cię do Alf - oznajmiłam Natanaelowi. - Oni zdecydują, co z tobą zrobią i opowiesz im o tym sarno-potworze. 
Rozłożyłam skrzydła i przygotowałam się do startu. 
- Aż tak to niezwykłe? Myślałem, że u was po prostu tak wygląda zwierzyna. 
- Sęk w tym, że nie - uniosłam się w powietrze, zabierając basiora ze sobą. 
- Wy też się tak zmutowaliście? - ciągnął dalej, spoglądając w dół.
- Z tego, co mi wiadomo nie - odparłam bez wyrazu. Skupiałam się teraz na walce z nienaturalnym wichrem. 
- Skąd w ogóle wzięły się te zjawiska pogodowe?! - zaczął krzyczeć, żeby przebić się przez ryk burzy.
- Zadajesz dużo pytań. Czy ja ci wyglądam na istotę wszechwiedzącą? - burknęłam, nie przejmując się, czy na pewno dobrze mnie słychać. Wilk o jasnobeżowym futrze zaczynał mnie już drażnić. 
- Na pewno wiesz więcej, niż ja. 
Wylądowałam przed jaskinią należącą do Alf. Nie bawiłam się w delikatne odkładanie Natanaela na ziemię. Po prostu rozgoniłam trzymający go wiatr, kiedy ten był metra nad ziemią. Basior syknął.
- Uważaj trochę.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiłam. - Za mną - ruszyłam zdecydowanym krokiem przed siebie. 
Odwróciłam nieznacznie głowę i ujrzałam, że wilk ani drgnął. Zatrzymałam się.
- Na co czekasz? No już - ponagliłam niezbyt przyjaźnie. 
Natanael nie odpowiedział nic. Zrobił trudną do odczytania minę i spojrzał gdzieś w bok. Na co on w ogóle czeka? Nie chciałam już wdawać się z nim w dyskusję. Bezceremonialnie złapałam go swoją mocą za ucho powlokłam do jaskini. Wilk chrząknął niezadowolony, ale na tym poprzestał. Jego szczęście. 
W środku zastaliśmy zarówno Suzannę, jak i Hitama. Pierwszy zauważył nas samiec Alfa i właśnie on postanowił spytać, kogo tym razem przyprowadziłam. Streściłam, co Natanael opowiedział mi jeszcze na łące. Przywódca dopytał obcego wilka, czy wszystko się zgadza oraz jak miał na imię jego ojciec. Młody samiec oznajmił, że brzmiało ono "Shiryu". Coś mi to przypominało. Odniosłam nawet wrażenie, że mogłam znać osobiście tego wilka. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut. W pewnym momencie Natanael poprosił Alfę o możliwość dołączenia do naszej watahy. Po krótkim wyjaśnieniu warunków, na których basior zostaje przyjęty na okres próbny, wreszcie doszliśmy do tematu zmutowanego zwierzęcia. Kiedy nowy członek watahy zaczął opisywać dokładniej, co widział, spostrzegłam, że siedząca kawałek dalej Suzanna spoglądała w tę stronę. Słowa wilka przykuły jej uwagę do tego stopnia, że po chwili podeszła do naszej trójki. 
- Lind, masz przy sobie Naszyjnik Prawdy? - spytała mnie. 
- Oczywiście - odparłam i wydobyłam z torby wspomniany przedmiot. Samica Alfa wzięła go ode mnie i założyła na szyję Natanaelowi. 
- Powtórz co mówiłeś - kazała.
- Do czego to? - zainteresował się samiec, jakby nie słyszał nazwy wisiorka. 
- Powtórz, co mówiłeś o sarnie - rzuciła Suzanna ostro. 
Nowy członek watahy wykonał wreszcie polecenie. Po raz kolejny opowiedział o wielkości, kolorze sierści, poroście na grzbiecie zwierzęcia oraz o jego dziwnie lśniących oczach. Przywódczyni watahy słuchała wszystkiego z uwagą. Kiedy Natanael skończył, zdjęła z jego szyi mój naszyjnik i oddała mi go. 
- To wszystko, co musimy wiedzieć. Lind, odprowadź go do jego jaskini - odprawiła nas. - Jutro przydzielimy mu funkcję. 
Skinęłam głową, pożegnałam się i opuściłam lokum Alf. Natanael zrobił to samo. Kiedy zaczęliśmy oddalać się od ich jaskini, do moich uszu dotarł głos Suzanny: 
- Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. Burza nie ustaje, deszcz pada coraz częściej. Teraz już wiemy, jak wpływa na zwierzęta - zaczęła dyskusję ze swoim partnerem.
Mimowolnie zwolniłam, chcąc usłyszeć jak najwięcej.
- Według mnie powinniśmy kogoś wysłać w teren by sprawdził, czy to pojedynczy przypadek - mruknął Hitam. 
- To może być zbyt ryzykowne. Trzeba... 
- Gdzie będzie ta moja nowa jaskinia? - odezwał się Natanael, odcinając mnie zupełnie od podsłuchiwanej rozmowy. 
- Um... Tutaj - wskazałam jak gdyby nigdy nic wejście do niedawno zwolnionej nory. Nie mogłam przecież się przyznać, w czym mi przeszkodził. 
- Jest dosyć mała - westchnął samiec, podchodząc do swojego nowego lokum.
- Twoja i tak jest jedną z większych. Ciesz się, że nie musisz mieszkać wyżej. 
- Dlaczego? 
- W tamtych jaskiniach ledwo można się obrócić - oznajmiłam.

<Natanael?>

Uwagi: brak