Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

niedziela, 24 lutego 2019

Od Joela "Pomyłka" cz. 4

Sierpień 2022 r.
Była noc. Rzadko kiedy zdarzało się, żeby o tej porze na terenach było tak pusto. Cicho jak makiem zasiał, cicho tak, że aż dzwoniło mi w uszach... Yuki w pewnym momencie potknęła się o wystający korzeń, ale nie upadła na ziemię. Kiedy obróciłem się do niej, żeby zapytać czy wszystko w porządku, po prostu bez słowa chwyciła mocno moją dłoń i dała znak głową, żebym się nie zatrzymywał. Tak też zrobiłem. Szliśmy za rękę. Dziwne uczucie. Ja dwa kroki przed nią, ona stąpając po moich śladach i bacznie obserwując to, co miała pod nogami. Pewnie nie przywykła do tego, że nie widziała nic w ciemnościach. Wilki mają na ogół dość dobry wzrok, nawet o tej porze...
Powietrze było wilgotne. Dość ciężkie. Nie wydawało się, aby wymieszało się z jakimiś toksynami z opadów. Ba, określiłbym je nawet jako dość orzeźwiające... Słodkie i energetyzujące. Może tylko mi się zdawało? Po raz kolejny spojrzałem na wlokącą się za mną kobietę. Miała zwieszoną głowę, ale nadal widziałem jasny rąbek jej cery widoczny we wcięciu jej koszulki. Nawet w świetle księżyca mogłem bez wahania powiedzieć, że jest idealnie gładka. Pogłaskałem kciukiem jej dłoń, przez co uniosła głowę i spojrzała na mnie ciut zmieszana. Chyba nikt jej tak nigdy nie robił.
- Spokojnie, po prostu sprawdzam czy dłonie też masz tak idealnie gładkie... - wyjaśniłem z uśmiechem. Zaczerwieniła się i odwróciła głowę. Wtedy zobaczyłem drobny przebłysk tej Yuki, jaką znałem wcześniej. Gniewną i oburzoną za razem.
- Wiesz... będąc człowiekiem widzę twój rumieniec. Nie ukryje się pod futrem - Zaśmiałem się.
- Zamknij się i po prostu idź - mruknęła, ponownie wpatrując się w swoje stopy. Chwilę wcześniej potknęła się o jakiś drobniejszy kamyczek. Pokręciłem głową z rozbawieniem i spełniłem jej polecenie.

Kiedy trafiła nam się jakaś skarpa, szedłem jako pierwszy i bez większego kłopotu zeskakiwałem. Yuki wciąż była niepewna swojej sprawności w formie ludzkiej, więc wyciągnąłem do niej zachęcająco ręce.
- Możesz skoczyć. Złapię cię.
- Na pewno? - zapytała z wahaniem w głosie.
- Na pewno. Tylko nie bierz rozbiegu. Patrz, podam ci rękę - wyciągnąłem do niej dłoń. Po chwili namysłu postanowiła się nachylić, chwycić ją i dopiero wtedy zsunąć się z zaspy. Nie była aż tak wysoka, więc złapałem ją bez problemu, zatrzymując w swoich objęciach.
- Widzisz? Nic się nie stało.
Nie odpowiedziała. Dalej tak stała. Kiedy chciałem ją już puścić, ku mojemu zdumieniu sama postanowiła się wtulić. Ukryła twarz w moim ramieniu i po prostu tak staliśmy. Skarpa nas skutecznie zasłaniała przed najczęściej uczęszczanym terenem w watasze.
- Yuki...? - zapytałem nieśmiało. Wówczas się ode mnie odsunęła, udając, że nic się nie stało. Westchnąłem cicho. Miałem nadzieję, że ta wadera ma w sobie choć odrobinę czułości.
- Jesteśmy już blisko - dopowiedziałem. Skinęła głową i tym razem ona mnie wyprzedziła. Dogoniłem ją.
- Obraziłaś się?
- Nie. Po prostu nie chcę się ślimaczyć.
Zmarszczyłem brwi, bo przecież to ona sama się zatrzymała. To popierało moją tezę o tym, że kobiety są dziwne i nijak da się je zrozumieć.

Pozostałą część trasy przeszliśmy w milczeniu. No, może prawie, nie licząc okazjonalnego "uważaj na korzeń" czy "schyl się, gałąź!". Po drodze nie spotkaliśmy dosłownie nikogo. Wszyscy prawdopodobnie nadal tkwili w jaskiniach, bojąc się wyjść na zewnątrz. Ziemia była podmokła od dziwacznej deszczówki. Nie tak ciężka jak od zwyczajnej, tylko połyskująca i miękka. Nie mogłem w żaden sposób tego wytłumaczyć. Trochę jakbyśmy chodzili po jakiejś gąbce. Wątpiłem, aby mi się to zdawało. Buty mieliśmy pokryte niebieskim nalotem... Zupełnie jakby były brokatowe. Obrzydlistwo.
Od samego Miasta dzielił nas tylko dziurawy druciany płot. Yuki nie wyglądała na zaskoczoną, kiedy go ujrzała. Prawdopodobnie niejednokrotnie go widywała podczas patroli. Przeszedłem jako pierwszy, dając jej instrukcje jak to zrobić, aby się nie podrapać. O dziwo zrobiła to z zaskakującą gracją. Najwyraźniej już przyzwyczajała się do swojego ludzkiego ciała. Uśmiechnąłem się triumfalnie, chwyciłem znowu za jej dłoń i pociągnąłem w dół zbocza prowadzącego do Miasta. Tam również było cicho, ciemno i pusto... No, może nie licząc bladego światła latarni.
Wciągnąłem powietrze i wypuściłem z nieukrywaną satysfakcją.
- Tak dawno tu nie byłem... Tęskniłem za tymi rzędami blokowisk.
- Blokowisk?
- Bloki. Takie budynki. Jak ten, widzisz? - mówiąc to, wskazałem na jedno z osiedli. Chwilę błądziła wzrokiem, a później skinęła głową.
- Mieszkasz tam?
- Nie. Nieco dalej - odparłem
- Mhm... - mruknęła. Rozglądała się dookoła. Dłoń się jej odrobinę spociła, czułem napięcie jej mięśni. Nie czuła się zbyt komfortowo.
- Nic się nie stanie. Jesteś człowiekiem, a ludzie tutaj są normą - powiedziałem spokojnie. W duchu niezmiernie się cieszyłem na myśl o odwiedzeniu swojego mieszkania. Będę mieć sporo półek do odkurzenia i podłogę do zamiatania, ale przynajmniej w końcu położę się na łóżku... Muszę też sprawdzić jak tam woda w kranie. Po tak długiej przerwie różnie z nią bywa.
- O, już widać moją kamienicę - stwierdziłem nagle, wskazując na szarawy, ciut zniszczony budynek. Teraz był zalany niebieskimi zaciekami...
- To już nie jest blok? - zapytała zmieszana.
- Nie. Kamienica to taki starszy blok, ładniejszy i mniejszy.
- Ile masz lat? - wypaliła nagle.
- Proszę...? - zdziwiłem się. Nie wiedziałem skąd jej się wzięło w ogóle takie pytanie.
- Skoro kamienica jest starsza niż blok to musisz mieć wiele lat, skoro ją wybudowałeś...
- Nie, nie... Nie wybudowałem - zaśmiałem się cicho - Mieszkanie można kupić. Budową zajmuje się ekipa budowlana.
- Coś jak nasi myśliwi...?
- No, można powiedzieć. Tylko to nie jest z czystego obowiązku, ale z chęci zarobku. Płatna praca.
- Słyszałam, że wilki z naszej watahy też pracują za pieniądze, ale na utrzymanie tego mieszkania...
- No to zasada jest identyczna. Ja również pracowałem właśnie z tego powodu... I mam trzydzieści lat.
- Trzydzieści...? - powtórzyła zdumiona.
- Ludzie inaczej starzeją się niż wilki... Przy okazji ty też możesz powiedzieć, ile sobie liczysz. Tak żeby był remis. Powiem, że wyglądasz na ludzkie dziewiętnaście, a wilcze... - zamyśliłem się, wykonując w głowie szybkie obliczenia - ...około trzy. Może ciut mniej. Wiem, że masz ten naszyjnik, więc podejrzewam, że to nie jest twój prawdziwy wiek...
- Mam... osiem lat - mruknęła.
- I jak rozumiem dzięki temu medalionowi stale wyglądasz na te trzy? I nigdy się to nie zmieni?
- Tak... dzięki niemu również goją się wszystkie moje rany - dopowiedziała. Akurat dotarliśmy pod wejście do klatki kamienicy. Nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. Jak zwykle były otwarte. Niemal od razu wyczułem, że znowu czyjś pies postanowił oznaczyć swój teren... Zapach skisłego moczu nie był zbyt przyjemny, szczególnie dla kogoś, kto nawet w formie ludzkiej ma minimalnie lepszy węch od przeciętnego mieszkańca Miasta. Yuki pozostawiła to na szczęście bez komentarza.
Poprowadziłem ją po schodach na pierwsze piętro, gdzie miałem swoje mieszkanie. Dopiero wtedy przypomniało mi się, że chyba zostawiłem klucz u wujostwa... Miałem ochotę przekląć pod nosem, ale najpierw postanowiłem sprawdzić pod drzwiami, gdzie zazwyczaj je upychałem. Na szczęście moja pamięć mnie zawiodła. Musiałem go podrzucić wujostwu przy innej okazji. Wygrzebałem przedmiot ze szparki, podniosłem się z podłogi i przekręciłem klucz w zamku.

<C.D.N.>

sobota, 23 lutego 2019

Od Lind "Obowiązki strażnika terenów" cz. 4

Lipiec 2022
Od dwóch dni bez przerwy leje deszcz. Oczywiście, jeśli to można nazwać "deszczem". Zwykła woda nie zostawia świecącego nalotu i zdecydowanie nie sprawia, że rośliny momentalnie stają się dwa razy większe. Nie mniej jednak, przez to zjawisko nadal jestem uwięziona w jaskini i w dalszym ciągu umieram z nudów. Leżałem na posłaniu, opierając głowę na łapach. Powieki miałam ciężkie, jak rzadko kiedy. 
- Ting... - zaczęłam, powstrzymując ziewnięcie. 
Z początku Odmieniec nie zwrócił na mnie uwagi. Zajmował się polerowaniem Błękitnego Oka. Od wczoraj zdążył już wyczyścić prawie wszystkie medaliony, które znalazł w mojej torbie.
- Ting! - powtórzyłam nieco głośniej jego imię. 
- Co znowu, Pierzasta? - Strażnik Wichury podniósł na mnie wzrok. 
- Pomyśl o jakimś zwierzęciu.
- Po co? - zdziwił się. 
- Spróbuję zgadnąć, o czym pomyślałeś. 
- Jaki ma to mieć cel? Podejrzewasz u siebie zdolność czytania w myślach? - Odmieniec chuchnął znów na wisiorek i wytarł go rękawem. 
- Nudzę się. Znasz taką grę, jak "Dwandzieścia pytań"?
- Chyba raczej "dwadzieścia" - poprawił mnie.
- Mniejsza o wymowę. Więc znasz zasady? 
- Nie... - Ting wstał z miejsca i podszedł bliżej mnie. - Streść je jakoś - odrzucił Błękitne Oko gdzieś na bok.
Podniosłam głowę. Ciekawe, udało mi się go zainteresować. 
- Tak więc... - zaczęłam, siadając na posłaniu. Powoli odechciewało mi się spać. - Jedno z nas musi pomyśleć o jakimś zwierzęciu, roślinie albo rzeczy. Drugie próbuje zgadnąć co to, zadając dwandzieścia pytań...
- "Dwadzieścia", powtórz - przerwał mi mój towarzysz.
- Dwa-dzie-ścia - powtórzyłam, żeby się odczepił. - Pytania mają być skonstruowane tak, by dało się odpowiedzieć na nie "tak" lub "nie" - dokończyłam. 
- Hmm... Podoba mi się taka koncepcja... - pokiwał głową Ting. - Tylko... Czy ty wiesz, ile to dwadzieścia? - wyszczerzył złośliwie zęby. 
- Nie muszę, ty będziesz liczyć - z uśmiechem uniosłam pyszczek.
- Niech ci będzie, Pierzasta. Najpierw ja mam o czymś pomyśleć, tak? 
- Yhym - przytaknęłam. - Dobra... Już mam - oznajmił Strażnik Wichury. - Zwierzę. 
- Czy to coś porusza się na czterech łapach? 
- Tak. Pierwsze pytanie.
- Czy to coś... poluje?
- Nie... ale nie mam pewności - podrapał się po głowie. 
- Nic nie szkodzi, w takich sytuacjach mów "raczej nie" - wyjaśniłam.
- Drugie pytanie. 
- Czy to coś potrafi czarować? - kontynuowałam. 
- Tak. Trzecie pytanie.
- Czy to coś jest zwierzęciem stadnym?
- Nie. Piąte pytanie - z zachowania mojego towarzysza wyczytałam, iż jemu też przypadł do gustu taki sposób na zabicie czasu. Utwierdzałam się w przekonaniu, że ja jestem jedyną osobą, która kiedykolwiek grała z nim w jakiekolwiek gry. 
***

Wygrałam pierwszą rundę. Wykorzystałam wszystkie pytania, ale odgadłam, że Ting myślał o Xeralu. Posiadałam o nich "jako-taką", podstawową wiedzę, jednak tyle wystarczyło, żeby zdobyć punkt. Byłam z siebie bardzo zadowolona. W drugiej rundzie to Odmieniec musiał się domyślić, co wybrałam. Padło na roślinę, a konkretnie niebieski agrest. Mój towarzysz także wykorzystał wszystkie pytania i podał prawidłową odpowiedź. To mnie tylko zmotywowało do zaproponowania rewanżu. Postanowiłam, że będziemy grać, aż będzie można jednoznacznie stwierdzić, kto wygrał. 
Znowu ja zadawałam pytania. Tym razem Strażnik Wichury wybrał znacznie trudniejsze zwierzę. Czas mijał, a ja pomimo zdobywania coraz większych zasobów informacji, nadal nie wiedziałam, co Ting może mieć na myśli. Koniec końców, musiałam strzelać i niestety przegrałam. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że dobrze się z tym czułam. Co, jak co, ale odkąd pamiętam, ze zgadywaniem nigdy nie miałam problemu.
Postanowiłam, że nie będę już dawać przeciwnikowi forów. Wybrałam najbardziej obszerną grupę - rzeczy. Pomyślałam o szmaragdzie i czekałam, aż Odmieniec skończy zadawać pytania i poniesie porażkę. Podczas pierwszych odpowiedzi byłam bardzo pewna swego, jednak z czasem zaczęłam się obawiać, że mój współlokator jest na dobrej drodze. Minęło kilka minut, a jeszcze nie skończyły mu się pytania. Odniosłam wrażenie, że ja nie miałam do dyspozycji aż tyle. Wkrótce Ting podał właściwą odpowiedź. Zacisnęłam zęby. 
- Dobrze - burknęłam. 
- Czemu tak nagle spoważniałaś, Pierzasta? - spytał mój towarzysz, widocznie rozweselony faktem, że prowadzi. - Dalej, teraz ty. Wybieram zwierzęta. 
- Na pewno zadałeś tylko dwandzieścia pytań? - mruknęłam, patrząc na Odmieńca niezbyt przychylnie. 
- Liczyłem przecież. Dwadzieścia - wzruszył ramionami.
- Niemożliwe - rzuciłam. - Ja na pewno zadałam ci ich znacznie mniej.
- Wstydziłabyś się, Pierzasta. Oskarżasz mnie o oszukiwanie na podstawie swoich "odczuć".
- Nie mydl mi już oczu - obruszyłam się. - Graj sobie sam ze sobą, skoro nie potrafisz grać uczciwie! - położyłam się z powrotem na posłanie. 
Zachowanie Tinga wyjątkowo mnie zdenerwowało. Zamknęłam oczy i spróbowałam zasnąć. Oby wkrótce przestało padać, żebym mogła wyrwać się z tej jaskini i iść na wartę.
Wkrótce moja świadomość zaczęła odpływać. 
Wbiłam pazury w skalną ścianę. Pode mną jest przepaść, której dna nie widać. Nie mam czego się złapać, odnoszę wrażenie, że tracę równowagę. Moje złamane skrzydło wisi bezwładnie. Parę metrów wyżej widać jakiś ciemny kształt, przypominający zwierzę. Nie widzę go dokładnie, ponieważ dookoła panuje mrok, ale na pewno dostrzegam jego świecące, czerwone oczy i rzędy błyszczących zębów. Cień zeskakuje niżej, bliżej mnie. Chciałabym uciec, ale nie mam dokąd. Serce wali mi jak młotem, paraliżuje mnie strach. 
Podskoczyłam na posłaniu, słysząc bojowy ryk Tinga. W ciągu sekundy stanęłam na równe łapy i zaczęłam szukać wzrokiem mojego towarzysza. Nagle przed moimi oczami przemyka jakieś czarne stworzenie. Znany mi Odmieniec nie jest daleko za nim. Schwycił go w locie za kark i przycisnął do ściany. Dziwne zwierzę rzuca się i kłapie białymi zębami. Próbuje kąsać mojego towarzysza.
W jaskini panował półmrok, rozbijany jedynie przez blask odsłoniętej Wichury Płomieni. Zamrugałam. To coś, co złapał Ting, do złudzenia przypominało kształt, który widziałam w swoim koszmarze. 
- Co się dzieje? - spytałam zmieszana.
Nikt mi nie odpowiedział. Mój towarzysz całych sił próbował przetrzymać nieproszonego gościa, jednak ten wkrótce wyrwał się z uścisku jego szponów. Odzyskawszy swobodę, czarny stwór spojrzał na mnie kilkoma parami czerwonych oczu, po czym czmychnął na zewnątrz. Przeskakując kałuże przed wejściem, wypadłam z jaskini i pognałam za nim. Pościg nie trwał długo. Czarne zwierzę zniknęło w ciemności nocy. Zatrzymałam się i zdałam sobie sprawę, że przestało padać. To znaczy, że o wschodzie słońca udam się na patrol. Wróciłam do jaskini, żeby czym prędzej schować się przed silnym wiatrem. 
- Co to było, Ting? - spytałam Odmieńca. 
- Nie wiem... - mruknął w odpowiedzi. Dostrzegłam, że ma rozdarty rękaw płaszcza. 
- Jesteś ranny? - spytałam zaniepokojona i podeszłam do mojego towarzysza. Chciałam podciągnąć poszarpany materiał, ale Strażnik Wichury odsunął się ode mnie. 
- To tylko draśnięcie. On mocniej oberwał. 
Spojrzałam na wyjście, jakbym spodziewała się zobaczyć tam stworzenie, które jeszcze przed chwilą ganiało po jaskini.
- Co się tutaj działo, jak spałam? - spytałam. 
- Cień wkradł się do jaskini tak cicho, że nawet ja go nie usłyszałem. Zobaczyłem, że siedzi nad tobą, więc zaatakowałem. Odparował i spróbował uciec. Resztę widziałaś sama, Pierzasta - streścił. 
Przełknęłam ślinę.
- Widziałam go w swoim śnie. W koszmarze, gwoli ścisłości... 
- Dziwne... - Ting zmrużył oczy. 
Zapadła między nami cisza. Usiadłam na ziemi, wpatrzona w świat zewnętrzny. Odmieniec usiadł obok mnie. Przez chwilę chciałam zacząć na nowo rozmowę, ale szybko mi to przeszło. 

<c.d.n.>

Uwagi: brak

piątek, 22 lutego 2019

Od Lind "Przybycie" cz. 2 (c.d. Natanael)

Lipiec 2022
Deszcz przestał padać nad ranem. Zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, byłam w tej sytuacji zobowiązana do udania się na granicę naszego terytorium. Podróż nie trwała długo, ale loty w tak ekstremalnych warunkach nigdy nie należały do przyjemnych . Dotarłszy na miejsce, wylądowałam i osłoniłam się swoimi skrzydłami z wiatru. Jakiś czas temu odkryłam, że mogą służyć jako bariera, chroniąca przed gwałtownymi uderzeniami nienaturalnego wichru. Co więcej, taka falująca kopuła z powietrza pozwalała mi otwierać normalnie oczy i wiele więcej usłyszeć. Odpowiednio przygotowana do patrolu, ruszyłam bez pośpiechu przed siebie. Otaczały mnie tylko nagie skały i wycie burzy. Przyspieszyłam nieco kroku, podnosząc uszy i rozglądając się uważnie dookoła. Spojrzałam na skąpane w mroku niziny. Z dnia na dzień wyglądały dla mnie coraz bardziej obco. Okolica zmienia się nie do poznania. 
Wkrótce zrobiło się odrobinę jaśniej. Trudno było to dostrzec, bo chmury nadal zasłaniały całe niebo. Zamierzałam lada chwila wrócić do nory, lecz nagle dotarł do mnie dźwięk miarowego uderzania łap o ziemię. Zatrzymałam się, rozłożyłam skrzydła i poleciałam w odpowiednim kierunku. Przede wszystkim musiałam upewnić się, że to żaden z członków naszego stada. Po kilku minutach wypatrzyłam sylwetkę wilka. Zmrużyłam oczy. Nie byłam w stanie określić, czy go znam. Tajemniczy osobnik zbliżał się do Wilczego Szpitala. Wylądowałam w bezpiecznej odległości, na już pokonanej przez niego trasie i zbliżyłam nos do ziemi. Nie rozpoznałam zapachu. Więc po naszym terytorium pałęta się intruz. Uderzyłam dwa razy skrzydłami, by na nowo zlokalizować obcego. Dotarł do Wrzosowej Łąki. Szybko wróciłam na ziemię i zaczęłam biec. Dawno nie odwiedzałam tej polany. Obecnie trawa i wszelkie zielsko były kilkukrotnie wyższe od wilka. Zatonęłam w szumiącej, przerośniętej roślinności. Postanowiłam zaskoczyć obcego; okrążyć go i odciąć mu drogę ucieczki. Wtem usłyszałam, jak intruz zawraca i pędzi z powrotem w stronę gór. Przyspieszyłam. Wypadłam z wysokiej trawy i odkryłam, iż tajemniczy osobnik zniknął z pola widzenia. Zatrzymałam się. Nie czułam w powietrzu magii, więc raczej nie wyparował. Pewnie ukrywa się gdzieś w pobliżu. Zdecydowałam, że zaczekam na ruch, który zdradzi jego położenie. Wtem zza wielkiego głazu wyskoczył niezbyt wielki wilk o jasnobeżowym futrze. Natychmiast wystrzeliłam w jego kierunku i złapałam zębami za nogę, jeszcze zanim wylądował. Jedno szarpnięcie wystarczyło, by przewrócić go na grzbiet. 
- Co tutaj robisz i kim jesteś?! - warknęłam, odsłaniając kły. Schwyciłam łapy, którymi próbował mnie odepchnąć. 
- Jestem Natanael - padła natychmiastowa odpowiedź. - Wyprowadziłem się od rodziców i szukam watahy, o której opowiadał mi ojciec - wyjaśnił szybko samiec.
Ojciec? Brzmiało to całkiem ciekawie i nie przypominało typowego tłumaczenia szpiega. Te zwykle sprowadzały się do błądzenia i polowania. 
- Kim był twój ojciec, że opowiadał ci o naszej watasze? - spytałam, nieco spokojniej, acz nadal niezbyt przychylnie. 
- Mieszkał tu przez jakiś czas - oznajmił basior. - Podobno był tu kimś "ważnym"... przez jakiś czas. Ale z jego fantazjami to nigdy nie wiadomo. Do tej pory nie wiem czy to, co mi mówił było prawdą. Szczególnie o tym miejscu. - Wilk o jasnym futrze omiótł wzrokiem okolicę. - Nic nie wspominał o czarnych chmurach, zmutowanej zwierzynie i przerośniętych krzakach Co tu się stało? 
- Sama chciałabym wiedzieć - pozwoliłam sobie powiedzieć na głos, co myślę. 
Powoli wypuszczałam z uścisku tego gadułę. Co jak co, ale niewielu intruzów zwierza mi się od razu jak wygląda cała sytuacja. Zaczęłam się zastanawiać, czy może słyszałam o jego ojcu. W końcu ta wataha ma całkiem bogatą historię, której dużą część już poznałam. Natanael wstał z ziemi, otrzepał się, po czym kontynuował rozmowę:
- Nie możecie pozbyć się tych dziwnych zjawisk za pomocą zaklęć? Założę się, że...
- Myślisz, że nie próbowaliśmy? - weszłam mu w słowo. - Nie jesteśmy tępi. Te zjawiska są odporne na naszą magię. Nic się nie dało zrobić i został taki stan rzeczy - powiedziałam jednym tchem.
Zapadła cisza. Wtem przypomniałam sobie o czymś, co basior mówił wcześniej. 
- Wspominałeś coś o jakiejś zmutowanej zwierzynie... Przypominało to jakieś czarne zwierzę z poranioną nogą, czy coś w ten deseń? - spytałam. Z początku założyłam, że chodziło mu o niebezpieczne istoty, które od zawsze zamieszkiwały nasze terytorium. Ich nazwa akurat wyleciała mi z głowy. 
- Chodzi ci o tę potworę wysokości łosia, która przebiegła mi przed oczami? Z tego, co zobaczyłem, zbytnio czarna nie była. Miała niebieski "porost" na grzbiecie i bardzo silne nogi... Trochę czarna była, ale raczej nie tak, jak byś chciała. Kuleć też nie kulała.
Zaczęłam się zastanawiać. Nie brzmiało to jak coś, co zwykle tu występuje. Niewykluczone, że "potwora" ma związek z burzą i tym deszczem... Ba, to bardzo prawdopodobne! 
- Zabieram cię do Alf - oznajmiłam Natanaelowi. - Oni zdecydują, co z tobą zrobią i opowiesz im o tym sarno-potworze. 
Rozłożyłam skrzydła i przygotowałam się do startu. 
- Aż tak to niezwykłe? Myślałem, że u was po prostu tak wygląda zwierzyna. 
- Sęk w tym, że nie - uniosłam się w powietrze, zabierając basiora ze sobą. 
- Wy też się tak zmutowaliście? - ciągnął dalej, spoglądając w dół.
- Z tego, co mi wiadomo nie - odparłam bez wyrazu. Skupiałam się teraz na walce z nienaturalnym wichrem. 
- Skąd w ogóle wzięły się te zjawiska pogodowe?! - zaczął krzyczeć, żeby przebić się przez ryk burzy.
- Zadajesz dużo pytań. Czy ja ci wyglądam na istotę wszechwiedzącą? - burknęłam, nie przejmując się, czy na pewno dobrze mnie słychać. Wilk o jasnobeżowym futrze zaczynał mnie już drażnić. 
- Na pewno wiesz więcej, niż ja. 
Wylądowałam przed jaskinią należącą do Alf. Nie bawiłam się w delikatne odkładanie Natanaela na ziemię. Po prostu rozgoniłam trzymający go wiatr, kiedy ten był metra nad ziemią. Basior syknął.
- Uważaj trochę.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmiłam. - Za mną - ruszyłam zdecydowanym krokiem przed siebie. 
Odwróciłam nieznacznie głowę i ujrzałam, że wilk ani drgnął. Zatrzymałam się.
- Na co czekasz? No już - ponagliłam niezbyt przyjaźnie. 
Natanael nie odpowiedział nic. Zrobił trudną do odczytania minę i spojrzał gdzieś w bok. Na co on w ogóle czeka? Nie chciałam już wdawać się z nim w dyskusję. Bezceremonialnie złapałam go swoją mocą za ucho powlokłam do jaskini. Wilk chrząknął niezadowolony, ale na tym poprzestał. Jego szczęście. 
W środku zastaliśmy zarówno Suzannę, jak i Hitama. Pierwszy zauważył nas samiec Alfa i właśnie on postanowił spytać, kogo tym razem przyprowadziłam. Streściłam, co Natanael opowiedział mi jeszcze na łące. Przywódca dopytał obcego wilka, czy wszystko się zgadza oraz jak miał na imię jego ojciec. Młody samiec oznajmił, że brzmiało ono "Shiryu". Coś mi to przypominało. Odniosłam nawet wrażenie, że mogłam znać osobiście tego wilka. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut. W pewnym momencie Natanael poprosił Alfę o możliwość dołączenia do naszej watahy. Po krótkim wyjaśnieniu warunków, na których basior zostaje przyjęty na okres próbny, wreszcie doszliśmy do tematu zmutowanego zwierzęcia. Kiedy nowy członek watahy zaczął opisywać dokładniej, co widział, spostrzegłam, że siedząca kawałek dalej Suzanna spoglądała w tę stronę. Słowa wilka przykuły jej uwagę do tego stopnia, że po chwili podeszła do naszej trójki. 
- Lind, masz przy sobie Naszyjnik Prawdy? - spytała mnie. 
- Oczywiście - odparłam i wydobyłam z torby wspomniany przedmiot. Samica Alfa wzięła go ode mnie i założyła na szyję Natanaelowi. 
- Powtórz co mówiłeś - kazała.
- Do czego to? - zainteresował się samiec, jakby nie słyszał nazwy wisiorka. 
- Powtórz, co mówiłeś o sarnie - rzuciła Suzanna ostro. 
Nowy członek watahy wykonał wreszcie polecenie. Po raz kolejny opowiedział o wielkości, kolorze sierści, poroście na grzbiecie zwierzęcia oraz o jego dziwnie lśniących oczach. Przywódczyni watahy słuchała wszystkiego z uwagą. Kiedy Natanael skończył, zdjęła z jego szyi mój naszyjnik i oddała mi go. 
- To wszystko, co musimy wiedzieć. Lind, odprowadź go do jego jaskini - odprawiła nas. - Jutro przydzielimy mu funkcję. 
Skinęłam głową, pożegnałam się i opuściłam lokum Alf. Natanael zrobił to samo. Kiedy zaczęliśmy oddalać się od ich jaskini, do moich uszu dotarł głos Suzanny: 
- Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. Burza nie ustaje, deszcz pada coraz częściej. Teraz już wiemy, jak wpływa na zwierzęta - zaczęła dyskusję ze swoim partnerem.
Mimowolnie zwolniłam, chcąc usłyszeć jak najwięcej.
- Według mnie powinniśmy kogoś wysłać w teren by sprawdził, czy to pojedynczy przypadek - mruknął Hitam. 
- To może być zbyt ryzykowne. Trzeba... 
- Gdzie będzie ta moja nowa jaskinia? - odezwał się Natanael, odcinając mnie zupełnie od podsłuchiwanej rozmowy. 
- Um... Tutaj - wskazałam jak gdyby nigdy nic wejście do niedawno zwolnionej nory. Nie mogłam przecież się przyznać, w czym mi przeszkodził. 
- Jest dosyć mała - westchnął samiec, podchodząc do swojego nowego lokum.
- Twoja i tak jest jedną z większych. Ciesz się, że nie musisz mieszkać wyżej. 
- Dlaczego? 
- W tamtych jaskiniach ledwo można się obrócić - oznajmiłam.

<Natanael?>

Uwagi: brak

czwartek, 21 lutego 2019

Od Torance "Spotkań nadszedł czas" cz.1

Kwiecień 2022r. 
Pogoda pogarszała się z każdym dniem. Wiatr uginał bezlistne gałęzie, jakby sprawdzając, w którym momencie te połamią się z głośnym trzaskiem. Unosił tony piasku i mniejsze przedmioty, próbując uderzyć każdego, kto miał nieszczęśliwy obowiązek wyjścia na dwór. Uderzał w ciało, nieprzyjemnie je ochładzając, zwiewał sierść na oczy i utrudniał poruszanie się. To właśnie z jego powodu marzyłam, by znaleźć się w swojej jaskini i schować się przed smaganiem uciążliwej wichury. Najlepiej wraz z parującym naparem ziołowym w glinianym naczyniu, które zrobiłam na zajęciach sztuk kreatywnych, gdy byłam jeszcze szczeniakiem. 
Powoli zaczynałam żałować impulsywnej decyzji odejścia z watahy na kilka miesięcy i wyruszenie na bezsensowne poszukiwania. Zdawałam sobie jednak sprawę, że to mogła być moja ostatnia szansa na poznanie wszystkich okoliczności mojego odejścia z Zakonu. Nikt z nas nie był pewny, kiedy pogoda stanie się zbyt nieprzewidywalna, by wychylić łapę poza własną grotę. Może to będzie jutro, a może za miesiąc? Nawet najbardziej optymistyczne wilki musiały przyznać, że wątpiły w uspokojenie się wiatru, wstrząsającego światem od zeszłego roku. 
To właśnie z powodu tej niepewności o losy watahy, zapytaliśmy Suzannę o możliwość wyruszenia w podróż. Alfa nie była przekonana w powodzenie naszej misji, wydawało się, że nawet chciała nas powstrzymać, jednak w końcu skinęła głową na znak zgody. Mogliśmy wyruszyć następnego dnia, ale jedynie pod warunkiem, że weźmiemy na wszelki wypadek dwie Lampki Motyla. Szczęśliwie okazało się, że każde z nas – As i ja – mieliśmy po jednej w swoich zapasach magicznych przedmiotów. 
Szybko okazało się, że pomysł był bardzo dobry. W końcu minęło wiele czasu, odkąd Asgrim zawędrował na tereny naszej watahy, poza tym jego stan nie był wówczas najlepszy, więc cokolwiek by nie mówił, wątpiłam, by był dobrym przewodnikiem. Basior przez jakiś czas kręcił nosem, lecz gdy wspięliśmy się na górę, niechętnie podniósł na łapie magiczny przedmiot, który miał założony na szyi i wyszeptał w jego stronę pełną nazwę Zakonu. 
Od tego czasu fosforyzujący motyl o pięknych, błękitnych skrzydłach walczył z wiatrem, prowadząc nas w stronę miejsca, w którym mieliśmy zmierzyć się z przeszłością. Miejsca, w którym czekała na mnie moja matka. 
Byłam przerażona. Zawsze oczywistym było dla mnie, że nie miałam matki czy ojca. W Zakonie rodzinę zastępował mi As i Edel, potem żyłam wśród ludzi, aż w końcu w Watasze Magicznych Wilków znalazłam swoje miejsce. Miałam moją kochaną Yuki, rozważnego Kai'ego i w końcu Asa. Kochałam ich i nigdy nie wyobrażałam sobie, że dane mi będzie poznać – nie, spotkać. Znałam ją już wcześniej. Chociaż... Czy jeśli tego nie pamiętam, to to się liczy? - matkę. Wilczycę, która dała mi życie. 
Zastanawiałam się, jak powinnam się zachować, gdy ją zobaczę. Rzucić się jej na szyję? Spytać, czemu pozwoliła mi odejść bez jakichkolwiek umiejętności, bez pamięci? Obawiałam się także swojej reakcji. Nie wiedziałam, czy zacznę płakać, czy ogarnie mnie wściekłość, a może będę zwyczajnie obojętna. Cholera. To wszystko zapowiadało się tak dziwacznie... 
As starał się mnie wspierać. Cały czas rzucał jakimiś uwagami, próbował mnie rozśmieszyć lub wciągnąć w interesujący temat. Szybko okazało się to całkiem bezskuteczne. Zwykle reagowałam niezadowolonymi pomrukami i nakazem zostawienia mnie w spokoju. Po jakimś czasie skończyło się na ciszy, którą przerywaliśmy jedynie na dogadanie się odnośnie polowania lub znalezienia miejsca, w którym moglibyśmy spędzić noc. 
Wiedziałam, że moje zachowanie go bolało, jednak samiec starał się, żeby nie dało się tego po nim poznać. Zapominał jednak, że nieumyślnie odczytywałam jego nastrój i czułam smutek oraz zawód, który z niego emanował. Każdego dnia chciałam go przeprosić, obiecać, że postaram się zachowywać, jednak zawsze brakowało mi słów, aż w końcu basior zasypiał, już niemal z przyzwyczajenia obejmując mnie łapą. 
Któregoś dnia, gdy siedzieliśmy w niewielkiej jaskini – według Asa – niecałe kilka godzin drogi od terytorium Zakonu, przyglądałam się z bezpiecznego miejsca jak niewyraźne kontury drzew uginają się pod naporem wiatru. Był już wieczór i pomimo środka wiosny, na dworze nie było prawie nic widać. Słońce już wiele miesięcy temu zniknęło za ciemnymi chmurami. Jednak nie było to tak odczuwalne zimą. Teraz, w czasie, gdy przyroda powinna odżywać, brak jasnej gwiazdy był szczególnie dokuczliwy. 
W jaskini panowała cisza przerywana głośnymi świstami wiatru, uderzającego we wszystko, co śmiało stanąć mu na drodze. 
- As? - zwróciłam się nieśmiało do samca, który leżał w najdalszym kącie jaskini. 
Wilk mruknął coś niewyraźnie w odpowiedzi. 
- Myślisz, że to był dobry pomysł? 
Samiec nie odpowiedział od razu. Nie musiałam widzieć jego pyska, by wiedzieć, że marszczy brwi, zastanawiając się, skąd wzięło się moje pytanie. 
- Jesteśmy już tak blisko Zakonu, a ty masz wątpliwości? Tor, naprawdę... - zaczął. Jego głos był zachrypnięty, jednak samiec widocznie nie miał zamiaru nic z tym zrobić. 
- Nie będą zadowoleni, gdy cię zobaczą – wtrąciłam, ignorując jego pytanie. 
Usłyszałam głębokie westchnięcie oraz głośne kroki zbliżające się w moją stronę. 
- Też nie będę skakał z radości, gdy ich zobaczę – powiedział, siadając tuż obok mnie. 
Zerknęłam na samca, którego pysk był delikatnie oświetlony od dołu przez naszyjnik z motylem. Światło lampki było niezwykle blade w porównaniu do tego, które wydobywało się z mojej. Prawdopodobnie jutro o tej porze magiczny przedmiot będzie całkowicie bezużyteczny, a zaklęty w nim motyl umrze. Było w tym coś smutnego.
- To czemu...? 
- Czemu ryzykujemy tak wiele czy czemu postanowiłem z tobą pójść? - wtrącił samiec. 
Nie odpowiedziałam od razu, zastanawiając się nad pytaniem.
- Chyba oba... 
As przymknął oczy, prawdopodobnie w celu pozbierania myśli. Gdy się odezwał jego głos był nienaturalnie pewny i zdecydowany. Podniosło mnie to na duchu.
- Wiem, że chcesz poznać prawdę i będziesz żałować, jeśli tego nie zrobisz. Zawsze będziesz zastanawiać się „co by było gdybym nie odpuściła”. Czułem to samo przez miesiące, w których nie wiedziałem, co się z tobą działo – przerwał na chwilę. - Poza tym byłabyś gotowa wyruszyć tutaj sama, żeby mnie nie narażać. Nie zniósłbym tego. Ktoś musi cię pilnować, Tori, i Los, Eydis lub jakieś inne bóstwo zdecydowało, że to moja rola.
Jego głowa była zwrócona w stronę dziury prowadzącej na zewnątrz. Oczy miał utkwione w ciemność znajdującą się zaledwie kilka odległości ogona od nas. Niemniej czułam od niego pewność siebie. Wilk wierzył, w to co mówił i chyba właśnie to zdecydowanie przyczyniło się do mojego wzruszenia.
Bez słowa wtuliłam pysk w szyję basiora i zaciągnęłam się przyjemnym zapachem wrzosów, który otaczał go niezależnie od pory roku. Miło było czuć ciepło jego ciała tuż przy swoim, obserwować w ciszy jak podświetlone na błękitno futro rozstępuje się pod wpływem mojego oddechu. Zdałam sobie sprawę, jak wielkim oparciem był dla mnie ten szalony samiec. Zarówno teraz, jak i kilka lat temu, gdy byliśmy jeszcze beztroskimi szczeniakami. Asgrim był jak opoka, najbardziej stały element w moim życiu. 
- Dziękuję... - wyszeptałam. 
Kilka chwil później koło mnie znajdował się mężczyzna, który delikatnie gładził moją sierść. Ja w tym czasie siedziałam na jego kolanach i przytulałam się do jego ludzkiej szyi. As opatulał mnie ramionami i nic nie zapowiadało na to, że miał zamiar mnie puścić. 
Polizałam go delikatnie w policzek, a chłopak w odpowiedzi musnął ustami mój nos. 
- Nie ma za co – odparł równie cichym głosem.

C.D.N.

Uwagi: brak