Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 1 listopada 2018

Od Asgrima "Echa przeszłości" cz. 4

Koniec stycznia 2019r.
Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie kolorowe aury w miejscach, w których znajdowały się znane mi postacie. Nie zwróciłem uwagi, jaka barwa została przypasowana do poszczególnych szczeniaków, tylko od razu skupiłem się na tej białozielonej, należącej do starego nauczyciela. Nie był on szczególnie uzdolniony – jego moce oddziaływały jedynie na postrzeganie świata. Wydaje mi się, że jego żywioł był nazywany dyfuzją, ale łapy nie dałbym sobie uciąć. W każdym razie był słaby, więc nic dziwnego, że to właśnie jego wytypowali jako nauczyciela magii w jednej z młodszych grup. Najwyżsi lubili udowadniać takim jak on, że nawet szczeniaki są od nich lepsze.
Wyczułem słabą tarczę, którą nauczyciel starał się obronić. Niestety, nadaremnie. Wyobraziłem sobie fioletowawą kulę energii, która uderza w jego mur. Głośne poruszanie – niewątpliwie wzdrygnięcie - dobiegające ze świata rzeczywistego oznajmiło mi, że wygrałem tę małą walkę.
Wkradłem się do umysłu wilka i bez trudu odczytałem jego myśli. Zielony gratulował mi sukcesu i kazał się wynosić z jego głowy. Gdy nie zrobiłem tego od razu, samiec zirytował się. Wychwyciłem, że spróbowałby mnie się pozbyć, ale miał wrażenie, że może się przegrać. Co jeśli taki mały szczeniak, co zaledwie zeszłego lata rozpoczął naukę, go pokona? Już nigdy nie odzyska szacunku.
Wtem do głowy wpadł mu pewien pomysł. Niestety – sprytna bestia – udało mu się go przede mną ukryć.
ASGRIMIE, ODEJDŹ.
Słowa, niemal wykrzyczane w myślach, uderzyły mnie tak mocno, że szybko się wycofałem. Mój łeb zapulsował bólem, a oczy otworzyły się. Spostrzegłem wtedy, że leżałem na ziemi kilka kroków od uśmiechającego się trochę sztucznie nauczyciela.
- To cię nauczy, żeby słuchać poleceń starszych – powiedział, a ja skuliłem się. Mówił zbyt głośno... Mój biedny umysł odbierał teraz zbyt mocno wszystkie dźwięki, a to nie było ani trochę fajne.
Cudem powstrzymałem się przed trochę niegrzecznym komentarzem. Nie chciałem dostać kary.
Zielony uśmiechnął się kpiąco, a gdy spostrzegł, że na niego patrzę, zamknął oczy. Po chwili przede mną zalśniły litery, które jak wiedziałem, nie widział nikt poza mną.
Porozmawiam z Wielkim Mistrzem o przydzieleniu ci mentora. Jesteś już gotowy.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Byłem z siebie tak bardzo dumny. W końcu niecodziennie słyszało się takie słowa z ust naszego kochanego nauczyciela magii. A tym bardziej, kiedy jest się tak młodym jak ja.
Spojrzałem w stronę mojej przyjaciółki, która przyglądała się wszystkiemu z pewnego rodzaju zaciekawieniem. No tak, nie wiedziała, co się właśnie wydarzyło... Postanowiłem opowiedzieć jej wszystko po lekcji. A tymczasem mogłem popatrzeć i spróbować wywnioskować jak idzie moim kolegom i wychwalać w myślach swoje własne, niesamowite osiągnięcia.

- Naprawdę? - spytała Młoda, gdy jak zwykle wracaliśmy razem. Powiedziałem jej właśnie o tym, co się wydarzyło na magii i widziałem, jak walczy sama ze sobą. Z jednej strony była dumna, a z drugiej... Pomimo upływu czasu nadal nie odkryła u siebie żadnej zdolności.
- Aha.
- Czyli już nie będziemy mieć razem lekcji? - upewniła się.
- Aha.
- Och... Szkoda.
Spojrzałem na jej mały pysk, na którym zabrakło charakterystycznego dla niej, szerokiego uśmiechu i dopiero wtedy zwróciłem uwagę na ten jeden mały, choć bardzo istotny szczegół. Magia, która coraz bardziej wypełniała nasze dnie już nie będzie wspólna. Zabraknie przepychanek na początku zajęć, dyskutowania, gdy Zielony był skupiony na innych... Kiedy tylko Nevra przydzieli mi mentora, będziemy mieć razem jedynie ogólne oraz pod koniec zimy dojdzie zielarstwo i tworzenie eliksirów. Ale tak... Zostawały nam jedynie przerwy, które z czasem będą się robić coraz krótsze.
- Może nie jest za późno...? - zacząłem gorączkowo myśleć. Nie chciałem tracić tego wszystkiego ot tak. Przecież byłem młody. Miałem jeszcze czas. Dużo czasu.
- Za późno na co? - zmarszczyła nos Tori.
- Gdybym coś odwalił. Zrobił głupi błąd, dał fory Zielonemu lub cokolwiek, to może...
- Nie. - wilczyca nie dała mi dokończyć. Jej głos był zdecydowany, co nie zdarzało się zbyt często. To chyba właśnie jej ton sprawił, że tak nagle się zatrzymałem.
- Czemu nie? Przecież to genialny pomysł!
- Nie, to nie jest genialny pomysł. Jeśli musisz to postaraj się czegoś nauczyć. Zostań najlepszym z kapłanów i cokolwiek sobie wymarzysz. Na Eydis, As. Rób, co musisz.
Jakaś część mojego umysłu zaśmiewała się właśnie z tego, że to właśnie ona mówiła mi coś takiego. Przecież, żeby spojrzeć mi prosto w oczy musiała zadrzeć łeb! A to jednak ona wykazywała się w tym momencie opanowaniem. Nawet pomimo tego, że – z czego pewnie zdawała sobie sprawę – jeśli mnie zabraknie, to lekcje magii mogą się dla niej źle skończyć. Plotki narastały i teraz nawet szczeniaki wolały trzymać na dystans tę dziwną, „brudną” waderę.
- Na pewno?
Mała pokiwała głową z pełną powagą, tak że gdyby nie jej postura można byłoby ją uznać za dorosłego wilka.
- Tak.
Głośno wypuściłem powietrze. W tym jednym westchnięciu próbowałem zawrzeć wszystkie swoje, tak sprzeczne emocje. Nie wiedziałem, czy mi się to udało. Pewnie nie, ale miałem ważniejsze sprawy na głowie niż przejmowanie się za mało dramatycznym wzdychaniem.


Luty 2019r.
- Asgrimie, mogę cię prosić? - usłyszałem wysoki i chłodny głos tuż za sobą. Odwróciłem się najszybciej jak umiałem i gdy tylko zauważyłem wysoką, chudą postać o sierści przypominającej kolorem orzechy, skłoniłem się.
- T-tak. - wyjąkałem, gdy basior odpowiedział skinieniem głowy. Następnie nie zwracając nawet głowy do Ióana, z którym właśnie rozmawiałem, powiedziałem – Do zobaczenia później.
- Trzymaj się – mruknął w odpowiedzi młody kapłan. A może tylko mi się wydawało?
Wielki Mistrz tymczasem wskazał łapą kierunek i poszedł w tamtą stronę. Samiec miał bardzo długie łapy, więc musiałem biec, żeby za nim nadążyć. Miałem nadzieję, że nie było jakiegoś punktu w etykiecie, który by tego zakazywał. Przecież to nie moja wina, że miałem znacznie krótsze łapki, prawda?
Wilk zatrzymał się dopiero przed swoją jaskinią, co mnie nieźle zdezorientowało. Nikt oprócz samego Mistrza i ewentualnie jego doradców, kilku najwyższych kapłanów, nie miał tam wstępu. Chociaż chodziły plotki o wilczycy, którą pokochał i z którą mieszkał, jednak nie dawałem temu wiary. Wilki nie zakładały rodzin. A nawet gdyby basior zamierzał ponownie się zmierzyć z tak absurdalnym pomysłem, to wątpiłem, żebym to ja miał być kandydatką.
- Wejdź.
Spojrzałem z powątpiewaniem na samca. Gdyby był to ktoś inny, gdyby nie ta cała sytuacja, to wydarłbym się, że nie chcę być jego partnerką, ale... No właśnie. Rzeczywistość była taka, a nie inna, więc wlazłem do środka z podkulonym ogonem.
Jaskinia była ogromna. Znacznie większa od tych, które były przydzielone grupom. Dostrzegłem kilka równych stosów książek, które tworzyły coś na wzór dodatkowej ściany. Podobało mi się to rozwiązanie.
- Co o tym sądzisz? Moja jaskinia trafiła w twoje gusta? - spytał samiec, gdy zauważył moje zainteresowaniem wnętrzem.
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Czy powinienem krótko pochwalić czy może zacząć układać pieśń zachwytu nad ziołami, znajdującymi się po mojej prawej?
- Ładnie...? Podoba mi się ta ściana... - wskazałem na kilka książkowych wież.
Basior skinął głową, jakby tego właśnie się spodziewał. Chyba wiele osób je komplementowało.
Wielki Mistrz usiadł i wskazał mi łapą, żebym zrobił to samo. Nadal nieźle zestresowany, zrobiłem, o co mnie poprosił. Byłem jednak gotowy zerwać się w każdej chwili.
- Arvo powiadomił mnie o twoich postępach w nauce oraz poprosił mnie o przydzielenie ci mentora. Sądzisz, że dobrze ocenił twoje umiejętności?
Odpowiedziałem skinięciem głową, ale gdy basior nie spuszczał ze mnie wyczekującego spojrzenia, odchrząknąłem.
- Myślę, że tak. Jest nauczycielem – wzruszyłem ramionami, udając wyluzowanie. Nawet dla wilka z takimi zdolnościami aktorskimi jak ja, było to w tym momencie trudne.
- Dobrze. W takim razie wejdź do mojego umysłu.
Otworzyłem szerzej oczy i poderwałem się z miejsca.
- S-słucham!? - gdy wilk nie odpowiedział, przejechałem nerwowo językiem po pysku. - Ale, Mistrzu... Jest Mistrz pewien?
Skinął głową.
- Zrób to.
Zamknąłem oczy i tak samo jak na niemal każdej lekcji wyobraziłem sobie aurę, z tą różnicą, że ta była wokół szczupłej postaci Nevry. Miała ona ciemnoniebieską barwę z domieszką szarego – identyczną jak jego oczy. Zadziwiająco rzadko widywałem takie połączenie.
Nie wyczułem żadnej obrony, więc uśmiechając się, wyobraziłem sobie, że zbliżam się do siedzącego nieopodal basiora. Już miałem zagłębić się w jego umysł, gdy nagle coś mnie odrzuciło. Całkiem zdezorientowany, otworzyłem oczy i zerknąłem na orzechowego wilka. Uśmiechał się.
- Spróbuj jeszcze raz. - poradził, nie przestając się uśmiechać. Rozbawienie w jego oczach nie ocieplało jednak zimnego spojrzenia.
Ponownie skupiłem się na aurze basiora i tym razem nie dałem się zwieść pozornemu braku obrony. Zaatakowałem, wyobrażając sobie wielką, fioletową błyskawicę energii. Poczułem, że moje łapy się pode mną ugięły, jednak nie zważałem na to. Nakierowałem błyskawicę na aurę Wielkiego Mistrza, którą pod moim wpływem lekko zamigotała i... wyparowała moje piękne, fioletowe dzieło!
Otworzyłem z wysiłkiem oczy i zdałem sobie sprawę, że leżałem na ziemi. Przez moją głową przebiegł obraz mnie psującego swoim spektakularnym upadkiem ten idealny porządek, który był w tej jaskini. Gdybym nie był jeszcze tak oszołomiony, zerwałbym się z miejsca, ale... No.
- Interesujące... - usłyszałem wysoki głos basiora.
Spojrzałem w jego stronę, jednak gdy dostrzegłem szaroniebieskie, niemal niezauważalne nitki wokół niego, odwróciłem wzrok. Nie chciałem na nie patrzeć.
- Jesteś zadziwiająco silny jak na swój wiek. Może twoja moc nie dorównuje sile przeciętnego kapłana, ale za kilka lat... Masz dobre predyspozycje. - mówił, a ja nie miałem pewności, czy były to słowa skierowane do mnie, czy bardziej do niego samego. - Twoją mentorką będzie Vestar.
Postawiłem uszy w czystym zainteresowaniu.
- Vestar?
Wilk odpowiedział skinieniem łba, a ja niemal bezmyślnie się uśmiechnąłem. Zapowiadało się przyjemnie.

C.D.N.

Uwagi: Brak.

sobota, 27 października 2018

Od Suzanny "Apatia na tle katastrofy"

Marzec 2022
Czasem przychodzi taki moment kiedy zastanawiamy się nad swoim życiem. Czy to co robimy ma w sumie sens? Są zwolennicy opinii, że tak. Tylko że ich argumenty wypadają bardzo blado w porównaniu do tych, którzy myślą odwrotnie. Właściwie, to co robimy? Setki nieistotnych rzeczy, które marnują nasz czas. Nawet jeśli ciężko pracujemy, to pewnie i tak szybko pamięć o tym przepadnie. Ile wilków wspomina Kiiyuko? Praktycznie nikt jej tu już nie zna. Stała się nieważna.  Czas mija, a liczy się tylko tu i teraz. Mimo, że dokonała wiele, bo założyła to stado. Ile wilków będzie wspominać mnie? Dokonałam znacznie mniej. Czuję, że mnie tu nie lubią. Gdybym nie była Alfą pewnie byłabym wyrzutkiem społeczeństwa... Czy ktokolwiek by się przejmował jakąś małą, aspołeczną waderą? Pewnie nie. Jeśli już, to tylko z poczucia obowiązku. Mówią, że czyjeś życie zawsze jest dużo warte, że każde jest równe. Tylko ta opinia by sprawiła, że nie zostałabym zapomniana. 
Wiosna jest piękna, tak przynajmniej mówią. Czym ja się zamartwiam? Może tym, że siedząc na skraju jaskini obserwuję coś, co wygląda jak upadek stada? Mam założone słuchawki wyciszające i oglądam wichurę miotającą liśćmi i fragmentami krzewów, sporadycznie również dużych gałęzi czy całych drzew. W moich uszach pobrzmiewa wyłącznie spokojna muzyka z odtwarzacza muzyki. Ja również jestem dziwnie opanowana. Jeszcze jakiś czas temu bym chyba siwiała z nerwów. Teraz czuję się tak, jakby było mi wszystko jedno. Czy to chwilowe? Być może.
Właściwie to muszę być beznadziejną Alfą. Ktoś, kto by mnie teraz obserwował z boku mógłby pomyśleć, że jestem socjopatką. Wydaje mi się, że tak nie jest. Patrzę beznamiętnym wzrokiem na panikę. I co z tego? Stresowanie się w niczym nie pomoże. Nawet jeśli już jest pewność, że owa burza wisząca już od dawien dawna nad watahą bynajmniej nie przejdzie bokiem. Nie wiadomo nawet dokładnie co to wszystko oznacza. Były teorie, że to koniec świata, ale wydawało mi się to bez sensu. Nie było żadnej istoty na tyle silnej, by zdołać umyślnie spowodować taką apokalipsę. Wyglądało to raczej na wyjątkowo gwałtowne reakcje w atmosferze, ale już nie chciałam psuć światopoglądu co niektórym członkom stada. Niektórzy wierzyli sobie w te bóstwa i byli przekonani, że ściągnęły na świat klątwę...
Jedyne co ja mogłam w tej sytuacji powiedzieć, to to, że moja kochana mamusia i ciotka schrzaniły sprawę. Doszły mnie słuchy o akcji z Królestwem Pór Roku. Miały pilnować pogody, ale najwyraźniej się nie udało... O czym ja w ogóle teraz myślę? Sama nie miałam pewności. Chyba powinnam coś zrobić. Choć tak właściwie to co? Zorganizowałam próby obrony za pomocą wilków z żywiołem powietrza, ale nic to nie dało. Zostaje tylko tak stać i patrzeć na ewentualną zagładę. Czy mi nie zależy? Być może. Czy to, że jestem nieśmiertelna sprawia, że czuję się bezpieczna? Zdecydowanie nie. Wiem, że są od tego wyjątki oraz wiem, że życie przez wieki jest dla mnie straszniejszą wizją niż śmierć. Może kiedyś sama zdejmę Medalion Nieśmiertelności i skoczę z klifu, w razie jeśli nie umrę teraz. Wilki dbające o swoje życie powinny uciec na własną łapę z terenu zagrożonego coraz silniejszą wichurą... A jeśli nie... czy to jest rozważanie masowego samobójstwa? A może morderstwa? W końcu to ja nie podjęłam żadnej decyzji o przeniesieniu. Przynajmniej zapamiętają mnie jako najgorszego dowódcę w dziejach... O ile ktokolwiek przetrwa.
Czasem sobie myślę, że ktoś mógłby lepiej zająć moje stanowisko. Nierzadko czuję jak bardzo mam tego wszystkiego dosyć, czuję, że nie daję rady. To nie takie proste. Nawet jeśli mam Hitama, to zostaje poczucie odpowiedzialności. Czasem bywa irytujące. Za każde, nawet najmniejsze przewinienie moich podopiecznych czuję się współodpowiedzialna, nawet jeśli nie mam z nimi bezpośrednio do czynienia. Dlatego nie mogłabym być socjopatką. Nawet jeśli na pozór nic mnie nie rusza, to przesadne poczucie odpowiedzialności powoduje u mnie niezbyt przyjemne odczucia.
Przychodzą również momenty apatii i kompletnego pozbawienia uczuć. Jedną z takich chwil jest również i ta. Wiem, że z boku wygląda to dziwnie, ale daje mi to wewnętrzny spokój. Mimo to z tyłu głowy zostaje mi głos, który stale pyta co sobie inni pomyślą?. Zastanawia mnie również co członkowie watahy sobie o mnie myślą. Myślą dobrze, źle, czy może są kompletnie neutralnie nastawieni na mój los? Mam podejrzenia, że to ostatnie. Nie mam przyjaciół. Nie spieszy mi się do tego. Już nie. Zawiodłam się zbyt wiele razy. Zbędna konieczność nawiązywania więzi emocjonalnej. To mogłoby mnie zniszczyć, a przecież potrzebują dowódcy... Choć z drugiej strony: od czego jest Hitam? Znalazłby partnerkę, która by mu bardziej odpowiadała, założył rodzinę...
Jest tak wiele rzeczy, które powinnam zrobić, a nie robię nic. Dlaczego? Może dlatego, że to zamieszanie spowodowało taki chaos, że poczułam się chwilowo zbędna. Właściwie to trochę ironiczna sytuacja. Dopiero teraz mam chwilę by odpocząć... Całkiem zapomniałam jakie to uczucie.
Dlaczego wszystko musi być tak cholernie trudne?

poniedziałek, 1 października 2018

Zawieszenie bloga

Blog zostanie zawieszony w dniach 1-27 października.
Za przerwę przepraszam, ale wynika ona z braku czasu oraz braku laptopa.

Pozdrawiam i do zobaczenia,
Administratorka bloga.

niedziela, 30 września 2018

Od Lind "Więcej kart" cz. 4

Lipiec 2021
Znaleźliśmy Joela na jednej z ławek w parku. Był akurat w swojej ulubionej, ludzkiej formie. Wpatrzony w niebo, nucił jakąś wesołą melodię i zapisywał coś długopisem w zeszycie. Teraz przynajmniej wiem jak się nazywają te rzeczy. Wynalazki przynoszone z Miasta przez niektórych członków watahy są całkiem ciekawym tematem i dosyć obszernym. Szkoda, że ja nie potrafię zamieniać się w człowieka. Wilki podobne do mnie mogą tylko pomarzyć o zobaczeniu w pełnej krasie tego misternie ukształtowanego przez dwunogie istoty świata.
Podeszliśmy do wilkołaka. Wyglądał, jakby nie zauważył naszej obecności. Towarzyszący mi Crane trącił go w chude kolano. Muzyk wzdrygnął się i spojrzał w naszą stronę.
- Cześć Joel - przywitałam animatora.
- Cześć Lind - uśmiechnął się, odsłaniając dziwaczne, ludzkie kły. Z tej perspektywy przypominały uzębienie saren. - Witaj Crane. Macie do mnie jakąś sprawę?
- Owszem. Interesuje nas konkurencja festynowa - wyjaśnił brązowy basior.
- Mógłbyś zmienić formę? - zapytałam Joela. - Strasznie niewygodnie tak z tobą rozmawiać - powiedziałam, co myślałam.
- A, tak. Oczywiście - Jo wstał, rozprostowując swoje patykowate nogi człowieka.
Muzyk podniósł leżący nieopodal ławki plecak i spakował do niego notes i długopis. Zaraz po tym, zmienił się z powrotem w wilka. Stojąc już na czterech łapach, poprosił, żebyśmy sprecyzowali, o jakiej konkurencji myślimy.
- Skoki do Jeziora z lian - wyjaśniłam krótko.
- Słyszę liczbę mnogą. Rozumiem, że oboje będziecie skakać - Animator popatrzył po naszej dwójce.
- Tak - przytaknęłam.
Crane spojrzał na mnie i uchylił pysk, żeby coś powiedzieć, ale Joel go uprzedził:
- To wracamy do centrum watahy. Za mną, jeśli nadążycie - Basior o jasnym futrze wziął plecak w pysk i ruszył truchtem przed siebie.
- Uch, on tak na poważnie? - sapnął Crane.
Zrozumiałam, że mój kolega dosyć się już zmęczył dzisiejszymi spacerami przez całe terytorium naszego stada.
- Jo, zaczekaj! - krzyknęłam za muzykiem.
***
- No to kto zaczyna? - Joel usiadł obok wzburzonej tafli i zwrócił wzrok w naszą stronę, oczekując odpowiedzi.
- Ja mogę - oznajmiłam. - Mam w końcu już w tym jakieś doświadczenie.
- Trzy skoki to jeszcze nie doświadczenie - mruknął animator z przekąsem.
- Przypominam, że to były skoki zakończone sukcesem - podniosłam dumnie pysk.
- Poza jednym, po którym wylądowałaś prosto w krzakach - Jo przekrzywił nieznacznie głowę.
- To było pierwsze podejście, zawiniła niedopracowana strategia - wytłumaczyłam, rozglądając się za grubszą lianą.
- No dobra. Niech ci będzie.
Wypatrzyłam idealne pnącze. Przywołałam skrzydła z wiatru i uniosłam się, żeby złapać je w pysk i wlecieć na jedną z z gałęzi.
- Patrzcie i uczcie się - oznajmiłam.
Po tych słowach postąpiłam tak samo, jak podczas udanych prób. Odepchnęłam się łapami od konara i trzymając mocno lianę, nabrałam idealnej prędkości do idealnego wyskoczenia z niej do Jeziora. Rozbryzg, który nastąpił po moim zderzeniu z taflą wody, dosięgnął wszystkie wilki w pobliżu. Crane i Joel też należeli do tej grupy. Wypłynęłam na powierzchnię i wróciłam na brzeg.
- Jak mi poszło? - spytałam.
- Powiedzmy, że ujdzie - odpowiedział Joel, odruchowo otrzepując się.
Crane zrobił to samo. Tymczasem animator otworzył plecak i wyciągnął z niego plik kart dla mnie. Dobrze pomyślane, że nie wyciągnął ich wcześniej; pozostały poza zasięgiem wywołanego przeze mnie tsunami.
- Teraz ty - zwróciłam się do brązowego basiora, odebrawszy nagrodę.
- No... dobra... - mruknął Crane.
- Czy mi się wydaje, czy ty masz pietra? - popatrzyłam na niego.
- Skądże... Tylko... trochę nie wiem, jak się za to zabiorę. Nie mam mocy wiatru, ani niczego takiego.
"Ciekawe, jaką w ogóle masz moc", pomyślałam. Nigdy dotąd nie wspomniał mi słowem o swoim żywiole. Zaczynałam nawet podejrzewać, że sam go nie zna.
- Ja mogę ci pomóc dosięgnąć lian, Crane - zaoferował Jo.
- Dobry początek. Jak konkretnie mi pomożesz?
- Wybierz sobie pnącze, a potem użyj mnie jako podestu, żeby go dosięgnąć.
- Nie brzmi tak źle. Niech będzie - oznajmił basior z drugiej watahy.
Rozglądał się tylko chwilę, a kiedy już wybrał sobie odpowiednie pnącze, zakomunikował o tym Joelowi. Muzyk przykucnął, żeby Crane mógł odbić się od jego grzbietu. Brązowy wilk doskoczył do liany i zacisnął na niej zęby. Udało mu się; nie spadł od razu z powrotem na ziemię.
- Świetnie. Teraz musisz się rozhuśtać - zaznaczyłam.
- To pestka - dodał Joel.
Crane zaczął dosyć niezdarnie poruszać kończynami, a później całym ciałem. Długo nie nabierał zbytniej prędkości. Postanowiłam kilka razy niepostrzeżenie mu pomóc, lekko popychając go wiatrem. Udało się tak jak planowałam; Jo niczego nie zauważył, a Crane w końcu rozbujał się dostatecznie, żeby doskoczyć do wody. Nie powiedziałabym, że tak się skacze "na bombę", ale chyba animator uznał to jako poprawne wykonanie zadania.
Po chwili Crane wyszedł z Jeziora, utykając na prawą, przednią łapę. Odebrał szybkim ruchem czekające na niego karty i syknął z bólu.
- Co się stało? - zapytałam zaniepokojona.
- Uderzyłem o dno łapą - odpowiedział brązowy samiec. - Strasznie boli.
- Lind, weźmiesz go do Alvarega? - zapytał od razu Joel. Przybrał nieco poważniejszy ton głosu.
- Jasne - odpowiedziałam bez wahania. - Oby to tylko nie było złamanie... - mruknęłam ciszej.
Pożegnaliśmy się krótko z animatorem i ruszyliśmy w kierunku Wilczego Szpitala.
- Nie martw się, Lind. To pewnie nic takiego - uspokajał mnie po drodze Crane.
- Pewnie nie... to przecież tylko skok do wody... - wymamrotałam.
Czułam się winna, te głupie skoki z lian były przecież moim pomysłem.

Wygrane karty: brązowe: Kozice, Róża Harmonii; srebrne: Delta, Xeral.

Uwagi: Brak.