Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

czwartek, 17 sierpnia 2017

Od Lind "Jedno ze wspomnień" cz. 1

Kwiecień 2018
Chociaż był kwiecień, ziemię na zewnątrz wciąż przykrywał śnieg. Ilekroć został podtopiony przez ciepłe promienie słoneczne, wieczorny chłód, nasilający się całą noc, zamrażał go z powrotem. 
Siedziałam niedaleko kominka, zajęta rysowaniem. Na obrazku byłam ja, Babcia, nasz dom i ogród, niestety z niebieską trawą. Rysik zielonej kredki złamał się, jak kończyłam liście na drzewie. Zwykle w takim momencie prosiłam Babcie o naostrzenie mojego narzędzia pracy, jednak tym razem nie chciałam odrywać mojej opiekunki od robótki. Dziergała z uśmiechem, widocznie dobrze szlo. Po co zawracać jej głowę? Jako, że uważałam siebie za bardzo zaradną, poradziłam sobie z problemem sama. 
Jak skończyłam swoje arcydzieło, zaczęłam składać inna kartkę, jeszcze nieużywana, w samolot. Znaczy, to miał być samolot, jednak wyszedł krzywy trójkąt. Jak ci starsi to robią? Zaczęłam obracać w łapach moje "origami", kiedy Babcia zapytała:
- Już skończyłaś obrazek?
- Tak! - wykrzyknęłam i zerwałam się z miejsca, żeby pokazać jej moją kreacje. Starsza wilczyca przyjrzała się ilustracji.
- To ty i ja, prawda Lind?
- Tak! A tu jest domek - zapiszczałam zadowolona, pokazując łapką kwadrat z trójkątem na górze.
- Hm... - skupiła ponownie wzrok na rysunku. - Pływamy sobie? - zdziwiłam się słysząc te słowa.
- Nie! To trawa, Babciu- odparłam nieco zażenowana. Babciu, nie odróżniasz trawy od wody? Kolor wystarczy żeby cię zmylić?
Kiedy tak narzekałam w myślach na reakcje starszej wadery, ta zauważyła stan zielonej kredki. Zrozumiała co się stało i zaśmiała cicho.
- Jak zwykle nie chciałaś mnie zaczepiać? Lind, przecież nie będę zła na ciebie za to, że potrzebujesz pomocy - kręciła głową z pobłażaniem.
Tymczasem ja odłożyłam rysunek na ziemie i spuściłam smętnie wzrok. Nie wiedziałam jak jej to wyjaśnić, jak opisać moje nastawienie do takich błahych sytuacji.
Babcia wzięła zieloną kredkę i już chciała się zabrać za naostrzenie rysika, kiedy ktoś zastukał do drzwi. Odłożywszy pomalowany na zielono kawałek drewna, poszła do wyjścia mrucząc coś w stylu "Nareszcie". Odruchowo pobiegłam za moja opiekunką. Ledwo wychylając główkę zza niej, patrzyłam jak wpuszcza do środka dwa wilki - dużego i mniejszego. Większy miał szarobrązowe futro z kilkoma granatowymi pręgami. Jego podopieczny był prawie cały szary i wyglądał jakby cały świat nudził go na śmierć.
- Już się zastanawiałam co was mogło zatrzymać - powiedziała Babcia, przytulając dorosłego basiora.
- Przeszła nawałnica, ciociu - odparł tamten. - Musieliśmy przeczekać te parę godzin.
- Oczywiście, rozumiem. Z naturą nie ma żartów - zaznaczyła Babcia i zwróciła uwagę na mniejszego wilka. - Freeze, jak ty wyrosłeś - uściskała też tego na oko półtorarocznego basiorka. Nie wyglądał na zadowolonego z fizycznego kontaktu. Zrobił dziwna minę, ale nie protestował głośno. Odetchnął dyskretnie z ulgą, kiedy został wypuszczony z objęć.
- Kto tam się za tobą chowa, ciociu? - zapytał starszy wilk, spoglądając w moja stronę. Schowałam się i skuliłam jeszcze bardziej.
- To moja mała Lind, o której ci pisałam. Chodź, pokaz się mojemu siostrzeńcowi - zachęciła mnie Babcia.
Niepewnie wyślizgnęłam się zza niej i stanęłam przed dziwnym-dużym-siostrzeńcem i tym-nazwanym-Freezem. Większy oczywiście oczarowany, pogłaskał mnie po czuprynie. Zachwycał się jaka to ja nie jestem słodka i duża i biała itd.
Na moje szczęście Babcia zauważyła, że delikatnie mówiąc, trochę boje się jej siostrzeńca. Zaproponowała więc żeby Freeze poszedł ze mną do pokoju i poczytał mi coś. Chociaż ten szarawy wyglądał na nudziarza, taka perspektywa bardzo mnie ucieszyła. Babcia czyta mi tylko wieczorami, zresztą i tak nie zawsze ma na to siłę. Co prawda sama umiem trochę, ale chyba to jeszcze trochę za mało, żeby sprawnie śledzić samodzielnie np. historie księcia Virana.
- Książki, które zaczęłyśmy są na biurku. W środku znajdziesz zakładki - dodała Babcia na odchodnym.
Pobiegłam do mojego pokoiku. Freeze dołączył do mnie dopiero po chwili. Zauważyłam, że podczas chodzenia szura łapami i przygląda się wszystkiemu, jakby był w muzeum. Wskoczyłam na łóżko i czekałam, aż łaskawie wybierze książkę do czytania.
Wilk w końcu przejechał wzrokiem po pierwszym tytule i przewrócił parę stron.
- Co to jest? Kronika? - mruknął jakby do siebie.
- Król Orrin jest fajny - powiedziałam z nadzieją, ze weźmie ten rękopis. Niestety, zawiodłam się. Odsunął go na bok. Nie wiem, za cicho powiedziałam?
- Czyta się to jak podręcznik do historii. Nie macie czegoś normalnego dla szczeniąt? - szepnął, ziewając szeroko i popatrzył na kolejne tytuły. Czy jemu..? - Co jest twoje ulubione? - poprosił o podpowiedź, sprawiając, że zapomniałam o tym, co właśnie zauważyłam...
- Opowieści z Królestwa Spadających Gwiazd! - zapiszczałam radośnie.
- Brzmi lepiej - odparł.
Drgnęłam i zastygłam na chwilę w miejscu. Nie wydawało mi się. Jak mówił, z pyska poleciały mu kłęby pary. Powstrzymałam się od komentarza i czekałam aż zacznie czytać. Usiadł na krześle przy łóżku i otworzył książkę. Z bliska dostrzegłam ze na jego futrze tu pozostały płatki śniegu. Nie stopniały, chociaż w domu jest ciepło. Bez namysłu dotknęłam jego boku. Był lodowaty.
- Ale bajer - ucieszyłam się.
- Nie rusz - uciekł razem z krzesłem na bezpieczną odległość od łóżka. - Jeszcze ci przymarznie ta puszysta łapka. Zamruczałam niezadowolona.
- Czytaj - nakazałam.
Już bez słowa (jedynie z dziwnym spojrzeniem) odnalazł zakładkę i zaczął czytać.
- "Książę powróciwszy do zamku..." - zaczął takim beznamiętnym tonem, aż pomyślałam, że za chwilę zasnę. Na szczęście z czasem zmienił głos. Chyba jego też zafascynowały opisy krain, odwiedzanych przez księcia Virana.
Szczerze? Chyba wczuł się lepiej niż babcia. Zabawnie udawał głos księcia. Położyłam się na brzuchu i słuchałam, wciągnięta w historię jak rzadko kiedy. Fajnie się słucha czegoś, o czym wiesz, że to wszystko prawda. Jak dorosnę, będę jak książę Viran, myślałam. Albo nawet lepsza, bo nie będę się bać węży. 
Czas szybko mijał, w końcu czytanie przerwał tatuś Freeza, czyli siostrzeniec Babci. Wpadł do pokoju bez uprzedzenia i ogłosił:
- Za piętnaście minut obiad, maluchy! - Freeze aż podskoczył, wyrwany z transu lektury.
- Ugh, dobrze, tato - mruknął, powracając do beznamiętnego tonu głosu. Widać było, że chce spławić rodzica. Udało się. Starszy z uśmiechem na pysku zostawił nas w spokoju.
Freeze odłożył książkę i spojrzał na mnie. Schyliłam się pod łóżko i wyjęłam stamtąd kawałek papieru.
- Umiesz składać samoloty? - zapytałam szarego.
- Naturalnie - odpowiedział.
- Nauczysz mnie? - poprosiłam wyciągając w jego stronę kartkę.
- Pewnie - odparł i wziął ode mnie świstek. Zauważyłam, że kiedy mówi do mnie, nie mówi już jak nudziarz.
Freeze pochylił się nad skrawkiem papieru i pokazał mi krok po kroku co i jak. Później rozłożył arkusz, żeby było widać, gdzie są zgięcia. Wydobyłam spod łóżka nową kartkę dla siebie, żeby spróbować.
Wyszło. Nie tak, jak oczekiwałam, bo nie był idealny, a jedno skrzydło krzywe, ale przynajmniej wyglądał jak samolot. Mojej szczenięcej radości brakło granic. Freeze patrzył na mnie, chyba dzieląc moją satysfakcję.
- Piąteczka? - wyciągnęłam łapę.
- Piąteczka - przybił.

Uwagi: Nieprawidłowo zapisana część op. Zapominasz o ogonkach przy "ę" na końcu niektórych wyrazów. "Półtorarocznego" piszemy razem.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Od Manahane "Nowy Świat" cz. 5

Luty 2020
- Od kilku minut. Dzięki, że nie obudziłaś mnie tak... Gwałtownie - odparła, uśmiechając się - jak zawsze. Podniosła się powoli z posłania i westchnęła - Zaspałam na zbiórkę, tak?
- Tak. - odpowiedziałam nadal przyglądając się jej. Na szyi miała bardzo ładny amulet.
- Trudno. Pójdę na wieczorną. - przeciągnęła się ospale. - Resztę dnia masz wolną?
- No tak. - odpowiedziałam bez przekonania. Chociaż i tak nie mam nic do roboty. Wybrałam sobie tylko jedną funkcję i wykonałam swój obowiązek - bycie na treningu.
- Może gdzieś razem pójdziemy?
- Co proponujesz? - spojrzałam się na Leah.
- Żółty Las?
- Dobra. - powiedziałam bez większego przekonania. Żółty Las? Serio?
- Chodź. - uśmiechnęła się, jak zwykle. Czy ją to naprawdę nie boli?
 Zanim poszłyśmy do tego Żółtego Lasu, zjadłyśmy śniadanie. Po treningu miałam zaskakująco dużo sił. Przechodząc obok Pomarańczowego Drzewa z podziwem przyglądałam się złocistym liściom. Nawet lekko uśmiechnęłam się pod nosem, lecz Leah nie mogła tego zauważyć.
 Wchodząc na most, przyglądałyśmy się rzeczce. Ciekawe co robi teraz Jakeo - mój przyjaciel. To znaczy byliśmy przyjaciółmi do czasu. Po tym jak rozniosła się wieść o tym, że zabiłam córkę wodzą sprzymierzonej watahy, matka Jakeo zakazała mu przyjaźnić się ze mną. Leah zaczęła opowiadać mi o ludziach, mieście, jej pracy. Interesowało mnie to. Potem chwilę jeszcze powłóczyłyśmy się po okolicy, a następnie skierowałyśmy się w stronę centrum watahy.
***
Mijały dni. Coraz mniej przeszkadzało mi zbyt optymistyczne podejście do życia mojej przyjaciółki. Tak. Mogę już ją nazwać przyjaciółką. Choć nie ustaliłyśmy tego, ja wiem, że mogę jej ufać. Po prostu to czuję.
Postanowiłyśmy wybrać się na polowanie. Tylko my dwie, zwierzęta i noc. Tak, polowałyśmy w nocy. Najpierw polowałyśmy na zające. Tropienie jak i podążanie niezauważonym za nimi trwało około godziny. Ustaliłyśmy, że ja będę goniąca, a Leah zabijająca. Zaczęłam gonić zające, tym samym zaganiając je w miejsce gdzie będzie czekać Leah. W sumie udało nam się złapać trzy. Próbowałyśmy też złapać sarnę, lecz zwierzę było za szybkie. Doszłyśmy do jeziora. Podczas łowienia ryb rozmawiałyśmy ze sobą o wszystkim, o niczym.
- Idzie lato, jak sobie poradzisz? - zapytałam, nie odrywając wzroku znad tafli wody.
- Większość czasu będę spędzać w Śnieżnym Lesie.
- To znaczy, że będziemy spędzać ze sobą znacznie mniej czasu... - mruknęłam ponuro.
- Nie myślmy o tym teraz. - uśmiechnęła się słabo.
- Nie tęsknisz za domem?
- W sumie może trochę, ale nie zniosłabym znów obecności tylu barci i sióstr. - wydała z siebie cichy śmiech.
- Hmm? - oczekiwałam odpowiedzi - Aż tak dużo masz rodzeństwa?
- Tak... Mateo, Arsus, Caspian, - zaczęła wymieniać - Kasumi, Sheena, Morgana, Eira. Mogę też wymienić wujków i ciocie.
- Nie, nie trzeba...
- Karla, Sirocco, Shira, Aurora, Posed, Marano,...
- Leah...
- Sakata. Do tego jeszcze kuzyni: Zenithar, Kanuma, Kaligna, Messai, Leokadia, Otto, Zan, Onar, Arnor, Gamal, Hakon, Zayna, Ashur, Zaria, Eleyna, Dalila, Kailiana, Aela, Galla, Gallardo, Juan. To chyba wszyscy. - Skończyła swój długi monolog. Ma naprawdę bardzo liczną rodzinę. Dobrze, że nie wymieniła dziadków i babć... - A jak z twoją rodziną?
- Wszystko dobrze... - mruknęłam
Zbliżał się świt. Złapaliśmy dwadzieścia jeden ryb. Westchnęłam. Chciałam powiedzieć Leah prawdę. O tym, że zostałam wygnana, że nie mam matki, że czuję się samotna. Popatrzyłam na stojąca obok mnie waderę. Ona spojrzała się na mnie, a w jej oczach było widać, że ma coś na sumieniu. Na szyi nie miała już tego amuletu. Zetknęłam jeszcze raz na nią. Nie czułam się ani trochę szczęśliwa. Czułam smutek. Nie wiedziałam co się stało, lecz nie odczuwałam tego samego uczucia co kilka godzin wcześniej - zaufania.
- Co się stało? - zapytałam, patrząc Leah w oczy, ona zaś unikała kontaktu wzrokowego.
- Ja-ja przepraszam... - po poliku poleciała jej łza. - Nie chciałam, aby tak wyszło...
- Ale co? - zrobiłam krok do tyłu. Przez przypadek potknęłam się o jakiś przedmiot. Był to amulet Leah... - Do czego to służy?
- To Amulet Przyjaźni... - powiedziała cicho. Zorientowałam się... - Ja naprawdę cię polubiłam, Mani. Zapomniałam o tym śmieciu...
- Też cię polubiłam... Zaufałam ci... - powiedziałam oschle, a po moich policzkach zaczęły lecieć łzy... Tak, ja, Manahane, płaczę...
- Przepraszam... - Leah podeszła do mnie - Wybacz mi...
- Nie potrafię... Jedyne co możemy zrobić to zacząć od początku. - powiedziałam, próbując się uspokoić. Wadera spojrzała na mnie że zdziwieniem. - Cześć, jestem Manahane.
- Cześć, a ja Leah. - uśmiechnęłyśmy się do siebie i zaczęłyśmy się śmiać. Tak. To było szczere z mojej strony... Pierwszy szczery uśmiech... Lecz ta sytuacja pozostawi na zawsze rysę w moim sercu. Ale nie przejmuję się tym dzisiaj.

Uwagi: Brak przecinków przy zdaniach złożonych. Żółty Las oraz Pomarańczowe Drzewo to nazwa miejsca! "W sumie" piszemy oddzielnie.

środa, 9 sierpnia 2017

Od Leah "Zamierzam wrócić" cz. 2 (C.D. Lind)

Maj 2020 r.
Byłam w drodze do Biblioteki, z zamiarem wypożyczenia nowych książek. Polowanie już się zakończyło, byłam na porannej zbiórce... W zasadzie mam wolne na resztę dnia.
Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Westchnęłam z zadowoleniem, obserwując opasłe tomy. Zaczęłam rozglądać się za czymś ciekawym. Wpadł mi w oko bardzo stary, duży słownik. Dobrze byłoby nauczyć się jakichś języków. Zdjęłam książkę z półki i przewróciłam kartkę. Był to niejaki shin'a'in, znany też jako starosigmański. Trudny, ale ciekawy.
Skierowałam się z książką w stronę czytelni. Przejście jednak zagradzała nieco mniejszą ode mnie wilczyca.
- Przepraszam... - Zwróciłam się do białej wadery z tęczową grzywką i... Piórami w sierści. Robi wrażenie.
- Nic nie szkodzi. - Odparła z nosem w książce. Nieco zabiło mnie to z tropu. Spojrzała na mnie.
- Znaczy, ja chciałam przejść. - sprecyzowałam.
- Tak, oczywiście, wiem. - Szybko powiedziała. - Ja tylko trochę zaczytałam się. - Reakcja wadery odrobinę mnie rozbawiła.
- To na przyszłość czytelnia jest tam. - wskazałam miejsce waderę.
- To... Też wiem. - Mruknęła.
- Co cię tak wciągnęło? Mogę zobaczyć? - Spytałam z zainteresowaniem.
- Pewnie. - Wzięłam od niej książkę. Przeczytałam tytuł.
- Robinson Crusoe? Czytałam. - uśmiechnęłam się na wspomnienie treści książki. - Pierwsze spotkanie?
- W sumie to pierwszy raz widzę ludzką literaturę w ogóle. - Powiedziała.
- Jak wrażenia? Mocno cię zaabsorbowało.
- W sumie nie wiedziałam, że ludzie potrafią dobrze pisać.- Oddałam jej książkę.
- Można trafić na niezłe perełki. Polecić ci coś? - spytałam.
- Innym razem, nie zapamiętam teraz żadnego tytułu. Tak w ogóle jak ci na imię?
- Leah. - przedstawiłam się. - A ty?
- Lind. - Coś we mnie drgnęło. Nie wiem czemu, ale jej zapach wzbudził we mnie dziwne uczucie...
Ocknęłam się z odrętwienia.
- Miło mi. Od dawna tu jesteś?
- W sumie to nie. Z resztą, będę musiała wkrótce wrócić w góry. Kogoś tam zostawiłam. - Patrzyła na półki z książkami.
- Czegoś szukasz? - spytałam.
- Potrzebuje informacji o gnollach.
- Myślę, że wiem gdzie szukać. Chodź za mną. - Zawróciłam, w kierunku działu książek z istotami magicznymi.
***
- To chyba wystarczy. - Powiedziała, patrząc na stos książek, z lekkim przerażeniem.
- W sumie powinno. - Mruknęłam, wrzucając na około metrowy kolumnę ksiąg egzemplarz pod tytułem "Gnomy, gnolle i inne".
- Dziękuje ci. - Powiedziała, nieznacznie odsuwając się od stosu.
- Żaden problem Lind. Jakby trzeba było szukać jednak dalej, polecam się. - Odczuwałam dużą chęć pomocy dla tej wadery. W zasadzie nie mam pojęcia dlaczego. Pachniała dziwnie znajomo...
- E... - patrzyła na książki. - okej. - uśmiechnęła się.
- Jasne, do zobaczenia! - Powiedziałam na odchodnym.
Wyszłam z Biblioteki. Na zewnątrz było bardzo ciepło, przynajmniej w moim mniemaniu. Tak naprawdę uwielbiam ciepło, ale moje pojęcie tego słowa bardzo różni się od tutejszego. Dla mnie jest przyjemnie gdy temperatura sięga piętnaście stopni poniżej zera...
Po drodze wybrałam się nad Jezioro, by złowić kilka ryb. Temperatura w mojej jaskini jest stosunkowo niska, więc szybko się nie zepsują.
Zastanowiła mnie pewna zmiana w moim wyglądzie. Za każdym razem, jak obserwuje swoje odbicie w Jeziorze, wydaje mi się one nieco ciemniejsze... Patrząc na swoje łapy, uderzyła mnie dziwna zmiana. Były srebrzyste
Ruszyłam do swojej jaskini. Westchnęłam. Prawda, tęsknie za domem, ale nie mogę wrócić. Rad wyroczni się nie lekceważy.
***
Zebrało mi się na smutne myśli. Siedząc w swojej jaskini, próbowałam z pamięci narysować Arkana. Poprzednie rysunki niestety przepadły, gdy szybko opuszczałam Tajemnicze Podziemia. Bardzo tęskniłam za małym smokiem, jednak jego odnalezienie byłoby teraz czymś niemożliwym.
By trochę się uspokoić, sięgnęłam po słownik, jednak moja ręka trafiła na pustkę. Spojrzałam tam. Nie było go. Przeszukałam całą jaskinię, ale książki nie znalazłam.
- O psia kość. - mruknęłam. - Została w Bibliotece.
Wystrzeliłam z jaskini. Bardzo chciałam przeczytać słownik, język wyglądał ciekawie. Po dobrych kilkunastu minutach wbiegłam do Magicznego Ogrodu. Zdyszana, zwolniłam do truchtu.
Przyglądałam się kwiatom, wciąż nie mogąc nadziwić się ich urodą. Kilka razy przystanęłam, by przyjrzeć im się dokładniej.
Wychodząc z niego znowu ruszyłam sprintem.
Uchyliłam drzwi Biblioteki. W środku migotał płomień świecy. Ktoś tu jeszcze jest.
Wyjrzałam zza regału, by zobaczyć kto to. Była to Lind. Siedziała nad małym tomem który zapamiętałam jako "Magiczne Stworzenia. Podręczny niezbędnik". Podeszłam do niej.
- I jak ci idzie? - Powiedziałam cicho. Drgnęła. Po chwili odwróciła się.
- Dobrze. - powiedziała. - Znalazłam wiele przydatnych informacji.
Patrzyłam przez chwilę na cztery wielkie, nieprzeczytane dotąd tomy i podkrążone oczy wadery.
- Słuchaj... Widzę, że do czegoś potrzebujesz tych informacji. Raczej nie czytałabyś takiej ilości książek, tylko dla przyjemności. Chcę ci pomóc. Ale czy ty tego chcesz? - Powiedziałam wolno, patrząc jej w oczy. Zawahała się.
- No nie wiem... - zrobiła przerwę. - Nie chcę robić problemów.
- To nie problem. To przygoda. Właśnie dla nich przybyłam tu z północy. - Spojrzała na mnie odmieniony wzrokiem. Zastanawiała się przez chwilę.
- Dobrze. - Powiedziała. W jej głosie można było wyczuć ulgę.
- A więc czego szukamy?
- Słabych punktów gnolli.
Zerknęłam na kartkę, leżącą obok jej łapy. Były tam wypisane słabostki tych stworów.
- Masz już tego dość dużo... - wzięłam z ławy dwie książki. - Sprawdzę te trzy, ty obejrzyj pozostałe.

- Czy mogę wiedzieć, po co ci te informacje? - Spytałam, przeglądając jakiś katalog magicznych stworzeń.
- Górskie gnolle zapłacą mi za odebranie moich mocy. Również przez nie, rozdzieliłam się z towarzyszem podróży. Ustaliliśmy że spotkamy się przy skalnym łuku. Powinnam tam jak najszybciej pójść, zwłaszcza, że ma coś mojego. - mówiła z wahaniem.
- Jak się tu znalazłaś?
- Przez gnolle spadłam z góry. – powiedziała krótko.
Odpowiedź nieco mnie zszokowała, ale nie odezwałam się więcej.

Odłożyłam ostatnią książkę. Spojrzałam na Lind. Wadera przysypiała.
Z resztą nie dziwię się jej. Było grubo po północy. Sama odczuwałam zmęczenie.
- Hej! Lind! - szepnęłam. - Chodź, mamy tego dużo. - Zwróciłam się do niej. Powoli ruszyła ze mną w stronę jaskiń.
Po odprowadzeniu Lind do domu, wróciłam do siebie. Natychmiast po położeniu się na legowisko, zasnęłam. Na dziś (a raczej wczoraj) dość wrażeń.
***
- A więc gdzie jest ten skalny łuk? - spytałam, wchodzącą na zbocze Lind.
- Na południowy wschód stąd. - powiedziała podekscytowana.
- Prowadź. - wzruszyłam ramionami.
Wadera dość sprawnie wspinała się po skałach. Dotarłyśmy na górską ścieżkę. Potem już tylko mozolny marsz.
Zastanawiałam się nad reakcją jej towarzysza. Prawdopodobnie nie będzie zbyt pozytywnie do mnie nastawiony. Z tego co mówiła wywnioskowałam, że to pewnie coś jej winny basior.
Rozpoczęłam niezobowiązującą rozmowę z Lind. Dyskutowałyśmy o książkach podróżniczych. Wadera posiada wręcz zaskakującą wiedzę i niesamowity światopogląd.
Po kolejnych godzinach marszu, poczułam tak dobrze mi znany chłodny wiatr.
Uważaj, w pobliżu są wrogo nastawione istoty. - odezwał się beznamiętny głos w mojej głowie. Odwróciłam głowę. Lind spojrzała na mnie z niepokojem.
- Czy coś się stało? - spytała.
- Jeszcze nie, ale istnieje możliwość, że grupa gnolli jest w pobliżu. - powiedziałam. Lind nadstawiła uszy.
- Jest ich sześć, jakieś pół kilometra stąd. Przemieszczają się w naszym kierunku. Bynajmniej nie jest to pościg, jeszcze nas nie zwiększyły. - Powiedziała pewnie.
- Usłyszałaś je? - wybałuszyłam na nią oczy. Kiwnęła tylko głową, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Słońce było już wysoko na niebie. Chciałam sprawdzić okolicę z lotu ptaka, ale przewodniczka ostrzegła mnie przed silnym wiatrem halnym.
Nagle usłyszałam za sobą radosne warknięcie. Błyskawicznie odwróciłam się. Znacznie mnie przewyższające, obrzydliwa bestia patrzyła w moim kierunku.
- Wiesz, w książkach zabrakło ilustracji. - powiedziałam do Lind, kładąc uszy po sobie. - Czy to jest gnoll?
- Jak najbardziej. - odparła, wlepiając wzrok w ślepia krótko-pyskiej istoty. W oczach wadery można było dostrzec czystą furię.
- Wiesz... Nie jesteśmy na zbyt dogodnym miejscu do walki... Sądzę, że warto trochę się przenieść... - stałyśmy na bardzo wąskiej półce skalnej. Potwór miał większe pole do popisu.
- Lind... - wadera nie chciała się ruszyć. Zaczęła warczeć, na co bestia tylko zarechotała.
- LINDA! - zupełnie przypadkowo na końcu imienia towarzyszki dodałam jedną literę. Zupełnie zapomniała o gnollu. Spojrzała na mnie urażona.
- Nazywam się Lind. - powiedziała twardo. Chwilę się wahałam, już miałam ją przeprosić, gdy kątem oka zobaczyłam, że obrzydliwy stwór zaczął podążać w naszym kierunku.
- Po prostu chodź. - powiedziałam, ciągnąc ją za sobą.
Biegłyśmy w kierunku skalnego łuku. Lind potykała się, wyraźnie bolały ją łapy.
- Już wszystkie nas gonią! - jęknęła.
Rozpędziłam się, Lind została trochę z tyłu. Odwróciłam głowę, już zwalniałam, by mnie dogoniła, gdy nagle straciłam grunt po łapami. Z krzykiem spadłam w przepaść.
Kilka chwil później, spotkanie z litą skałą odebrało mi dech. Po chwili podniosłam się.
- Leah! - usłyszałam nad głową krzyk Lind.
- Nic mi nie jest! - odkrzyknęłam. Spróbowałam zorientować się w sytuacji. O włos uniknęłam upadku na sam dół. Uratowała mnie półeczka skalną, akurat takich rozmiarów, żebym nie spadła. Znajdowała się około pięciu metrów pod ścieżką.
- Zostań tam gdzie jesteś! - Krzyknęłam. Za waderą rozległ się ryk. - Zmiana planów. Uciekaj!
Natychmiast ruszyła przed siebie. Śmiało skoczyłam z półki, jednocześnie przywołując skrzydła wiatru. Udało mi się w locie dogonić Lind. Uspokoiłam wiatr i spokojnie wylądowałam. Znalazłyśmy się na nieco większej przestrzeni, więc mogłyśmy przygotować się na atak. Z niepokojem patrzyłam na Lind. Może jakby była w formie, dałaby radę, ale teraz...
Gnolle wystrzeliły zza skały. Warcząc, patrzyłam na pierwszego z brzegu. Inny ze zawył ze złością dostrzegając Lind. Coś nie tak było z jego łbem...
Potwór rzucił się na mnie. Zamachnął się prymitywnym młotem. Odskoczyłam, jednocześnie próbując mocą wyrwać broń z jego łap. Niestety okazał się za ciężki. Ponownie się zamachnął, tym razem trafiając mnie w bok. Sycząc z bólu, patrzyłam jak dołączają do niego trzy inne stwory. Lind broniła się przed pozostałą dwójką. Spróbowałam przywołać wiatr. Wszechobecny halny nadawał się doskonale.
Potwory zaczęły osuwać się do tyłu. Runy na mojej łapie zaczęły świecić.
Próbowały zaprzeć się nogami i dzięki potężnym pazurom, udało im się. Gwałtownie zatrzymałam podmuch. Tak jak przypuszczałam, powywracały się. Skoczyłam na jednego z nich, szybko atakując kłami, a następnie odskakując. Gnoll ryknął i runął na mnie. Podleciałam do góry, tym samym prawie powodując jego upadek. Reszta podniosła się i za wszelką cenę próbowała mnie dosięgnąć. Spojrzałam w stronę Lind. Nie jest dobrze. Muszę jej pomóc.
Nagle ujrzałam skalny łuk. Cel wyprawy.
Nikogo tam nie było.
<Lind?>

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Od Lind "Zamierzam wrócić" cz. 1 (cd. chętny)

Maj 2020
Niemalże cały czas spędzony w górach, przepłynął bez okazji porządnego odespania. Wszystko oczywiście z powodu wszechobecnego zagrożenia. Dzisiejsza pokusa w bezpiecznej jaskini, wobec strasznego zmęczenia, była zbyt silna. Nawet nie pomyślałam o racjach jedzenia, po prostu przepadło.
W ten oto sposób, biegam teraz za zającem, za długo go ganiam żeby odpuścić. Nie będę słabsza od byle gryzonia, powtarzałam sobie. Dysząc ciężko, miałam wrażenie, że za chwilę wypluję płuca. Wredna, szara kulka futra co chwila zmieniała kierunek ucieczki, ani myślała ułatwić mi życie. Uch, jak mogłam doprowadzić do takiej sytuacji?!
Czas mijał, żołądek skręcał się we mnie z głodu, a ja nie byłam w stanie dognać tego soczystego kąska. Gdyby działały moje moce wiatru, pogoń nie trwałaby nawet pięciu minut, myślałam z żalem. Kiedy tak się rozczulałam nad moimi uśpionymi siłami, zapłonęła we mnie ponownie iskierka nadziei. Może już wszystko wróciło? Oczyściłam myśli i skupiłam je tylko i wyłącznie na szarym zwierzaku. Zatrzymam go, zatrzymam... TERAZ!
Zahamowałam gwałtownie, wbijając pazury w ziemię. Nie wierzyłam wlasnym oczom. Udało się! Bezbronny zając wisiał przede mną w powietrzu, unoszony wiatrem. Zapiszczałam głośno z radości. Z ulgą i wielką satysfakcją mogłam wreszcie spożyć normalny posiłek.
Wyczyściwszy łapy i pysk po jedzeniu, pomyślałam znów o gnollach. Może warto poszukać informacji o słabych stronach tych bestii, skoro lada chwila wrócę tam do nich, w pełni sił. Pamiętam, że jest tu jakaś biblioteka, Allive pokazała mi drogę. To najoczywistsze miejsce do szukania podpowiedzi.  Przysiadłam nad resztkami zająca i spróbowałam przypomnieć sobie jak to było. Droga przez Magiczny Ogród, potem przez ten mały lasek. Dobra, chyba już wiem. Wstałam, ostatni raz rzucając okiem na zajęczy szkielet. Przypomniało mi to o tym dwunogim, kościstym, wrednym stworzeniu. Przecież go nawet nie lubię, czemu tak bardzo mi doskwiera jego nieobecność w pobliżu? Dlaczego wszystko mi o nim przypomina? Pewnie już przepadło, i on i mój artefakt.
Chyba że... wciąż nie dotarł do Skalnego Łuku. A może jeszcze tam czeka?
Tak sobie wmawiałam, nie chcąc tracić nadziei. Ognista Wichura, naszyjnik Babci, wszystko pozostało w szponiastych łapach Tinga. Szkoda by było tracić to wszystko ot tak.
Spróbowałam pstryknąć. Oczywiście nic z tego.
Ruszyłam w strone biblioteki, postanawiając, że już starczy myślenia. Im dłużej gdybałam i zastanawiałam się co i jak, tym bardziej się obawiałam. Podobno nadmierne rozmyślania zabijają poczucie szczęścia. Opuściwszy Zielony Las, musiałam przejść najpierw przez okolicę wodospadu. Napotkałam tam kilka wilków, ale nie zaczepiałam ich. Większość była zajęta albo sobą nawzajem, albo myciem. Ewentualnie poszukiwaniem czegoś na dnie niedużego jeziorka. Część wody wypływała ze zbiornika, tworząc strumyk, akurat w stronę Szczenięcej Polanki. Nie zatrzymując się nawet na chwilę, poszłam wzdłuż tego małego potoku. Jednakże polanka była pusta. Pewnie tym razem szczenięta mają zajęcia w innym miejscu. Chociaż mogły też pójść na posiłek, po Słońcu oceniłam, że zbliża się pora obiadowa. Niewiarygodne, ile dnia straciłam na odsypianie. Chyba jednak lepiej mieć poranną wartę, wtedy nigdzie nie zaśpię.
Dotarłam nad spore jezioro, gdzie postanowiłam się zatrzymać na krótką chwilę. Kiedy zbliżyłam się do wody, dostrzegłam parę saren przy drugim brzegu. Odpoczywały, nieświadome faktu, że tuż za nimi skrada się biały wilk ze złotymi pasami na futrze. Szybko rozprawił się z jedną z nich, wykorzystując element zaskoczenia. Pozostałe natychmiast uciekły, a łowca już zamierzał zacząć ucztę, jednak zauważył moja osobę po drugiej stronie jeziora. Uśmiechnęłam się przyjaźnie, jednak odpowiedziało mi groźne spojrzenie, po którym nieznajomy biały wilk odciągnął zdobycz w zarośla. Przyjemniaczek, pomyślałam.
Zdołałam wzruszyć ramionami na to zachowanie i zanurzyłam łapę w chłodnej wodzie, płosząc przy okazji kilka ryb. Lekkim chlapnięciem ochłodziłam nagrzane słońcem futro. Po chwili dobiegło moich uszu bojowe pogwizdywanie kosa. Oddaliłam się od brzegu i odruchowo zaczęłam szukać właściciela głosu pośród gałęzi. Wypatrzyłam go obok jego partnerki, we dwójkę próbowali odgonić większego, czarnego ptaka, ktorego gatunku nie rozpoznałam. Nie będę się mieszać w ten spór, ale osobiście kibicuję parze.
Nagle dotknęła mnie dobrze znana mi "woń" magii. Ktoś tu czaruje? Otwiera portale? Zaciekawiona okrążyłam okolicę, ale niczego nie znalazłam.
Poszłam dalej drogą, w stronę Magicznego Ogrodu. Allive mówiła, że jak się nie znam na roślinach, powinnam przechodzić tamtędy szybkim krokiem. Ogród jest piękny, ale też niebezpieczny. Nie wąchać niczego, nie ruszać niczego, wszystko może być trujące. Walczyłam z pokusami z całych sił, otoczenie wyglądało tak pięknie i zachęcająco. Prześliczne kwiaty dookoła i liany zwisające z gałęzi. Delikatne liście cicho szeleściły, poruszane wiatrem. Konary poszczególnych drzew uginały się od dorodnych owoców. Miałam ochotę sięgnąć po nie, niektóre wydawały się tak podobne do znanych mi odmian pysznych brzoskwiń, czy jabłek. Zaczęłam co jakiś czas przyspieszać kroku, pomimo urażonej łapy. Szybko miałam dość takiego cudownego wizualnie miejsca, w którym mogę bez problemu sprowadzić na siebie nieszczęście.
Kiedy z ulgą opuściłam ogród, znalazłam się wreszcie w nienazwanym lesie, ostatnim miejscu dzielącym mnie od biblioteki. Szybko przeszłam wydeptaną ścieżkę i znalazlam sie pod drzwiami mojego celu.
Pierwszy raz wchodzę do tej biblioteki, Allive pokazała mi ją tylko z zewnątrz, nie miałyśmy wtedy dość czasu na zwiedzanie. Wewnętrzne, drewniane ściany były nierówne, pomiędzy wyrytymi w nich regałami sterczały gałęzie. Przejechałam łapą po pierwszych tomach, znajdujących się tuż przy wejściu. Wyglądały na stosunkowo nowe. Na pewno nie tego szukam. Nawet nie spoglądając na tytuły, podeszłam do kolejnej półki. Tam leżały książki już bardziej przykryte kurzem. Popatrzyłam po ich grzbietach. Traktują o mitycznych stworzeniach, już lepiej. Przeszłam jeszcze kawałek dalej, i spojrzałam na półkę z jakimiś rękopisami. Trafiłam na coś o górskich stworach. Bingo, biorę to ze sobą do czytelni. Ostrożnie wyciągnęłam tomisko spomiędzy innych i wsunęłam do torby. Poszukam jeszcze czegoś, nie wiadomo gdzie będą konkrety.
Znów minęłam półkę z nowszymi książkami. Nie spodziewałam się, że tego szukam, ale może jednak warto sie dowiedzieć co to za dział. Wzięłam jedną z publikacji i przeczytałam tytuł. Brzmiał dość interesująco, dwa imiona pod nazwiskiem autora. Zaciekawiona przewróciłam parę stron i już wszystko stało sie jasne. Ludzka literatura. Pokręciłam głową, odczytując pierwsze zdania. Kto tak pisze ksiazki? Podział na role? To prędzej scenariusz teatralny niż opowieść do czytania. Czemu to w ogóle tu jest? Biblioteka nie wygląda na dzieło ludzkich, pięciopalczastych grab. Odstawiłam "powieść" na miejsce i ciekawa jakie jeszcze głupoty tu są, otworzyłam kolejną książkę. Prezentowała się już lepiej, chociaż miałam pewne uprzedzenia. Ludzie od zawsze wydawali mi sie być byle bezmyślnymi, patyczakowatymi istotami, uważającymi się za panów świata. Dziwnie było czytać coś napisanego przez ten gatunek, zwłaszcza, że to nie wychwala pobratymców autora. Zaskoczona zauważyłam, że bardziej wyglądało to jak historia człowieka, który jest niczym w porównaniu z potęgą przyrody. Zafascynowana jakże nie-ludzkim podejściem do tematu czytałam kolejne zdania. Opowieść mnie po prostu zaciekawiła, nie spodziewałam sie tego. Usiadłam przy regale, zapominając o całym świecie i po co tu w ogóle przyszłam. Upływały kolejne chwile, aż usłyszałam jednym uchem czyjś głos.
- Przepraszam...
- Nic nie szkodzi - odparłam mechanicznie, nie odrywając wzroku od książki.
Odpowiedział mi śmiech. Dopiero wtedy podskoczyłam z miejsca i spojrzałam na srebrzystą wilczycę stojącą obok. Miała grube, lśniące i zadbane futro. Na jej przedniej łapie dostrzegłam błękitne runy. Brzuch, kołnierz i spód uniesionego ogona były w podobnym kolorze. Niebieskie oczy wadery patrzyły na mnie z rozbawieniem. Uświadomiłam sobie, że blokowałam przed chwilą cale przejście i dodatkowo zrozumiałam, co powiedziałam. Zażenowana, spuściłam trochę wzrok.
- Znaczy, ja chciałam przejść - sprecyzowała puszysta wilczyca.
- Tak, oczywiście, wiem - powiedziałam szybko. - Ja tylko trochę zaczytałam się - zaczęłam tłumaczyć.
- To tak na przyszłość, czytelnia jest tam - wskazała łapą rozmówczyni, uśmiechając się niezłośliwie.
- To... też wiem - mruknęłam.
- Co tak cię wciągnęło? Mogę zobaczyć? - zapytała wadera.
- Pewnie - skinęłam głową.
Srebrzysta podniosła z ziemi książkę.
- Robinson Crusoe? Czytałam - uśmiechnęła się. - Pierwsze spotkanie?
- W sumie to pierwszy raz widzę ludzką literaturę w ogóle - przyznałam.
- Jak wrażenia? Mocno cię zaabsorbowało.
- W sumie nie wiedziałam, że ludzie potrafia dobrze pisać.
Wilczyca oddała mi książkę. Odłożyłam ją z powrotem na półkę.
- Mozna trafic na niezłe perełki. Polecić ci coś? - ciągnęła wadera.
- Innym razem, nie zapamiętam teraz żadnego tytułu. A tak właściwie, jak ci na imię? - zapytałam. Dziwnie mi rozmawiać z wilkami, które są dla mnie anonimowe.
- Leah - przedstawiła się. - A ty?
- Lind - odparłam z koleżeńskim uśmiechem.
- Miło mi. Od dawna tu jesteś?
- W sumie to nie. Z resztą, będę musiała wkrótce wrócić w góry. Kogoś tam zostawiłam.
Leah pokiwała głową, że rozumie, a ja  zaczęłam znów przejeżdżać wzrokiem po książkach.
- Czego szukasz?
- Potrzebuję informacji o gnollach - wyjaśniłam.
- Myślę, że wiem gdzie szukać, chodź za mną - wilczyca pobiegła z entuzjazmem w głąb biblioteki.
Ledwo za nią nadążyłam.
***
- To chyba wystarczy - wymruczałam zdumiona, patrząc na stos książek przede mną.
- W sumie powinno - Leah dorzuciła na czubek wieży jeszcze jeden egzemplarz. Odsunęłam się od biurka, w obawie, że wszystko zaraz runie.
- Dziękuję ci - powiedziałam.
- Żaden problem, Lind. Jakby trzeba było jednak szukać dalej, polecam się.
Popatrzyłam na książki.
- E...  okej - wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Jasne, to do zobaczenia - pożegnała się i wyszła z czytelni.
Westchnęłam. Jak dobrze spotkać kolejną uczynną i miłą osobę. No, to teraz czeka mnie sporo kartkowania, stwierdziłam.
Nie zostałam jednak w czytelni sama. Jakaś szarawa wadera o brązowych włosach śpiętych w kok, patrzyła na mnie i drukowaną, papierową wieżę trochę dziwnym wzrokiem. Starałam się tego nie odwzajemnić, chociaż to ona wyglądała nienaturalnie, siedząc w taki, a nie inny sposób. Ledwo dosięgając końca stosiku z książek, ściągnęłam z góry pierwszy, gruby starodruk. Starłam kurz z okładki i otworzyłam tomisko. Dzieło dłoni elfów, na sto procent.
Zaczęłam przewracać kolejne kartki w poszukiwaniu potrzebnych wiadomości. Przeszkadzała mi świadomość, iż za szybko stąd nie wyjdę. Nie oszukujmy się, chciałam wszystko wiedzieć od razu.
<chętny?>