Zacieśnianie więzi

W ramach lepszego zapoznania się ze sobą realizujemy comiesięczny projekt losowania osób, do których można napisać op. i dostać dzięki temu +3 pkt. do każdej z umiejętności (+1 pkt. do mocy).
Link do osób, które zostały wylosowane znajduje się tutaj. :)

piątek, 28 października 2016

ZAPOZNANIE, PAŹDZIERNIK 2016

Tak dla przypomnienia - aby otrzymać bonus, należy napisać op. do osoby wskazanej przez strzałkę.
Za op. należy się bonus + 3 pkt. do wszystkich umiejętności i + 1 pkt. do mocy (liczy się tylko za pierwsze op., ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby kontynuować serię dalej. Ba! To jest nawet wskazane). Temat na op. jest absolutnie dowolny.
Abym zaliczyła op. do tej oto "promocji", wystarczy napisać pod skończonym op. "ZAPOZNANIE, PAŹDZIERNIK 2016". :)
  1. Kai → Astrid
  2. Dante → Serill
  3. Sohara → Mizuki
  4. Valka → Miniru
  5. Astrid → Suzanna
  6. Suzanna → Renethrain
  7. Yuki → Kirke
  8. Mizuki → Moone
  9. Kirke → Nirvaren
  10. Sarah → Yuki
  11. Serill → Sohara
  12. Nirvaren → Valka
  13. Miniru → Dante
  14. Renethrain → Sarah
  15. Moone → Kai
W razie pytań... zapoznanie wrześniowe wciąż jest aktualne. Jego ważność zakończy się dopiero w momencie ogłoszenia zapoznania listopadowego, więc wciąż można na nie pisać op. Link: klik!

czwartek, 27 października 2016

Od Kirke "W pokonywaniu własnych lęków" cz. 4 (C.D Mizuki)

Uśmiechnęłam się pod nosem, patrząc na panikującą Mizuki.
- Wiesz co... Nawet fajnie wyglądasz - uśmiechnęłam się szerzej, na co Miz nie odpowiedziała tym samym.
- Kirke! - podniosła głos, patrząc na moją minę.
- Mówię poważnie. No popatrz na siebie - wskazałam na kałużę - dobrze ci w nich - Mizuki zaczęła się oglądać jakoś nie popierając mojego zdania.
- No niech Ci będzie.
- Super! - uśmiechnęłam się - chodź. Zanieśmy to i miejmy to za sobą.
- Dobra... - wzięliśmy instrumenty i wznowiliśmy podróż do sceny. Popatrzyłam na Mizuki, jakby o czymś myślała.
- Słuchaj...
- Co? - spytała, trochę zakłopotana.
- Wtedy... zanim oczywiście się opanowałaś... Krzyczałaś. Stało się coś?
- Nie! - podniosła głos - znaczy... czemu sobie tym trącisz głowę?
- A tak jakoś - opuściłam głowę. Wiatr pogłaskał moją skórę, a włosy delikatnie pofalowały. Jeden kosmyk opadł mi na twarz. Próbowałam jakoś ją poprawić, niestety bez skutku. Wzięłam głęboki wdech i wkurzona kosmykiem włosów, szłam obok Mizuki. Riven natychmiast odgarnął mi grzywkę i związał mi je, gdy Miz się odwróciła. Gdy znów na mnie popatrzyła, miała zdziwioną minę.
- Jak to zrobiłaś? - spytała.
- Um... umiejętności? - spytałam sarkastycznie z niewinnym uśmiechem, a potem szłyśmy w ciszy.

*****

W końcu dotarłyśmy na scenę. Rozstawiliśmy perkusję, gitary, basy, keyboard i inne takie bzdety.
- Wszystko? - spytałam.
- Wszystko.
- To... co teraz? - spytałam, patrząc na jej uszy, które mnie rozbawiały, gdy się ruszały.
- Hmmm... - Miz zaczęła rozmyślać.
- Ja jestem za tym, by pójść do Alfy z tym. Nie będziesz musiała się tym zamartwiać, a potem możemy zająć się... castingiem. Co ty na to? - popatrzyłam na koleżankę, która myślała o czymś. Pomachałam jej ręką przed oczami - Halooo, ziemia do Mizuki, ktoś tam jest? - moje niebieskie włosy, wciąż związane w kitkę, opadły na lewą stronę.
<Miz? Przepraszam, ale miałam takie problemy, że musiałam od nowa się rozkręcić>

Uwagi: "szliśmy w ciszy", "dotarliśmy" - która z nich jest chłopcem? Miz, czy Kirke? Niby był tam Riven, lecz nie jestem pewna, czy można całkowicie uznać jego obecność. Mam wrażenie, że masz jakąś manię opisywania włosów. Poza tym... op. ma 29 linijek. O jedną za mało.

środa, 26 października 2016

Od Renethraina "Cisza przed burzą" cz.5

Umieram z pragnienia. W ustach mam istną Saharę. Gdzie tu jest woda!? No gdzie!? Odkąd minąłem tamte źródełko, które zignorowałem, bo uznałem, że po drodze będzie ich jeszcze mnóstwo, nie ma dosłownie nic. Ziemia sucha, rośliny zwiędłe. Jeszcze trochę, a będę łaził po piasku. Niemożliwe żebym tak szybko dotarł aż do takiego południa. Powinien być jeszcze z miesiąc drogi.
Odkąd wyruszyłem minął tydzień. Pewnie nikt nawet nie zauważył, że mnie nie ma. A i lepiej. Przynajmniej nie będę musiał odpowiadać na irytujące pytania z serii "Gdzie byłeś?", "Co robiłeś?". Zawsze mi je zadawali, gdy wychodziłem z domu na więcej niż dwa dni. Nienawidziłem na nie odpowiadać. Czułem się jak na przesłuchaniu i strasznie działało mi to na nerwy. Parę razy wybuchłem już tak na poważnie. Jak byłem jeszcze szczeniakiem... No może nie całkiem szczeniakiem, ale jeszcze nie dorosłym wilkiem. To wyszedłem wtedy na cztery dni w góry. Na spacer. Od tak, bez specjalnego powodu. Chyba chciałem odpocząć od całego towarzystwa. Oj, wkurzyli się wtedy, wkurzyli. Zaczęli się drzeć, że jestem nieodpowiedzialny, że powinienem był ich poinformować, i że wszyscy tropiciele szukali mnie dzień i noc. No cóż... Jak o tym teraz pomyślę, to faktycznie było głupie. I wtedy spadł grad pytań. Tak się wkurzyłem, że spaliłem cały las wokół jaskini bet. Oj, ojciec się musiał tłumaczyć. Hahaha, to było dobre, ta mina. Taka skrucha zmieszana ze złością i myślą "znów ten mój głupi syn i jego ogień...". To były dobre czasy.
Odrzuciłem dalsze wspomnienia i skupiłem się na drodze. Nie powinienem się rozpraszać A to co? Wyczułem wilgoć w powietrzu. Gdzieś w prawo? Nie, prosto! Tak, tak prosto! Pobiegłem ile sił, parę razy potknąłem się o drzewo, bo z pragnienia obraz zaczynał zamazywać mi się przed oczami, ale mniejsza o to. Dopadłem do małej kałuży. Ugh, picie na pusty żołądek ma to do siebie, że jest strasznie nieprzyjemne. Woda obija się o ściany żołądka i zostawia nieprzyjemne uczucie zimna.
Podniosłem łeb. Chyba znam to miejsce, tak w ogóle. Czy to nie Stara Przystań? Wybudował ją kiedyś rybak, który osiedlił się tu ze swoją rodziną i żył pośród małych roślinek i wyschniętych traw. A skoro tak, to jestem prawie na miejscu. Nie ma co tracić czasu.
Żwawym krokiem ruszyłem naprzód. Skoro Malachit jest z południa, to tutaj na pewno się czegoś dowiem. Niedaleko powinien być Klan Zielonej Oazy. Byłem tam kiedyś na ceremonii dojrzałości siostry żony mojego stryja. To było dopiero widowisko. Nałożyła pawie pióra na łeb i tańczyła ze swoim ojcem wokół sosny. Podobno była to prośba do bóstw o dobrobyt. No cóż. Ja się za wiele nie znam na takich rzeczach, bo w moich stronach nie praktykowało się żadnych religii. Ale z tego co pamiętam to bardzo gościnna wataha. Chodź bardzo liczna. Skupili się wokół "oazy" - jeziora, a mało ich tutaj. Dlatego nowi członkowie ciągnął tu jak ćmy do światła. Och, widzę już pierwszych strażników.
- Renethrain, syn Davona - spuściłem uszy
Strażnicy spojrzeli po sobie. Ten po prawej otworzył szeroko oczy i szepnął coś na ucho drugiemu. Przenieśli wzrok w stronę terenów watahy. Chwila milczenia.
- Witaj Renethrainie, synu Davona - odpowiedział starszy wilk o złotych oczach - Jesteś na terenie Klanu Zielonej Oazy. Co Cię tu sprowadza?
- Chcę skorzystać z prawa gościny
Biały wilk-strażnik zacisnął łapę. Ha... Nie możesz mi odmówić, nie?
- Od teraz jesteś pod ochroną naszego klanu. Wiesz jakie są warunki tego prawa? - spytał z kamiennym pyskiem
- Oczywiście
Dają mi ochronę - ja muszę być grzeczny i potulny, albo mnie zabiją. Proste? Proste. I bardzo przydatne. Aczkolwiek nie wszystkie klany tego przestrzegają. Tylko te bardziej szanujące się i wierzące w Ducha Pustyni, Wielkiego Stwórcę (zwał jak zwał), który mówi, że pomoc potrzebującym jest prawa i chwalebna oraz nie godzi się jej odmówić.
- Zaprowadzę cię do Alfy - powiedział złotooki wilk

Alfa mieszkał w bardzo ciekawym... Domku. Konstrukcja składała się z kości i skór zwierząt i no nie powiem. Była spora. Jakieś dwa wilki stanęły dumnie tuż przed nią.
- Wielki Alfa nadchodzi! - wypowiedziały jednocześnie, ukłoniły się i odeszły na boki
Oho. Zaczyna się. Czekałem w napięciu jakieś dwie minuty. Potem z namiotu wyłonił się brązowy łeb. Nie wiem czemu, ale po ciele przeszła mnie gęsia skórka. Ów alfa okazał się zupełnie innym wilkiem niż parę miesięcy temu. Na sto procent jest ślepy na prawe oko - jest całkowicie zamglone. Postawę ma masywną, a sierść brązową z czarnymi wstawkami w postaci pasków. Trochę jak u zebry, ale nie rzucają się aż tak w oczy. Bardziej zlewają z futrem. Na łbie jego sierść jest siwa i długa prawie do łap! Psyk trochę kwadratowy no i mnóstwo blizn.
- Powołałeś się na prawo gościa - zaczął swoim grubym głosem - Możesz zostać u nas na jakiś czas, lecz nie nadużywaj naszej gościnności! Bo może się to odwrócić przeciwko tobie.
- Rozumiem, ee... Wielki Alfo.
- Możesz mówić mi Yngri.
- Oczywiście, Yngri. Prawda jest taka, że mam do ciebie pewną sprawę. Bardziej pytanie.
- Przeczuwałem, że twoja wizyta nie jest przypadkowa. Spotkajmy się jutro, przy prostokątnym stole na osobności.
- Dziękuję.
- Kto zechce oprowadzić naszego gościa? - Yngri zwrócił się do tłumu gapiów
Chwila niezręcznej ciszy. No tak. Wiem, wiem, oprowadzanie nieznajomego basiora brzmi jak problem, no ale błagam, niech już ktoś się ulituje, ja tu umieram z głodu i chcę jak najszybciej przejść przez ten proces zapoznawczy!
- Ja mogę - odezwała się w końcu jakaś wadera
W końcu! Zaraz... Czy ja jej nie znam? Niebieska sierść, cztery ogony, biały kamień lewitujący przy czole.
- Aria! - uśmiechnąłem się
- Dawno się nie widzieliśmy, Rene.
- Ostatnim razem na twojej ceremonii - mrugnąłem do niej - wyglądałaś zjawiskowo!
- Weź się ze mnie nie nabijaj, marzę żeby o tym zapomnieć.
- No co ty, mówię serio. Pełna powaga.
- Ta, ta... no chodź już, bo zaczyna się ściemniać, a kolację cała wataha je wspólnie. Nie chcę się przez ciebie spóźnić.
Tereny watahy były rozległe, ale nie tak jak nasze. Było jedno jezioro, które w sumie bardziej przypomina porośnięte przez sinice bagno. Do tego las, całkiem duży i nieprzyjemny zarazem, bo ciemny i stary. Ogólnie bardzo tu sucho, więc jakieś trzydzieści procent terenów to stepy, a kolejne czterdzieści to łąki.
Po całej wycieczce, która odbyła się w iście ekspresowym tempie, w końcu znalazłem się przy stole (pniu wielkiego drzewa, które szczęśliwym trafem upadło i przepołowiło się tak, że stół przypominało) z jedzeniem. Zebrały się tu wszystkie wilki. Chyba dwieście, z wyraźną przewagą basiorów. Mała grupka dzieci siedziała nieco dalej, na ziemi. Na stole znajdowały się cztery jelenie, osiem bizonów i dwadzieścia zajęcy - efekt polowań łowców z dwóch dni. Najpierw jadł Alfa, potem Beta, potem Strażnicy Alfy, a dopiero potem reszta. No i ja.
Byłem wygłodniały, więc od razu rzuciłem się na całego zająca, nie zwracając uwagi na dwuznaczne spojrzenia moich sąsiadów, którzy w przeciwieństwie do mnie jedli spokojnie i elegancko. Ja miałem gdzieś ich spokój i elegancję.
- Och... Jak dobrze - położyłem się na ziemi i spojrzałem w niebo
Jestem jeden krok dalej. Jeden maleńki krok. Mam nadzieję, że Alfa będzie wiedział coś o tej organizacji. W końcu to wataha z największymi wpływami w okolicy.

Uwagi: "Ochy" i "Achy" zapisujemy przez "ch". Każde zdanie kończ kropką lub innym znakiem interpunkcyjnym (prócz niektórych wypowiedzi, ale to trzeba czuć), szczególnie jeśli to ostatnie zdanie w akapicie. Liczby i cyfry w op. zapisujemy słownie. Przy zwróceniu się do konkretnej osoby stawiamy przecinek, np. Dawno się nie widzieliśmy, Rene.

niedziela, 23 października 2016

Od Astrid "Zwycięzca pierwszej rundy" cz. 2

Dlaczego ja to zrobiłam? Po co mi to było? Walki nie są dla mnie. Zwłaszcza te jeden na jeden, stworzone jako rozrywka dla walczących (jak bitwa z przyjaciółmi może dawać radość?) oraz znudzonych zwykłym życiem wilków. To po co się zapisałam? Mało mi było wojen, bitew, niebezpieczeństwa? Przeżyłam okresy trwania watahy, kiedy walki były prawdziwe, a jednak to zrobiłam. Zapisałam się już dawno temu, może z rok? Chętnych nie było wielu i odpowiednia ilość kandydatów zebrała się niedawno. Szczerze, to zapomniałam już, że takie coś będzie organizowane, a ja jestem zapisana. Gdyby nie to, że jestem na tyle tchórzliwa, że nie chcę odczuwać aż tak dużego bólu usiadłabym podczas walki już na samym początku mówiąc do przeciwnika „Dalej, powal mnie. Chcę mieć to już za sobą.”. Wiem jednak, że będę walczyć by uchronić swój ogon.
Spoglądam na otaczające mnie wilki. Dante wydawał się być bardzo pewny siebie, Itachi spoglądał na swoje łapy, Yuki i Tsume patrzyli przed siebie niewzruszeni. Mizuki ciągle podnosiła i kładła na ziemi przednie łapy. Kai podobnie jak ja rozglądał się wokół, a Sohara spoglądała w dół. Poczułam jak jedzenie przewraca mi się w żołądku, zwróciłam więc oczy na ziemię. Starałam się w tej chwili nie wyobrażać sobie swojego rozszarpanego ciała i stojącego nade mną wilka, który ciągle zmieniał swoją sylwetkę przybierając kształty każdego z otaczających mnie wilków. Nie udawało mi się to. Powoli wypuściłam powietrze z płuc starając się uspokoić. Wdech. Wydech. Wdech...
- Witajcie na pierwszej edycji Walki o Zwycięstwo. - usłyszałam głos Suzanny. Wydawała się być taka spokojna... Doprawdy nie wiem co siedzi w jej głowie, ale ta samica mnie czasem przeraża. - Bez zbędnej gadaniny, gdyż wiem, że już mieliście wszystko wyjaśnione, po prostu przejdę do jedynego pytania jakie chciałam zadać: jesteście gotowi?
Podniosłam wzrok i rozejrzałam się po towarzyszach, którzy już za chwilę będą walczyć między sobą, a z jedną z osób na arenie wyląduję ja. Niektóre z wilków kiwały głową na tak, ja jednak nie byłam w stanie ruszyć pyskiem, jednak miałam w głowie odpowiedź. „NIE”
- W takim razie... - dalej nie słyszałam. Czułam się jakby ktoś wyłączył mi zmysł słuchu. Widziałam, że Alfa otwiera i zamyka pysk wymawiając słowa, jednak ich nie słyszałam. Poczułam, że sierść staje mi dęba. - ...niebawem!
Ostatnie słowo już usłyszałam, jednak nie zdążyłam się nad tym zastanowić, bo oślepił mnie snop białego światła wydobywający się z Alfy. Zamknęłam oczy, a chwilę później poczułam się jak w windzie w świecie ludzi. Również ból głowy zaczął dawać o sobie znak. Ugh... Nigdy więcej takich rzeczy... Nagle poczułam, że jestem na ziemi. Musiałam spaść, jednak nie odczuwałam bólu przez parę pierwszych sekund. Dopiero po chwili poczułam ból w łapach i tułowiu. Szybko wstałam i otrzepałam się. Stałam w jakimś ciemnym pomieszczeniu, pozbawionym światła. Jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że coś widać. Zarysy otaczającej mnie jaskini nie wydawały się być dobrą zapowiedzią. Niedaleko zauważyłam sylwetkę wilka. Starając się odepchnąć zbierające się już teraz wyrzuty sumienia przywołałam kulę energii magicznej, stworzonej z iluzji mającej za zadanie ogłuszyć przeciwnika, który dopiero wstawał. Skoczyłam zaraz za nią mając nadzieję na powalenie wilka. W chwilowym błysku światła zauważyłam, kto jest moim przeciwnikiem. Sohara... Nie, tylko nie ona. Dlaczego ona? Dlaczego nie mogłam trafić na kogoś kogo znam o wiele słabiej? Kto dopasowywał nam przeciwników?! Poczułam na sobie wzrok wadery. Boże, Haru przepraszam... Nie chcę... Skoczyłam na nią i przywarłam do ściany. Przepraszam... Zamachnęłam się jedną z łap uderzając ją w pysk. Przechyliła się wypadając moich łap znikając. Spojrzałam na miejsce, gdzie powinna upaść i zdałam sobie sprawę, że jest tam wielka dziura. Super.
Postanowiłam za nią skoczyć i za chwilę byłam już poziom niżej prawie nadziewając się na stalagmit. Otrząsnęłam się i rozejrzałam wokół. Wokół było pełno stalagmitów i stalaktytów. Byłam w jaskini. Wokół rozchodziło się blade światło spływające z dziur w suficie. Haru nigdzie nie było. Jeśli zaraz wyskoczy... Policzyłam do trzech, a kiedy samica nie wyskoczyła znikąd, zaczęłam węszyć, gdzie poszła. Zapach ciągnął się w prawo... albo lewo. Zawsze mi się mylą nazwy... Ruszyłam w tamtą stronę. Mijałam wapienne konstrukcje w jak najszybszym tempie starając się nie myśleć, co robię. Poczułam że jest coraz bliżej, więc skoczyłam prawie dosięgając jej ogona. Nadziałam się jednak na stalagmit przez co zostałam w tyle. Szybko wstałam otrzepując się. Następnie ruszyłam dalej. Haru, przykro mi... Kiedy znowu zaczęłam ją doganiać zaczęłam tworzyć iluzję. Fajerwerki, dodatkowe przeszkody, snopy magii biegnące w jej stronę. Wszystko co tylko przyniosła mi do głowy wyobraźnia... Nagle zaczęła mnie boleć głowa, przez co zwolniłam. Dziwne uczucie... Kiedy minęło zdałam sobie sprawę, że nie wyczuwam Sohary. Zapadła się pod ziemię? Znowu? Zaczęłam tworzyć sztuczne słońce mające na chwilę rozświetlić ciemności. Stałam wśród różnych konstrukcji, jednak dziur nie było żadnych. Może się teleportowała? Zaczęłam przemierzać korytarze jaskini szybkim krokiem, jednak nie biegnąc. Kiedy w końcu opanowałam dyszenie lekko przyspieszyłam szukając za pomocą węchu jej woni. Na przemian znajdowałam i gubiłam jej trop.
Zajęcie było dość nużące, czułam się jak za starych czasów, kiedy brałam udział w polowaniach grupowych. Szukanie zwierzyny było chyba najtrudniejszą sprawą. Bywało, że nic nie znajdowaliśmy...
W pewnej chwili poczułam jak sierść na karku staje mi dęba. Szybko się odwróciłam i zauważyłam pysk Sohary. W panice zrobiłam unik wpadając na stalagmit. Wadera szybko się obróciła i znowu skoczyła. Uderzyła mnie łapą w bok. Syknęłam i wycofałam się, by nabrać rozbiegu. Haru również się cofnęła.
„Przepraszam. Wiesz, że nie chcę... Musisz wiedzieć. Gdyby nie to, że jest to jedyny sposób na koniec, na wydostanie się stąd nie zrobiłabym tego. Nie chcę, ale tak się boję... Jestem tchórzem. Jestem niczym...”
Ruszyłam wprost na nią najszybciej jak umiałam z wyciągniętymi pazurami. Haru była jednak odrobinę szybsza i zdążyła przesunąć się na tyle w bok, że przeleciałam po jej prawej (albo lewej nie mam pewności) stronie zahaczając jedną łapą w jej bok. Skołowana przez upadek spojrzałam na swoją łapę. Na pazurach zostało trochę skóry samicy, więc musiałam ją nadciąć.
Zrobiło mi się niedobrze. „Co ja robię? Może lepiej byłoby...” Poczułam ból na barkach. Sohara musiała skoczyć na mnie i wbić pazury. Spanikowałam i zrzuciłam ją. Postanowiłam ponowić atak, który wcześniej mi nie wyszedł i skoczyłam na nią przyciskając ją do ziemi. Zakończmy to... Wystarczy parę sekund... Sohara wyślizgnęła się mi z łap i już po chwili to ja byłam przygwożdżona. Czułam się, jakby czas zwolnił, gdy Haru pochyliła nade mną pysk. Szybko, nie wiele myśląc ugryzłam ją w nos. Następnie uderzyłam ją łapą w głowę przez co się odrobinę cofnęła. Skoczyłam na nią. Po chwili leżała, a ja trzymałam ją mocno, żeby się nie wyślizgnęła. Wadera szamotała się starając dosięgnąć mnie zębami i parę razy prawie jej się to udało.
Musiało minąć wymagane dziesięć sekund, bo otoczył nas blask tak jak na początku. Znowu poczułam się jak w windzie. Nigdy więcej korzystania z ludzkich środków transportu i innych wynalazków...

Uwagi: Kilka przecinków.